Termin: 17.VIII – 04.IX.2012
Nowy Meksyk oczarował nas swoim unikalnym klimatem rok temu do tego stopnia, że postanowiliśmy wrócić tu podczas kolejnych wakacji, odwiedzając zupełnie inną jego część i chłonąc atmosferę Indiańskiego świata, geologicznie kosmicznych szlaków górskich, powulkanicznych jaskiń, petroglifów czy pozostałości po przodkach meksykańskich. Pomimo, że odwiedzaliśmy ten stan podczas sezonu turystycznego, nigdy nie spotkaliśmy turystycznych tłumów, a wręcz przeciwnie w większości przypadków cieszyliśmy się zupełną samotnością, co dodatkowo zapunktowało w ocenie tego miejsca.
Przemieszczaliśmy się naszym wiekowym kamperem, zakupionym rok wcześniej. I pomimo „zawrotnego” tempa jazdy byliśmy niezależni w każdym momencie, nie czując presji w postaci poszukiwania hotelu czy restauracji, bo wszystko mieliśmy na miejscu. Nasz RV pomimo swojego sędziwego wieku spisał się prawie doskonale, a jego najgorszą wadą była niestety niemoc w przemieszczaniu się po obszarach górzystych. Ale z czterocylindrowego silnika niestety wycisnąć więcej się nie dało….
Trasa: Chicago – Missouri – Oklahoma – Texas – New Mexico – Rancho de Golondrinas, Santa Fe, Espanola, Plaza Blanca, Dar Al Islam Mosque, Abiquiu, Abiquiu Reservoir, Ghost Ranch, Chimney Rock trail, Box Canyon trail, Christ in the Desert Monastery, Chevez Canyon, Echo Amphitheater, Tierra Amarilla, Los Ojos, Chama, Cumbres&Toltec Scenic Railroad, Chaco Canyon National Historic Park (Una Vida, Hungo Pavi, Chetro Ketl, Pueblo Bonito, Pueblo Alto trail), Aztec Ruins National Monument, Farmington, Bisti Wilderness, Red Rock State Park (Church Rock trail), Mc Gaffey Recreation Area/Cibola National Forest, Gallup, Zuni Pueblo, El Morro National Monument (Inscription Rock trail, Headland trail), El Malpais National Monument (Big Tubes trail, Calderon Area trail, Bat Cave trail, Lava Falls trail, La Ventana Natural Arch, Sandstone Overlook Bluff), Acoma Pueblo, Laguna Pueblo (San Jose de la Laguna Mission), Isleta Pueblo, Sandia Peak, Bernarillio, Albuquerque, Acoma Pueblo – Texas – Oklahoma – Missouri – Chicago.
Środek transportu: kamper Toyota Escaper 1988

Noclegi: kempingi ($0 – $22)
Długość trasy: 3.996mil = 6400 km
Przewodniki: “New Mexico Atlas & Gazetteer ”DeLorme; “Santa Fe & Taos” Paige Penland, “Southwest USA & Las Vegas”Eyewitness Travel Guides,; “Fun with the family. New Mexico” Kate Winslow & Julia Ward; “Best hikes with children New Mexico” Bob Julyan; “Hiking New Mexico” Laurence Parent; “100 hikes in New Mexico” Craig Martin
Uważać na: węże (m.in. grzechotnik Rattle Snake, koralówka Coral Snake), skorpiony i pająki (m.in.czarna wdowa i tarantula)!!!
Dzień 1
Jak co roku nasza podróż na dziki zachód ciągnie się i ciągnie…. mila za milą… pokonujemy ją dzielnie razem z naszym 1,5 rocznym synkiem, który nie zawsze chce współpracować na naszych warunkach i który ma opracowany własny styl podróżowania, troszkę różniący się od naszego. Tak więc pokonanie 1300 mil (2100 km) zajmuje nam 2,5 dnia. Pierwszą noc spędzamy na bezpłatnym parkingu/kempingu dla RV-ków należącym do kasyna Downstream w okolicy miasta Joplin/Missouri (na granicy z Oklahom).
Dzień 2
Drogą 166 (zjazd z Hwy 44) wjeżdżamy na chwilę do Kansas i dalej legendarną Route 66 przez Oklahomę, mijając nudne i osowiałe miasteczka, docieramy do Tulsy, gdzie już wskakujemy na autostradę nr 44. Norm drogowych jak zwykle nie spełniamy – zakaz jazdy poniżej 50 mil/h….. My łamiemy więc niechcący to prawo notorycznie, wyciskając z naszego pojazdu maksymalną prędkość dochodzacą czasami tylko do 40 mil/h… szczególnie na odcinkach pod górkę. Po paru godzinach jazdy zatrzymujemy się na odpoczynek w Cherokee Trading Post (zjazd 71).


To takie komercyjne miejsce prowadzone przez Indian – restauracja, sklep z upominkami i stacja benzynowa. Tuż obok tego kompleksu rozstawione są indiańskie wigwamy, gdzie można zrobić sobie fajne zdjęcia, co też czynimy.

Ruszamy dalej i niestety co jakąś godzinkę musimy zjeżdżać z autostrady na krótkie postoje z powodu nadmiernego przegrzewania się silnika. Pokonujemy odcinek 177 mil w Teksasie i po drodze tracąc autostradowy piąty bieg, docieramy do Nowego Meksyku, gdzie nocujemy na ”rest area” tuż po przekroczeniu granicy stanowej.
Dzień 3
Pobudkę „uprzyjemnia” nam przeraźliwy wrzask Janka, domagającego się natychmiastowej uwagi…a mianowicie butelki mleka, z którą odczuwa silną więź emocjonalną i bez której przeżyć nie może dłużej niż 2 godziny. Zbieramy się w miarę szybko i ruszamy dalej autostradą na zachód. Zjeżdżamy z niej na mili 218 skracając sobie drogą nr 285 podróż do Santa Fe. Po 1pm dojeżdżamy w końcu do pierwszego założonego celu – fantastycznego El Rancho de las Golondrinas (czynne czerwiec – wrzesień/środa-niedziela 10am-4pm; wstęp $6).


Za bilety płacimy tylko po $2 a to z powodu odbywającego się w Santa Fe, Wielkiego Indiańskiego Targu, który właśnie po tygodniu festowania dobiega dziś końca (I to właśnie z powodu tego wydarzenia w Rancho nie ma Indian-wolontariuszy, którzy zazwyczaj pokazują odwiedzającym swoje zwyczaje i umiejętności oraz sprzedają wyhodowane tutaj warzywa i owoce).

Turystów tu praktycznie nie widać i całkiem miło można poruszać się po wszystkich możliwych zakamarkach rancza.

Janek ma niezły ubaw przy karmieniu kóz, wpychając źdźbła siana pomiędzy szczelnie zbite deski płotu lub dziury po sękach.


Kozy beczą, a Janek razem z nimi…..

Spędzamy tu tylko 3 godziny, choć zapewne gdyby nie fakt zamknięcia obiektu o 4pm zostalibyśmy o wiele dłużej.



Skansen ten położony jest na obszarze 200 akrów ciekawie urzeźbionego terenu … a więc trochę trzeba się namęczyć spacerując w pełnym słońcu, by spenetrować wszystkie budynki (młyn, szkołę, kościół, zabudowania farmerskie).


Taszczymy więc wózek razem z Jasiem – ku jego dezaprobacie – na sam szczyt!… No ale w końcu i tak łatwiej wtaszczyć Jasia w wózku niż wózek osobno i niesfornego Janka osobno.

Następnym punktem naszego dzisiejszego programu jest Santa Fe. Parkujemy w tym samym miejscu co rok temu, czyli na bezpłatnym parkingu przy kompleksie kapitolu/centrum informacji turystycznej. Mieliśmy nadzieję zobaczyć jeszcze „Indian Market”, ale tak naprawdę docieramy na jego zakończenie, gdzie wszyscy sprzedający „rdzenni” artyści ludowi składają już swoje kramy i towary. Jedynym jeszcze miejscem w którym można było nabyć ciekawe „souveniry” był plenerowy minimarket obok Loretto Chapel. Chociaż rzeczy te tak naprawdę nie miały nic wspólnego z amerykańskimi Indianami i ich wyrobami – w większości „made in China, Paragwaj czy Peru” – więc jak zwykle pułapka turystyczna i nic więcej. Co innego na centralnym Governor Plaza – dokąd dotarliśmy już późno – gdzie zastaliśmy już tylko puste stanowiska, ale za to każde sygnowane nazwiskiem indiańskiego artysty-rzemieślnika, po czym można było tylko sobie wyobrażać na jakież to dzieła sztuki polowali tu kolekcjonerzy, poszukiwacze okazji i właściciele galerii. Janek daje nam nieźle „popalić” – buntuje się po raz kolejny i nie chce być wożony w wózku … wrzeszczy na całe miasto i dzięki jego nastawieniu do zwiedzania postanawiamy po prostu wrócić do samochodu i udać się bezpośrednio na camping w Hyde Memorial State Park (około 9 mil stromą drogą nr 475, wysokość 2590 m n.p.m.); (miejsce z podłączem elektrycznym $14/noc; dostęp do wody pitnej). Jaśko dopiero teraz odżywa… biega, skacze i wrzeszczy z radości… Nawet obiadokolację zajada ze smakiem i domaga się dokładki … co nie jest w jego stylu. Rozpalamy ognisko i gapimy się w niebo pełne gwiazd.
Dzień 4
Niestety od rana pada deszcz. Postanawiamy spędzic więc cały dzień na kempingu i zregenerować siły po wyczerpującej podróży z Chicago. Spacerujemy z Jankiem wzdłuż drogi (475) i i dostrzegamy, zobligowanych do pracy przy wycince drzew, więźniów. Co dziwne, nie widać policjantów, którzy powinni ich pilnować. Siedzimy więc niezauważeni przez nich w krzakach i obserwujemy ich pracę, po czym wracamy do kampera na obiad. Mundek już niestety tym razem musi ganiać za Jaśkiem z garnkiem pełnym makaronu, bo inaczej Młody jeść nie chce.

I tak za nim gania po lesie, że wracają po 1,5 h zaliczając przy okazji pobliski plac zabaw. Ale garnek jest pusty. Obok kempingu wyznaczone są szlaki edukacyjne.

Postanawiamy więc pospacerować korzystając z okazji, że deszcz chwilowo przestaje znowu padać.

Las jest tu pachnący i „świeży”, pełen drzew iglastych (a przede wszystkim sosny ponderosa pine).

Po 2 godzinach biegniemy już z powrotem do auta przemoczeni deszczem.
Dzień 5
O poranku zjeżdżamy drogą 475 do Santa Fe – przy okazji zatrzymujemy sie na wzgórzu widokowym (Martyrs Cross Hill – Prince Ave i Kearney Ave) podziwiając panoramę miasta i okoliczne osiedle jednorodzinnych domów w stylu abobe.


Zaglądamy na chwilę do biblioteki (145 Washington Avenue), żeby sprawdzić emaile i wydrukować kilka niezbędnych dla nas informacji o miejscach, do których podążamy.

Przenosimy się w okolicę Canyon Road, czyli miejsca gdzie skupione są niemal wszystkie galerie Santa Fe (wstęp bezpłatny) i gdzie sztuka w szerokim tego słowa znaczeniu emanuje z każdego zakątka tej ulicy.



Zaglądamy do kilku galerii sztuki współczesnej i Indiańskiej, ale znowu Janek nie życzy sobie powożenia w wózku i zaczyna się ganianina……

Musimy więc jak najszybciej ewakuować się z miasta, żeby Młody mógł poszaleć w dziczy i swobodnie się wybiegać na łonie natury.



Opuszczamy Canyon Road z wielkim niedosytem, bo nie udało nam się zajrzeć do wszystkich miejsc, jakie pierwotnie chcieliśmy zobaczyć…. Może za lat kilka, jak Młody się trochę ustatkuje wrócimy tu i już w spokoju poznamy „zawartość” artystyczną tego kipiącego sztuką miejsca. Przejeżdżamy przez tak zwane wzgórze muzealne, stację kolei i docieramy do kościoła Our Lady of Guadelupe (417 Agua Fria Street). Kościół jest niestety zamknięty, ale przed kaplicą biega gromadka meksykańskich dzieci głośno krzycząc, więc idziemy zobaczyć co się tam dzieje.

Janek zaczął sobie biegać razem z dzieciakami i też pokrzykiwać po swojemu. Kaplica jest otwarta, więc zaglądamy na chwilkę. Zespół ludowy meksykańskiej pieśni i tańca przygotowywuje się do występu. Ludziska miło uśmiechają się do nas. Przejeżdżamy jeszcze raz przez Plazę i opuszczamy miasto udając się w kierunku Espanola. Nocujemy na olbrzymim parkingu dla RV-ików przed kasynem Camel Rock (Tesuque Indian Reservation), gdzie po przeciwnej stronie autostrady rok temu zatrzymywaliśmy się przy punkcie widokowym na skałę Camel Rock.
Dzień 6
Jak zwykle nie możemy się rano zebrać. Pogoda raczej nie napawa optymizmem – chmury burzowe pojawiły się na horyzoncie i nadciągają w naszym kierunku. Ruszamy i uciekamy więc przed nadciągającym deszczem. Pierwszy postój robimy w Espanoli w Mision Museum y Convento. Jest to replika oryginalnej misji zbudowanej przez Hiszpanów w 1598 roku.

Wszystko w środku muzeum jest dziełem lokalnych twórców. Z miasteczkiem tym związana jest przykra historia. W 1998 roku – czyli w roku świętowania przez mieszkańców 400-lecia przybycia Hiszpanów na te ziemie, „Bracia z Acoma” odcięli piłą elektryczną nogę posągowi Don Juana de Onate – hiszpańskiego konkwistadora, który był odpowiedzialny za rzeź w ich wiosce Acoma Pueblo. Otóż Onate w 1599 roku, jako odzew na zamorodanie 12 swoich żołnierzy, powybijał 800 Indian w tym dzieci i kobiety, a każdemu pozostałemu przy życiu mężczyźnie obciął lewą nogę. Nie sposób więc się dziwić, że Indianie z Acoma poczuli się bardzo urażeni faktem wystawienia pomnika największemu oprawcy ich przodków. Formalnie sprawców wandalizmu nie odnaleziono. Wyjeżdżamy z Espanoli i podążamy w kierunku Plaza Bianca. (Dojazd: 84 do 554 – skręcamy na północ przy Maya Art Cafe i za pół mili kolejny skręt na zachód w lewo – CR 155). Jedziemy 2,5 mili aż droga zamienia się w szutrową i kamienistą – aż do rozwidlenia. Skręcamy w prawo do Plaza Bianca. (W lewo droga prowadzi do meczetu). Parkujemy nieopodal kilku innych samochodów na prymitywnym parkingu (toalet brak) i ruszamy na szlak.


Wielkie ciemne chmury nie zapowiadają niczego dobrego…. Szlak jest bardzo krótki (około1.5 mili) i prowadzi w zasadzie do „arroyo” i podnóża piaskowcowych spirali.



Łazimy dookoła Plaza Bianca i natrafiamy na tajemniczy krąg – spiralę ułożoną z kamieni, znak niekończącego się świata lub podróży przez życie.



Janek maszeruje dzielnie aż do mometu kiedy w jego pieluszce pojawia się niespodzianka…… Ponieważ nie wzieliśmy ze sobą zapasowej sztuki musimy niezwłocznie zawrócić do auta, co i tak nastapiłoby w niedługim czasie, gdyż niebo zmieniło kolor na sinogranatowy i do tego wszystkiego jeszcze zaczęło groźnie grzmieć. Po dotarciu do auta fundujemy Jankowi ekspresową kąpiel w wanience z widokiem na góry i ruszamy dalej popędzani przez deszcz. Wracamy do rozwidlenia dróg i skręcamy w prawo. Droga jest tu bardzo wyboista, miejscami stromo prowadząca w górę. ……. Docieramy do Meczetu Dar Ar Islam (czynne poniedziałek – piątek tylko do 4pm; zamknięte w weekendy; wstęp bezpłatny), gdzie poza nami nie ma nikogo więcej. Mamy więc chwilkę, żeby w spokoju się rozejrzeć i pozwiedzać….


Jest to cały kompleks budynków przygotowany dla muzułmańskich pielgrzymów.

Po godzinie zjeżdżamy już do „głównej” drogi (155) i jedziemy na zachód, a za nami w zastraszającym tempie suną złowrogie chmurzyska. Zatrzymujemy się na chwilkę, żeby zrobić zdjęcie malutkiemu meczetowi po południowej stronie drogi.

Przy nas zatrzymuje się również samochód z którego wysiada kobieta z rozpromienionym uśmiechem na twarzy pytając czy nie chcielibyśmy zajrzeć do środka.

Okazuje się, że jej dziadkowie byli polskimi żydami, a ona sama 45 lat temu przeszła na islam. Mieszka tu na pustyni i prowadzi „biznes hotelarski”, czyli wynajmuje turystom jurty ($100/noc). Jedziemy dalej już niestety w deszczu i dojechawszy do głównej drogi 84 skręcamy w lewo na wschód i zaglądamy do Abiquiu.


Wioska jest malutka, a najciekawszym jej punktem jest kościółek na wzgórzu otoczony pueblami zamieszkałymi przez Indian. Zawsze staramy się dyskretnie zrobić kilka fotek, chociaż Indianie bardzo nie lubią jak się fotografuje ich miejsca zamieszkania i kultu, czasami wręcz oficjalnie tego zakazując.

Zaglądamy na kemping nad jeziorem Abiquiu, ale jest to miejsce typowo komercyjne przeznaczone raczej dla mało rockendrollowych ludzi. Jedziemy więc dalej na zachód i zatrzymujemy się w miejscu widokowym, żeby zrobić kilka fotek otaczającym nas czerwonym piaskowcom.



Pod wieczór docieramy do Ghost Ranch – jest to ośrodek religijny prowadzony przez Prezbiterian, oferujących noclegi w „kabinkach”, miejsca kempingowe, konferencje religijne, wycieczki górskie, spływy kajakowe, a nawet lekcje jogi.

Na jego olbrzymim obszarze znajduje się biblioteka, muzeum, stadnina koni i wszystkie udogodnienia turystyczne czyli sklep, pralnia, kuchnia, prysznice, basen, boiska, plac zabaw i przede wszystkim wspaniała atmosfera i klimat, który tworzą otaczające ranczo góry.

Tworzyła tu kiedyś swoje obrazy Georgia O’Keeffe – znana malarka amerykańska. Rejestrujemy się w biurze ($23/noc RV, a zwykłe miejsce $19) i pomimo naszych obaw (sezon turystyczny w pełni) miejsc kempingowych jest pod dostatkiem. Mamy jeszcze chwilkę do zachodu słońca, więc wyruszamy na wycieczkę po całym kompleksie.

Wspinamy się stromą drogą na wzgórze, gdzie usytuowane są skromne domki dla turystów i dalej znowu stromo w dół docieramy do placu zabaw, gdzie Młody daje upust swojej niespożytej energii.

Kilkanaście metrów dalej za placem jest Labirynt – Zen Garden ułożony z kamieni symbol spirali (ścieżka do centrum duszy), a w samym jego środku na kilku głazach ułożone są monety, pomalowane na kolorowo kamyki, koraliki i kwiaty – jest to miejsce przeznaczone do medytacji.


Wracamy na kemping tą samą drogą z małym wyjątkiem – zamiast trzymać się wyznaczonej ścieżki, zjeżdżamy na dupskach w dół po stromym zboczu, co okazuje się niezbyt dobrym pomysłem.
Dzień 7
Zaczynamy dzień wyczynowo – wspinając się na Chimney Rock.

Szlak wychodzi z kempingu niedaleko stadniny koni (Corral Block Complex). Najpierw stromo podchodzimy do góry, taszcząc Janka w plecaku-nosidełku. Janek nie za bardzo chce w tym plecaku siedzieć, ale niestety szlak wiedzie nad głębokimi przepaściami, więc inna wersja podróżowania nie wchodzi w rachubę.

Wyruszyliśmy około 8 rano i mimo to słońce już porządnie pali a około 9 robi się już okropnie duszno.

Po stromym podejściu idziemy około 1 mili po (w miarę) płaskim terenie i następnie znów wspinamy się stromo na mesę. I jeszcze tylko około pół mili i docieramy do końca szlaku skąd widoki na Chimney Rock i Piedra Lumbre Basin zapierają przysłowiowy dech w piersiach.

Janek cały czas musiał być przypięty do plecaka, bo szlak jest niebezpieczny i stromy w wielu miejscach.


Schodzimy w miarę szybko i spędzamy jeszcze kilka minut w stadninie dokarmiając konie.

Po dotarciu do naszego kempingowozu wyjmujemy wanienkę i urządzamy Jankowi kąpiel wszechczasów. W końcu po ciężkiej wędrówce należy mu się porządne wymoczenie. Niestety wanienkowy relaks przerywa mu potężna burza, uciekamy więc wszyscy do kampera i podglądamy przez okno co dzieje się dookoła, a dzieje się dużo. Pod naszym samochodem płynie porywista błotnista rzeka i wydaje się tak jakby prąd miał zaraz porwać cały nasz dobytek razem z nami.

Niebo jest sino-granatowe, a chmury kłębią się i pędzą w zastraszającym tempie, co kilka sekund wali gdzieś nieopodal piorun. Czuć grozę w powietrzu.

Po pół godzinie sytuacja wraca na szczęście do normy, deszcz ustaje, ale pod nami ciagle płynie potok, więc musimy odczekać kolejne pół godziny zanim uda nam się wydostać z auta. Obok naszego miejsca kempingowego w suchej do niedawna dolinie okresowej (arroyo) płynie szybkim nurtem rzeka – niewiarygodne jak na pustyni szybko tworzą się porywiste katastrofalne rzeki. Woda opadowa nie wsiąka tu w podłoże, tylko spływa powierzchniowo, łącząc się w potężne potoki przenoszące głazy na niewiarygodnie wielkie odległości. Burze niestety zdażają się na tym terenie prawie codziennie w okresie pomiędzy czerwcem a sierpniem. Niezrażeni kłębiącymi się jeszcze na horyzoncie chmurzyskami opuszczamy kemping, a w zasadzie zajeżdżamy na jego drugą stronę (w kierunku do Long House) do wyjścia na szlak do Box Canyon (w tym samym miejscu znajduje się wyjście na szlak Kitchen Mesa). Na parkingu nie ma żadnego auta, więc pewnie i nikt na szlak się nie wybrał.


Wyruszamy i na samym wstępie Janek ląduje w błocie, a w zasadzie na rudej obślizgłej glinie….. Szlak nie jest dobrze oznakowany. Od samego początku mamy dużo problemów, żeby zlokalizować scieżkę. Przechodzimy wpław arrayo wiele razy gubiąc szlak.

Janek na plecach taty spogląda z niedowierzaniem na wyczyny rodziców … o dziwo się uspokoił i rozgląda się po okolicy. A my w ubłoconych buciskach brniemy i brniemy po coraz bardziej niedostępnym terenie. W końcu lokalizujemy jakąś kolorową puszkę z oznaczeniem szlaku. Ale już dalej iść się nie da. Ześlizgujemy się już ze szlaku do arrayo, więc postanawiamy zawrócić. Znowu brniemy przez błocisko, ale droga powrotna wydaje się nieco łatwiejsza.

Docieramy w końcu do auta i chociaż plan był inny, postanawiamy spędzić kolejną noc na kempingu Ghost Ranch, bo zrobiło się już całkiem późno i nie chcemy wyruszać w długą drogę po ciemku. Docieramy na kemping i rozpalamy wielkie ognisko spoglądając w niebo pełne gwiazd. Podchodzi do nas miły turysta z Serbii i rozmawiamy sobie chwilkę. Dowiedzieliśmy się od niego, że na szlaku do Box Canyon widziano niedźwiedzia i ogłoszono tę informację przez magafon dzisiaj rano – ale niestety dzisiaj rano to my wędrowaliśmy na Chimney Rock i nie mieliśmy jakiejkolwiek szansy usłyszeć tej istotnej wiadomości. To dlatego też na szlaku nie widzieliśmy żadnych śladów butów, dzięki którym moglibyśmy się lepiej zlokalizować. Cóż na szczęście z misiem też się nie widzieliśmy to najważniejsze. Dopalamy ostatnie kawałki drewna i idziemy spać.
Dzień 8
Zrywamy się o 7 rano i wyruszamy w kierunku benedyktyńskiego monastyru Christ in the Desert. Z głównej drogi nr 84 skręcamy w lewo (na mili 227) (na południowy-zachód) w drogę FR151.

Droga jest szutrowa, ale przejezdna….. na razie, bo podobno podczas deszczu staje się nie do pokonania samochodem bez napędu na 4 koła.

Jedziemy malowniczą doliną rzeki Chama, mijając po drodze kilka prymitywnych kempingów. Otaczający nas pejzaż wielokolorowych piaskowcowych gór i pędzącej silnym nurtem rzeki, brudnej od błota i gliny po wczorajszych deszczach, jest niesamowicie spektakularny.


W pewnym momencie pod naszymi kołami przepęłz grzechotnik raczej większych rozmiarów, co trochę nas wystraszyło…. Po drodze do monastyru mijamy wiele tabliczek z ostrzeżeniami o wężach i o konieczności wzmożonej czujności. Sam monastyr jest zamieszkały przez 30 mnichów pochodzących z różnych krajów, którzy rozpoczynają swój dzień o 3.40 am, modląc się aż do 7.50am. Poza modlitwą zajmują się głównie ogrodnictwem, pszczelarstwem, browarnictwem (warzą Monk’s Ale)

i prowadzeniem hoteliku dla gości. Cała energia elektryczna pochodzi tu z paneli słonecznych, więc mnisi są samowystarczalni, bo słońca tu nigdy nie brakuje. Turyści przebywać tu mogą codziennie w godzinach 9.15am – 5pm (bezpłatnie), jeśli chcą zatrzymać się na noc muszą zapłacic od 60$ do 145$ w zależności od wielkości pokoju. Drogą (krzyżową) dochodzimy do kościoła, gdzie właśnie zaczęła się msza.

Mnisi śpiewają i panuje niesamowita atmosfera.


Próbujemy zasięgnąć języka na temat planowanego przez nas szlaku do Chevez Canyon, ale jak się później okazuje mnich wprowadził nas w błąd, mówiąc o zapewne zupełnie innym miejscu. Opuszczamy monastyr i jedziemy około pół mili od bramy wjazdowej. Nie możemy zlokalizować wyjścia na szlak. Ale podjechawszy jeszcze kilkadziesiąt metrów, zauważamy auto zaparkowane przy drodze. Skoro ktoś tu zaparkował to znaczy, że na pewno poszedł na jakiś szlak. Parkujemy i my i prawie całkowicie przekonani, że to jest kompletnie inne miejce niż Chevez Canyon trail, zaczynamy wędrówkę.

Niebo jest lazurowo niebieskie, a więc ruszamy pełni nadziei, że zdążymy przed popołudniową burzą.

Ścieżka nie ma żadnych oznaczeń, czasami nawet jest bardzo słabo widoczna. Idziemy praktycznie po płaskim terenie aż do ujścia kanionu. Tam spotykamy 4 starsze osoby wracające z powrotem do głównej drogi. Okazuje się, że jest to właśnie Chevez Canyon, a więc jednak trafiliśmy w dobre miejsce. Ludzie ci powiedzieli nam, że na szlaku jest świeży ślad niedźwiedziej łapy…. nie napawa to optymizmem do dalszej wędrówki….. ale idziemy dalej.


Szerokość kanionu zwęża się znacznie na odległości kilkudziesięciu metrów i tu właśnie zauważamy ślad niedźwiedziej łapy… czyli małe byłyby nasze szanse gdybyśmy się tu spotkali…. Szerokość kanionu to około 2-3 metry w tym miejscu. Po krótkiej wspinaczce i przeskakiwaniu kałuż dochodzimy do baseniku o nieznanej głębokości i znacznie większego niż dotychczasowo przeskakiwane kałuże.

Tachamy kilka ciężkich głazów i wrzucamy do mętnej wody by utorować sobie ścieżkę i w jakiś sposób przedostać się do wyższej partii kanionu.

Mundek jako pierwszy śmiałek skacze pierwszy i wspina się na samą górę. Wraca po nas i jakoś przerzucamy się wszyscy przez tą przeszkodę i docieramy do samego końca.

Nad naszymi głowami zaczynają pojawiać się sino-czarne chmurzyska, więc czym prędzej zaczynamy powrót do auta.

Jeśli w tym momencie spadłby ulewny deszcz, nie mielibyśmy szansy ucieczki z tej wąskiej gardzieli.

Szybkim truchtem uciekamy prosto do samochodu i rozpoczynamy wyścig z burzą, pamiętając o opisie z przewodnika, że droga jest nieprzejezdna gdy popada.


Wygrywamy wyścig docierając bezpiecznie do głównej drogi nr 84 i po przejechaniu kilku mil na północ przystajemy w Echo Ampitheater.

Krótki spacer (10 minut) w deszczu do punktu widokowego, a raczej pod półkę skalną o wysokości co najmniej 8 pięter, daje nie lada atrakcję szczególnie Jasiowi, który krzyczy wniebogłosy, właśnie odkrywając chyba po raz pierwszy w życiu fenomen echa…..

Wracamy do auta i ruszamy na północ w kierunku Tierra Amarilla. Czarne chmury kłębiły się na tle zachodzącego słońca co dawało niesamowite wrażenie. Zjeżdżamy do Tierra Amarilla, żeby uzupełnić zapasy benzyny, ale miasteczko okazuje się opuszczoną wioską, gdzie nie widać ani jednej żywej duszy.

Jedna stacja zabita dechami, a druga czynna tylko do 4 po południu. Cóż w baku już niewiele benzyny, ale nie mamy wyjścia – musimy jechać dalej. Widoki oświetlanych przez niskie zachodzące słońce Brazos Cliffs na horyzoncie, zapierają dech….

Mijamy kolejną opuszczoną wioskę Los Ojos i skręcamy na zachód na kemping do Heron Lake (10$ za noc). Kemping jest mało ciekawy i zupełnie bez klimatu – oblegany przez samych amatorów wędkarstwa. Zapalamy ognisko i spoglądamy w gwieździste niebo.
Dzień 9
Rano wyruszamy z kempingu spowitego poranną mgłą i zatrzymujemy się na chwilkę w Visitor Center, żeby zasięgnąć informacji, gdzie można zatankować, bo benzyny mamy już bardzo mało. Pierwsza dostępna stacja jest dopiero w Chamie, gdzie akurat się wybieramy i musimy trochę przyśpieszyć, gdyż chcemy zdążyć na odprawę widokowego pociągu parowego Cumbres&Toltec Scenic Railroad (odjazd 10 am; powrót 4pm maj-październik, bilety na przejażdżkę pociągiem $130/osobę). Mkniemy więc na oparach paliwa do Chamy i docieramy akurat na czas.

Lokomotywa parowa z podczepionymi wagonikami stoi już na peronie w pełni gotowości.

Pełno turystów z aparatami w rękach robi jej zdjęcia zabytkowej maszynie. Punkt 10 rano maszynista daje znak do odjazdu i wielkie kłęby dymu spowijają całą stację łącznie z turystami.

Wałęsamy się jeszcze po okolicy i zaglądamy do budynku stacji, gdzie na samym jej środku ustawiona jest makieta kolejowa – no i Janek wsiąka nam na 3 godziny bawiąc się pociągami.

Musimy siłą go odciągnąć, co kończy się oczywiście wielkim wrzaskiem.

Wracamy do samochodu i ruszamy dalej na zachód drogą 64, przy której na zachodnim końcu miasta ciekawostką jest kowalska szopa z napisem „Made in Chama not in China”.

Pan kowal tworzy tu różne arcydzieła i pamiątki. Po drodze w rezerwacie indiańskim Apaczów mijamy piękne iglaste lasy i psa widmo. Nie wiadomo o co chodzi, ale widzieliśmy tego samego psa trzy razy podczas jazdy drogą 64.

Podejrzewamy, że może ktoś go podrzucał co chwilę w kolejne miejsca, podczas gdy my leniwie wspinaliśmy się po górkach, co chwilę odpoczywając to tu, to tam. Zjeżdżamy w niższe elewacje i znowu krajobraz zmienia się w pustynny. Drogą 537 dojeżdżamy do skrzyżowania przy kasynie i skręcamy w 550. Ale wcześniej musimy się zatrzymać, bo silnik nasz się trochę za bardzo zgrzał. Przy okazji korzystamy z posiłku w Indiańskiej knajpie – Mundek wcina jakiś dziwny „Sheep Herder Meal”, a Janek indiańskie frytki z kechupem 🙂 – pierwszy w jego życiu fastfoodowy posiłek. 550-tką jedziemy dalej na zachód aż do drogi nr 7940, w którą skręcamy na południe w lewo podążając w kierunku Chaco Canyon.


Mijamy stada dzikich koni posilających się „sagebrushem”. Droga do Chaco jest wręcz tragiczna jeżeli chodzi o jej jakość. W momencie gdy kończy się asfaltowa nawierzchnia zaczyna się 13-milowy koszmar. Wygląda to tak jakby ktoś utwardził czołgiem błoto. Jedziemy 5 mil na godzinę i wszystko łącznie z nami telepie się jak galareta. Wypadają nam garnki z półek. Widoki na szczęście rekompesują wszystkie niewygody.


Ostatecznie oczom naszym ukazuje się kemping położony w „przeklimatycznym” miejscu poniżej klifu, u którego stóp tkwi autentyczne adobe. ($10/noc, łazienki z bieżącą ale nie pitną wodą, prysznicy brak).


Urządzamy Jankowi kąpiel z widokiem na ten właśnie kliff. Radości nie ma granic. Rozpalamy ognisko i przyrządzamy strawę – dziś na kolację tortilla z serem z grilla.
Dzień 10
Budzimy się o świcie i podjeżdżamy do centrum informacji parku narodowego (bilet do parku $8). Tu znajdują się też kraniki z wodą pitną i łazienki. Rangerka daje nam darmowe mapki i druczek pozwolenia na wędrowanie po szlaku Pueblo Alto. Trzeba napisać swoje dane i wrzucić do skrzyneczki przy początku szlaku, drugą kopię przyczepić do szyby auta, a trzecią zabrać ze sobą. Słońce już zaczyna porządnie prażyć. Ruszamy jednokierunkową pętlą i zatrzymujemy się w poszczególnych punktach, wędrując krótkimi szlakami: Una Vida, Hungo Pavi, Chetro Ketl i Pueblo Bonito.





Najciekawszym szlakiem jest Pueblo Alto, (w zasadzie docieramy do jego połowy), bo tylko na punkt widokowy, z którego widać jak z lotu ptaka niemal cały kompleks Chaco Canyon.


Wspinamy się stromo i przeciskamy przez wąską szczelinę, by dojść na mesę.

Janek zasypia w międzyczasie w swoim plecaku – upał go niestety wykańcza.



Wracamy na kemping gdzie spędzamy kolejną noc – perspektywa powrotu nocą tą okropną drogą dla czołgistów zmusza nas do zmiany planów. Jesteśmy wykończeni dzisiejszym słońcem, więc szybko padamy spać.
Dzień 11
O poranku zaczynamy telepawkę powrotną z Chaco. Ponad półtorej godziny zajmuje nam powrót do wymarzonej asfaltówki. 550-tką dojeżdżamy do Bloomfield mijając po drodze pola naftowe. Nie zajeżdżamy niestety do naszego pierwotnie planowanego miejsca zeszłonocnego noclegu – to znaczy Angel Peak Recreation Area (który mijamy po drodze), bo po przeliczeniu dni do końca wycieczki zadecydowaliśmy, że nie damy już rady. W Aztec zatrzymujemy się w Main Street Bistro na szpinakowe quiche. W Aztec Ruins National Monument (wstęp $5/osoba, czynne 8am-6pm w lecie) mamy szansę obejrzeć 900-letnie ruiny puabla i zrekonstruowaną Great Kiva.

Nazwa jest nieco myląca i nie ma nic wspólnego z Aztekami – miasto zbudowane było przez Indian Anasazi, a pomyłkowo nazwane tak przez podróżników w XIX wieku. Przed budynkiem lokalna Indiańska artystka wykonuje iście kunsztowną biżuterię „na żywo”, która automatycznie wystawiana jest na sprzedaż. Spacerujemy pomiedzy ruinami puebla i z trudem przenosimy wózek pomiedzy wąskimi komnatami.



Janek się rozbrykał i ciężko nam pogodzić zwiedzanie z jego temperamentem. Musimy więc ewakuować się z parku. Dojeżdżamy do Farmington i tu znajdujemy sklep monopolowy, gdzie nabywamy piwo warzone przez mnichów z Christ in the Desert Monastery (6-pack – $9). Z trudem wydostajemy się z doliny rzeki San Juan, wznosząc się na skarpę tuż za miastem na drodze 371 w kierunku południowym. 36 mil za Farmington skręcamy w lewo na wschód na Bisti Badlands Wilderness.

Droga jest szutrowa, ale bardzo dobrej jakości. Mkniemy więc naszym bolidem aż do parkingu, a w zasadzie do miejsca skąd wychodzi się na bezszlakowe wędrówki po dzikości Badlands (brak toalet).

Jakoże mamy jeszcze około godzinki do zachodu słońca, postanawiamy ruszyć się trochę w stronę Badlandów. Zdążyliśmy tylko wyjść z auta i przedostać się przez bramkę w płocie, aż tu nagle wyrasta przez nami Indianin na koniu. Nie wiadomo skąd się wziął, ale wygląda przyjaźnie; natomiast jego pies już trochę mniej, sądząc po ślinie jaka toczy mu się z pyska. Indianin zagaduje nas pytaniem czy nie widzieliśmy stada byków, bo gdzieś mu się zgubiło….

Za chwilę już pijemy razem piwo i gadamy o muzyce heavy metalowej, której jak się okazuje jest wielkim fanem. Mieszka tu na bezludziu– chłopina – i hoduje sobie konie i byki. Pracuje też w pobliskim Farmington jako mechanik samochodowy. Chwali się, że kiedyś był mistrzem rodeo, ale spadł z konia i doznał rozległej kontuzji, która uniemożliwiła mu dalszą karierę kowbojską. Po zakończonej rozmowie Indianin dosiada swojego rumaka i na tle zachodzącego słońca znika nam z oczu. OMG co za widok!!!
Dzień 12
O świcie ze stosem map i ulotek oraz kompasem wyruszamy na wędrówkę po Bisti.

Próbując trzymać się – jako punktów terenowych – wyschniętych cieków okresowych podążamy na azymut w kierunku wschodnim.

Co chwilę w różnych miejscach widać ślady butów, chociaż ani żywej duszy aż po horyzont.

W związku z tym, że nie ma tu wyznaczonych ścieżek trochę chaotycznie przemieszczamy się z miejsca na miejsce zmieniając kierunek wędrówki.

Kierujemy się po prostu chęcią zobaczenia danej formy skalnej – hoodoos, która akurat nam się upatrzyła na horyzoncie.

Trochę to uciążliwe takie wałęsanie się bez planu. Wspinamy się na gliniaste ostańce, nie wiedząc czy znajdziemy bezpieczne z nich zejście.

Janek upodobał sobie szczególnie grzybki skalne, wokoło których odstawia jemu tylko znane tańce plemienne. Około południa, po 4 godzinach marszu, musimy już zawracać, bo palące słońce staje się zbyt uciążliwe…..


Po powrocie do auta spotykamy rangera, który znudzony samotnym patrolem zaczyna z nami rozmowę na temat Bisti i jego pracy w tym dzikim terenie. Ruszamy dalej na południe drogą 371 i po kilku milach spotykamy dziwną rzecz – krowa przewrócona do góry nogami leży przy drodze – kończyny sztywne jakby ktoś przewrócił wypchaną makietę zwierzęcia. Okropny to widok. Mijamy Crownpoint i przed Smith Lake skręcamy na zachód w drogę nr 49, która jest skrótem do Red Rock State Park, dokąd zmierzamy. W międzyczasie musimy kilka razy zatrzymać się i ostudzić silnik, bo upał daje się we znaki również naszej Toyocie. Mijamy pasterzy, kozy z wielkimi rogami i hogany Navajo. Klimat iście Indiański. W Parku (bezpłatny wjazd), znajduje się dziwny kemping, gdzie do toalet trzeba mieć „magiczny” klucz, w przeciwnym razie siusia się na zewnątrz. Podjeżdżamy pod samo wejście na szlak Church Rock.

Szlak zaczyna się przy kempingu i wiedzie w kierunku iglicy na północnym horyzoncie – śledzimy kopczyki i informacje z przewodnika.


Ścieżka jest bardzo przyjemna i tylko w jednym miejscu wymaga większych „umiejętności wspinaczkowych”.

W pionowej piaskowcowej skale wyżłobione są półki-schodki, po których trzeba się wdrapać. Szlak urywa się w niewiadomym miejscu, a może to już koniec – przynajmniej tak nam się wydaje. Szukamy kopczyków, żeby zlokalizować się w terenie, ale jedyna ich seria prowadzi tak jakby z powrotem, tyle że drugą krawędzią kanionu.

Trochę błądzimy podchodząc do podnóża Church Rock. Rozczarowani, że nie osiągnęliśmy szczytu, ale jednak szczęśliwi z tak pięknych, spektakularnych widoków, zawracamy do auta, robiąc jeszcze pętelkę półkami skalnymi po przeciwnej stronie cieku wodnego.

Postanawiamy spędzić dzisiejszą noc na kempingu w Cibola National Forest (McGaffey Recreation Area). 556-tką zjeżdżamy na autostradę 40 i za 5 mil na południe do drogi nr 400. Po zachodniej stronie miasta Fort Wingate podglądamy częściowo opuszczone koszary wojskowe i dalej w otoczeniu iglastego pachnącego lasu wspinamy się w góry do McGaffey. Po drodze widzimy rozjechanego wielkiego węża….

Sam kemping położony jest w przepięknym miejscu ($15/noc, toalety, woda i elektryczność, prysznicy brak). Tłumów na kempingu nie ma, może 2 czy 3 stanowiska poza naszym są okupowane. Ognisko płonie, gwiazdy świecą, powietrze pachnie lasem iglastym i do tego wszystkiego zimne piwko od mnichów.
Dzień 13
Rano niestety plany nasze ulegają zmianie z powodu zaginięcia mojego telefonu komórkowego. Sięgając wstecz pamięcią wydaje mi się, że słyszałam dźwięk spadającego telefonu na szlaku w Red Rock. Przeszukawszy wszystkie możliwe kieszenie w plecakach i kurtkach niestety stwierdzamy, że telefon musiał zapodziać się gdzieś na szlaku. No więc wracamy tam o poranku i zaczynamy poszukiwania. Telefon ma wyładowaną baterię, więc nie ma możliwości namierzyć go w jakikolwiek sposób. Biegam przez półtorej godziny po szlaku i zaglądam we wszystkie możliwe zakamarki…… i nagle zdejmuję plecak i przypadkowo zaglądam w minikieszeń, gdzie nigdy nie schowałabym telefonu….. i…. jest…. znalazł się…. cóż poranny bieg po szlaku dał mi się porządnie we znaki, wyglądam jak zziajana zasapana płonąca kula. Szczęśliwi wracamy ze zgubą do auta, śledzeni przez tysiące piesków preriowych i ruszamy w kierunku Gallup, które tylko objeżdżamy, obserwując ciekawe murale i budynek sądu w stylu adobe. Następnym punktem jest podróż 602-ką do Rezerwatu Indian Zuni. Mijamy po drodze jakieś podejrzane bandy Indian – autostopowiczów częściowo pochowanych po krzakach… Indiańska wioska Zuni już przy samym wjeździe wygląda jak zabita dechami dziura. Według danych statystycznych Nowego Meksyku ponad 20% ludności tego stanu żyje w skrajnym ubóstwie i niestety widoczne jest to we wszystkich rezerwatach indiańskich. Podczas naszych podróży zawsze ze smutkiem obserwujemy jak rdzenna ludność tego kraju zmaga się ze skutkami odsunięcia ich na margines społeczny….. Indianie co prawda mają swoje prawa i ulgi podatkowe ale wydają się jakby niezaradni życiowo, wyrzucenie ze swoich ziem i zamknięci w rezerwatach nie potrafią sobie radzić w dzisiejszych czasach. Dużo Indian zmaga się z otyłością i alkoholizmem – czyli chorobami naszej cywilizacji. I chociaż funkcjonuje wiele kasyn czy atrakcji turystycznych zarządzanych bezpośrednio przez nich, to jednak ich działalność i zmieniające się co chwila zasady, dają jasno do zrozumienia, że Indianie nie potrafią lub nie chcą robić tego w profesjonalny sposób. A może po prostu to jest ich sposób przejawiania niechęci do przodków ich najeźców….


W indiańskiej informacji turystycznej (1239 State Hwy 53) dowiadujemy się, że mieszkańcy rezerwatu wymyślili sobie dzisiaj jakieś święto. Napis na drzwiach „no photography – no tour today” – jasno daje nam do zrozumienia, że jechaliśmy tu bez sensu; nie można bowiem dziś wchodzić do nazwijmy to „części zabytkowej” wioski pod żadnym pozorem.

Wcześniej sprawdziliśmy dokładnie na ich stronie internetowej i w przewodnikach, w które dni wioska jest zamknięta dla zwiedzających, ale tego dnia w ich kalendarzu nie było. Czyli znowu totalna improwizacja w organizacji w rezerwatach daje nam jasno do zrozumienia, że nigdy nie można polegać na ich zdaniu i informacji, którą w danym momencie mogą zmienić według własnych na daną chwilę upodobań. Ogólny koszt wycieczki po mieście to $10 za osobę + następne $10 za zwiedzanie kościoła (lub łączona wycieczka $15) i dodatkowo jeszcze pozwolenie na fotografowanie $10 (chociaż i tak fotografowanie wewnątrz kościoła jest zabronione). Mundi odwiedza Ashiwi Awan Museum (jedyne dzisiaj miejsce poza sklepem, gdzie można nam wejść. A w czasie jego nieobecności widoczni na zdjęciu Indiańscy chłopcy zaczynając kopać w nasz samochód wykonując przy tym kilka skoków na jego maskę. Kilkoma „miłymi” upomnieniami udaje mi się ich skutecznie odciągnąć od naszego kampera. Jak widać jest to miejsce, z którego się lepiej szybko ewakuować…….


(Wszystkie zdjęcia robimy z ukrycia małym aparatem….. żeby nie podpaść lokalom). Kupujemy Zuni bread (Paywa’s Bakery) pieczony w tradycyjnym piecu-kopcu – sprzedawany w zwykłym domu indiańskim, ale pomimo zachwalania go przez panią w Visitor Center smak jego okazuje się nie za specjalny. ($3.50/sztuka). Zwykła buła…..

Żadnych turystów poza nami w mieście nie widać. Błądzimy po wiosce w poszukiwaniu wyjazdu…. Nie możemy go znaleźć krążąc po szutrowych drogach wokół odstraszających swą brzydotą i bałaganem indiańskich domostw….. w końcu jakoś udaje nam się powrócić do głównej drogi i opuszczamy to miejsce z niesmakiem. Mapa, którą otrzymaliśmy w informacji jest niedokładna i wręcz może służyć może jako kolorowanka dla dzieci, a nie pomoc w przemieszczaniu się po wiosce. Mkniemy 53-ką na wschód w kierunku El Morro National Monument ($3/osoba).



Po obejrzeniu krótkiego filmu w Visitor Center wędrujemy do Inscription Rock pełnej petroglifów, a potem pętelką na szlak Headland trail (długość szlaku 2 mile), pełnego pięknych kwiatów i sosen ponderosa pine.



Wkładamy Jasia do plecaka i wspinamy się w górę na śnieżnobiałą „mesę”.

Po wspinaczce maszerujemy już po płaskim grzbiecie góry podziwiając widoki. Miejscami szlak jest poprowadzony nad przepaścią, ale metalowa barierka pomaga zachować spokój.

To co nas zachwyciło (i to bardzo) to jak gdyby wydrążona wielka dolina w środku mesy pełna drzew i innej roślinności.

Schodząc ze szlaku mijamy jeszcze ruiny puebla Atsinna. Tuż obok Visitor Center znajduje się kemping, gdzie udajemy się niezwłocznie z powodu obawy przed brakiem miejscówek ($5/miejsce, woda w kranikach, prysznicy brak, 9 miejsc). Palimy jak zawsze wielkie ognisko. Janek zamiast w ciszy kontemplować piękno otaczającej nas przyrody …..wrzeszczy z powodu bólu wyrzynających się zębów. Po 2 godzinach usypiania padamy wszyscy troje wymęczeni.
Dzień 14
Budzimy się z lekkim poślizgiem i ruszamy na wschód w kierunku El Malpais National Monument (wejście bezpłatne). Wstępny plan był, by pojechać szutrową drogą 42 na południe do szlaku Big Tubes, ale w Visitor Center dowiedzieliśmy się, że droga może być miejscami nieprzejezdna z wielkimi wyrwami pełnymi deszczowej wody. Spędzamy godzinkę rozmawiając z rangerką i oglądając film o parku. Jedziemy do Calderon Area, by rozruszać się na 3-milowej pętelce. Spenetrowaliśmy na wylot lawową jaskinię.

W międzyczasie Jasio zasypia i stwierdzamy, że przy tak palącym słońcu nie będziemy go katować i wrócimy do auta. Dotarliśmy tylko do Bat Cave, gdzie wieczorami można obserwować wylatujące na żer chmary nietoperzy. Ciekawostką jest fakt, że przeciętny osobnik może zjeść w ciągu nocy ponad 1000 komarów, a populacja nietoperzy na świecie przekracza 20 % wszystkich ssaków. Jedziemy dalej na północ do Grants – światowej stolicy wydobycia uranu w latach 80-tych. Miasteczko na pierwszy rzut oka jest wręcz odrażające – straszy pozamykanymi motelami z epoki Route 66 i ogólnym brudem. Drogą 117 dojeżdżamy na sam południowy koniec parku El Malpais i wychodzimy na szlak Lava Falls (1.5 mili). Szlak wyznaczony jest przez dobrze widoczne kopczyki z kawałków lawy poustawiane co kilkadziesiąt metrów.

Musimy co chwila przeskakiwać większe lub mniejsze szczeliny w skorupie lawowej , co staje się nie lada wyzwaniem dla Janka.

Musimy go mocno trzymać za rękę i uważać na jego każdy krok, by nie wpadł do szczeliny.

W następnym punkcie w drodze powrotnej przystajemy jeszcze przy fotogenicznym La Ventana Natural Arch. Jesteśmy zafascynowani wielokolorowymi kudłatymi gąsiennicami, których są tu tysiące. Siedzą na krzakach, chodzą po chodniku, ławeczkach, śmietnikach… ludziach…. dosłownie plaga puchatych robaków. Szlak do łuku jest bardzo prosty i krótki (poniżej pół mili w obie strony), a widok imponujący.

Po godzince wyjeżdżamy z parkingu i kierujemy się na północ, aby przy słupku milowym nr 41 spojrzeć na lewo i dojrzeć profil twarzy Indianki wyżłobiony siłami natury w skale. Na Sandstone Overlook Bluff, korzystając z ostatnich promieni słonecznych, kąpiemy Janka i dzięki temu spóźniliśmy się na widowisko zachodu słońca……

Ale i tak panorama na księżycową dolinę jest imponująca. Nocujemy na bezpłatnym kempingu prowadzonym przez BLM. Żeby tu trafić (my dostaliśmy tę informację od rangerki z El Malpais) trzeba odnaleźć żółtą bramę po wschodniej stronie drogi – (tzw cow grid), odchodzącą od głównej drogi nr 117 (pomiędzy La Ventana Arch, a skrętem do Sandstone Overlook Bluff po przeciwnej stronie drogi od tegoż drugiego) i wjechać w teren kilkaset metrów (nie ma żadnych znaków o kempingu przy drodze). Miejsce jest czyste z dostępnymi toaletami, a jedyną niedogodnością są okropne kolce w „trawie”- jakby porozrzucane pinezki – a w zasadzie są to kolczaste niskopnące się rośliny. Trzeba założyć wysokie buty, bo nie ma możliwości przejścia od samochodu do stołu, czy ogniska. Smażymy placki z serem na grillu kempingowym i jak co noc podziwiamy gwieździste niebo.
Dzień 15
Naszym planem na dzisiaj jest wycieczka do Acoma Pueblo. Nie jest to takie proste jak się okazuje. Przykre doświadczenia z odwiedzin indiańskich wiosek – w tym, jak również i w ubiegłym roku powtarzają się i teraz. Opuszczamy kemping raniutko i kierując się na północ docieramy do autostrady 40-tki i dalej na wschód po 13 milach zjeżdżamy na IR28 (zjazd 102) do trasy IR38 po drodze gubiąc się w indiańskich oznaczeniach numerów dróg.

Visitor Center (Sky City Cultural Center 9am – 5pm; tel. 800-747-0181) znajduje się w imponująco wyglądającym nowym budynku otoczonym wielkim parkingiem. Tuż przy wejściu dowiadujemy się o czymś co wyprowadza nas z równowagi: dzisiaj wycieczki się nie odbywają, bo rzekomo mają tu awarię wodociągów. Nie bardzo rozumiemy jaki to ma związek z wycieczką do Puebla, w którym i tak nie ma wody ani elektryczności…. Nie dość, że godzinna wyprawa jest cholernie droga ($20/osoba plus $10 pozwolenie na fotografowanie), to jeszcze wymyślają sobie jakieś niestworzone powody, by się nie odbyła. A nikt przecież tu nie jedzie taki kawał drogi po to tylko, żeby się przejechać….. Plan nasz znowu nie wypala…. Mieliśmy dzisiaj odwiedzić pueblo i porobić zdjęcia i wrócić tu jutro na odbywające się doroczne wielkie święto patrona pueblo San Esteban Feast (kiedy to fotografowanie jest zabronione). Święto okazuje się jednak być nie jutro, a pojutrze co już w ogóle komplikuje nam plany. W tej sytuacji decydujemy się przedłużyć wakacje, bo koniecznie chcemy zobaczyć prawdziwą fiestę indiańską, kiedy to cała – na ogół wyludniona – wioska, ożywa (wycieczki są wtedy za darmo). Indianka z Visitor Center jednak nie wie, kiedy wznowią wycieczki… ona w ogóle nic nie wie… Doradziła, żeby dzwonić na ich numer i zostawić wiadomość z pytaniem, a oni oddzwonią…… Cóż układamy kolejną trasę i ruszamy z powrotem na północ zaglądając po drodze do indiańskiego kościółka Świętej Anny i prosząc kościelnego, aby nam udostępnił na chwilkę wejście do środka.

Urzekła nas skromność i oryginalność ołtarza ozdobiona tylko figurami „retablo”. Pojechaliśmy dalej na północ do autostrady nr 40 i Mundek wpadł na pomysł, że zajrzy sobie do kasyna Sky City. No i tak się pośpieszył, że nie było go półtorej godziny i zamiast z fortuną wrócił z jakimś pseudoindiańskim obiadem w steropianowym pudełku i identyfikatorem członka kasyna na szyi. Obiad był wręcz okropny: tłusty i słony, ale czegoż innego można byłoby się po takim miejscu spodziewać. W naszym zmodyfikowanym planie wycieczki kolejnym punktem było Pueblo Laguna (na północ od hwy 40 zjazd 114). Najciekawszym miejscem godnym uwagi jest tu San Jose de la Laguna Mission (wstęp bezpłatny), gdzie lokalny artysta o imieniu Alfred opowiada historie (…trochę jak nakręcona katarynka) o misji i całej wiosce.

Na sam koniec tych opowieści zagrał jeszcze na flecie piękną melodię, którą (jak zaznaczył) napisał po śmierci swojej matki („The mother song”) ,no i oczywiście nie omieszkał poprosić o datek. Sam kościółek jest wspaniałym miejscem pełnym drewnianych figurek świętych. W przewodniku znajdujemy informację o kolejnym pueblo oddalonym na wschód o jakieś 40 mil od miejsca, gdzie obecnie się znajdujemy – jest to Pueblo Isleta – a więc skrótem drogą nr 6 na południowy-wschód jedziemy zobaczyć co ciekawego się tam dzieje.

A dziać się powinno dużo, bo według przeczytanych wiadomości w dniu dzisiejszym ma odbywać się fiesta. Ani fiesty ani żywej duszy tam nie spotykamy. „Obcy” mogą poruszać się tyko wyznaczoną trasą prowadzącą do kościoła św. Augustyna, który okazuje się niestety zamknięty.

A więc poza kilkoma skleconymi domostwami nic ciekawego tu nie widzimy; czym prędzej więc zjeżdżamy z powrotem do cywilizacji. Planem naszym na dzisiejsze popołudnie jest wjazd samochodem na Sandia Peak (3193 m.n.p.m) (zjazd 175 z hwy 40 na drogę nr 14 na północ i 536-tką na zachód). Droga jest stroma i jak zawsze musimy co chwilę robić postoje, żeby nie wykończyć naszej supermaszyny. Na jednym z takich postoi rozmawiamy z sympatyczną parą starszych ludzi z Albuquerque, którzy z czystym sumieniem rekomendują nam zjazd z góry inną trasą (nr 165) w stronę Bernalillo. Po dotarciu na sam szczyt podziwiamy razem z tłumem spektakularny zachód słońca i wschód księżyca.


Jednak po zakończeniu tego spektaklu – już inaczej niż tłum – wybieramy drogę powrotną polecaną przez spotkanych wcześniej staruszków. Zjeżdżamy 165-tką i przeżywamy prawdziwy horror. Jedziemy 5 mil na godzinę, a hamulce śmierdzą i tracą na sile. W dodatku jest już totalnie ciemno, a szutrowa droga wije się bardzo stromo w dół. Co chwilę widzimy nietoperze latające bardzo blisko naszego auta, jak gdyby chciały z rozpędem uderzyć w nas i wedrzeć się do środka. Musimy robić oczywiście częste postoje, żeby samochód odsapnął i hamulce ostygły. W tym tempie droga się dłuży i mamy już wrażenie, że nigdy nie zjedziemy do doliny…. Jesteśmy sami w środku lasu i ciekawe kiedy ktoś znalazłby tu nas, gdyby np. zepsuł się nam samochód. Zważywszy na jakość drogi chyba nie jest zbyt często uczęszczana przez kogokolwiek. Psychicznie wykończeni, bez żadnej satysfakcji ani korzyści ze skrótu (gdyż przejechaliśmy 7.5 mili w 3 godziny! ) docieramy do Coronado campground w Bernalillo (przy drodze 550) ($18 /noc, prysznice-zimna woda; światła w łazience jak nie było, tak nie ma …od roku ubiegłego po rzekomej burzy).
Dzień 16
Po szybkim prysznicu o poranku wyruszamy na Flea Market w Albuquerque ($5/parking) (w miejscu gdzie odbywa się Fairground) przy Route 66. Okupujemy się w same potrzebne rzeczy….. samochodziki i klocki dla Jasia i trochę warzyw i owoców z lokalnych farm. Po wyczerpujących zakupach wyruszamy na poszukiwanie czegoś do jedzenia. I znowu (jak rok temu) trafiamy do El Modelo (1715 Second Street, SW czynne 7am-7pm) na wypalające buzię enchiliady, tamale i zupę posole.

Jeśli zasmakować nowomeksykańskiej kuchni- to tylko tutaj. I znowu już po fakcie – jak rok temu – bardzo tego żałujemy, bo jedzenie poparzyło nam przełyki i wypaliło usta. Kolejki do tego lokalu są niemiłosiernie długie … Lokalni chyba nie gotują w domach tylko przychodzą tu wcinać obiadki. Po wypiciu galona wody w celu „ugaszenia” przełyku, ruszamy dalej przez Albuquerque, podziwiając murale w centrum. Zatrzymujemy się w Old Town i spacerujemy z godzinkę wokół głównej plazy.





Wyjeżdżając z miasta zatrzymujemy się na stacji benzynowej, a tu nagle w kierunku tankującego Mundka nagina kamerzysta i redaktorka z „wiadomości nowomeksykańskich” z mikrofonem i zaczyna zadawać pytania. Mundek w telewizji nigdy nie był, więc trema go trochę zżarła i twarz skromnie zalśniła rumieńcem. Ekipa telewizyjna na koniec sfilmowała nasz superwóz „od stóp do głów”. Podejrzewamy, że i tak nie zamieścili nas w głównym wydaniu z powodu zbyt może mało pesymistycznej odpowiedzi Mundiego odnośnie zapytywanych nastrojów na temat ostatniej podwyżki paliwa. No ależ na co w końcu mieliśmy narzekać, skoro benzyna w tym czasie w Chicago była, a może i z pół dolara droższa. A poza tym skoro doczołgaliśmy się 25-letnim rozklekotanym bolidem na taką odległość, to jakoś trzeba było teraz wrócić bez względu na cenę paliwa. Opuszczamy miasto i udajemy się znowu na zachód w stronę Acoma Pueblo. Zjeżdżamy na Sky City Casino (zjazd 102), gdzie zamierzamy przenocować na parkingu przed kasynem. Mundek po 2 godzinach pogrywania, przynosi $8 zysku w drobniakach…. I w końcu pełen emocji zasypia z sakiewką w ręku.
Dzień 17
Raniutko szybko zbieramy manatki i podjeżdżamy na parking przy Acoma Sky City Visior Center. Stamtąd kierują nas do busika, którym „wspinamy się” na mesę, gdzie umiejscowione jest pueblo. Ależ tu wesoło. Pełno kramów sprzedających biżuterię, bębenki, indiańskie wypieki, garnki itp. Wkładamy Janka do wózka (prowadzenie wózka po gliniasto-piaszczystym nierównym podłożu nie jest tu rzeczą prostą) i próbujemy dostać się do głównego placu, gdzie rozpoczyna się San Esteban Fiesta. Dziesiątki poubieranych w tradycyjne stroje Indian z gałązkami świerkowymi w rękach przygotowywuje się do rytuału. To co nas dziwi, to element ich stroju w postaci chusty do złudzenia przypominającej chusty naszych babć z haftowanymi kwiatami. Zagadujemy starszą Indiankę, która opowiada nam o swojej młodości, którą spędziła w tym pueblo i tańczyła co roku podczas fiesty… teraz tańczą tu jej dzieci i wnuki. Żali się, że młodzi w dzisiejszych czasach nie chcą pielęgnować tradycji i kultury przodków. Wdrapujemy się na dach jednego z domów gdzie poustawiane są krzesełka w celu umożliwienia lepszej widoczności i zasiadamy w pierwszym rzędzie. Indianie tańczą w rytm bębna, Janek tańczy na naszych kolanach razem z nimi. Szkoda, że nie można dzisiaj fotografować, bo można by zrobić naprawdę niezłe ujęcia. Spacerujemy jeszcze przez nastęne 3 godziny po pueblo: zaglądamy do kościoła, na cmentarz, oglądamy indiańskie wyroby – arcydzieła i przez przypadek spotykamy naszą przesympatyczną panią rangerkę z El Malpais, która przyjechała tu odwiedzić swoich znajomych Indian. Wyjeżdżamy z puebla po ponad 4 godzinach pobytu cali zakurzeni i spaleni słońcem. Busik dowozi nas z powrotem do Visitor Center, gdzie dosłownie tłumy oblegają parking w oczekiwaniu na transport. Wniosek z tego taki, że wczesna pobudka opłacała się nam bardzo. Wskakujemy do naszego kampera i zaczynamy mozolną podróż w kierunku Chicago, od którego dzieli nas jedyne 1400 mil (2250 km), czyli mniej wiecej tyle ile z Warszawy do Aten. Bardzo ciężko nam idzie z powodu wyjątkowego dziś upału…. musimy odpoczywać i studzić silnik. Nocleg przewidywaliśmy w Teksasie na „rest area” (mila 129), ale niestety za Amarillo, zaczęło coś okropnie rwać – tak jakby skrzynia biegów miała za chwilę się rozpaść. Zjechaliśmy z autostrady (zjazd 110 ; miejscowość Groom) i postanowiliśmy szybko zatrzymać się na poboczu i pójść spać. Nagle przed naszymi kołami przepęłz olbrzymi wąż co niezmiernie mnie przeraziło i kazałam Mundkowi dotoczyć się do najbliższej stacji benzynowej. Zaparkowaliśmy i pobiegłam do toalety na tej stacji i tu kolejne przerażenie – w sklepie jedynym osobnikiem był przerażająco wyglądający gość bez zębów i z przetłuszczonymi sterczącymi włosami. Wyglądał jak z horroru. Całą noc nie mogłam zasnąć bojąc się, że ten jegomość zaraz przyjdzie z siekierą albo piłą elektryczną i nas pozabija. Snułam czarne scenariusze i układałam plan ewakuacyjny na wypadek, gdyby skrzynia biegów nie dała już rady i trzeba by załatwiać jakiś transport.
Dzień 18
Wstajemy o świcie i Mundek udaje się na stację do pana Horror w celu zasięgnięcia informacji na temat okolicznych mechaników. Otóż jest ich dwóch: przy czym jeden dziś nie pracuje, a drugi nie odbiera telefonu. Jesteśmy na totalnym bezludziu na preriach Teksasu bez możliwości znalezienia jakichkolwiek serwisów. Pozostaje nam poprostu spróbować pojechać do następnego większego miasta i tam się rozejrzeć za mechanikiem. Ryzykujemy: ruszamy, i jedziemy, i jedziemy i rwie znowu ….. ale za chwilę nagle wrócił nam czwarty bieg. I dalej już szło jak po maśle…. Czyli to nie skrzynia biegów, a naprawianie się czwartego autostradowego biegu dostarczyło nam tyle nerwów. Jedziemy więc dalej, ale w Oklahomie stajemy w jakimś dzikim korku. Zamknęli autostradę i wszyscy stoją w niemiłosiernym upale dochodzącym do 40 C. Marnujemy 3 godziny stojąc w tłumie innych samochodów – sytuacja niczym w teledysku R.E.M. Ludzie bzikują, łażą po autostradzie. Zdenerwowani zjeżdżamy na pobocze i symulując awarię, dojeżdżamy do zjazdu, ale pobocze jest również zablokowane. Mundek dokonuje nie lada wyczynu i przez trawniki i parking hotelowy przemyka do jakiejś bocznej drogi. W końcu Toyota to jakby nie było terenowy pickup, co z tego że z wielką masą na grzbiecie. Otaczamy zakorkowaną autostradę i poprzez drobne dróżki wjeżdżamy na nią z powrotem. W Tulsie przy drodze zauważamy, że termometr pokazuje 41°C, a jest już godzina 6 po południu, więc ciekawe ile stopni było w południe kiedy sterczeliśmy w korkach z wyłączoną klimatyzacją…… Docieramy w końcu do „rest area” (Mila 2 w Missouri), gdzie kąpiemy Janka i w ramach rekompensaty za ciężki dzień wykąpany już Janek ma możliwość pobiegania po placu zabaw, który na szczęście tu jest. Dojeżdżamy do 110 mili, gdzie zatrzymujemy się na kolejnym „rest area” i zapadamy w błogi sen.
Dzień 19
O świcie ruszamy dalej w kierunku Chicago zajeżdżając jedynie do Saint Louis na obiad i zakupy do Whole Foods (1601 South Brentwood Boulevard). Wycieczka do Nowego Meksyku – opisana jednym słowem jako petarda – zostaje wpisana na naszą listę cudownych miejsc w USA. Znowu dwa i pół dnia zchodzi nam na powrót. Ale kto pamięta o takich szczegółach mając w głowie setki wspaniałych wspomnień i obrazów gór, pustyń i wszechobecnego słońca.
Dodaj komentarz