Colorado jesienią

28.IX – 09.X. 2018

Dzika przyroda, wspaniałe krajobrazy i zwierzyna czychająca za niemal każdym „rogiem”…. Colorado zachwyca i zachęca do wędrówek po górach i lasach oferując w zamian niezapomniane wrażenia. Nas urzekł przede wszystkim niesamowity klimat parku narodowego Rocky Mountains, alpejskie widoki na Guanella Pass, zabytkowe miasteczka z epoki gorączki złota i srebra, majestatyczne jelenie na rykowiskach, złote osiki mieniące się na górskich stokach, źródła mineralne w Manitou Springs i czerwone piaskowce w Garden of the Gods czy Red Canyon Open Space. Generalnie skupiliśmy się na centralnej części stanu spędzając tu 12 dni, w ciągu których doświadczyliśmy nieograniczonych możliwości naturalnego piękna tego zakątka Stanów.    

Trasa: Chicago; Colorado (Denver, Boulder, Golden Hill, Brainard Lake Recreation Area (Michell Trail), Rocky Mountains National Park – Wild Basin (Ouzel Falls trail), Bear Lake Area (Emerald Lake trail & Sprague Lake trail; Alluvial Fan trail, Tundra community trail; Alpine Visitor Center, Holzwarth Historic Site trail, Adams Falls trail), Arapaho National Recreation Area (Pine Beach), Georgetown (Georgetown Loop Railroad), Guanella Pass (Silver Dollar lake trail), Saint Mary Glacier trail, Idaho Springs (Charie Tayler Water Wheel &Bridal Veil trail), Russell Gulch, Central City, Nevadaville, Black Hawks, Golden Gate Canyon State Park, Golden (Coors Brewery tour), Dinosaur Ridge trail, Red Rock Amphitheater, Roxborough State Park (Fountain Valley trail), Rampart Ridge Road (Devil’s Head trail), Manitou Springs (Garden of the Gods, Red Rock Canyon Open Space), Denver (State Capitol); Chicago

mapaCO18

Koszt przelotu: $476/ za 4 bilety Frontier Airlines (Chicago – Denver – Chicago)

Koszt wynajmu RV: $915 = $415 + ($500 gift card) = Wykorzystaliśmy kupon za wygrany konkurs w Cruise America RV Rental. Żeby wziąć udział w konkursie (photo contest) trzeba założyć sobie konto na cruiseamerica.com i po prostu wrzucić kilka zdjęć z wakacji na których widnieje „nasz” kamper np. na tle ciekawego widoku, tudzież z nami na pierwszym planie…. itp. A potem tylko czekać na emaila z informacją, że zostaliśmy szczęśliwymi zdobywcami kuponu rabatowego na $500😊. Powodzenia!

SONY DSC

RV czyli „Recreational vehicle” to pojazd i dom w jednym. Jest to najbardziej wygodna opcja wakacyjna, szczególnie jeśli podróżujemy z małymi dziećmi i chcemy jak najwięcej zobaczyć, nie marnując czasu na codzienne poszukiwanie moteli, hoteli czy restauracji. Na wyposażeniu kampera (25 feet – długość 25 stóp) znajdują się: 2 łóżka plus jedno rozkładane (w wersji „dziennej” stół plus kanapy), lodówka (plus zamrażalka), kuchenka na 3 palniki, mikrofalówka, ogrzewanie/ochładzanie, zlew, WC, prysznic oraz szafki i szuflady na ubrania i jedzenie. Na wyposażeniu jest też generator, którego zużycie opłacane jest dodatkowo – za każdą godzinę $3 (lub wykupiony w pakiecie na każdy dzień za $5 x ilość dni).

Długość trasy: 647 mil (1041 km)

Koszt benzyny: $203, Średnie Spalanie benzyny RV: 9 mil/1 galon

Średnia cena benzyny: $2,80/galon

Noclegi: bezpłatnie na terenie National Forest lub kempingi $0 – $26/noc

Koszt wycieczki: $1,765

Przewodniki: Colorado Atlas (Benchmarks), Colorado (Lonely Planet), Falcon guides: Hiking waterfalls in Colorado, Hiking Colorado, Hiking Colorado’s Front Range; Ghost towns in Colorado Philip Varney

Pogoda: Zimno…. ale pięknie. Początek października to ostatnia chwila, żeby odwiedzić Kolorado w celach „hikingowych” …. z dziećmi. Niesamowite jesienne kolory mieniące się na wzgórzach górskich zrekompensowały na szczęście niedogodności pogodowe jakich doświadczyliśmy. Temeratury nocą spadałały poniżej 0°C, a w dzień maksymalnie dochodziły do 12°C…(chociaż w ciągu ostatnich 3 dni niestety maksymalna temperatura osiągnęła zaledwie 5°C i doszedł do tego jeszcze siąpiący nieustannie deszcz). Nie przeszkodziło nam to jednak w realizowaniu naszego planu, i chociaż 2 ważne atrakcje musiały zostać wyeliminowane, ze względu na zamknięcie do nich dróg dojazdowych (spadł śnieg ☹) to i tak plan został zrealizowany, a nasze podróżnicze ego zaspokojone.

SONY DSC

Dzień 1

Pobudka … 3 rano, wylot o 6 rano… Cóż, nie jest to zapewne najmilsza część podróży, ale udało nam się przez to wszystko przebrnąć sprawnie i bezproblemowo. Na lotnisku w Denver po wylądowaniu udajemy się (wewnętrzną kolejką) po odbiór bagażu, a następnie autobusem (należącym do konkretnej wypożyczalni samochodów – w naszym przypadku Budget car rental) po osobowe auto. Udało nam się wyszukać super ofertę wypożyczenia auta (Kia Sportage) z możliwością oddania w innej lokalizacji (Denver downtown) za jedyne $19 !!! Pomimo, że podczas wakacji będziemy podróżować kamperem musimy w jakiś sposób dostać się do (oddalonej 30 mil od lotniska) wypożyczalni Cruise America RV Rental. Opcja taksówki czy Ubera wychodzi o wiele drożej i zawsze istnieje ryzyko, że w momencie kiedy zostaniemy przez taką taksówkę dowiezieni na miejsce, może nastąpić niezapowiedziane opóźnienie czy inne wydarzenie, które w jakiś sposób nas „unieruchomi”. Dlatego zawsze wypożyczamy osobowe auto na lotnisku i dojeżdżamy tym autem do wypożyczalni kamperów, by potem (po odbiorze tegoż kampera) osobówkę od razu zwrócić. Trochę to czasochłonne, ale czujemy się z taką opcją bezpieczniejsi i lepiej zorganizowani. Zresztą podróżując z małymi dziećmi musimy być przygotowani na różne niezaplanowane sytuacje. Tym razem bardzo dużo czasu zchodzi nam na załatwianie osobowego auta (2,5 godziny od wylądowania), między innymi z powodu gigantycznej kolejki w wypożyczalni. Osobówką jedziemy bezpośrednio do Cruise America RV Rental (8950 N Federal Blvd, Federal Heights), mijając dymiące olbrzymie kominy rafinerii i wysypiska śmieci, ukazujące to mniej urokliwe oblicze Denver. Odbiór wyznaczony mamy na godzinę 11.30 am (dzień wcześniej trzeba zadzwonić i umówić się na konkretną godzinę). Załatwianie formalności przebiega bezproblemowo i wyjeżdżamy wielkim (25 stóp długości = 7,6 m) komfortowym domem na kółkach. Pierwszy raz wypożyczamy tak dużego kampera, patrząc oczywiście na wygodę (nie trzeba rozkładać codziennie łóżka i jest zewnętrzny schowek na walizki i drewno)……Ale ma to i swoje złe strony, bo nie wszędzie możemy wjechać….ze względu na obowiązujące przepisy drogowe lub właśnie zbyt duże gabaryty. Teraz zostaje nam już tylko oddanie osobówki do wypożyczalni (Budget car rental) i zakupy w Walmart i Costco (tu potrzebna karta członkowska). Cała organizacja zajmuje nam jednak cały dzień i dopiero późnym popołudniem wyjeżdżamy z Denver kierując się na miasteczko Boulder, które w zasadzie tylko objeżdżamy, chociaż definitywnie zasługuje ono na głębsze poznanie, ze względu na atrakcje jakie oferuje (m.in. Celestial Seasoning Tea Factory: bezpłatna wycieczka połączona z degustacją herbat, czy wycieczki po lokalnych 20 mikrobrowarach ….również raczone degustacjami, klimatyczna Pearl Street, Kampus Uniwersytecki czy Chautauqua Park). O Boulder mówi się, że jest największym trójkątem browarniczym na świecie…..Wyjeżdżamy z miasta Sunshine Canyon Drive (drogą nr 52) i wspinamy się w górę, a ponieważ słońce schowało się już za horyzont zaczynamy rozglądać się za jakimś miejscem na nocleg. Po przejechaniu około 5 mil od miasta znajdujemy dość obszerny parking i wyjście na szlak Bald Hill Open Space (długość 1,2 mili, WC na parkingu). Tu zostajemy na noc. „Open spaces” są to otwarte dla wszystkich obszary parkowe (bezpłatne), występujące często w obrębie większych miast. I to właśnie mieszkańcy Boulder (w roku 1967) jako pierwsi w Colorado dobrowolnie opodatkowali się w celu utworzenia takich obszarów. W nocy temperatura spada do około 0°C, na szczęście niezastąpioną zaletą podróżowania kamperem jest posiadanie ogrzewania…..

Dzień 2

Rano wita nas piękny wschód słońca, dostarczając cudownych widoków otaczających nas gór i zatopionego w porannej mgle, ledwo widocznego Denver.

SONY DSC

Kierujemy się na miasteczko Gold Hill, mijając do chwila stada pasących się jelonków (mule deer) oraz niewielkie kopalnie złota i pozostałe po nich hałdy pokopalniane.

SONY DSC

DSC00492_1a.jpg

Wydobycie złota odbywa się tu do chwili obecnej – oczywiście na lokalną skalę. Obawiamy się jednak podejść do tych kopalni bliżej ze względu na rozstawione wszędzie tabliczki z napisami „No trespassing” i „Private property”. Gorączka złota zaczęła się w Kolorado w 1958 roku, i od tego momentu zaczęły napływać tu tysiące poszukiwaczy. Rozwój górnictwa w regionie był tak intensywny, że przyczynił się do uznania Kolorado osobnym terytorium już 3 lata później. Wcześniej obszar ten był częścią Terytorium Kansas. Kilka lat później, w 1876, Kolorado proklamowano 38 stanem. W ciągu tych 3 lat przyjechało tu ponad 100,000 spragnionych bogactwa śmiałków. Niewielu z nich było przygotowanych na tak śnieżne i mroźne zimy, pracę wysoko w górach, odosobnienie, co oczywiście ostudziło zapał wielu poszukiwaczy, liczących na szybkie wzbogacenie. Rozczarowani, opuszczali krainę, która miała być początkiem ich dostatniego życia. Wiekszość jednak została, a ich potomkowie zapewne zaszyci w takich miejscach jak to, kopią dalej w nadziei na znalezienie wielkiej żyły złota. Dojeżdżamy do Golden Hills, mieściny zamieszkałej zaledwie przez 118 osób…..Cóż nam udaje spotkać się tylko jednego starszego pana z wielką brodą siedzącego na bujanym fotelu przed swoim domem 😊. Jego jedynym zajęciem jest zapewne żartowanie z każdego przejeżdżającego przez wioskę turysty….zadawanym pytaniem „Are You waiting for a bus?”

SONY DSC

SONY DSC

SONY DSC

SONY DSC

Najprawdopodobniej w ogóle niewielu turystów tu zajeżdża…. ze względu na odosobnienie i kiepskiej jakości drogę dojazdową. Dla kogoś kto tu trafi, i chciałby się zaszyć na dłużej, za miasteczkiem jest rancho i mały hotelik rustykalny (Colorado Mountain Ranch 10063 Gold Hill Rd). Po krótkiej wizycie opuszczamy wioskę, wyjeżdżając na zachód szutrową drogą Golden Hill Road (nr 52) do drogi nr 72. Po przejechaniu 1 mili (po 72-ce) zatrzymujemy się na nieoznaczonym punkcie widokowym, z którego rozpościera się panoramiczny widok na Left Hand Creek Valley (dolinę, którą mieliśmy pierwotnie jechać wyjeżdżając z miasteczka, ale się pogubiliśmy).

SONY DSC

SONY DSC

Zaraz po dotarciu do Ward odbijamy w lewo (na 112-kę) do Brainard Lake Recreation Area ($11/auto lub bezpłatnie dla posiadaczy karty National Park Pass). Rangerka przy wjeździe informuje nas, że niestety parking z którego wychodzi szlak Mitchell Lake trail jest już zajęty i musimy zaparkować 1 milę przed nim. Rzeczywiście po dojechaniu do głównego parkingu innej możliwości już nie ma, ponieważ droga zablokowana jest przez rangera, kierującego wszystkich na ogólny parking …. a jest dopiero 9 rano. Zapewne trzeba tu być ze 2 godziny wcześniej, by zaklepać sobie miejscówkę. Popularność tego terenu wynika zapewne z faktu, że można tu spacerować z psami, co jest zabronione w niedalekim parku narodowym Rocky Mountains. Będziemy zatem musieli doliczyć do naszego szlaku 2 mile…co, aż tak bardzo nas nie przeraża…. w końcu jesteśmy tu żeby chodzić, a nie się wozić 😊. Czytamy tablice informacyjne, gdzie znajduje się ostrzeżenie przed grasującymi tu pumami (mountain lions) i niedźwiedziami. W związku z tym, wręcz zakazuje się biegania po szlakach, co może stymulować pumy do ataku. Jeśli przydarzy nam się spotkanie z tym wielkim kotem, to należy przestrzegać kilku podstawowych zasad. Po pierwsze nie uciekać i nie panikować (?), po drugie mówić głośno niskim tonem w kierunku pumy (unikając bezpośredniego kontaktu wzrokowego), a po trzecie „nastroszyć się” przybierając postać wyglądającą na większą niż w rzeczywistości jesteśmy…… Jeśli jednak puma zaatakuje to rzucamy w nią kamieniami, patykami, plecakami…. próbując się przy tym powoli wycofywać. Cóż pomimo, że ataki pum zdarzają się niezwykle rzadko, to nie możemy pozostać obojętni na zagrożenie i zawsze wędrować w grupie, nie pozwalając dzieciom zbytnio się oddalać. Ciężko jest sobie wyobrazić siebie w sytuacji zagrożenia, bo niestety emocje i strach zmieniają nasze myślenie i nie mają nic wspólnego ze zdrowym rozsądkiem. Przed wyjściem na szlak warto przećwiczyć z dzieciakami procedury postępowania w przypadku spotkania z pumą czy misiem, co może chociaż w minimalnym stopniu pomóc w niebezpiecznej sytuacji. Po właśnie takiej lekcji samoobrony😊 szykujemy się do wyjścia na szlak. Jest bardzo zimno (7°C), nakładamy więc wszystkie możliwe ubrania, otulamy się szalikami i naciągamy czapki prawie do kolan…. Skrótem przez las (wyznaczoną ścieżką) wędrujemy około 1 mili do wyjścia na szlak Mitchell Lake (parking).

SONY DSC

SONY DSC

Stąd mamy jeszcze 1 milę do malowniczego jeziora Michell. Dalej szlak prowadzi jeszcze do jeziora Blue lake (długość 6 mil w obie strony). Idziemy schowani w drzewach, więc wiatr dopada nas dopiero nad jeziorem Michell.

SONY DSC

Wieje tak bardzo, że ciężko nam złapać równowagę. Ponieważ dzieci zaczynają kwękać z powodu zaistniałej sytuacji, postanawiamy zawrócić w stronę parkingu. Po przejściu mili i zajściu ze szlaku wracamy asfaltówką, otaczając jezioro z drugiej strony, przy okazji podziwiając super widoki otaczających nas gór.

SONY DSC

Wyjeżdżamy tą samą drogą  (nr 112) i po dotarciu do 72-ki skręcamy na północ, zatrzymując się na chwilę w okolicy Ferncliff, gdzie kozice górskie (Bighorn sheeps) urządzają sobie przekąskę (z nasączonego solą żwiru rozsypanego przy drodze).

SONY DSC

SONY DSC

Musiała im ta sól bardzo smakować, bo pomimo lęku przez jadącymi szybko samochodami, uporczywie co chwila wracały w to samo miejsce po kolejnego gryza.

SONY DSC

SONY DSC

Jadąc na północ mijamy Allenspark i skręcamy na zachód do Rocky Mountains National Park ($35/auto) do najrzadziej odwiedzanej i najbardziej dzikiej części parku zwanej Wild Basin (południowo-wschodnia część parku). Droga szutrowa, którą jedziemy, prowadzi nas początkowo bez problemu do wyjścia na szlak Finch Lake, gdzie znajduje się duży parking. W tym miejscu stoi znak, zakazujący wjazdu kamperom i samochodom z przyczepami. Cóż, nam tak bardzo zależy na przejściu tego szlaku, że ryzykujemy mandatem. Brniemy dalej już bardzo terenową drogą, która zwęża się do szerokości jednego samochodu osobowego…. Najgorszym momentem jest wymijanie się z autami jadącymi z naprzeciwka….. Wymaga to ciągłego wycofywania i wychodzenia z samochodu, oczywiście składania bocznych lusterek, i ponownego ich rozkładania….. Po dojechaniu na miejsce nie mamy zbyt dużego wyboru do zaparkowania. Jedyne dostępne miejsce, gdzie jesteśmy w stanie się zmieścić musimy delikatnie poszerzyć, usuwająć pomarańczowy słupek ustawiony tu zapewne przez rangera. Ryzykujemy oczywiście mandatem, ale tak jak pisałam wcześniej szkoda by było odpuścić sobie tak przyjemny szlak, z tak błahego powodu jak zakaz wjazdu, czy brak parkingu.

Wildbasinmapa1

Zaczynamy wędrówkę z niewielką rezerwą czasową, jak na taką odległość do przemaszerowania  (5,5 mili w obie strony). Pierwszym postojem (po przejściu 0.3 mili) jest Copeland Falls (raczej mało spektakularny wodospad), następnie po (1,8 mili) Calypso Cascade, i (po 2,7 mili) Ouzel Falls – najbardziej widowiskowy z tych 3 wodospadów (wysokość 12 metrów). Idąc potykamy się wielokrotnie o wystające kamienie i korzenie….co przeszkadza przede wszystkim naszym dzieciakom, powodując ich frustrację przy każdym upadku. Najbardziej wyczerpujący odcinek szlaku zaczyna się przy skrzyżowaniu, gdzie odbijamy na lewo w kierunku Calypso Cascades. Podejście jest dosyć strome i wysiska z nas wszystkie „soki”. Żeby dojść do wodospadu Ouzel, trzeba odbić przed mostkiem z głównego szlaku (Bluebird lake trail) na lewo. Szlak prowadzi dalej do Ouzel Lake i Blubird Lake (całkowita długość 12 mil w obie strony)….. ale to już opcja na następną wycieczkę:)

SONY DSC

SONY DSC

Pomimo tego, że jest już jesień i nie ma zbyt dużo wody w rzece, wodospad ten prezentuje się wspaniale.

SONY DSC

Spędzamy tu około 20 minut i następnie w bardzo szybkim tempie, przy zapadającym już zmroku, pędzimy w kierunku kampera, by jako ostatni opuścić parking. Ponieważ wyjeżdżając z parku narodowego otacza nas już totalna ciemność postanawiamy skorzystać ze znajdującego się nieopodal kempingu Olive Ridge (leżącego już na terenie Arapaho Roosevelt National Forest), który okazuje się być niestety zamknięty. Parkujemy więc w niedalekiej odległości od bramy wjazdowej (w miejscu do zawracania) i tam organizujemy nocleg. W nocy przyjeżdżają też kolejni kempingowicze, którzy rozbijają namioty niedaleko nas. Należy wspomnieć, że park narodowy Rocky Mountains to bardzo popularne miejsce, odwiedzane corocznie przez ponad 4,5 miliona turystów…. a powodem jest przede wszystkim niedaleka odległość od Denver i łatwa dostępność. W związku z tak dużą popularnością możemy spodziewać się zapchanych parkingów, korków na drogach i tłumów na szlakach. Jesień jednak ma to do siebie, że temperatury są już dość niskie, co odstasza większą część odwiedzających. Dość sporą wadą w podróżowaniu o tej porze roku jest natomiast brak miejsc noclegowych, czyli krótko mówiąć, pozamykane kempingi. Podczas naszego pobytu jedynym otwartym (i zapchanym do granic wytrzymałości) jest (pięknie usytuowany na wzgórzu) Moraine campground, oferujący 247 miejsc (bez „hook-ups” czyli podłącza elektrycznego dla kamperów, cena $26/noc). Zamykają go zawsze około 10 października. Pozostałe 4 są już zamknięte od 2 tygodni. Podczas letniego sezonu obowiązuje też 7 – dniowy limit korzystania z kempingu, co oznacza, że legalnie w parku możemy nocować tylko tydzień niezależnie czy przenosimy się z kempingu na kemping (w obrębie RMNP) czy okupujemy 1 z nich. W parku narodowym nocować możemy tylko i wyłącznie na kempingu. Niestety tak to funkcjonuje w całych Stanach. W przeciwieństwie do National Forest i ziem BLM, gdzie możemy rozbić namiot w dowolnym miejscu i kempingować za darmo do 14 dni.

Dzień 3

Jeszcze w ciemnościach wyjeżdżamy z naszej miejscówki (kierując się na północ) mijając „zamek” Saint Molo i Lilly Lake (duży parking, WC), przebijając się w stronę parku narodowego Rocky Mountains drogą nr 67. Po drodze mijamy wielkie stada porykujących jeleni (Rocky Mountain Elks) i znacznie „drobniejszych w budowie” mule deers.

SONY DSC

Pędzimy na sam koniec drogi do Bear Lake (by jak najszybciej zająć miejscówkę parkingową) i tu czeka na nas niemiła niespodzianka – ze względu na nasze gabaryty (długość RV – 25 feet) zostajemy wyproszeni przez rangerkę z zajętego przez nas miejsca. Musimy udać sie na „park&ride” by zaparkować i grzecznie poczekać na autobus (bezpłatny „shuttle bus”), który dowiezie nas do Bear Lake. Tracimy przez to trochę czasu …. ale to są właśnie negatywne skutki poruszania się bardziej luksusowym pojazdem 😊. Zawsze pożyczamy wersję kompaktową kempera (długość 19 stóp), którą jesteśmy w stanie wcisnąć się wszędzie tam gdzie i osobówka się wciska. Tu jednak wystaje nam delikatnie pupa….i nie mieścimy się na standardowym miejscu parkingowym ….. bez wjeżdżania np. przednim kołem na chodnik (co jest nie do zaakceptowania przez rangerkę). Tylko kampery do długości 21 stóp mogą wjeżdżać w tą część parku. Musimy więc cofnąć się do „park & ride”, gdzie znajduje się olbrzymi parking, na którym na szczęście jest jeszcze dużo wolnych miejsc do zaparkowania (w lecie o godzinie 10 rano wolnych miejsc już zazwyczaj nie ma). Tracimy około godziny czasu przez te roszady. Autobusy w parku jeżdżą na szczęście z częstotliwością co około 10 minut. Słońce świeci, co dodatkowo dodaje nam optymizmu do maszerowania, chociaż i tak czapek z głów nie zdejmujemy ze względu na silny wiatr.

Bearlake mapa 1a

Szlak, na który decydujemy się na „dzień dobry” to Emerald Lake trail (3,6 mili w obie strony) w początkowej części jest bardzo łatwy. Pierwszy postój robimy sobie nad Nymph Lake (po przejściu 0,5 mili), gdzie z ciekawością podglądamy ubarwione na niebiesko modrosójki błękitne (Blue Jays).

SONY DSC

SONY DSC

Ptaki te najprawdopodobniej dokarmiane przez nieświadomych swojej głupoty ludzi, nie czują lęku i podlatują naprawdę blisko, mając nadzieję, że do dzioba wpadnie im jakiś smakowity kąsek.

SONY DSC

SONY DSC

Za jeziorem powoli zaczynamy się wspinać, odpoczywając co kilka kroków…. bo chyba jeszcze do końca nie zaklimatyzowaliśmy się do tej wysokości. (Wędrujemy powyżej 3,000 m npm, przez co mamy mniej tlenu do oddychania i stąd też nasze zadyszki).

SONY DSC

Kolejny dłuższy postój, rozpatrując niewątpliwie urokliwość tego miejsca, trzeba zrobić sobie przy małym jeziorku jeszcze przez dotarciem do Dream Lakes.

SONY DSC

SONY DSC

Pluskają się tu pstrągi tęczowe, które z zaciekawieniem obserwujemy z wielkiego głazu położonego tuż obok tego zbiornika. Wędkarz wyciaga z wody całkiem konkretny okaz, ale po zrobieniu mu zdjęcia, wpuszcza go z powrotem do wody.

SONY DSC

W Stanach Zjednoczonych często wędkarze nie zabierają ryb ze sobą w celach konsumpcyjnych, ale traktują je jako dobro ogólne i stosują się do zasady „catch and release”. Zresztą w tym przypadku i tak obowiązujące przepisy w parku narodowym zabraniające zabierania ryb. Park nie wymaga jakiejś specjalnej licencji wędkarskiej poza tą którą możemy nabyć chociażby w Walmarcie ($56/rok lub $9/dzień jako nierezydenci Kolorado). Przepisy parkowe wymagają natomiast dokładnej dezynfekcji wędki i wszelakiego sprzętu potrzebnego nam do łowienia (by nie przenosić glonów, alg, błota i bakterii z innych zbiorników wodnych). W okolicy Dream Lake możemy spotkać niezliczone ilości małych wiewióreczek (chipmunks), które również dokarmiane regularnie przez turystów, nie czują przed nimi lęku. „Chipmanki” dosłownie wchodzą ludziom do otwartych plecaków i toreb w poszukiwaniu pożywienia.

SONY DSC

SONY DSC

Dzieciaki są wniebowzięte bo mogą obserwować zwierzątka z bardzo małej odległości, oczywiście z zachowaniem ostrożności, bo to w końcu dzikie zwierzęta, a nie domowe przytulanki.

SONY DSC

SONY DSC

SONY DSC

Ponieważ nasz postój się przedłużył ze wzlędu na wszechobecność tych wiewiórek, zdążyliśmy skostnieć już z zimna i wiatru, który przy jeziorze wieje ze spotęgowaną siłą. Szybkim marszem wspinamy się po kamiennych schodach dalej ku jeziorze Emerald.

SONY DSC

Ten końcowy etap szlaku jest najtrudniejszy dla nas, a przede wszystkim dla dzieci, które muszą być zachęcane czekoladowymi smakołykami, by chciało im się poruszać dalej. W końcu po 3 godzinach docieramy do celu (po przejściu 1,8 mili).

SONY DSC

Ze względu na to, że dzisiaj jest niedziela, turystów jest tu wielu i można usłyszeć kilka odmiennych języków z różnych stron świata. Stojąc twarzą do jeziora widzimy piękne szczyty górskie Flattop Mountain i Hallett Peak. W drodze powrotnej Janek niefortunnie upada i rani się w nogę, przez co nasz marsz jest znacznie spowolniony i musimy odpuścić sobie kolejną wędrówkę dookoła Bear lake (1 mila). Biegnę tylko szybko na pierwszy punkt widokowy, by choć przez chwilkę móc „rzucić okiem” na jego lśniącą granatową taflę. Dziaciaki są wykończone tym szlakiem, więc odpuszczamy sobie również kolejny szlak na Alberta Falls (długość 1,6 mili w obie strony) (do wyjścia na szlak trzeba podjechać do następnego przystanku lub wyjść z miejsca, gdzie szlak na Emerals lake krzyżuje się ze szlakiem na Bear lake). Postanawiamy w ramach odpoczynku podjechać do Moraine Park Discovery Center (czynne 9am-4.30pm; zamykane na sezon 9 X), znajdującego się na samym początku Bear Lake Road (przy skrzyżowaniu z drogą nr 36).

SONY DSC

Miejsce to przyciągnęło nas przede wszystkim ze względu na program „junior ranger”, w którym to uwielbiają partycypować nasze dzieciaki. Jest to bezpłatny program oferujący (po wykonaniu określonych zadań w parkowym zeszycie ćwiczeń) odznakę młodego strażnika parku, którą później dzieci noszą z wielką dumą przypietą do piersi. Po wykonaniu zadań Jaś i Basia składają uroczystą przysięgę przed rangerem ….zakończoną zdaniem …. „i zobowiązuję się przywieść jutro rano rangerowi świeże pączki i kawę …” czego już nasze zdziwione dzieci na szczęście powtórzyć nie chcą, „łapiąc” na czas podchwytliwy tekst.

SONY DSC

Discovery Center oferuje też dużo ciekawych wystaw dla dzieci i dorosłych dotyczących flory i fauny w parku. Prosimy też rangera o sprawdzenie wolnych miejsc kempingowych, i na nasze szczęście okazuje się, że od wczorajszego dnia (kiedy to kemping był pełny) zwolniło się 27 miejsc. Mundi pędzi więc szybko na kemping i „zaklepuje” ostatnie (z 3 już dostępnych) miejsc ($26/noc), rozchodzących się jak świeże bułeczki. Ponieważ niewiele czasu pozostało już nam do zachodu słońca jedziemy z powrotem na „park & ride”, by zostawić na nim kampera i autobusem udać się na szlak dookoła Sprague Lake (długość 0,8 mili) (bo tam też wjazd kamperem mierzącym powyżej 22 stóp długości jest zabroniony). Wbiegamy pędem do odjeżdżającego już autobusu, i po kilku minutach jazdy dowiadujemy się, że autobus, w którym się znajdujemy nie zajeżdża na Sprague lake ….i że powinniśmy „wziąść” inną linię…… Cóż nasz kierowca poprzez CB radio prosi kierowcę, który właśnie wyjeżdza z parkingu przy Bierstadt Lake w kierunku „park &ride”, żeby na nas zaczekał i za kilka minut znowu znajdujemy się w tym samym miejscu ☹. Na parkingu autobus, który akurat odjeżdza z drugiego przystanku, jedzie w odwrotnym kierunku czyli do Moraine Park. OMG!!! Rozmawiamy chwilkę z jego kierowcą i ponieważ prawdopodobieństwo, że po przejściu szlaku zdążymy na ostatni kurs jest niewielkie (7.15pm) kierowca sugeruje nam, żebyśmy się nie przejmowali zakazem i pojechali tam kamperem. Tak też robimy. Parking jest spory, ale i tak pomimo późnej pory nie ma dużego wyboru miejsc. Wciskamy się naszą kolumbryną (25 stopowy RV to poprostu potwór parkingowy!!!, którego ciężko gdziekolwiek upchnąć…..) i idziemy na spacer dookoła jeziora, przekraczając strumień Boulder Brook pełen pstrągów tęczowych (rainbow trouts) ….widocznych „jak na dłoni”.

SONY DSC

Wystepują tutaj łosie, które spotkali niedawno spacerujący tędy ludzie….. my jednak nie dostępujemy tego zaszczytu…. Przebiegamy w zasadzie szlak…. dopasowywując się do tempa dzieci, które akurat na koniec dnia dostały strzału energii.

SONY DSC

SONY DSC

Po zachodzie słońca przemieszczamy się w stronę kempingu Marine Park, ale jeszcze przed dotarciem do niego zostajemy zatrzymani przez tzw. „animal traffic” – to tu właśnie (pierwszy i ostatni raz podczas pobytu w RMNP) dostrzegamy łosia żerującego przy potoku.

SONY DSC

Przed samym kempingiem też udaje nam się wziąść udział w przepięknym widowisku….. jadąc główną drogą (Bear lake Road) na północ dostrzegamy kolejny „animal traffic” na drodze niedaleko kempingu. Skręcamy więc na Moraine Park Road i w lewo na Fern Lake Road i przeciskając się pomiędzy gęsto zaparkowanymi samochodami dostrzegamy stado jeleni (Rocky Mountain Elks) …na rykowisku.

SONY DSC

SONY DSC

SONY DSC

Samiec z wielkim porożem głośno daje wszystkim znać, kto w stadzie rządzi….

SONY DSC

Nad bezpieczeństwem gapiów czuwają tu strażnicy parkowi i liczni wolontariusze. A czuwać trzeba bo czasami nierozwaga i głupota potrafi dać o sobie znać… a w końcu mamy do czynienia w dziką zwierzyną pokaźnych rozmiarów. Dorosłe osobniki mogą osiągać wagę nawet 450 kg przy wzroście 1,5 metra. Bezpieczny dystans na jaki możemy zbliżyć się do jeleni do 25 metrów, a jeśli zaczniemy podchodzić bliżej zwierzę zaczyna odczuwać duży stres i może nas zaatakować. W parku narodowym Gór Skalistych jeleni jest tyle, że nawet przejeżdżając samochodem i nie wystawiając stopy z poza niego istnieje 100% prawdopodobieństwo, że spotkamy ich kilka pasących się przy drodze, lub przez naszą drogę przechodzących. Miejsca, w których z największym prawdopodobieństwem możemy je zobaczyć to właśnie Moraine Park, Horseshoe Park, Harbison Meadows, Upper Beaver Meadows i Holzwarth Meadows i nasze szanse oczywiście zwiększają się wieczorem i o świcie, kiedy to zwierzęta wychodzą z lasu na bardziej „odkryte” tereny. Wyżej wymienione miejsca są zamknięte dla zwiedzających od 1 września a 31 października (od 5pm do 7am) właśnie ze względu na trwający okres godowy jeleni. Na zdjęciach powyżej widać olbrzymiego samca z wielkim porożem, w otoczeniu łań, które zapewne niedawno „zdobył” w walce z innym samcem. To poroże zrzucane jest w zimie i zaczyna odrastać na nowo wczesną wiosną, przybierając dziennie maksymalnie nawet i 2,5 cm długości. Po 30 minutowej obserwacji stada przemieszczamy się na kemping (miejsce nr 245, Loop C – idealna miejscówka widokowa), gdzie rozpalamy w końcu wielkie ognisko połączone z pieczeniem kiełbasek.

Dzień 4

Budzimy się o naszej stałej wakacyjnej porze czyli o 5.30 rano 😊. Nad doliną słychać głośne ryki jeleni. Zaczynamy dzień gorącą owsianką, zaopatrzeniem się w wodę do kampera i spuszczeniem wody brudnej (na dump station). Przywołani głośnymi rykami jedziemy znowu w tą samą miejscówkę, gdzie obserwowaliśmy jelenie dzień wcześniej (Fern Lake Road). O tej porze dnia jest tu tylko kilka samochodów….. a zwierzyny równie dużo jak wczoraj wieczorem.

SONY DSC

SONY DSC

Podglądamy je z należytą ostrożnością przez kolejne półgodzinki, a następnie wyruszamy w kierunku wyjścia na szlak Alluvial Fan, położonego niedaleko Endovalley Picnic Area (przed wjazdem na Old Fall River Road). Po drodze spotykamy jeszcze kilka jelonków (mule deers)….

SONY DSC

SONY DSC

i potężnego jelenia (Rocky Elk), który majestatycznie przechodzi przez naszą drogę.

SONY DSC

SONY DSC

SONY DSC

DSC01121

Zatrzymujemy się na punkcie widokowym West Horshoe Park, podziwiając malowniczą meandrującą Fall River…

SONY DSC

i całą dolinę znajdującą się pod nami.

SONY DSC

SONY DSC

SONY DSC

Z góry widzimy wyraźną granicę – płot, który oddziela część „wyskubaną” od tej porośniętej gęstą roślinnością. Paradoksalnie to może zabrzmi, ale RMNP boryka się z „przeludnieniem” jeleni….. Jest ich tak wiele, że pałaszują całe połacie roślinności zostawiając łyse polany. Zarząd parku by zapobiec niszczeniu tak dużej części roślinności, opłotowywuje więc co jakiś czas tereny, by mogły ulec regeneracji. Podjeżdżamy do zachodniego (West) parkingu, skąd wychodzi Alluvial Fan trail (Jest też drugie wyjście na ten szlak – ze wschodniego parkingu).

Alluvial fan trail

Szlak prowdzący do wodospadu jest krótki i bardzo prosty (długość w obie strony 0,5 mili).

SONY DSC

W końcowym etapie trzeba trochę poskakać po kamieniach i można w zasadzie improwizować by dostać się do dowolnego miejsca obszernie rozlewającego się wodospadu.

SONY DSC

Z miejscem tym związana jest bardzo smutna historia, która wydarzyła się w 1982 roku. W 1903 roku na znajduącym się na wysokości 3,350 m n.p.m jeziorze Lawn Lake zbudowano tamę by zwiększyć jego pojemność. Tama nie była przez lata konserwowana, co oczywiście wpłynęło na znaczne pogorszenie jej jakości. 15 lipca 1982 roku o godzinie 2 nad ranem jeden z kempingujących w jej okolicach turystów usłyszał dziwne dźwięki, ale pomyślał, że to po prostu nadchodząca burza. Jak się okazało…nie była to burza, a pękająca tama, która to ostatecznie runęła 3 godziny później, zabijając na miejscu jednego kempingującego turystę. Woda z jeziora zaczęła w drastycznie szybkim tempie „uciekać” tracąc objętość ponad 3 stadionów sportowych w ciągu pół godziny. Rzeka Roaring zamieniła się w potwora niosącego olbrzymie głazy i wyrwane z korzeniami drzewa. Obliczono, że siła wody była tak wielka, że „uniosła” nawet ważącą 452 ton skałę. Sytuację w znacznym stopniu uratował parkowy śmieciarz, który w porę zaalarmował rangerów, by zaczęli ewakuację innych parkowych kempingów, a nawet znajdującego się w znacznej odległości miasteczka Estes Park. Woda po dotarciu do doliny zaczęła się po niej rozlewać, co niestety nie było zakończeniem tego dramatu. Zaczął przepełniać się kolejny zbiornik (Horshoe Reservoir) i o godzinie 7.15 am runęła kolejna tama (Cascade Dam). Potem fala uderzyła w kemping Aspenglen, porywając 2 osoby, które zamiast uciakać podczas zarządzonej wcześniej ewakuacji, wróciły po swój sprzęt turystyczny. Kiedy powódź dotarła do Estes Park fala miała wysokość 2 metrów i zniszczyła ¾ miasta, kończąc swój bieg w jeziorze Estates lake. Te zniszczenia (widoczne do dzisiaj) w postaci ogromnych głazów narzuconych przez płynącą wodę mijamy idąc w kierunku wodospadu.

SONY DSC

SONY DSC

SONY DSC

Dzieciaki (od razu po dotarciu na miejsce) wybierają formę czynną, czyli pluskanie się w lodowatej wodzie, przyjmując sobie za punkt honoru zbudowanie jak największej ilości tam 😊…. Podczas jesiennej pory roku nie ma problemu z przekroczeniem rzeki, bo stan wody jest niski. (Na wiosnę zapewne wygląda to inaczej, więc może lepiej wybrać szlak z parkingu wschodniego). Po tej relaksującej wycieczce wracamy tą samą drogą do skrzyżowania Deer Ridge Junction i skręcamy na 34 (w kierunku zachodnim) na Trail Ridge Road. Jest to jedna z najbardziej malowniczych tras w Stanach Zjednoczonych, będąc główną atrakcją parku. Otwarta od połowy maja do mniej więcej połowy października (do pierwszych opadów śniegu) mija kilka wspaniałych punktów widokowych, z których wiele znajduje się na terenie alpejskiej tundry, jednego z najrzadszych ekosystemów w kontynentalnej części USA.

SONY DSC

SONY DSC

ed5ff9d8213e66c5fe6b62e695608adc

Pierwszy na tej trasie przystanek to Hidden Valley bez specjalnie ciekawych widoków (jest to po prostu olbrzymi parking i piknikowe miejsca). Zatrzymujemy się natomiast na dłużej na parkingu przy Many Parks Curve, skąd chodniczkiem dochodzimy do punktu widokowego na głęboką dolinę parku.

SONY DSC

SONY DSC

Następnie Rainbow curve i znowu przepiękna panorama na dolinę.

SONY DSC

SONY DSC

Zaczynamy się wspinać do strefy alpejskiej, zostawiając za sobą granicę drzew. Temperatura sięga 0°C, a silny wiatr zniechęca do wystawienia chociaż czubka nosa za drzwi kampera ….. Ale wyskakujemy na chwilkę przebiec się po szlaku Ute trail prowadzącego wdłuż głazów „porozrzucanych” jakby niedbale po tundrze…..

SONY DSC

SONY DSC

SONY DSC

Ponieważ nadciągają sine chmury postanawiamy przenieść się nieco dalej na Forest Canyon point, skąd wybetonowaną ścieżką dochodzimy do punktu widokowego.

SONY DSC

SONY DSC

SONY DSC

Dzieciaki, będące dzisiaj zdecydowanie w słabszej formie padają na ławkę i nieruszają się przez najbliższe 5 minut…..

SONY DSC

Pogoda zaczyna się kiepścić na dobre i nie widać już ani skrawka niebieskiego nieba.

SONY DSC

Podjeżdżamy 2 mile dalej do Rock Cut (WC). Jesteśmy teraz na wysokości 3,685 m n.p.m. i zaczynamy powolny spacer po tundrze (Tundra community trail/Tundra Nature trail – długość 1,1 mili w obie strony).

SONY DSC

Powolny…. bo po pierwsze idziemy pod wiatr, a po drugie, niska zawartość tlenu też daje się we znaki, szczególnie dzieciom. W warunkach przypominających arktyczne dają sobie radę tylko najbardziej wytrzymałe rośliny. Dziś widzimy tylko pożółkłe i zbrązowiałe trawy, porosty i mchy przygotowywujące się do sezonu zimowego, ale w lecie obszary tundry pełne są kwitnących astrów, stokrotek, goryczek czy alpejskich niezapominajek. Większość roślin wyrasta zaledwie kilka centymetrów nad ziemię.  Większe drzewa i krzewy nie mogłyby się tu ukorzenić i zdążyć z wegetacją w czasie zbyt krótkiego lata.

SONY DSC

Idziemy w stronę skalnych grzybków (mashroom rocks), które są usytuowane w końcowej części szlaku.

SONY DSC

Na grzybki wspinać się nie wolno, ze wzgędu na ich delikatną strukturę, ale na samym końcu szlaku jest kilka skałek, na które już wdrapać się możemy podziwiając okolicę….i nadciągającą burzę śnieżną.

SONY DSC

SONY DSC

Jest niesamowicie zimno i w momencie kiedy zaczynają na nas walić deszcz ze śniegiem zaczynamy natychmiastową ewakuację do kampera.

SONY DSC

Mijamy tylko punkt Lava Cliffs (najwyżej położony punkt na Trail Ridge Road 3,713 m n.p.m.) i zatrzymujemy się na parkingu przed Alpine Visitor Center. Zanim jednak zatrzymaliśmy się, tuż przez naszego Rvika wyszedł potężny jeleń (Rocky Elk), który najprawdopodobniej został zmuszony do oddalenia się od stada po przegranej walce z innym samcem.

DSC01495_1aa.jpg

SONY DSC

Warto zatrzymać się w Visitor Center chociaż na chwilkę, by poprzez liczne tablice informacyjne zapoznać się z alpejską florą i fauną i podotykać sobie poroża jeleni czy kozic górskich.

DSC01504aaa

DSC01503_1ss.jpg

Jest tu też wychodzący na piękne widoki taras, ale niestety ze względu na panujące niesprzyjające warunki atmosferyczne, nie da się na nim ustać dłużej niż minutę.

SONY DSC

SONY DSC

Barometr pokazuje bardzo niskie ciśnienie i temperaturę 1°C, czas więc jak najszybciej zjeżdżać w dół by zyskać kilka stopni ciepła. Serpentynami o dość sporym nachyleniu zjeżdżamy w dół i zatrzymujemy się dopiero przy Holzwarth Historic Site/Never Summer Ranch (długość szlaku w obie strony 1,8 mili)….

never-summer-map

SONY DSC

…..przechodzimy most nad rzeką Colorado, znajdując się tylko 10 mil od jej źródła.

SONY DSC

Mijamy kilka starych maszyn rolniczych i dochodzimy do rancza (Never Summer Ranch).

SONY DSC

Niestety wszystkie pomieszczenia są pozamykane poza sezonem, więc zaglądamy tylko przez okna, jeśli istnieje takowa możliwość.

SONY DSC

SONY DSC

Od lat 20-tych XX wieku turyści przyjeżdżali tu na wakacje, by połowic ryby, zapolować na grubego zwierza i pojeździć konno. Okolica jest naprawdę malownicza, więc było to idealne miejsce na spędzenie kilku dni w otoczeniu tylko dzikiej przyrody.

SONY DSC

Wracając ścieżką słyszymy głośne ryki jeleni, i za chwilę znajdujemy się już niedaleko ich samych (Harbison Meadows).

SONY DSC

Ponieważ słońce już zaszło, a my musimy wyjechać z granicy parku (bo kemping Timber Creek jest już zamknięty na sezon zimowy) zaczynamy się zastanawiać gdzie zorganizujemy nasz nocleg.

SONY DSC

Zaczynamy poszukiwania od drogi, która prowdzi nas do „zabytkowego” Grand lake Lodge, ale niestety cały teren jest prywatny, a my nie chcemy ryzykować, że w środku nocy zostaniemy stąd wyproszeni przez pana policjanta….

SONY DSC

Jedziemy więc do miasteczka Grand Lake, po którym kręcimy się trochę, ale na głównym parkingu stoi znak zakazujący parkowania w nocy. Ponieważ jutrzejszy dzień chcemy zacząć od szlaku Adams Falls, jedziemy w jego kierunku, (czyli do końca drogi 278). Miasteczko Grand Lake to przyjemne „nowoczesne” miejsce, taka alternatywa dla Estes Park, jako  bazy wypadowej do parku narodowego. W downtown wiekszość budynków jest zbudowane z drewnianych bali i oczywiście większość tych budynków to restauracje, bary, sklepiki i hotele. Zatrzymujemy się na ogromnym parkingu należącym do mariny i parku narodowego. Parkujemy po stronie mariny, przy znaku zezwalającym na przebywanie w tym miejscu do 72 godzin. Parking RMNP wymaga pozwoleń (permits), więc nie ryzykujemy. Jesteśmy tu sami, bo nie ma zbyt wielu chętnych na spanie w autach przy tak niskich temperaturach……

adams-falls-map

Dzień 5

Budzimy się jak zwykle o 5.30 rano i jeszcze po ciemku zjadamy śniadanko by z pierwszymi promieniami słońca, przebijającego się przez mgłę, wyjść na szlak prowadzący do Adams Falls (1,3 mile w obie strony).

SONY DSC

Cóż te promienie słońca jak na razie ciepła nie dają…. maszerujemy przy temperaturze bliskiej 0°C, ale już zdążyliśmy sie przyzwyczaić do tej niedogodności.

SONY DSC

Szlak jest bardzo prosty i doprowadza nas do punktu widokowego z barierką, skąd możemy sobie bezpiecznie pooglądać wodospad.

DSC01618

Wodospad sam w sobie (jeszcze do tego o tej porze roku) nie jest może zachwycająco piękny, ale znalazł się na naszej trasie, więc szkoda by go było ominąć. Wędrujemy dalej po opadłych i przymarzniętych do podłoża liściach robiąc pętelkę i wracamy do auta. Przejeżdamy przez miasteczko Grand Lake w poszukiwani świeżego chleba…co okazuje się niewykonalne …. w sklepie same miękkie buły opakowane w worki i nie nadające się do zjedzenia (a lokalna piekarnia – Blue Water Bakery – zamknięta jest w poniedziałki i wtorki). Jedziemy na południe wzdłuż Shadow Mountain Lake (Arapaho National Recreation Area – opłata za wstęp $5/auto – my mamy National Park Pass, więc nie płacimy). Zjeżdżamy do Pine Beach. Ze względu na podmokłość tego terenu, licznie występują tu łosie, ale niestety pomimo przedzierania się przez gęste chaszcze, nie udaje nam się żadnego wypatrzeć. Mamy za to piękne widoki na jesienne kolory drzew odbijające w wodzie jeziora….

SONY DSC

SONY DSC

SONY DSC

Podjeżdżamy do samego końca drogi Green Ridge. Kemping, a w zasadzie jego mała część jest jeszcze otwarta. (dump station niestety już nie). W punkcie widokowym (Eagle viewing Area) niestety poza pustymi gniazdami orłów, nie udaje nam się też żadnego ptactwa wypatrzeć. Wracamy więc do głównej drogi (nr 34) i jedziemy na południe wdłuż jeziora Granby. W miasteczku Granby (korzystając z informacji wyczytanej na tablicy informacyjnej na kempingu Green Ridge) odnajdujemy dump station i w końcu zapełniamy cały zbiornik wody w naszym kamperze. (dojazd: dump station ulokoway jest na południowej stronie miasteczka, po przejechaniu torów – kierować się na Train Museum). Deszcz pada coraz bardziej, co raczej nie napawa nas optymizmem. Jedziemy 40-ką na południe w kierunku historycznego miasta Georgetown. Jeżeli ktoś ma ochotę na skorzystanie z gorących źródeł to w Granby można odbić na zachód (6 mil) do misteczka Hot Sulphur Springs, gdzie w resorcie o tej samej nazwie, za $20 od osoby ($12,50/dziecko) można pomoczyć się trochę w termalnych basenikach (temperatura wody waha się od 35°C do 44°C). Jadąc dalej, mijamy Winter Park, i tuż za nim stajemy się „ofiarami” potężnego korku …. który zatrzymał ruch na serpentynach na wysokości 3,200 metrów…. Stoimy tak ponad godzinę, a latające helikoptery nie wróżą raczej nic dobrego. Karetki jadące na sygnale również przepowiadają długi postój. Pomimo naszych negatywnych przeczuć mijając później miejsce „wypadku” widzimy tylko ciężarówkę z butlami gazowymi….obok zaparkowany helikopter i na szczęście nic po za tym. Dojeżdżamy do Georgetown i kierujemy się do Visitor Center (Exit 228 z Hwy 70, 1491 Argentine Street) po niezbędne ulotki i mapki okolicy, a następnie od razu na dworzec kolejowy obsługujący Georgetown Loop Railroad (646 Loop Drive). Jest to wąskotorowa kolejka zabierająca turystów na 4-milową malowniczą przejeżdżkę do miasteczka Silver Plume. Ostatni pociąg odjeżdża stąd o 3.10pm i musimy być w tym miejscu jakieś 20 minut wcześniej, by zobaczyć przejazd tegoż pociągu po spektakularnym moście – Devil’s Gate High Bridge, znanym z folderów i pocztówek Kolorado.

SONY DSC

Stojąc na parkingu przed Railroad Depot nasłuchujemy i wypatrujemy nadciągającego z Silver Plume pociągu w wielkim napięciu….. bo wszyscy jesteśmy oczywiście fanami starych kolei…..W końcu nadjeżdża puszczając skromne tumany pary….. przejeżdża most, zakręcając na stację, gdzie czekają już na niego tłumy turystów.

SONY DSC

My robimy tylko zdjęcia i nie mamy w planie przejażdżki…… chociaż jak się okaże po chwili….sytuacja nas do tego zmusi.

SONY DSC

SONY DSC

SONY DSC

Kiedy pasażerowie zajęli już miejsca, a my czekaliśmy na odjazd by zrobić ostatnie zdjęcie…. podszedł do nas pan konduktor i zagatkowo zapytał … Czy nie chcemy się wybrać na wycieczkę pociągiem?…. My zgodnie z prawdą odpowiedzieliśmy mu, że tylko robimy zdjęcia…. Na co pan konduktor zadał nam kolejne pytanie….. Czy przypadkiem nie zechcielibyśmy być jego gośćmi???….. bez wykupywania biletów… (ceny biletów oscylują od około $28/osobę dorosłą i $20 z dziecko). Cóż oczywiście się zgodziliśmy😊….. obiecując zachować to w tajemnicy przed resztą podróżnych. Weszliśmy na „pokład”, ale po chwili okazało się, że lokomotywa parowa, która miała nas ciągnąć właśnie się zepsuła…. i przyjedzie za 30 minut inna, która zamieni się z nią miejscami.

SONY DSC

Niestety nie była to klasyczna lokomotywa parowa, a disel… ale za to wiekowy, więc miało to również swój urok.

SONY DSC

Wyruszyliśmy z prawie godzinnym opóźnieniem, przez  nieco mieliśmy już możliwości zwiedzenia miasteczka Silver Plume.

SONY DSC

Cała trasa kolejki jest bardzo spektakularna, wijąc się pomiędzy górami mijamy po drodze kopalnię srebra złota (Lebanon Silver Mine i Everett Mine), do której zwiedzania można wykupić dodatkową wycieczkę (wycieczki te organizowane są w terminie od końca kwietnia do końca września).

DSC01843_1aa.jpg

SONY DSC

SONY DSC

Tak naprawdę to właśnie nie złoto, a srebro przyczyniło się do wielkiego „boomu” na tym terenie, przynosząc od 1870 roku miliony dollarów zysku.

SONY DSC

SONY DSC

SONY DSC

Po zakończonej przejażdżce wręczyliśmy panu konduktorowi „soczysty” napiwek, by zachęcić do częstszego zapraszania na bezpłatne przejażdżki niezdecydowanych turystów 😊. Po powrocie kierujemy się do centrum Georgetown,

SONY DSC

SONY DSC

SONY DSC

a następnie do zamkniętej już dla zwiedziających kopalni złota (Capital Prize Gold Mine 1016 Biddle Street, czynna 11-5pm), gdzie robimy tylko kilka fotek.

SONY DSC

Następnie przejeżdżamy przez miasto obserwując stada jelonków (mule deer) pasących się na przydomowych trawnikach…..  Wszystkie furtki są tu otwarte … zapraszając gości na darmowe posiłki…

SONY DSC

SONY DSC

Parkujemy przy budynku zabytkowej straży pożarnej – Old Missouri Fire House (Taos Street & 10th street), gdzie znajduje się wyczekiwana przez nasze dzieci od kilku dni atrakcja – plac zabaw (City Park).

SONY DSC

Miejsce gdzie się zatrzymaliśmy jest bardzo spokojne i poza nami nikt się tu nie kręci, co skłania nas do pozostania tu na noc (nie ma żadnego zakazu parkowania).

Dzień 6

Opóźniamy trochę pobudkę do 7 rano, ponieważ z powodu deszczu i zimna nie chce nam się wychodzić z ciepłych śpiworów. Po śniadaniu wyruszamy na Guanella Pass, wspinając się serpentynami w górę i podziwiając panoramę miasta.

SONY DSC

Po przejechaniu 2,4 mili zatrzymujemy się w małej zatoczce przy drodze i schodzimy do „ruin” drewnianego domu.

SONY DSC

SONY DSC

SONY DSC

Nie jest to nic zachwycającego, poprostu rozsypujacy się stary budynek, ale w jakiś szczególny sposób przypada do gustu dzieciom, które wymyślają przedziwne historie związane z jego historią. Jedną serpentynę wyżej znajduje się następna zatoczka z tablicami informacyjnymi i panoramą na skąpane w złocie osik góry.

SONY DSC

Po przejechaniu kolejnych 2 mil mijamy chyba najmniej urokliwe miejsce na całej przełęczy Guanella – hydroelektrownię Lower Cabin Creek Reservoir, a następnie za kolejne 4 mile zatrzymujemy się na parkingu (zaraz przy zakręcie odchodzącym od naszej drogi) prowadzącym na szlak Silver Dollar Lake Trail (długość 4 mile w obie strony).

Silver Dollar Lake Trail

Poza nami zaparkowane są tu jeszcze 3 inne samochody. Droga dojazdowa do szlaku jest mówiąc delikatnie wyboista i pomimo, że na jakimś forum hiker’skim znaleźliśmy informację, że zwykłą osobówką można ją pokonać bez problemu, to ja definitywnie odradzam taką przejażdżkę…. (chyba, że ktoś porusza się jeepem z napędem na 4 koła). Droga jest bardzo szeroka, ale pełna głębokich dziur, co mogłoby spowodować zakopanie się samochodu. Ponieważ czeka nas długi spacer, przed wyjściem wsuwamy goracą jajecznicę, która ładuje nasze baterie. Nakładamy czapki i rękawiczki… bo temperatura na zewnątrz jest około 5°C i idziemy 0,75 mili pod górkę szutrową, a w zasadzie błotnisto – szutrową drogą do „wyjścia na szlak”. Dzięki temu trasa wydłuża nam się do 5,5 mili…. co nie brzmi zbyt optymistycznie dla naszych młodych gniewnych…. (cóż, celowo nie zostają oni poinformowani o zaistniałej sytuacji….. bo skończyło by się to kapitulacją jeszcze przed wyjściem z kampera). Szlak prowadzi początkowo lasem, więc jesteśmy całkowicie osłonięci od przeszywającego wiatru.

SONY DSC

Wspinaczka trochę wykańcza młodych, więc musimy często odpoczywać, i podawać zachęty w postaci kitket’ów 😊.

SONY DSC

Po ponad godzinie marszu (po wystających korzeniach i kamieniach)…. deszcz zaczyna już porządnie padać. Mijają nas 2 grupki hikerów, którzy zrezygnowali z dojścia do jeziora ze względu właśnie na padający deszcz. Nam szkoda jest wracać, bo już tak dużo wysiłku włożyliśmy w ten szlak, że postanawiamy przeczekać deszcz korzystając z ostatniej partii drzew (pod którymi sie chowamy), przez wyjściem na tundrę. Czekamy panad godzinę, marznąc trochę…. ale w końcu natężenie deszczu zmniejsza się do tego stopnia, że możemy ruszać dalej. Po wyjściu ponad granicę drzew, kończy się nasza „ochrona” i zaczyna się walka z wiatrem. Chula okrutnie po otwartej przestrzeni tundry blokując nasze kroki. Widoki jednak rekompensują nam te wszystkie niepowodzenia.

SONY DSC

SONY DSC

SONY DSC

SONY DSC

Najśmieszniejszy jest tekst Janka, który po dojściu do Silver lake zadaje pytanie: „ Co????? I to jest to miejsce do którego tak długo szliśmy????? ”

SONY DSC

Najwyraźniej jezioro nie za bardzo mu przypadło do gustu…. powrzucał do niego z Basią kilka kamieni znalezionych na brzegu i ruszyliśmy tym razem pchani przez silny wiatr z powrotem do auta.

SONY DSC

SONY DSC

Trochę tu Janek miał rację… Jezioro nie jest wielce urokliwe, jako punkt docelowy szlaku…. ale widoki, jakie mijamy idąc po tym szlaku są warte każdego wysiłku.

SONY DSC

SONY DSC

W drodze powrotnej obserwujemy chowające się wśród skał piki – małe przypominające z wyglądu szczury (bez ogonów) zwierzątka wydające charakterystyczne szczekająco-gwiżdżące dzwięki (i dlatego zwane przez niektórych gwiżdżącymi zającami 😊).

SONY DSC

Piki zamieszkują wyższe partie gór i należą do gatunków zimolubnych – a temperatury powyżej 25°C są dla nich w dosłownym słowa znaczeniu zabójcze. Są doskonałym wyznacznikiem zmian pogodowych związanych z ocieplaniem się klimatu. Naukowcy obserwują ich przemieszczanie się w wyższe partie gór,co powiązane jest ścisle właśnie z podwyższającą się temperaturą powietrza. Po dotarciu do auta raczymy się gorącą herbatą i quasedillą i zaczynamy powolną wspinaczkę na przełęcz Guanella (3,559 m npm). Widoki z przełęczy oświetlone popołudniowym słońcem to istna petarda!

SONY DSC

SONY DSC

Przed nami w całej okazałości „wyrasta” góra Bierstadt (4,285 m npm). Jest tu punkt widokowy (WC), skąd wychodzi szlak South Park 600Square Top Lakes (długość 4 mile w obie strony), ale my decydujemy się tylko na krótki Interpretive trail po tundrze (długość ¼ mili).

SONY DSC

SONY DSC

Z parkingu poniżej wychodzi szlak na górę Bierstadt (długość 7 mil w obie strony), ale zostawiamy go na …..za kilka lat…. chociaż tak bardzo kusi swoim blaskiem, że ciężko jest oderwać od nie go oczy….. Zjeżdżamy z przełęczy w poszukiwaniu kempingu by zakończyć tak cudowny dzień z klasą😊 rozpalając wielkie ognisko. Pierwszy na naszej drodze – Kemping Geneva Park jest już zamknięty na sezon zimowy. Następny – Burning Bear na szczęście otwarty…. ale bardzo zaniedbany ($22/noc). Droga przejezdna przez kemping jest pełna głębokich dziur, a woda w wiekowej pompie jest nieosiąglana.

SONY DSC

Wybieramy super miejscówkę przy skałkach, na których nasze dzieci urządzają obozowisko indiańskie, uruchamiając swoją nieograniczoną wyobraźnię. Noc jest bardzo gwieździsta i mroźna. Kończymy dzień wielkim ogniskiem i pieczonymi na patyku kiełbaskami.

Dzień 7

Zrywamy się przed świtem (5.30am) i bez śniadania wyruszamy w drogę powrotną do Georgetown. Mgła jest tak gęsta, że jazda w ciemności przysparza nam nie lada trudności. Wspinamy się bardzo powoli stromo w górę. Robimy sobie dłuższy postój na punkcie widokowym na Guanella Pass i czekamy aż do świtu, dzięki czemu już przy znacznie niższym poziomie adrenaliny możemy jechać dalej. W Georgetown (po przejechaniu kilku zabytkowych uliczek)…

SONY DSC

SONY DSC

parkujemy przy „naszym”placu zabaw, na którego środku znajduje się kamienny piec – kominek, który to rozpalamy drewnem (wożonym zawsze w schowku kampera) i smażymy kiełbaski na śniadanie.

SONY DSC

SONY DSC

Po 1,5 godzinnej fieście, połączonej oczywiście z zabawą na huśtawkach,

SONY DSC

wyjeżdżamy w kierunku Visitor Center (1491 Argentine Street) w poszukiwaniu wody do naszego RV-ika. (Niestety obsługa informacji nie daje nam żadnych wskazówek co do jej znalezienia w mieście, i kieruje do Idaho Springs, gdzie według nich znajduje się dump station). Cóż i tak jedziemy w tym kierunku, więc jesteśmy dobrej myśli, że w końcu uzupełnimy nasz zbiornik, który już prawie się wyczerpał. Jadąc wzdłuż autostrady (około 1,2 mili) Argentine Street zatrzymujemy się na chwilkę w puncie widokowym – Wildlife Viewing Area – gdzie znajduje się punkt obserwacyjny „dający” duże szanse na wypatrzenie owiec górskich (Big Horn Sheeps). A ponieważ nic nie możemy wypatrzeć jedziemy dalej w kierunku szlaku – petardy – Saint Mary Glacier trail (2 mile w obie strony). Występujące tu stado owiec górskich zwanych Georgetown Bighorn Herd liczy sobie aż 400 sztuk i jest na tyle „mocne”, że czasami część jego osobników jest przeznaczana do introdukowania stad w innych oszarach Stanów Zjednoczonych. Wjeżdżamy w drogę 275 (Fall River Road) i dojeżdżamy do dużego parkingu ($5/auto). Parkingi są dwa. Wybieramy ten południowy (większy) i po zaparkowaniu kierujemy się na północną jego część, by chwilkę przejść wzdłuż drogi (275) i odbić na lewo już na szlak.

St mary Glacier map

Szlak w zasadzie jest poprowadzony suchym korytem rzeki, więc wędrowanie jest trochę trudne ze względu na głazy i ruszające się pod stopami kamienie, co przeszkadza najbardziej dzieciom. Skracamy czasami drogę lasem kierując się zawsze na lewo przy rozwidleniach, ale przechodzimy obok prywatnego terenu, więc trzeba bardzo uważać by na nie go nie wejść. Spacerujących ludzi jest tu dosyć sporo, więc czasami poprostu „łapiemy” ich ścieżki, których przy końcu szlaku jest wiele…..i w końcu dochodzimy nad malownicze jeziorko.

SONY DSC

SONY DSC

Woda jest przejrzyście czysta i … lodowata. Lodowiec Saint Mary jest ledwo widoczny po przeciwnej stronie jeziora.

SONY DSC

Ze względu na ogólne zmęczenie załogi wybieram się samotnie w kierunku tegoż lodowca, by go poprostu dotknąć😊.

SONY DSC

SONY DSC

Zapewne na wiosnę wygląda on bardziej spektakularnie ze świeżą białą wartwą śniegu. Idę wdłuż wschodnio – północnego krańca jeziora i przeskakując liczne potoczki, wypływające z topniejącego lodowca docieram do wodospadu i do jego podnóża.

SONY DSC

SONY DSC

Jesienne kolory oplatają okolicę gór dając odwiedzającym to miejsce spektakularne widoki.

SONY DSC

Po zejściu ze szlaku zjeżdżamy na południe (275-ką) do Idaho Springs, kierując się bezpośrednio do Visitor Center (2060 Miner Street), gdzie wyjątkowo nieprzyjemne panie, (zajęte rozkładaniem na półkach kubków z napisem Colorado)… traktują nas jak jakiegoś potencjalnego wroga…. a nie turystę szukającego informacji. Tu niestety dowiadujemy się, że urząd miasteczka zamknął na stałe „dump station”, a po drugie, że droga na Mount Evans jest zamknięta od dzisiejszego poranka (z powodu opadu śniegu w jej wyższych partiach). Pokrzyżowało nam to plany bo następnym punktem programu miał właśnie być wjazd na tą górę (4,310 m n.p.m.), będącą najwyżej położoną wyasfaltowaną drogą w północnej Ameryce.

SONY DSC

Do samego budynku informacji warto jednak zajrzeć ze względu na bardzo ciekawe wystawy minerałów i tablice o historii wydobycia złota w tym rejonie.

SONY DSC

DSC02316

SONY DSC

Świetnie przygotowane Visitor Center pod względem merytorycznym, tylko należałoby wymienić panie tu pracujące😊. Z parkingu Informacji dostrzegamy lśniący w słońcu czerwony budynek Argo Mine (bilet $24/osoba, $16/dzieci), gdzie podjeżdżamy, ale jest już za poźno by załapać się na ostatnią wycieczkę po kopalni złota w dniu dzisiejszym.

SONY DSC

SONY DSC

W Idaho Springs są też prywatnie zarządzane Indian Hot Springs – (302 Soda Creek Road $18/osoba), gdzie można się pomoczyć w basenie z gorącą wodą (49°C) w otoczeniu palm i paproci. Parkujemy znowu przy Visitor Center i idziemy na spacer w poszukiwaniu Charie Tayler Water Wheel i wodospadu Bridal Veil (park znajduje się poniżej autostrady 70-ki – Water street & pomiędzy 16th i 17th). Prowadzeni przez GPS, który pomaga nam znaleść „tajemne” przejście pod autostradą docieramy najpierw do parku Harold Anderson, gdzie zaglądamy do starej lokomotywy (Engine nr 60 z 1886 roku) z wagonem restauracyjnym. Przechodzimy następnie pod autostradą i od razu droga prowadzi nas na zachód do skwerku z kilkoma ławeczkami, z których to mamy centralny widok na wodospad i zabytkowe młyńskie koło (pochodzące z młynu kruszącego złotonośne skały).

SONY DSC

Mówiąc szczerze widok nie rzuca nas na kolana…. więc po 5 minutach zawracamy do centrum miasteczka.

SONY DSC

Zaglądamy do jednego z 2 mikrobrowarów Westbound and Down Brewery, ale raczej żeby rzucić okiem niż napić się piwa. Ciągle męczy nas temat braku wody w RV-ku…. ale nie znajdujemy żadnego kranika do którego można by się podłączyć. Po powrocie do auta podjeżdżamy dosłownie 0,5 mili (na wschód) do supermarketu Safeway’a po małe zakupy spożywcze i obiecane dzieciom lody. Z miasta wyjeżdżamy szutrową drogą Virginia Canyons Road (wg mapy topograficznej OMG Road) na północ. Droga prowadzi nas pomiędzy ciągle działającymi minikopalniami złota. W skałach po obu stronach drogi widoczne są zakratowane szyby kopalniane. Przejeżdżając przez Russell Gulch mamy wrażenie, że czas zatrzymał się tutaj jakieś 50 lat temu.

SONY DSC

SONY DSC

Poza małym chłopczykiem – widmem jeżdzącym dookoła na rowerze, nie ma tu dosłownie nikogo….. a budynki są delikatnie mówiąc w stanie rozkładu.

SONY DSC

Wszędzie umieszczone są tabliczki zakazujące wstępu, tak więc nie chcąc ryzykować utratą głowy pozostajemy na głównej drodze, odbijajć tylko na chwilę w Upper Russel Gulch Road, gdzie robimy zdjęcie jedynemu odrestaurowanemu budynowi w wiosce.

SONY DSC

Virginia Canyon Road prowadzi nas do Central City, skąd odbijamy w kierunku Nevadaville (ghost town) (Nevadaville Road/Main Street). Pierwotnie chcieliśmy pojechać na znajdujący się niedaleko kemping Columbine, ale okazało się, że jest już zamknięty. W Nevadaville już po zachodzie słońca robimy kilka fotek

SONY DSC

SONY DSC

i wracając do Central City znajdujemy przyjemną zatoczkę przy drodze – idealną na spędzenie dzisiejszej nocy (powyżej Academy Street i wielkiego betonowego parkingu należącego do starej kopalni). Ponieważ mamy jeszcze trochę energii jedziemy na krótki rekonesans do Central City. Należy wspomnieć, że w momencie odkrycia tu dużych pokładów złota w 1859 roku misteczko to uzyskało przydomek najbogatszej mili kwadratowej na świecie! Przejeżdżamy najpierw przez centrum i parkujemy na miejskim darmowym parkingu (Central City parkway & Spring Street). Nasz wieczorny spacer rozpoczynamy od Mine Street (a dokładnie od pierwszego w USA sklepu sprzedającego rekreacyjną marihuanę – Annies Grocery)

SONY DSC

i mijając liczne bary i kasyna (jest tu ich aż 7) dochodzimy do budynku Opery i William’s Stables (na Eureka Street). Obecnie w Colorado działa legalnie 1,520 sklepów sprzedających „rekreacyjną” marihuanę, której cena za 1 gram waha się od $4 do $8 w zależności od miejsca sprzedaży. Ceny drastycznie spadły w ostatnim roku z powodu nadwyżek „towaru” i są obecnie najniższe w kraju. W 2017 roku sprzedano 130 ton marihuany o łącznej wartości 1,5 miliarda $.  Rok 2018 według szacunków wypadnie jeszcze korzystniej dając potężny zastrzyk finansowy gospodarce stanu.

SONY DSC

Jest zdecydowanie za zimno na dłuższe spędzanie czasu na zewnątrz, więc po półgodzinie wracamy do auta i kierujemy sie na nasz upatrzony wcześniej nocleg.

SONY DSC

SONY DSC

Dzień 8

Po śniadaniu zaglądamy do kopalni Coeur D’Alene, ale jest zamknięta na cztery spusty…..

SONY DSC

więc szutrową uliczką – Academy street (biegnącą obok kopalni) wyjeżdżamy bezpośrednio na Eureka Street i kierujemy się w stronę miasteczka Black Hawk, którego centrum jest jednym wielkim placem budowy, (usuwana jest potężna skała w celu poszerzenia miejsca na postawienie zapewne kolejnego … osiemnastego już kasyna!). Brzmi to zapewne zabawnie, że w tak małej mieścinie, którego populacja to zaledwie 120 osób, usytuowane jest 17 z 40 znajdujących się na terenie stanu kasyn. Ponieważ nie ma tu za dużo do oglądania wyjeżdżamy szybko drogą nr 119, a następnie skręcamy w szutrową Smith Hill Road. Zaraz za zakrętem stoi znak informujący, że teren należy do parku stanowego Golden Gate Canyon i jest zamknięty dla użytku publicznego z wyjątkiem polowań. Nie za bardzo rozumiemy w jakim kontekście jest to napisane…. i czy możemy czuć się bezpiecznie jadąc tą drogą …. zważywszy na fakt, przebywania na tym terenie myśliwych, którzy mogą wziąść nas za potencjalnego zwierza do upolowania. Nabieramy pewności, kiedy to widzimy jadący z naprzeciwka samochód….. jedziemy więc i my drogą, która prowadzi nas do Visitor Center. Jak się można było domyśleć w budynku informacji znajdują się tylko wystawy poświęcone leśnym zwierzętom, na które się poluje….. Przed budynkiem „wita” nas staw pełen pstrągów, czekających tylko na kolejny wrzut pokarmu z automatu ($0,25 za garść smrodliwych kulek). Wygłodniałe ryby rzucają się jak piranie na ofiarę, kłębiąc się wokół wrzuconego do wody jedzenia. Jedziemy dalej (drogą Golden Gate Canyon) bezpośrednio do miasteczka Golden, gdzie „fundujemy” sobie wycieczkę po browarze Coors (wjazd bezpłatny). Duży parking przy Fort & 13th street przeznaczony jest  wyłącznie dla odwiedzających browar. Obok parkingu jest przystanek autobusowy, gdzie ustawiamy się w kolejce oczekując na minibusa, który (robiąc pętelkę po mieście), wiezie nas do fabryki piwa.

SONY DSC

Wycieczka rozpoczyna się zaraz po wejściu do budynku obowiązkowym zdjęciem, które można sobie potem zakupić w ostatnim etapie wycieczki ….. czyli w barze. Jest to wycieczka typu „self guided tour” czyli każdy chodzi sobie według własnego tempa, a jedynym przewodnikiem jest wypożyczony (za darmo) „audioguide” z ponumerowanymi przyciskami. Tak więc przemieszczamy się kolejno według numerów wystaw przyciskając odpowiedznie guziki i słuchając całej historii, począwszy od od założenia browaru po chwilę obecną. Założyciel fabryki  – Adolf Coors był niemieckim immigrantem, który na gapę (a do tego totalnie nielegalnie) przedostał się na teren USA w 1868 roku, a w 1873 wraz z kolegą założył browar, odkupując przepis na ważenie pilznera od czeskiego imigranta. Nie jestem jednak pewna, czy ów czeski imigrant sprzedał mu prawidłowy przepis….. bo to piwo poprostu nie nadaje sie do picia….. i nie ma nic wspólnego z piwem ważonym w Czechach😊. Po zapoznaniu się ze wszystkimi informacjami na parterze budynku windą przemieszczamy się do hal produkcyjnych.

SONY DSC

Spacerujemy korytarzami pełnymi tablic informacyjnych i plakatów reklamujących różne gatunki piwa produkowane przez Coors’a. Wiele z nich wychwala czystość i krystaliczność wody pochodzącej z gór Skalistych i służącej do produkcji piwa.

SONY DSC

Produkuje się tu aż 2000 puszek na minutę…..Apropo aluminiowych puszek, to zostały one wprowadzone do produkcji piwa przez Bill’a – syna Adolfa Coors’a w 1959 roku jako zastępnik istniejących już na rynku (od 1935 roku) puszek wykonywanych z blachy (ważących 100 gramów czyli ok. 4 razy więcej niż puszki z aluminium). W tym samym roku firma Coors wprowadziła również metodę recyclingu, płacąc 1 centa za każdą zwróconą pustą puszkę po piwie. Przez pierwszych 6 lat firma przyjęła 60 milionów puszek, a do roku 1989 wypłaciła konsumentom aż 350 milionów dollarów (za 715 tysięcy ton zwróconego aluminium). Na koniec wycieczki zasiadamy w barze, gdzie mamy do wyboru 3 piwa (bezpłatna degustacja), a dzieci lemoniadę lub piwo korzenne.

SONY DSC

Wszystko poza pszenicznym piwem Blue Moon w zasadzie nie nadaje się do konsumpcji, dla mającego bardziej wyrafinowane kubki smakowe Europejczyka.

SONY DSC

Z browaru wracamy już piechotką na parking…. (co zajmuje nam 10 minut – 0,5 mili) nie marnując czasu na czekanie w długiej kolejce na minibusa. Zbyt dużo czasu zabrała nam ta wycieczka, więc gnamy czym prędzej do Dinosaur Ridge, zajeżdżając od strony Discovery Center (17681 W. Alameda Parkway, Golden, 10am-4pm). Jest to mały budynek ze skromnymi wystawami, gdzie spędzamy nie więcej niż 15 minut.

SONY DSC

SONY DSC

Przejeżdżamy z drugiej strony wzgórza do Visitor Center i sklepiku z upominkami. Tu można zakupić bilet na wycieczkę ($9/osoba). Wykupowanie wycieczki, czyli tak naprawdę przejażdżki busikiem nie ma w zasadzie sensu, bo spacer jest bardzo przyjemny i łatwy (szlak prowadzi asfaltową drogą zamkniętą dla ruchu samochodowego). Parkujemy początkowo przy sklepiku z pamiątkami (gift shop), gdzie zakupujemy kilka sztuk minerałów na pamiatkę. Później przestawiamy się na pobocze przy samej bramie wjazdowej. Basię ładujemy w wózek, zakładamy ciuchy „na cebukę” i drałujemy pod górę w poszukiwaniu śladów dinozaurów. Głównym i zarazem bardzo ważnym na skalę światową miejscem, gdzie są one doskonale widoczne jest punkt „Tracks”, (znajdujący się zaledwie 0,3 mili od wejścia). Widocznych jest tu około 300 śladów należących do 3 różnych gatunków dinozaurów (Eolambia, Acrosanthrosaur i Ornithomimid).

SONY DSC

SONY DSC

SONY DSC

W innych częściach szlaku spotykamy skamieniałe riplemarki, przekroje warstw geologicznych i kości dinozaurów „zatopione” w skałach.

SONY DSC

SONY DSC

Cały szlak to jedynie 2,2 mil w obie strony. Niestety ostatnią jego część pokonujemy biegiem w deszczu…. który niestety kończy nasze dzisiejsze zwiedzanie. Nocujemy dokładnie w miejscu gdzie zaparkowaliśmy sprawdzając wcześniej czy nie ma jakiejś tabliczki z zakazem postoju w nocy.

Dzień 9

Poranek jest przeraźliwie zimny…..Więc dopiero po rozgrzewającej owsiance wyjeżdżamy 470-tką na południe by otoczyć Dinosaur Ridge i dostać się na zachodnią część do Red Rock Amphitheatre (18300 W Alameda Parkway, czynny od świtu do zmierzchu; wjazd bezpłatny).

redreockamphiteatr map1

Jest to wykuty w czerwonym piaskowcu amfiteatr charakteryzujący się niesamowitą akustyką.

SONY DSC

SONY DSC

SONY DSC

W latach 60-tych amfiteatr gościł m.in. Jimi Hendrix’a i The Beatles, a obecnie przybywają tu równie ważne osobistości świata muzyki. Kierujemy się do wjazdu oznaczonego cyferką „3” który to prowadzi nas do Trading Post, a ponieważ jest on jeszcze zamknięty, podjeżdżamy więc do parkingu ulokowanego najbliżej amfiteatru. Pomimo wczesnej pory jest tu już mnóstwo ludzi, którzy przyjechali tu na poranny trening. Biegają pomiędzy ławkami po wszystkich 70 rzędach…..robiąc co chwila przysiady i pompki…..aż miło popatrzeć na ich wysportowane sylwetki😊. Dojście do sceny jest niestety zamknięte ze względu na przygotowania do dzisiejszego koncertu. (Jednorazowo miejsce to może pomieścić 9,500 gości). To bardzo klimatyczne miejsce, które Denver, a nawet całe Colorado może uważać za swoją wizytówkę. Odwiedzamy Visitor Center (wejście bezpłatne, czynny od 7am do 7pm), gdzie oglądamy wystawy pełne rock’owych plakatów i film opowiadający o powstaniu i funkcjonowaniu amfiteatru.

SONY DSC

Plains View Road wjeżdżamy na mały parking skąd szybkim tempem maszerujemy krótkim szlakiem Geological trail pomiedzy czerwonymi skałkami.

SONY DSC

Nie jest to co prawda szlak petarda, ale przy mało sprzyjających warunkach atmosferycznych nie chcemy ciągnąć dzieci po błotnistych ściażkach w bardziej urokliwe miejsca. Wyjeżdżając z parku zaglądamy jeszcze na chwilę do Trading Post Gift Shop (czynny 9am-5pm), który poza kilkoma wystawami oferuje gadżety typu bluzy, t-shirty czy czapeczki z logo Red Rock.

SONY DSC

SONY DSC

My spędzamy pół godzinki na klimatycznej „jardzie” przed budynkiem bawiąc się z dziećmi w ganianego. Sam budynek zwany też Trading Post Pueblo zbudowany został w 1931 roku, a z jego „podwórka” rozpościerają się zapierające dech w piersiach widoki czerwonych formacji piaskowcowych. Nieustannie (i ciągle bezskutecznie) rozglądamy się również dookoła w poszukiwaniu jakiegoś kraniku czy pompy, skąd moglibyśmy nabrać wody do naszego kampera. Jadąc 121-ką na południe zajeżdżamy do Audubon Center at Chatfield (11280 Waterton Rd, Littleton) i znajdujemy działający kranik …..niestety umiejscowiony jest on za daleko od parkingu (gdzie stoimy) i nie jesteśmy w stanie nalać wody używając plastikowego węża……A ponieważ nie zanosi się, że gdziekolwiek znajdziemy jeszcze dostęp do wody, postanawiamy wykorzystać do tego butelki galonowe i lejek zrobiony z małej plastikowej butelki. I ganiamy tak ze 40 razy…..manualnie napełniając zbiornik do pełna. Problem zostaje rozwiązany i w spokoju możemy kontynuować naszą wycieczkę. Drogą nr 5 (Rampart Range Road) wjeżdżamy do Roxborought State Park ($7/auto, czynny tylko do 6 pm). Mamy więc tylko 3 godziny do zamknięcia bramy parkowej. Visitor Center „zaliczamy” w 5 minut i pędzimy na szlak (pętelka) Funtain Valley Trail (3,2 mili w obie strony). Szlak jest bardzo łatwy i prowadzi praktycznie po płaskim terenie, (poza punktem widokowym, gdzie trzeba zużyć troszkę więcej energii by na niego wejść).

SONY DSC

SONY DSC

SONY DSC

SONY DSC

Mamy dużo szczęścia, bo na chwilę wychodzi słońce oświetlając pięknym miękkim światłem skały, co całkowicie zmienia obraz okolicy.

SONY DSC

Spacerujemy wokół rudoczerwonych formacji piaskowcowych – pionowo wywróconych skał, przypominających grzbiety stegozaurów. Pierwsze ślady osadnictwa datowane są na terenie parku na około 7,500 lat temu. Znalezione tu liczne groty strzał czy narzędzia można pooglądać w Visitor Center. Ważne jest również stoswanie się do zasad  obowiązujących w parku, a mianowicie jeśli znajdziemy jakieś pozostałości pradawnych kultur musimy zwrócić je do dyrekcji parku, która nawet oferuje mała nagrodę za nasze znalezisko… ale jeśli zatrzymamy to dla siebie to grozi nam kara pozbawienia wolności do 30 dni i grzywna finansowa $500.

SONY DSC

SONY DSC

SONY DSC

Dokładnie o godzinie 6 pm opuszczamy park tą samą drogą (nr 5) robiąc dużą pętlę (nie ma przedłużenia drogi na południe, więc musimy pojechać dookoła) (do drogi nr 7, następnie skręcamy na południe w 85-kę i na południowy zachód do 67). Po przejechaniu Pine Nook skręcamy na południe w szutrową Rampart Range Road (nr 300). Na początku drogi znajduje się olbrzymi parking (z WC), gdzie na wielkich tablicach znajdują się wszystkie potrzebne informacje dla użytkowników ATV (czyli popularnych „quad’ów”). Wyczytujemy, że wszystkie kempingi (Flat Rocks, Cabin Ridge, Deavil’s Head i Jackson Creek) są już zamknięte od Labor Day (pierwszy weekend września)… i że nocować można tylko w wyznaczonych miejscach….. Cóż zaczynamy jechać szutrową Rampart Ridge i zadziwia nas bardzo zaistniła tu sytuacja. Co chwila mijamy … bezpłatne kempingi oznaczone kolejnymi numerami…. wszystkie niestety zajęte…. jedziemy i jedziemy kemping za kempingiem a w zasadzie olbrzymie miejsca kemingowe okupowane czasami przez 3 czy 4 auta, czy RV-ki. Tracąc już nadzieje, że znajdziemy coś wolnego postanawiamy zapytać się kempingujących na chyba największym polu (nr 33) czy możemy się przyłączyć na jedną noc … Po uzyskaniu zgody stajemy sobie z dala od „właścicieli pola” i rozpalamy ognisko piekąc kiełbaski ….i oglądając pokaz psiej tresury na rozstawionych na środku poprzeczkach i słupkach treningowych. Temperatura jest bliska 0°C i para ucieka nam z buzi wielkimi kłębami…. Dowiadujemy się też, że jest tu dużo niedźwiedzi, które zaglądają ludziom do namiotów….. cóż dobrze, że śpimy w kamperze…..

Dzień 10

Jeszcze po ciemku wyjeżdżamy z naszej miejscówki, mijając kolejne kempingi (wszystkie zajęte). Droga, która jedziemy jest przystosowana chyba tylko dla czołgistów….. Odbijamy na lewo do wyjścia na szlak petardę Devil’s Head trail (długość 2,8 mili w obie strony).

DEvilshead trial map w

Zaczynamy mozolną wędrówkę stromo w górę do wysokości 2,970 m n.p.m. Przy wejściu na szlak wita nas plakat z wróżką zębuszką – gówienkuszką😊….

20181007_072249ss

Od jakiegoś czasu (2 – 3 lat) daje się zauważyć na szlakach porzucone woreczki z psim kupskiem.

SONY DSC

Właściciele zwierząt są zobowiązani sprzątać po swoich milusińskich (pod groźbą kary finansowej) i zamiast zabierać pełne woreczki ze sobą i wyrzucać do śmietników, zostawiają je na szlakach, co szczerze mówiąc napawa mnie obrzydzeniem i wolałabym, żeby pieski narobiły pod drzewem i nie było by to może wtedy takie rażące! Pierwsza część szlaku jest lekko „przymrożona” – liście, pnie i gałęzie pokryte są szronem.

SONY DSC

SONY DSC

Idziemy lasem aż do mniej więcej połowy szlaku, gdzie zaczynają pojawiać się niesamowite widoki!!! W oznaczonym punkcie „Half way” wdrapujemy się na wielką skalę, żeby je zobaczyć.

SONY DSC

SONY DSC

Następnie cały czas ciśniemy pod górę mijając skałki – „bobki” i czasami nawet ławeczki, na których można chwilkę odsapnąć. Dochodzimy do kilku drewnianych kabinek, skąd jeszcze tylko 143 schody dzielą nas od wejścia na „fire lookout tower” (będącej na liście National Register of Historic Places).

SONY DSC

Spotkamy tu 2 Amerykanów, z których jeden jak się okazuje po krótkiej konwersacji ma żonę Polkę i 2 dzieci, które uczęszczają do polskiej szkoły w Denver.

SONY DSC

Widoki mamy z tego miejsca niesamowite.

SONY DSC

SONY DSC

SONY DSC

Jest 9 rano i światło po około 2 godzianch od wschodu słońca po prostu niesamowicie „maluje” krajobraz. Jak się później okaże jest to ostatni raz podczas wakacji, kiedy mamy szanse „podgrzać” się w jego blasku. Śmiało mogę powiedzieć, że jest to jeden z piękniejszych szlaków na naszym wyjeździe.

SONY DSC

Schodząc po tych 143 schodkach spotykamy wdrapującego się powoli do góry pana z wielką brodą (Bill’a Ellis’a), który (jak wyczytujemy na tablicy informacyjnej ustawionej pod schodami) ma 85 lat i od 34 lat pracuje w „fire lookout tower” jako strażnik lasu wypatrywujący pożarów. Jaka trzeba mieć krzepę, by tak codziennie wchodzić po tylu schodkach…..Jest to w ogóle jedyna działająca w Colorado wieża, z której obecnie monitoruje się „na żywo” pożary.

SONY DSC

Wracając do auta mijamy już dosłownie tłumy sunących pod górę ludzi. Co roku szlak ten zdobywa ich około 40 tysięcy, a więc można zaliczyć go do bardzo popularnych. Dlatego też między innymi polecam wczesną pobudkę i rozpoczęcie wędrówki by tych tłumów uniknąć…. szczególnie w okresie letnim. Wskakujemy do kampera i telepiemy się dalej na południe….. po drodze mijając kolejne mini kempingi, niestety kilka z nich z wysypiskami śmieci… przykro na to patrzeć.

20181007_110416

Dzięki właśnie takim nieodpowiedzialnym kempingowiczom miejsca takie jak to mogą przestać istnieć na zawsze, bo w końcu cierpliwość rangerów się skończy. Przy wyjściu na szlak Devil’s Head zauważyliśmy nawet znak „Dbaj o swoje śmieci, bo ze wzgledu na bardzo limitowane środki pieniężne obszar ten może być w każdej chwili zamknięty”. Wjeżdżamy do miasteczka Woodland Park, a pogoda totalnie się załamuje, co niestety stawia pod wielkim znakiem zapytania nasz wjazd na górę Pikes Peak. Może i warto byłoby zaryzykować jeśli droga byłaby bezpłatna…ale niestety każda dorosła osoba w aucie musi zapłacić $15 (dzieci $5) by móc dojechać na szczyt. W słoneczne dni z Pikes Peak’u (4,302 m n.p.m) można zobaczyć aż 5 stanów (Colorado, Arizona, New Mexico, Utah i Kansas). Jest to druga pod względem popularności odwiedzeń (ponad 500,000 osób rocznie!!!) góra na świecie (po Fuji mountain w Japoni), (jeśli stosujemy kryterium wysokości powyżej 10,000 stóp czyli 3,000 m n.p.m). Dzisiaj niestety zobaczylibyśmy jedynie białą jak mleko mgłę. (Numer telefonu gdzie można dowiedzieć się o panujących obecnie na szczycie warunkach pogodowych to 719-385-7325). Podjeżdżamy do miasteczka Manitou Springs, gdzie jeszcze do poprzedniego roku można było kolejką (Pike Peak Cog Railway), wjechać na szczyt Pikes Peak…..teraz stacja zamknięta jest do odwołania (ze wzgledu na wysokie koszty utrzymania i nierentowność), a szkoda, bo przecież był to istny turystyczny magnes dla miasta. Zatrzymujemy się na bezpłatnym parkingu niedaleko Heritage Center (517 Manitou Avenue), gdzie dostajemy bezpłatne mapki mineralnych źródeł (z naturalnie gazowaną wodą mineralną), ulokowanych w wielu miejscach w centrum. Po mieście jeździ bezpłatny autobus (shuttle bus), ale my wolimy się przejść piechotką ….zaczynając oczywiście od placu zabaw (Memorial Park)😊. Idąc w stronę centrum mijamy PJ’s Stagecoach Inn – zabytkową restaurację i hotelik, ze starą karetą stojącą tuż przed jej wejściem,

SONY DSC

dużo sklepików z pierdułkami i kilka knajpek.

SONY DSC

SONY DSC

SONY DSC

Nabieramy wodę mineralną (bogatą w minerały tj. wapń, magnez i potas), z każdej napotkanej fontanienki (jest ich w mieście aż 8) i popijamy rozkoszując się jej ożeźwiającym smakiem.

DSC02777a

W 1989 roku zbudowano tu rozlewnię wód mineralnych, produkującą 20,000 butelek dziennie, dzięki czemu Manitou Springs stało się w tamtych czasach stolicą butelkowanej wody w Stanach Zjednoczonych. Dzisiaj wszystko jest zamknięte na „4 spusty”. Kiedy dochodzimy do Arcade Amusements Park dzieciaki wsiąkają w świat podstarzałych automatów do gier i pojazdów na monety… przeskakując z jednego na drugi średnio co 5 sekund. Spacerujemy na koniec jeszcze do Camino Real Imports – sklepiku z meksykańskimi metalowymi dziełami sztuki, których większość wystawiona jest na zewnątrz, przykuwając swoją oryginalnością i stylem, uwagę każdego kto się tu znajdzie.

SONY DSC

Są wyjatkowo atrakcyjne dla dzieci, które oczywiście chciałyby zabrać większość ich do domu. Wracamy już w deszczu, przebiegając jeszcze obok starej lokomotywy (Manitou/El Paso). Ponieważ okropna pogoda nie daje szansy by wyjść z kampera na kolejny spacer wyjeżdżamy z miasteczka w poszukiwaniu noclegu, który znajdujemy na drodze Serpentive Drive (niedaleko zamkniętych wodospadów Rainbow Falls; czynne tylko do 4pm w weekendy).

Dzień 11

O 5.30am wyjeżdżamy w kierunku Garden of the Gods. Chcieliśmy jak najwcześniej rozpocząć zwiedzanie parku ze względu na prognozę pogody, która nie była zbyt optymistyczna i przepowiadała deszcz około godziny 10 rano.

gardenofthegodsmap1

Zaczynamy zwiedzanie od Balanced Rock (ważącej aż 700 ton skały zawieszonej na tzw „ostatnim włosku”, przecząc prawom grawitacji).

SONY DSCPod koniec XIX wieku niejaki Paul Goerke wykupił ziemię, znajdującą się dookoła „Balanced rock”. Razem z synem otworzył firmę zajmującą się robieniem zdjęć turystom odwiedzającym skałę (licząc sobie $0,25 za sztukę). Kiedy to aparaty fotograficzne stały się już na tyle popularne, że ludzie przestali korzystać z usług pana Goerkiego, ten otoczył skałę płotem i rządał $0.25 za wejście. Od 1909 roku zarząd miasta Manitou Springs prowadził negocjacje z właścicielem skały, ale dopiero w 1932 roku stała się ona własnością publiczną dostępną bezpłatnie dla wszystkich odwiedzających.

SONY DSC

Jedziemy dalej do głównej części parku (na północny parking – P2) mijając zamknięty o tej porze Trading Post.

SONY DSC

Jest okropnie zimno i zamiast deszczu zaczyna padać śnieg☹, więc nasze zwiedzanie przebiega w ekspresowym tempie. W zasadzie to biegamy od skałki do skałki żeby chociaż trochę się rozgrzać……

SONY DSC

SONY DSC

SONY DSC

SONY DSC

Przemarznięci na kość jedziemy do Visitor Center. Dużo się zmieniło od 2010 roku, kiedy to byliśmy tu ostatni raz. Dzięki licznym sponsorom powstały ciekawe wystawy geologiczne, którymi zafascynowane są nawet nasze dzieci. Są tu wspaniale wyeksponowane wypchane zwierzęta i interaktywne displeje, a kiedyś był tu tylko sklepik z pamiątkami.

SONY DSC

SONY DSC

DSC02887r

Widok z okien Visitor Center pomimo niekorzystnej aury prezentuje się też całkiem przyjemnie….

SONY DSC

Po zagrzaniu się i łyknieciu trochę geologicznej wiedzy jedziemy do Red Rock Canyon Open Space (wjazd bezpłatny).

red rock canyon open space map1

Pomimo mapy, którą dysponujemy, ciężko się tu odnaleść. Jest to stary kamieniołom z czerwonego piaskowca porośnięty już gęstą roślinnością i zamieszkały przez liczne jelonki, kojoty i ptaki…. (czasami natknąć się też można na pumę czy niedźwiedzia).

SONY DSC

SONY DSC

Na samym początku wędrówki (szlak Sand Canyon trail) spotykamy jastrzębia zwyczajnego (goshhawk nothern), który zaszyty w szczelinie skalnej wypatruje z uwagą potencjalnej ofiary.

SONY DSC

Zziębnięci od deszczu i wiatru krążymy po pozakręcanych ścieżkach. Jest to niesamowite miejsce, przykład na to, że ze zwykłego kamieniołomu można utworzyć piękny park krajobrazowy. Wchodzimy na pukt widokowy…

SONY DSC

i widzimy jak jakiś nieodpowiedzialny gościu spuścił ze smyczy psa, który z kolei ujadając jak wściekłe zwierzę, ugania się za uciekającymi w popłochu jeleniami. Właściciel biega we wszystkich kierunkach wrzeszcząc na cały park i próbując złapać swojego pupila. My idziemy dalej w nadziei, że bestia – pies nas nie zaatakuje. Zmieniamy szlak na Quarry Pass trail, wchodząc na teren z którego wydobywano czerwony piaskowiec, co jest widoczne jak na dłoni w postaci „odciętych” bloków skalnych.

SONY DSC

SONY DSC

Wykute w skale schodki pomagają nam pokonywać różnice wysokości, i dzięki nim docieramy do Lion trail, który to po 2 godzinach wędrówki prowadzi nas już z powrotem do kampera….

page1

I na koniec mijajamy jeszcze kolejne ciekawe „ostrzeżenie” dotyczące zbierania psiej kupy w parku…..

20181008_14110455

Wyjeżdżając, kierujemy się na Denver, skąd jutro mamy samolot powrotny do domu. Śpimy na „truck stopie” (TA) przy autostradzie nr 25.

Dzień 12

Wstajemy o 5 rano i jeszcze po ciemku jedziemy w kierunku Denver. Wypożyczamy osobówkę (subaru impreza za $43) w Avis (1101 W Dartmouth Ave, Englewood) i już na 2 auta jedziemy do Walmartu, gdzie oddajemy niewykorzystane na wycieczce rzeczy i sprzątamy kampera. Zdajemy go następnie bez żadnych problemów i już na spokojnie jedziemy (osobówką) do Denver downtown mając w planie zwiedzanie mennicy stanowej – Denver Mint (320 W Colfax Avenue). (Colfax Avenue jest najdłuższą ulicą w Ameryce mierzącą aż 26 mil). Niestety po dotarciu na miejsce okazuje się, że biletów już na dzisiaj nie ma („Okienko”, gdzie można je dostać bezpłatnie znajduje się na Cherokee Street, pomiędzy West Colfax Avenue i West 14th Avenue). Bilety wydawane są od poniedziałku do czwartku od godziny 7 rano aż do ich wyczerpania i ważne są tylko w danym dniu. Dla tych którym szczęście dopisze informuje, że do mennicy nie można wnosić aparatów fotograficznych, plecaków ani nawet małych torebek. W związku z zaistniałą sytuacją postanawiamy odwiedzić znajdujący się w niedalekiej odległości od mennicy – State Capitol – kapitol stanowy (wejście bezpłatne). Parkujemy około 1 mili od kapitolu i spacerkiem w siąpiącym deszczu i przeszywającym wietrze idziemy w kierunku atrakcji. Co do dzisiejszej pogody to najwyraźniej mamy wielkiego pecha…. Według przewodnika Denver szczyci się ponad 300 słonecznymi dniami w roku, co stawia je w rankingu wyżej niż San Diego czy Miami Beach. Po przejściu bramki z wykrywaczem metali zaczynamy zwiedzanie budunku. Na pierwszym piętrze zapisujemy się na bazpłatną wycieczkę z przewodnikiem (od poniedziałku do piątku w godzinach 10am do 3pm). Pani przewodnik jednak nie potrafi wystarczająco zainteresować naszych dzieci, które jak szalene latają dookoła.

SONY DSC

SONY DSC

Obecnie w budynku kapitolu urzęduje stanowy senat i izba reprezentantów oraz gubernator stanu, a także swoje biura ma departament skarbu.

SONY DSC

Odwiedzamy sale posiedzeń rządu i wdrapujemy sie na wieżę, skąd rozpościera się panoramiczny widok na miasto.

SONY DSC

Po zejściu z wieży oglądamy jeszcze wystawy i po sprawdzeniu godziny ewakuujemy się na szybką pizzę, a następnie z „językiem na wierzchu” prujemy na lotnisko. Ponieważ cała procedura oddawania samochodu odbywa się z dala od lotniska i pociąga za sobą podróż autobusem postanawiamy, że ja z dziećmi i bagażami poczekam na lotnisku… tymbardziej, że mamy bardzo mało czasu do odlotu. Lotnisko w Denver jest największym powierzchniowo lotniskiem w Stanach Zjednoczonych, więc tym bardziej szybka organizacja jest nam wskazana. Odprawę przechodzimy bez problemu, chociaż nie wiadomo dlaczego właśnie u nas dzwoni alarm na bramce i musimy oddać nasze podręczne bagaże do dokładniejszego sprawdzenia… Plecak Jasia i jego klocki lego oraz kredki zostają przepatrzone ze wszystkich stron przez oficera TSA. Samolot wylatuje bez opóźnień i po 2 godzinach lotu jesteśmy w Chicago, gdzie oficjalnie kończymy naszą wycieczkę.

Jedna myśl na temat “Colorado jesienią

Dodaj własny

Dodaj odpowiedź do rv_elk Anuluj pisanie odpowiedzi

Blog na WordPress.com. Autor motywu: Anders Noren.

Do góry ↑