OREGON wiosną

TERMIN: 24.05 – 11.06.2017

Oregon to miejsce zdecydowanie niedocenione przez podróżników i turystów, ale wynika to najprawdopodobniej z braku wiedzy na jego temat. Większość odwiedzających USA kieruje się zawsze do Kaliforni, Utah czy Nevady, napawając się niezaprzeczalnym pięknem tych miejsc … w towarzystwie milionów innych depczących im po piętach. Oregon urzekł nas już 9 lat temu i zgodnie uznaliśmy, że zajmuje 1 miejsce jeżeli chodzi o piękno, dzikość i ogólnie panującą tu atmosferę wśród wszystkich stanów USA.

Można tu zobaczyć zdecydowanie najpiękniejsze wybrzeże oceaniczne w całych Stanach, wysokie ponad 100 metrowe wodospady (najwyższy 190 metrów!!!), pozostające w dzikości gorące źródła, powulkaniczne ośnieżone szczyty górskie, olbrzymie wydmy, mnóstwo szlaków górskich i dolinnych i zwariowany pod każdym względem Portland, którego przewodnim hasłem jest „Keep Portland weird”.Do istotnych zalet należy też dodać brak „sales tax” czyli podatku od sprzedaży dodawanego do naszych zakupów w każdym sklepie w innych stanach (nie płacimy również podatku w restauracjach i w sklepach monopolowych). Dla smakoszy piwa informuję, że na terenie Oregonu znajduje się 260 mikrobrowarów, a marihuana jest powszechnie dostępna w uprawnionych do jej sprzedaży sklepikach w każdym mieście (od 2014 roku). Poza tym ulokowane tu ponad 750 winiarni oferuje 70 różnych gatunków wina. Wszyscy ludzie jakich tu spotkaliśmy byli bardzo przyjaźni i mili, a kilkanaście dni jakie tu spędziliśmy utwierdziły nas w przekonaniu, że jest to istny przyrodniczy raj na ziemi. Więc nie bez przyczyny Oregon od 3 lat szczyci się największym procentem migracji ludności z innych stanów.

TRASA: Chicago – Portland, Hwy 26, Dodge Park, Mount Hood National Forest, Timberline Lodge, Hwy 35, Parkdale, Panorama Point Park, Columbia River Gorge (Wahclella Falls, Bonneville Dam & Fish Hatchery, McCord Creek Falls, Upper Horsetail Falls, Ponytail Falls, Middle Oneonta Falls, Bridal Veil Falls, Shepperd’s Dell Falls, Latourell Falls, Upper Latourell Falls, Crown Point Vista Point, Portland Women’s Forum State Scenic Viewpoint), Portland, Hwy 30, Twilight Creek Eagle Sanctuary, Astoria, Fort Stevens State Park (museum, Jetty Observation Tower, Wildlife Viewing Bunker, Peter Iredale Wreck), Delaura beach, Seaside, Ecola State Park (Crescent Beach Trail), Canon Beach (Haystack Rock), Tolovana Beach Wayside, Silver Point Interpretive overlook, Acadia Beach State Recreation Site, Hug Point State Recreation Site, Oswald West State Park (Short Sand Beach, Blumenthal Falls), Tillamook Cheese Factory, Blue Heron Cheese Factory, Munson Creek Falls State Natural Site, Neskowin Beach (Ghost Forest), Lincoln City, Otter Crest Loop, Devil’s Punchbowl State Natural Area, Newport (Pier 39, Hatfield Marine Science Center), Seal Rock State Recreation Area, Driftwood Beach State Recreation site, Smelt Sands State Recreation Area, Cape Perpetua (Devils Churn trail, Giant Spruce trail, Visitor Center, Cooks Chasm), Strawberry Hill wayside, Ocean Beach, Muriel Ponsler wayside, Carl G Washburne Memorial State Park, Heceta Head Lighthouse & Keeper’s House, Oregon Dunes National Recreation Area (Baker Beach, Darlingtonia State natural Site, Haceta Beach Park, North Jetty Recreation Area, Florence, South Jetty Road, Sitcoos Beach Day Use Area, Oregon Dunes Overlook), Dean Creek Elk Viewing Area, Reedmont, Umpqua River Lighthouse, Umpqua Beach, Charleston, Shore Acres State Park, Cape Arago State Park, Sunset Bay State Park, Bastendorff Beach County Park, Seven Devils Road, Seven Devils State Recreatoin Site, Bandon, Bandon Beach Loop (Table Rock, Coquille Point, Face Rock Scenic Viewpoint, Haystack Rock, Devils Kitchen Oregon State Park Vista Point), Myrtle Point, Sandy Creek Covered Bridge, Roseburg, Winchester Fish Ladder, Glide, Colliding Rivers, Umpqua River view points (Cable Crossing, Baker, Smith Srings), Susan Creek Falls Trail, Susan Creek Campground, Fall Creek Falls Trail, Toketee Trail/ pipeline, Umpqua Hot Springs, Watson Falls trail, Whitehorse Falls, Lemolo lake, Diamond lake Loukout Point, Newberry Volcanic National Monument (Paulina Falls Trail, Big Obsidian Flow trail, East Lake, Lava River Cave trail, Lava Butte, Benham Falls trail), Bend, Sisters, Indian Ford Campground, Suttle lake, Mount Washington Viewpoint, Hoodoo Ski Bowl, Big lake, Sahalie Falls, Koosah Falls, Blue Pool (Tamolitch Pool), Bigelow (Deer Creek) Hot Springs, Fish Lake Interpretive Site, Cascadia State Park (Soda Lower Falls), Short Covered Bridge, Sweet Home Ranger Station, Shellburg Falls, Silver Falls State Park (South Falls, Winter Falls, North Falls), Mt. Angel, St. Benedict Abbey, Bagby Hot Springs, Portland (Murals, Pearl District, Washington Park – Rose garden), Columbia River Gorge (Multnomah Falls, Sandy River Delta Park), Portland, Chicago.

Oregonmap17a

 

DŁUGOŚĆ TRASY: RV – 1528 mil (2459 km) plus osobówkami około 150 mil (w rejonie Portland).

KOSZT BILETU LOTNICZEGO: Spirit Airlines $806/4 osoby (na trasie Chicago-Portland) (Przy zakupie biletów wykupiliśmy program „$9 fare club”, który dał nam zniżkową cenę zarówno na bilety jak i na bagaże). Program kosztuje $60/rok. Zniżką objęte jest do 8 osób, które podróżują z nami. Cenę tego programu uwzględniłam w całościowym koszcie biletu. Bez wykupienia tego programu zapłacilibyśmy więcej, więc jego koszt całkowicie zwrócił się od razu przy zakupie.

KOSZT WYNAMU RV (kampera): $2185 na 16 dni ($2685 – $500 „gift certificate” za wygrany konkurs – „Cruise America Photo Contest”). W okresie naszej podróży stawki wynajmu były już znacznie wyższe niż poza sezonem. Dzienna opłata to $110. Do tego doliczana jest ilość mil jakie przejedziemy pomnożona przez $0.35 i do całości dodany jest podatek (state tax). Dla porównania za wynajęcie RV w listopadzie płaciliśmy $45 za dzień.

KOSZT BENZYNY RV: $364 (średnia cena benzyny $2,50/ galon czyli w przybliżeniu 4 litry). Średnie spalanie 9,6 mili/galon.

KOSZT WYNAJMU OSOBÓWEK: 25.05.17 – $35/za dzień – Kia Forte (Dollar Car Rental); 10.06.17 – $46/za dzień – Hyundai Santa Fe (Avis Car Rental). Wypożyczalnie samochodów osobowych mieszczą się na lotnisku. Po powrocie do domu okazało się, że firma AVIS policzyła nas znacznie więcej niż było to uzgodnione (aż $102!). Po licznych telefonach i wyjaśnianiu całej sytuacji sprawa zakończyła się w końcu pomyślnie dla nas. Uratował nas rachunek za benzynę, który musieliśmy zeskanować i do nich wysłać jako potwierdzenie zakupu benzyny w tym samym dniu, w którym mieliśmy wypożczone auto. Pomimo zapewnień pracownika Avis przy oddawaniu tegoż auta, że wszystko jest ok i nie będzie dodatkowych opłat zostaliśmy przez nich oszukani, dlatego nie polecamy nikomu korzystania z tejże wypożyczalni.

PRZEWODNIKI: “Washington, Oregon & Pacific Northwest” (Lonely Planet) Sandra Bao, “Oregon Road and Recreation Atlas”, “Hiking Oregon” (A Falcon guide) – Lizann Dunegan, “Hiking waterfalls in Oregon” (A Falcon guide) – Adam Sawyer, “Hiking Hot Springs in the Pacific Northwest” (A Falcon guide) – Evie Litton, www.allrtails.com, www.waterfallsnorthwest.com, www.outdoorproject.com.

Northwest Forest Pass $30 (ważny przez cały rok od daty zakupienia) upoważnia do przebywania na terenie lasów państwowych oraz niektórych miejsc należących do National Park Service np. Newberry National Volcanic Monument.

PARKI STANOWE: Jednorazowy wstęp do parku stanowego to $5/auto. Bilet jest ważny na zwiedzanie wszystkich parków przez cały dzień. Roczny abonament kosztuje $30. Tylko niektóre parki stanowe wymagają opłaty. Większość jest bezpłatna. Jeśli chcemy zatrzymać się na kempingu w parku, który pobiera opłatę za wjazd – kwota $5 nie jest naliczana i płacimy tylko za nocleg.

NOCLEGI: Nocowaliśmy zazwyczaj bezpłatnie na terenie National Forest. Cena kempingów w NF to $15 – $22.

KOSZT WYJAZDU: $4,467

PŁYWY MORSKIE: (czyli przypływy i odpływy) regularnie powtarzające się podnoszenie i opadanie poziomu wody w oceanie. Przeciętny czas między kolejnymi przypływami wynosi 12,5 godziny. Wielokrotnie znajdowaliśmy się w nieodpowiednim czasie pływów w danym miejscu…. by móc podziwiać piękno w całej okazałości takich miejsc jak Devils Punchbowl czy Seal Rock.

CIEKAWOSTKI:

  1. W Oregonie nie możemy sami zatankować benzyny. Na każdej stacji jest obsługujący dystrybutor pracownik, który jako jedyny może „dotknąć” pompy paliwowej i wlać benzynę do naszego baku. *Uaktualniając tą informację – od dnia 1 stycznia 2018 roku Oregonianie zamieszkujący gminy (counties) z liczbą ludności mniejszą niż 40,000 mogą już samodzielnie zatankować poza godzinami „urzędowania” pracowników stacji J.
  2. Tutaj już w 1971 roku wprowadzono prawo zakazującej sprzedawanie napojów w niezwrotnych butelkach i puszkach. Wszystkie szklane i plastikowe butelki oraz puszki możemy odsprzedać w każdym sklepie spożywczym i monopolowym.
  3. Oregon “posiada” największą ilość “ghost towns” w całych Stanach.
  4. Znajduje się tu 5,900 zarejestrowanych kempingów (na terenie 230 parków stanowych i 13 lasów państwowych).
  5. Prawie połowa stanu jest terenem zalezionym (30 milionów akrów).
  6. Prawo oregońskie zabrania łowienia ryb używając jako przynęty kukurydzy z puszki.
  7. To co jeszcze zwróciło naszą uwagę to wysoka kara za śmiecenie….dochodząca do $6250!!! Jak się można spodziewać dzięki temu Oregon jest naprawdę czysty i bardzo rzadko widać jakiekolwiek śmieci przy drodze.

POGODA: Wiosna to przede wszystkim perfekcyjna pora ze względu na obfitość wody w wodospadach. Nie ma też w tym czasie turystów, co znacznie ułatwia podróżowanie. Niestety niedogodnością jest nie zawsze pefekcyjna pogoda (średnia temperatura np. na wybrzeżu 18°C w dzień i 10°C w nocy, oraz duże zachmurzenie) a także śnieg w wyższych partiach gór, co niestety uniemożliwiło otwarcie wszystkich dróg dojazdowych do miejsc, które zamierzaliśmy odwiedzić. Wyjątkowo w tym roku spadło 3 razy więcej śniegu niż zazwyczaj i jego roztapanie również spowodowało opóźnienie rozpoczęcia sezonu turystycznego. W czasie naszej poprzedniej wycieczki po Oregonie wybraliśmy termin jesienny (październik), który jest tu tak naprawdę (jak powiadają „lokale”) latem. Tutejsi ludzie za sezon letni uznają czas od sierpnia do października. Wtedy to można spodziweać się wzmożonego ruchu turystycznego, ale i pięknej słonecznej pogody oraz wielu „atrakcji smakowych” w postaci licznych festiwali połączonych z degustacją lokalnych jabłek, win czy cydru.

KILKA SŁÓW O RV (czyli kamperze): Podczas tej wycieczki skorzystaliśmy z wypożyczalni Cruise America RV Rental (8400 SE 82nd Ave, Portland). Mieliśmy do wykorzystania $500 gift card, za wygrany u nich konkurs, co znacznie obniżyło nasz koszt wynajmu tegoż pojazdu. W okresie naszej podróży stawki wynajmu były już znacznie wyższe niż poza sezonem. Dzienna opłata to $110. Do tego doliczana jest ilość mil jakie przejedziemy pomnożona przez $0.35 i podatek (state tax 17%).

RV czyli Recreational vehicle to pojazd i dom w jednym. Jest to najbardziej wygodna opcja wakacyjna, szczególnie jeśli podróżujemy z małymi dziećmi i chcemy jak najwięcej zobaczyć, nie marnując czasu na codzienne poszukiwanie moteli, hoteli czy restauracji. Pożyczany przez nas RV należy do najmniejszych tego typu pojazdów w Stanach i ma długość „zaledwie” 19 stóp (6 metrów). W wyposażeniu znajdują się: 2 łóżka [mieszczące 4 osoby, w tym jedno rozkładane w wersji stół plus kanapy], lodówka, plus mała zamrażalka, kuchenka na 2 palniki, mikrofala, ogrzewanie/ochładzanie, zlew, kibelek, prysznic oraz szafki i szuflady na ubrania i jedzenie. Na wyposażeniu jest też generator, którego zużycie opłacane jest dodatkowo – za każdą godzinę $3 [lub wykupiony w pakiecie na każdy dzień za $5 x ilość dni]. My z generatora nie korzystaliśmy. Właściwie to generator umożliwia pracę mikrofalówki, klimatyzatora dachowego i gniazdek elektrycznych, gdy pojazd nie jest podłączony do prądu np. na kempingu. [jeśli ktoś nie chce wchodzić w koszty generatora, to trzeba np. w Walmarcie zakupić „power inverter”, by móc naładować [poprzez gniazdko zapalniczki] baterie laptopa, telefonu itp. W RV znajdują się 2 akumulatory, przy czym drugi odpowiedzialny jest za „kabinę mieszkalną”. Ogrzewanie, lodówka i kuchenka zasilane są propanem. Benzyna i propan były nabite do końca i należało zadbać, by oddając kampera również uzupełnić ich poziom do takiej samej wartości. Samochód przed oddaniem należy sprzątnąć – tzn. zamieść podłogę miotłą [która powinna być na wyposażeniu], oraz opróżnić zbiorniki z brudną wodą. Opcją dodatkową jest wypożyczenie naczyń i garnków za $100, co wydaje się całkowicie nielogiczne, bo zakup garnka i patelni w Walmarcie to zaledwie koszt rzędu $20. Można też wykupić zestaw do spania za $55/na osobę, ale nam wystarczą 2 śpiwory z Walmart’u po $30 sztuka. Przy odbiorze kampera firma pobiera również depozyt na czas korzystania z auta i wynosi on w przypadku Cruise America $500 [np. firma Apollo Rental kasuje aż $1500]. [trzeba zapłacić kartą kredytową]. Depozyt jest zwrotny, gdy podczas końcowej inspekcji wszystko z autem jest ok. Oddając RV trzeba też pamiętać, że należy to zrobić w godzinach 9-11am, bo w przypadku spóźnienia firma policzy nas po $25 za każdą godzinę.  Koszt wynajmu RV bardzo różni się od terminu i lokalizacji. Poza sezonem ceny są nawet czterokrotnie niższe niż w sezonie. Cena bazowa za dzień w listopadzie wynosiła $45 [w lecie ceny dochodzą do $250/dzień]. Dodatkowo doliczana jest opłata $35 za każde 100 mil przejechane. Limit dzienny – opłacany z góry to właśnie te 100 mil. Czyli na 16 dni naszej wycieczki mieliśmy wykupione 1600 mil na łączną kwotę $560. Jako że nie zużyliśmy wszystkich wykupionych mil firma oddała nam pieniądze przy zwrocie auta.

Dzień 1 & 2

Lot ChicagoPortland pomimo późnej pory odbył się bez żadnych zakłóceń i tuż przed północą czasu lokalnego (Pacific Time Zone) wylądowaliśmy na lotnisku w Portland. Lotnisko to jest wyposażone w szereg ruchomych chodników (i schodów), co znacznie przyspieszyło nasze poruszanie się w kierunku odbioru bagażu. Bez żadnych problemów znajdujemy wypożyczalnie samochodów, wybierając Dollar Car Rental, skąd odbieramy Kia Forte, w którym spędzamy resztę nocy parkując gdzieś niedaleko parku Essex w dzielnicy Southeast. Rano zaczynamy od wizyty w Walmarcie i Dollar Store (wszystko tu kosztuje $1) i zakupie części niezbędnego ekwipunku na naszą wycieczkę. Odbiór RV mamy umówiony na 10 am, więc musimy jakoś zorganizować 3 godziny. Z regóły wypożyczenie RV jest możliwe dopiero po godzinie 1pm, ale właściciel (Steve) Portlandzkiej lokalizacji Cruise America zgodził się, żebyśy odebrali auto od razu po otwarciu biura. Po załatwieniu wszelkich formalności wskakujemy już pełni energii do wypasionego kampera, po drodze robiąc jeszcze zakupy w Costco (potrzebna karta członkowska) i Walmarcie. Drogą 26 wyjeżdżamy z miasta w kierunku południowo wschodnim. Pierwszy postój urządzamy sobie nad rzeką Sandy River (Dodge Park) i wymaczamy porządnie nogi, dając im przyjemny odpoczynek po trudach podróży. Jedziemy jakimiś małymi polnymi drogami (Mount Hood Scenic Byway), unikając autorstadowego ruchu na 26-ce. Nie mamy już wiele czasu na zwiedzanie więc po prostu wjeżdżamy stromą drogą do Timberline Logde położonego na wysokości 5,960 stóp (1,817 m). Zima tutaj jeszcze nie odpuściła i wszędzie dookoła jest biało ….i strasznie zimno (średni opad śniegu w tym miejscu to około 6,5 metra rocznie).

SONY DSC

Idziemy po śniegu na spacer, ale ciągłe ślizganie i upadki na zalodzonym śniegu zmuszają nas do szybkiego powrotu. Zaglądamy do zabytkowego hotelu (znajdującego się na liście National Historic Landmark), którego wnętrze naprawdę robi duże wrażenie. W 1980 roku kręcono tu sceny do kultowego filmu Stanley’a Kubricka „The Shining” z  Jackiem Nicolsonem w roli głównej. W głównym holu znajdują się gabloty ze starymi zdjęciami i esponatami. Na środku kominek z którego bucha gorący ogień. Wszystkie drzwi i poręcze w ręcznie zdobionym drewnie (i wielkie klamki w kutym żelazie) budzą nasz podziw. Schodami udajemy się na 2 piętro, skąd rozpościera się niesamowity widok na ośnieżony wulkan Mount Hood (3430 m n.p.m.).

SONY DSC
Widok z okna Timberline Lodge

Wjeżdżając tutaj mieliśmy plan żeby zatrzymać się na kempingu Alpine (figurującego na naszej mapie topograficznej), ale niestety takowego nie było (lub co jest bardziej prowdopodobne znaki informujące o nim zostały zdjęte na sezon zimowy). Parkujemy więc w miejscu „overnight parking” (ledwo znajdujemy miejsce, wszyscy już przygotowują się do spędzenia tu nocy rozkładając np. namioty na dachach samochodu). Noc okazuje się bardzo zimna i wietrzna, telepie naszym Rv-kiem okrutnie.

Dzień 3

Wczesnym rankiem budzą nas narciarze i snowbordziści, wydobywający się tłumnie ze wszystkich kierunków. Pomimo, że jest już koniec maja sezon zimowy jeszcze się tu nie zakończył. Zjadamy śniadanie i zjeżdżamy z powrotem do 26-ki. Ośnieżony Mount Hood w porannym słońcu prezentuje się obłędnie pięknie. Cała góra połyskuje w śniegu na tle niebieskiego nieba. Obserwujemy też ledwo widocznych wspinaczy górskich, atakujących górę od strony południowej.

dsc00001-5.jpg

Koniec maja i czerwiec to najkorzystniejszy okres do wspinaczki na Mount Hood (3,429 m n.p.m). Rocznie wchodzi na niego około 10 tysięcy wspinaczy (umieszczając tym samym Mt. Hood na 2 miejscu najczęściej „odwiedzanych” szczytów powyżej 10,000 stóp na świecie). Średni czas takiej wycieczki to 10 – 12 godzin w obie strony i wymaga oczywiście solidnego przygotowania wytrzymałościowego i zdolności wspinaczkowych. Zjeżdżamy Timberline Road do 26-ki i zaraz skręcamy na 35-tkę otaczając Mt. Hood od wschodniej strony.

SONY DSC
Mt Hood

Odbijamy na chwilę w kierunku miasteczka Parkdale, położonego w malowniczej dolinie otoczonej sadami owocowymi. Kilka mil na północ od miasteczka wjeżdżamy do skąpanego w kwitnących na pomarańczowo makach (maczek kalifornijski) Parku Panorama Point, skąd mamy doskonały widok na Mt. Hood i Mt. Adams w całej okazałości.

DSC00001 (10)

Wiosna jako pora do zwiedzania Oregonu ma jeszcze jedną ważną zaletę – wszystko tu kwitnie nadając niepowtarzalny klimat nawet zwyczajnym miejscom. Kiedy w końcu dojeżdżamy do 80 milowego kanionu należącego do Columbia River Gorge National Scenic Area (National Historic Landmark) rozpoczyna się najciekawsza część dzisiejszego dnia. Jedziemy pierwszym w USA „scenic highway” i mijając Bridge of the Gods i przecinając słynny Pacific Crest Trail (długodystansowy szlak biegnący przez Californię, Oregon i Washington – długość 2,650 mil) docieramy do misteczka Bonnyville. Skręcamy w Bonneville Way, która prowadzi nas na mały parking, skąd wyruszamy na nasz pierwszy szlak prowadzący do wodospadu Wahclella (długość 2 mile w obie strony, parking płatny $5 – lub bezpłatnie dla posiadaczy Northwest National Forest Pass). Szeroką drogą biegnącą wdłuż Tanner Creek dochodzimy do mostku zawieszonego wdłuż wodospadu (woda spływa centralnie pod ten mostek i jest dosłownie na wyciągnięcie ręki). Po przejściu ¾ mili znajdujemy rozgałęzienie szlaku – pętlę, dającą możliwość podziwiania wodospadu z góry i dołu. Kierujemy się w prawo do miejsca u podnóża wodospadu.

SONY DSC

Przechodzimy most, następnie pod grotą, z której intensywnie kapie na nas woda wydobywająca się ze znajdujących nad nami skał. Potem znowu mostek nad Tanner Creek i wooOOW!!! – widok i huk Wahclella Falls (wysokość  107 metrów) powala nas z nóg.

SONY DSC

W dzisiejszy upalny dzień jest nie lada przyjemnością przebywanie w obecności pryskającej na nas lodowatej wody. Wracając przez grotę zauważamy tuż pod naszymi nogami sunącego węża  – Garter Snake (zawanego też Garden Snake) całkiem sporych rozmiarów.

SONY DSC

Węże te są na szczęście całkowicie nieszkodliwe dla człowieka, więc razem z innymi gapiami, nie bojąc się ataku tegoż węża robimy mu kilka fot i idziemy dalej.

SONY DSC

Wracamy tą samą drogą do samochodu i przejeżdżamy Bonneville Way w kierunku północnym do Bonneville Fish Hachery (czynne każdego dnia od 7am-8pm, wstęp bezpłatny). Miejsce to jest przede wszystkim dużą atrakcją dla dzieci, które z wielkim przejęciem oglądają stawy pełne pstrągów, łososi i jesiotrów……

DSC00024aa

Dodatkowego uroku temu miejscu dodają kwitnące na różowo i fioletowo setki rododendronów.

DSC00040

Niewątpliwie najwięcej uwagi i czasu poświęcamy na oglądanie blisko półtonowych 70 letnich jesiotrów (o długości dochodzącej do 3 metrów), które mamy dosłownie na wyciągnięcie ręki, schodząc do pomieszczenia z oknem widokowym umieszczonego wzdłuż zbiornika z wodą (Sturgeon Viewing Center). Oglądamy też film edukacyjny w Visitor Center, który dokładnie opisuje czym zajmują się takie „wylęgarnie ryb”. W sztucznych warunkach przygotowywuje się “rozmnażanie ryb”, hoduje sie je, a nastepnie wypuszczane są do naturalnych zbiornikow wodnych (gdzie możemy je złowić wędkąJ). Po tej ekscytującej lekcji biologii jedziemy na kolejny szlak do Elowah Falls ($5/auto lub Northwest National Forest Pass), ale niestety okazuje się, że zamknięto go z powodu licznych uszkodzeń podczas wiosennych roztopów. Jakoże byliśmy już spakowani i przygotowani do wędrówki z Basią, (umiejscowioną na plecach taty w specjalnym plecaku) postanowiliśmy skorzystać ze spaceru do Upper McCord Creek Falls (długość 2,2 mili w obie strony; szlak wychodzi z tego samego miejsca co Elowah trail). Szlak ten okazał się nieco trudny dla 6-letniego Jasia (strome podejście), ale w jakimś stopniu zrekompensował nam „straty” poniesione przez zamkniętą ścieżkę do  Elowah.

SONY DSC

Zaczął się od delikatnej wspinaczki i piął się sukcesywnie w górę „switchbackami”. „Krytyczna” była dla mnie przeprawa po błotnistej ścieżce przy częściowo pourywanej barierce bezpośrednio za którą znajdowała się 200 metrowa przepaść. (Z tego miejsca mieliśmy szanse zobaczyć górną część wodospadu Elowah).

DSC00057 (2)

Wodospad McCord Creek, do którego docieramy, to dwa niemal identyczne równoległe strumienie spadające z wysokości 20 metrów. Może nie jest to najpiękniejszy wodospad w okolicy, ale szlak jest przyjemny i słabouczęszczany. Jakoże dzień ma się już ku końcowi, jedziemy w kierunku parku stanowego Ainsworth, ale jak to było do przewidzenia miejsc kempingowych brak. Zostaje nam więc znalezienie jakiegoś przyjemnego miejsca bez zakazu parkowania w nocy. Nie ma tu wielu miejscówek do wyboru, parkujemy więc w zatoczce, a w zasadzie w miejscu piknikowym za parkiem stanowym. Noc zakłóca nam „delikatne” trąbienie pociagów, które jeżdżą wdłuż rzeki Columbii ….. przez całą noc.

Dzień 4

Poranek zaczynamy od przyrządzenia mrożonych pierogów zakupionych w Costco (made in Canada)….niestety ku rozpaczy naszych dzieci, smak jaki przypominają nie kojarzy im się na pewno z polskimi pierogami. Po śniadaniu podjeżdżamy dosłownie niecałą milę do parkingu (pomimo porannych godzin parking pełny!!!) skąd wychodzi szlak na wodospady Upper Horsetail, Ponytail i Middle Oneonta Falls. Wodospad dolny widoczny jest z parkingu i dla osób nie lubiących pieszych wędrówek to idealne miejsce to jego podziwiania. My ruszamy ścieżką (długość 2,6 mili) i po kilku minutach marszu (około pół mili) dochodzimy do miejsca gdzie szlak biegnie przez grotę, a centralnie nad nami „spada” wodospad Ponytail.

SONY DSC

Jakiś śmiałek decyduje się na szybki prysznic wskakując pod ten wodospad… co zajmuje mu około 20 sekund bo dłużej w tak lodowatej wodzie nie da się na pewno wytrzymać.

SONY DSC

Do tego miejsca szlak jest dosyć uczęszczany i większość turystów zawraca z powrotem do parkingu. My idziemy dalej wznosząc się stopniowo w górę po serpentynach. Na samej górze roztacza się przed nami piękny widok na rzekę Columbia.

SONY DSC

Nie ma tu żadnych barierek zabezpieczających i trzeba bardzo uważać, bo podziwiając panoramę stoi się nad kilometrową przepaścią. Dochodzimy do mostku i kolejnego wodospadu Middle Oneonta Falls (wysokość 7 metrów), który nie należy może do najbardziej spektakularnych wodospadów w Oregonie, ale powiedzmy, że jest przyjemnym przystankiem na szlaku.

DSC00160

Wędrówkę kończymy na parkingu (Oneonta Falls Trailhead Parking), oddalonego 0,5 mili od miejsca, gdzie zaparkowaliśmy nasze auto. Mundek „na ochotnika”, idzie więc wzdłuż historycznej drogi nr 30 (pokonując zabytkowy Oneonta Tunnel) i w ciągu 20 minut jest już z powrotem z naszym kamperem. Kolejny szlak – Oneonta Gorge Trail, którym chcieliśmy przejść okazuje się niestety zamknięty z powodu zbyt wysokiego poziomu wody. Zapewne latem czy jesienią są większe szanse na jego „pokonanie”. Ciekawe jest to, że dojście do wodospadu odbywa się po rzece… czasami zanurzając się prawie do pasa…..brzmi to trochę dziwnie ale tak poprostu jest. Jedziemy więc dalej na zachód w celu „zdobycia” największego Oregońskiego wodospadu Multnomah (wysokość 190 metrów). Niestety znalezienie miejsca parkingowego graniczy tu z cudem…… trafiliśmy tu akurat w niedzielę w godzinach południowych, a do tego niedzielę śwąteczną (Memorial Weekend), w związku z tym jedynym rozsądnym posunięciem jest szybka ewakuacja z tego miejsca (Multnomah to najczęściej odwiedzany wodospad w Columbia River Gorge). Jak się okazaje nie jest to wcale takie proste….. naszą drogę zatarasowały 2 autobusy wycieczkowe, które nie powinny tu być ze względu na swoje gabaryty. Przez godzinę jeden z autobusów szurając bokiem o betonowy most próbował wydostać się z pułapki…. wkurzenie innych kierowców sięgało zenitu. Mundek – Przepisman zaczął kierować ruchem i pomagać kierowcom wycofać auta na bardzo wąskim moście by książę BusDriver mógł odtarasować drogę i w końcu dać możliwość przejechania wszystkim sfrustrowanym kierowcom. Wymęczeni psychicznie pojechaliśmy szybko jak najdalej od tego miejsca. Zatrzymujemy się dopiero przy wyjściu na szlak Eagle’s Nest, bo znajdujemy wolne miejsce parkingowe i drałujemy pieszo wzdłuż drogi do następnego wyjścia na szlak Bridal Veil Falls (wysokość 37 m, długość szlaku 0,6 mili)….. jak się potem okazuje było to bez sensu, bo kolejny parking miał wiele wolnych miejsc. Cały szlak jest wyasfaltowany i „wyschodkowany” (przez co niestety przyciąga rzesze leniwszych turystów). Spacer w dół umilają nam dzikie kolorowe kwiaty rozsiane po obu stronach ścieżki.

SONY DSC

Po obejrzeniu obleganego ze wszystkich stron wodospadu, dzieci zajęły się taplaniem w strumieniu i budowaniu tam, a Mundek poszedł odebrać samochód, żebyśmy nie musieli wszyscy wracać z powrotem wzdłuż drogi. Po 45 minutach spotykamy się wszyscy na parkingu i jedziemy dalej na zachód. Mijamy wodospad Shepperd’s Dell (wysokość 67 m) tuż przy drodze (parking przy moście na 2 auta) ale zatrzymujemy się dopiero na małym parkingu po prawej stronie, skąd wychodzimy na kolejny wodospad (znajdujący się tuż przy drodze po lewej stronie). Wodospad ten (nienazwany) najprawdopodobniej aktywny jest tyko na wiosnę, bo ilość wody w nim jest teraz znikoma. Kolejny postój to Latourell Falls (wysokość 76 metrów, długość szlaku 2,4 mile w obie strony) i tu na szczęście znajdujemy wolne miejsce na parkingu. Zchodzimy razem z tłumem do dolnej części wodospadu (wyasfaltowana ścieżka). Woda pryska na kilkadziesiąt metrów, co wcale nie odstrasza śmiałków, podchodzących do niego bardzo blisko.

DSC00254a

Olbrzymi wiatr, wytworzony przez siłę spadającej wody odpycha ich od wodospadu. Latourell jest przepiękny – wąska smuga wody na tle wulkanicznych skał porośniętych seledynowym i zielonym mchem. Nic dziwnego, że przychodzą tu tłumy.

DSC00254d

Chcąc trochę od tego tłumu sie odizolować wędrujemy stromo w górę (zmiana elewacji 122 metry) i szczerze mówiąc wykańcza nas to trochę, przede wszystkim z powodu wysokiej temperatury. Na początku szlaku jest taras widokowy dający super wzgląd na wodospad, potem ławeczka, z której mamy piękny widok na środkową jego część. Wspinamy się dalej i dochodzimy do wodospadu Upper Latourell Falls (wysokość 37 metrów). Jak się można spodziewać tłumów już tu nie ma…. i możemy w „ciszy” wodospadu i naszych dzieci kontemplować piękno otaczającej nas przyrody.

SONY DSC

Przechodzimy przez mostek (z urwanym jednym szczeblem) i wspinamy się znowu w górę w towarzystkie „przebiegających” nam drogę gigantycznych ślimaków, a w zasadzie pomrowów (slugs). Dochodzimy do punktu widokowego na Columbia River Gorge i dalej już bardzo stromo w dół do końca szlaku. Serpentynową drogą dojeżdżamy do Crown Point Vista Point (znajdujący się na liście National Register of Historic Places), umiejscowionego na stromym klifie nad Columbia River. Muzeum zamykają nam tuż przed nosem (czynne 9am-6pm) więc podziwiamy przez chwilę panoramę w świetle popołudniowego słońca i jedziemy do Portland Women’s Forum State Scenic Viewpoint – kolejnego punktu widokowego.

SONY DSC

Zaglądamy jeszcze na chwilkę do Dabney State Recreation Area, ale miejsce to wydaje nam się raczej nieprzyjazne może ze względu na jakieś podejrzanie wyglądające towarzystwo….. Dobijamy do Walmartu w celu uzupełnienia zapasów i ponieważ zrobiło się już całkiem późno, postanawiamy zanocować na parkingu w otoczeniu kwitnących na różowo rododendronów.

Dzień 5

Pierwszą część dnia spędzamy w zasadzie na podróży 30 –tką przejeżdzając przez Portland i dalej wdłuż rzeki Columbi, która na tym obszarze pełni funkcje raczej portowe (tankowce i kontenerowce) niż rekreacyjne. Na pierwszy postój zjeżdżamy do Twilight Creek Eagle Sanctuary (Milepost 87, wejście bezpłatne), gdzie z platformy obserwacyjnej próbujemy bezskutecznie wypatrzeć zamieszkujące ten teren orły. Następnie wjeżdżamy do Astorii (pierwszego amerykańskiego miasta założonego na wybrzeżu Pacyfiku), które w swojej ofercie turystycznej ma sporo do zaproponowania.

SONY DSC

My jednak „przyciągnięci tłumem” ustawiamy się w 30-metrowej kolejce w celu zakupienia czegoś na ząb. Jak się potem okazuje trafiamy na kulinarną „perełkę” okolicy serwującą przepyszne ryby z frytkami. Pierwszy raz w Stanach jemy domowe frytki będące smacznymi ziemniakami, a nie gotową uformowaną papką z worka. Smażalnia Bowpicker (17th St & Duane Ave) ulokowana jest w starej łodzi (ustawionej na parkingu) i co roku zdobywa nagrody za najlepsze danie „fish & chips”. Objeżdżamy misteczko kamperem, mijamy Columbia River Maritime Museum, oblężony przez tłumy „Sunday Market” (12th street), most Astoria Megler Bridge

DSC0330

i udajemy się 101-ką w kierunku zachodnim do Fort Stevens State Park (1675 Peter Iredale Rd, Hammond, $5/auto). Park pełnił funkcje militarne broniące dostępu do ujścia rzeki Columbia w latach 1863–1947. Pełno tu bunkrów, po których możemy się swobodnie poruszać i przemierzać ich korytarze.

DSC00356 (1)

DSC00394

Jest małe muzeum, z bardzo ciekawymi eksponatami i zdjęciami oraz makietą fortu. Dzieciaki z tatą wybierają się na przejażdżkę wojkową ciężarówką (jak się później okaże nieprzyjemną w skutkach…) (koszt $6/osoba dorosła, dzieci za darmo, czas trwania 45 minut).

DSC00356 (2)

Cały park i w ogóle całe wybrzeże Oregońskie dosłownie tonie w kwitnących na różowo, czerwono i biało rododendronach, dodających niesamowitego uroku nawet zwykłym parkingom.

DSC00352a

W muzeum ranger (Scotty) opowiada nam z wielkim zaangażowaniem o japońskiej łodzi podwodnej I-25 (na tamte czasy był to statek na miarę science fiction), która podpływała do wybrzeża amerykańskiego, wynużała się, kopuła się otwierała i rozkładał się samolocik zwiadowczy … który startował jak z procy… (miał zasięg do 70 mil) – latał (w tym czasie załoga łodzi była bezbronna, musiała cierpliwie czekać na powrót lotnika-zwiadowcy) i lądował na wodzie i wtedy dźwig umiejscowiony na łodzi go podnosił i żołnierze go szybko składali….i łódź podwodna się zanurzała i odpływała.

DSC00389a

Po wycieczce „bojową” ciężarówką jedziemy drogą Jetty Road do części północnej parku i tam obserwujemy Orły Bieliki (Bold Eagles) i Orły Przednie (Gold Eagles) siedzące sobie spokojnie na skałach. Ostatnim punktem programu dnia dziesiejszego jest piknik na plaży z widokiem na Brytyjski wrak statku Peter Iredale z 1906 roku, który zatonął tu podczas sztormu.

 

DSC0450w

Obecnie została tylko jego przednia część wbita mocno w przybrzeżny piasek. Wycieczka po parku zajmuje nam cały dzień i jakoże zbliża się już wieczór postanawiamy zanocować na parkowym kempingu… co niestety staje się niemożliwie, bo pomimo tego, że park oferuje 530 miejsc ($30/noc) wszystkie są już zajęte!!! (ciągle trwa tzw. „Memorial weekend”). Jedziemy więc na Delaura Beach (na południe) i tu kolejna niemiła niespodzianka – droga zamknięta, a w zasadzie zalana – wielkie bajoro niewiadomej głębokości raczej nie zachęca do przejazdu. Wycofujemy się więc do głównej drogi i podjeżdżamy jeszcze kawałek na południe, ale trafiamy na kolejną przeszkodę – zakaz wjazdu – teren należący do straży przybrzeżnej (Camp Relea Oregon National Guard). Wracamy więc na Delaura Beach Road i parkujemy przy jej końcu na polance… tu urządzając sobie „prymitywny” nocleg.

Dzień 6

Zaczynamy go w miasteczku Seaside, opisywanego w przewodniku jako kiczowate….ale nam jakoś szczególnie to nie przeszkadza. Typowy nadoceaniczny kurorcik z małymi sklepikami i restauracjami. Posępnego widoku niestety nadaje utrzymująca się od 2 dni ponura aura…. która jak się okazuje jest typowa dla tego okresu czasu na wybrzeżu Oregońskim. Zatrzymujemy się przy małym oceanarium (Seaside Aquarium 200 N. Prom, czynne 9am-5pm, wstęp $8), ale jest niestety jeszcze zamknięte. Parkujemy więc za miasteczkiem przy plaży, pełnej spacerowiczów z biegającymi po niej psami. I tu właśnie Mundek odkrywa przerażającą rzecz – brak portfela w kieszeni spodni….. Zaczynają się więc nerwowe poszukiwania… Analiza punkt po punkcie dzisiejszego i wczorajszego dnia… miejsca, sytuacje…. możliwości kradzieży czy zgubienia….Jedziemy na najbliższy posterunek policji by zgłosić zaginięcie… obdzwaniamy wszystkie inne komisariaty w okolicy, karty kredytowe by sprawdzić czy było od wczoraj jakieś podejrzane ich użycie (nie było na szczęście!)….i zaczynamy nerwową podróż z powrotem, zaglądając do każdego punktu, przez który przejeżdżaliśmy. Przeczesujemy każdy punkt i kiedy w końcu podjeżdżamy do ostatniego możliwego miejsca czyli do Steavens Fort State Park…. okazuje się że ktoś wczoraj znalazł portfel!!! Niewiarygodne!!! W środku $500 gotówki, karty kredytowe i dokumenty – wszystko jest!!! Radość nasza sięga zenitu!!!. (Próbowaliśmy się wielokrotnie dodzwonić do tego parku, ale okazało się, że właśnie dzisiaj telefon im się zepsuł). Pełni szczęścia jedziemy znowu do Seaside na wielkie lody!!! I po tej bombie kalorycznej naładowani energią i odzyskanym optymizmem, 101-ką docieramy do Ecola State Park ($5/auto). Parkujemy na Ecola Point Day Use Area, skąd wychodzi szlak Crescent Beach (długość 3,2 mile w obie strony) – stromo opadający w dół, błotnisty, i „usłany” wystającymi z tego błota konarami prowadzi nas do przepięknej odizolowanej od tłumów plaży, na której poza nami jest jeszcze tylko kilku serferów.

SONY DSC

SONY DSC
Widok ze szlaku prowadzącego do Crescent beach

DSC00594

Piękna piaszczysta plaża z otaczającymi ją stromymi klifami i porozrzucane wszędzie „dryftwood”, z którego gdzie niegdzie zbudowane są prymitywne konstrukcje przypominające wigwamy czy szałasy to idealne miejsce na relaks na łonie przyrody.

SONY DSC

Wdrapując się z powrotem po szlaku odkrywamy skrót porwadzący do głównej drogi, a ponieważ śliskie błoto stanowi znaczną przeszkodę w poruszaniu się, ja zabieram dzieciaki tym skrótem, a Mundek drałuje po samochód oryginalną jego wersją. Następnie podjeżdżamy do Canon Beach – znanego przede wszystkim z pocztówkowego widoku monolitu skalnego –  Haystack Rock (wysokość 235 stóp/72 metry) ….wokół którego niestety tłoczą się całe obozowiska turystów, odbierając mu jego urok.

SONY DSC

SONY DSC

DSC00625_1.jpg
Haystack Rock

Miasteczko pełne hoteli i kurortów z limitowanymi miejscami parkingowymi dla RV (RV parking only in designated areas). Wyskakuję więc co chwila z auta by zrobić jakieś zdjęcia, a Mundek w tym czasie krąży autem dookoła. Pogoda całkiem się już zepsuła – Zachmurzenie nieba 100% i do tego jeszcze zaczął kropić deszcz…. Znajdujemy w końcu miejsce do zaparkowania w Tolovana Beach Wayside, gdzie pomimo deszczu dajemy dzieciom szanse na nieograniczone szaleństwa na placu zabaw. Po tej „mokrej” zabawie zajeżdżamy na krótkie postoje do Silver Point Interpretive overlook i Acadia Beach State Recreation Site. I na dłuższy czas zatrzymujemy się w Hug Point State Recreation Site (wejście bezpłatne). Miejsce to opanowane jest przez rosyjskich turystów, przybyłych na miejsce wielkim wycieczkowym autokarem. Na maleńkiej plaży tuż przy jaskini rosyjscy turyści umiejscowili olbrzymi „stainless steel” gril i ucztują wcinając hamburgery. Mundek rozpala ognisko na piasku i razem z Basią zostają na plaży, a ja z Jasiem (który w międzyczasie się rozchorował) wracam do auta. Na nocleg musimy niestety oddalić się nieco od tego klimatycznego miejsca, bo park jest czynny tylko do godziny 10pm.

Dzień 7

Dzień rozpoczynamy od wizyty w Hug Point State Recreation Park, zajeżdżając tam z miejscówki noclegowej (oddalonej o milę na północ zatoczki przy głównej drodze). Jak tylko parkujemy podjeżdża do nas ranger sugerując pisemne „ostrzeżenie-upomnienie” (warning) za rzekome spanie w tym miejscu. Po krótkiej wymianie zdań sprawa zostaje wyjaśniona, a „warning” wręczony jest niestety kierowcy stojącego obok nas RV-ka, który przyznał się do zarzucanego mu czynu L. Główną atrakcją tego miejsca jest sezonowy (wiosna) wodospad wpadający bezpośrednio do oceanu. Mamy szczęście bo akurat jest odpływ i możemy do niego bezpiecznie podejść (w czasie przypływu dojście jest niemożliwe).

SONY DSC

Długość tego szlaku to zaledwie 0,5 mili w obie strony i cała „trasa” wiedzie po plaży (na N od parkingu). Kolejny dzień towarzyszy nam pełne zachmurzenie i delikatny deszcz, ale szczerze mówiąc ma to swoje zalety, chociażby takie, że na szlaki wybiera się znikoma ilość ludzi i możemy w samotności cieszyć się niesamowitą przyrodą Oregonu.

DSC00663.jpg

Kolejny punkt na który próbujemy się dostać jest wodospad Blumenthal Falls (14 metrów wysokości, długość szlaku 2 mile w obie strony) w parku stanowym Oswald West (wjazd bezpłatny) i jak się okazuje zajęło nam to trochę czasu, bo mamy problem ze znalezieniem wyjścia na ten szlak. (Najlepiej od wioski Arch Cape przejechać dokładnie 4,25 mili i zaparkować na olbrzymim parkingu po wschodniej stronie drogi). Szlak rozpoczyna się przejściem pod mostem na którym biegnie droga 101. Potem szeroka szutrowa ścieżka idąca wzdłuż potoku prowadzi nas na uroczą dziką plażę Short Sand Beach (jest tu nawet WC…). Plaża jest ogromna i otoczona klifami.

SONY DSC

Wraz z nami docierają tu serferzy i dosłownie kilku innych hikerów, więc znowu możemy cieszyć się tym spektakularnym miejscem prawie w samotności.

SONY DSC

dsc00743_2.jpg

SONY DSC

Dochodzimy (do północnej części plaży) do wodospadu, którego nazwa niestety pochodzi od nazwiska zastrzelonego na służbie rangera parkowego, który zginął tutaj w 1999 roku. Ten sezonowy wodospad spada bezpośrednio na plażę, w otoczeniu jaskrawo zielonych omszonych kamieni, dodających dodatkowego uroku temu miejscu.

SONY DSC

Wracając z kolejnej wspaniałej miejscówki, robimy sobie półmilowy „objazd” poprzez Sitka Spruce Trail i Necarney Creek Trail, prowadzący nas do zwodzonego mostu (suspension bridge). Wracamy na parking szlakiem Old Growth Forest Trail. Podsumowując – szlak jest super!!! Jadąc dalej na południe , przejeżdżamy przez otoczone soczystymi pastwiskami miasteczka i zatrzymujemy się dopiero w największej „fabryce” sera w Oregonie – Tillamook Cheese Factory (4175 US-101 Tillamook, czynna od 8am do 6pm).

DSC00855a

Visitor Center jest niestety w przebudowie (dla zwiedzających udostępnione jest jedynie tymczasowe muzeum, bez możliwości oglądania taśm produkcyjnych) ale i tak wygląda to okazale. Dzięki wystawom dzieciaki dowiadują się jak przebiega mechaniczny proces dojenia krów i w ogóle cały proces produkcji sera i innych produktów wytwarzanych z mleka. Dziennie mleczarnia wytwarza prawie 80 ton sera (z 4,5 litra mleka powstaje ponad 1 kg sera), a także lody, masło, śmietanę i jogurty). Mleko pochodzi z ponad 100 okolicznych farm. Krowy są tam dojone 2 razy na dobę (2am i 1pm) i każdy proces dojenia trwa po 4 godziny. Do godziny od dojenia mleko jest już w mleczarni dowiezione cysternami. Najbardziej znanym produktem jest Tillamook Cheddar – nagradzany wieloma medalami na wystawach sera, a zdecydowanie najważniejszą z nich jest nagroda „World’s Best Medium Cheddar Cheese” zdobyta w 2010 roku. Wszystkie sery produkowane tutaj są do spróbowania, co też oczywiście robimy i po degustacji kupujemy najlepszy z nich – złotego medalistę – medium cheddar ($6/funt czyli pół kg).

DSC00858

Przenosimy się następnie do kolejnej mleczarni –  Blue Heron Cheese Factory (2001 Blue Heron Rd, Tillamook, czynne 8am-8pm, wjazd bezpłatny). To miesce zdecydowanie bardziej przypada do gustu naszym dzieciom.

SONY DSC

Otaczające Visitor Center zagrody pełne są zwierząt – kóz, baranów, lam, pawi, indyków i kur.

SONY DSC

DSC00920a

Znajduje się tu też „muzeum” starych pojazdów – jest piętrowy angielski autobus, lokomotywa z wagonikami i mnóstwo zardzewiałych koparek i spychaczy.

DSC00907a

DSC00905a

W środku budynku częstujemy się niezliczoną ilością dżemów, dipów, sosów, musztard i sera typu Brie serwowanych na krakersach i paluszkach.

DSC00990a

DSC00993w

Po 2 godzinach jedziemy już do ostatniej atrakcji dnia dzisiejszego – Munson Creek Falls State Natural Site (wjazd bezpłatny, dojazd – W Pleasant Valley – zjazd ze 101 na E). Szlak do wodospadu (wysokość 97 metrów) jest króciutki – (0,6 mili w obie strony) jednak nie udaje nam sie dojść do końca, bo szlak zamknięto z powodu zawalonych drzew, które uniemożliwiają bezpieczną wędrówkę. Pomimo, że nie widać jego podstawy robi duże wrażenie – prawie stumetrowa „tasiemka” wody spływa z hukiem w otoczeniu soczystej zieleni omszonych drzew i krzewów.

DSC00997a

Zawracamy więc w stronę parkingu, ale miejsce to urzeka nas tak bardzo, że postanawiamy tu zostać na noc. Rozpalamy ognisko (a raczej „grillowisko”… na piknikowym grilu umiejscowionym na metalowej nóżce) i pieczemy kiełbaski w otoczeniu szemrzącego potoku i gęsto rosnących omszonych drzew.

Dzień 8

Wstajemy o świcie i jedziemy przez pastwiska pełne szczęśliwych krów przeżuwających „organiczną” trawę (101 – ką na południe) w celu znalezieniu przyjemnego miejsca na śniadanie. Zatrzymujmy się dopiero na wybrzeżu za Camp Winema na parkingu, gdzie po dobudzeniu dzieci i napełnieniu im brzuchów owsianką ruszamy dalej do Neskowin Beach State Recreation Site (wjazd bezłatny). Parkujemy na wielkim parkingu przy 101-ce i uzbrojemni w zabawki plażowe idziemy na krótki relaks nad oceanem. Miejsce to znane jest z tzw. „Neskowin Ghost Forest” czyli pozostałościach po lesie świerkowym (świerk sitkajski) sterczącym na plaży (mających ponad 2000 lat).

dsc01016_1.jpg

Kikuty drzew widoczne są tylko podczas odpływu i żeby do nich dotrzeć trzeba kierować się na południe od Proposal Rock, przekraczając płytki, ale paraliżująco – lodowaty strumień (woda sięga do kolan). Plaża jest szeroka, czysta i ładna, ale pomimo słońca, które w końcu wyszło z za chmur, silny wiatr nie pozwala nam na dłuższy pobyt. Zbieramy się więc po godzinie i wyruszamy w kierunku kolejnych atrakcji, jakie oferuje Lincoln City. Miasto to słynie przede wszystkim z wydmuchiwanego ręcznie szkła i festiwali latawcowych. My zaglądamy do studia Jennifer Sears (4821 SW Hwy 101, czynne od 10am do 6pm), w którym oglądamy pokaz wyrabiania szklanego kolorowego serca.

DSC01025 (5)

Można tu sobie „wydmuchać” w zasadzie dowolną rzecz – serca, kule, dzbanki czy miski. Ceny za taką lekcję zaczynają się od $75. Swój gotowy product można odebrać dopiero dnia następnego, ponieważ szkło stygnie powoli i potrzebuje kilkunastu godzin by stać się produktem gotowym. Obok studia znajduje się sklep z przepięknymi kolorowymi szklanymi arcydziełami. (Najpiękniejsza jest chyba biżuteria, a najciekawszą rzeczą – szklana ozdoba na włącznik do światła). W miasteczku organizowane są tzw.„Finders Keepers” – około 3 tysięcy różnego rodzaju szklanych cacek rozrzucanych jest po plaży (w odległości 7 mil) i każdy kto je znajdzie może je zatrzymać. Przez Lincoln city przepływa „DRiver – najkrótsza rzeka na świecie (Rekord Guinness’a) mierząca zaledwie 134 metry. Według przewodnika znajdują się tu najbardziej dostępne cenowo hotele, ciągnące się w nieskończoność wzdłuż wybrzeża i rzeczywiście sądząc po ich ilości jest w czym przebierać, a konkurencja jak wiadomo wymusza niższe ceny. Opuszczamy miasteczko jadąc w kierunku południowym i w zasadzie dopiero za Depoe Bay (nazwanym „światowym centrum obserwowania wielorybów”) zjeżdżamy w jednokierunkową drogę Otter Crest Loop biegnącą wdłuż rezydencji usytuowanych na klifie tuż nad oceanem. Droga prowadzi do punktu obserwacyjnego i malutkiego sklepu z upominkami (Lookout Observatory & gift shop). Następnie jedziemy do Devil’s Punchbowl State Natural Area (wjazd bezpłatny), gdzie niestety niski stan wody (odpływ) uniemożliwia nam podziwianie tej zawalonej jaskini w pełni okazałości. Podczas przypływu niesiona ku brzegowi woda wdziera się do tego miejsca i „wystrzeliwuje” do góry robiąc wielkie widowisko (podobnie jak gejzer). Kolejna atrakcja na naszej trasie to Newport i ryczące w porcie lwy morskie (sea lions). Podobnie jak w San Francisco (Pier 39) lwy morskie zaadoptowały sobie dok portowy dla własnego użytku.

SONY DSC

Leżą tu i ryczą co chwilę dosłownie wygryzając innych samców z ich miejscówki.

DSC01078

SONY DSC

Żeby tu trafić należy kierować się na Oregon Undersea Garden lub poprostu na Pier nr 39. Przy głównej ulicy SW Bay Boulevard stoi olbrzymi kawałek japońskiego doku (Misawa Dock) pochodzący z tsunami w 2011 roku. Dok ten pokonał odległość 5500 mil dryfując przez prawie 15 miesięcy by w końcu dotrzeć do wybrzeża Oregońskiego w okolicy Newport. Na tym kawale betonu umiejscowione są na tablicach informacje dotyczące skutków tsunami w Japoni i ogólnie opisujące trzęsienia ziemi. Pogoda totalnie się załamuje i zaczyna lać deszcz, więc uciekamy do auta i mkniemy przez most do Hatfield Marine Science Center (2030 SE Marine Science Dr, Newport, wejście bezpłatne, czynne 10am-5pm). Miejsce to okazuje się idealne do zapoznania z tematem oceanicznej flory i fauny.

dsc01084_1.jpg

Jest bardzo dużo wystaw interaktywnych dla dzieci m.in. urządzenie do tworzenia fal tsunami czy piaskownica w której uderzająca fala niszczy zbudowane przez dzieci budowle z piasku.

DSC01113

Niezliczona ilość akwariów w których pływają ciekawe okazy ryb.

DSC01110a

DSC01145

SONY DSC

Dzieci tłumnie gromadzą się przy błazenkach nazwanych Dory i Nemo (clownfish), mnie z kolei zaintrygowały chimera amerykańska (ratfish), zębacz pasiasty (wolffish), skrzykwy (sea cucumber), starfish, ukwiały (sea anemones) i olbrzymich rozmiarów ośmiornica (octopus).

DSC01198s

DSC01197s

Jest tu wiele ciekawych wystaw i informacji, ale niestety nie mamy możliwości przejrzenia wszystkiego, bo muzeum zamykają o 5pm i musimy sie ewakuować.

DSC01165

Przejeżdżamy jeszcze raz na północną stronę zatoki Yaquina Bay by zajrzeć do latarni morskiej, ale jak się okazuje latarnia czynna była tylko do godziny 4pm. Robimy z tego miejsca fotkę spektakularnego mostu (Yaquina Bay Bridge) i wyruszamy znowu w kierunku południowym do przepięknego Seal Rock State Recreation Area (wjazd bezpłatny). Jesteśmy tu w czasie przypływu, co nie jest najlepszą porą do eksplorowania tej zatoki pełnej baseników pływowych.

SONY DSC

Na szczęście przestało już padać więc możemy wybrać się na spacer po plaży. Rozpalamy też ognisko ze znalezionego „dryft wood” i cieszymy się samotnością patrząc na siedzące na skałach kormorany (i sępa podgryzającego martwą mewę).

SONY DSC

Po zmierzchu wracamy do auta i ponieważ nie ma tu zakazu przebywania w nocy idziemy smacznie spać.

Dzień 9

Dzień zaczynamy od krótkiego spaceru w gęstej mgle.

SONY DSC

Niestety widoczność jest bardzo kiepska, co psuje nam delektowanie się tym wspaniałym miejcem. Wyruszamy z parkingu przy Seal Rock na kolejną plażę – Driftwood Beach State Recreation Site, gdzie urządzamy sobie śniadanie. Ponieważ pogoda jest nieciekawa jedziemy już bez zatrzymywania się bezpośrednio do Cape Perpetua, gdzie zaczynamy zwiedzanie od krótkiego (półmilowego) szlaku prowadzącego do Devils Churn (parking $5 lub Northwest Forest Pass) – i tu niestety znowu trafiamy na nieodpowiedni stan wody związany z odpływem. Zbyt mała ilość wody wlewająca się do wulkanicznej zatoki nie daje efektu „wystrzału”…. ale mimo to i tak widok jest zachwycający.

SONY DSC

Czarne skały bardzo wąskiej zatoki lśnią w deszczu jak bramy piekieł.

dsc01284.jpg

Robimy pętelkę zdłuż wybrzeża docierając do kolejnego zejścia do innej zatoki. Po drodze mijamy tysiące pięknych dzwoneczków (podobnych do konwalii) na których lśnią krople deszczu (Salal – Gaultheria Shallon), które jak się dowiedzieliśmy zamieniają się na jesień w pyszne jagody o unikalnym smaku i zdrowotnych właściwościach.

SONY DSC

Podjeżdżamy kilkadziesiąt metrów na południe do skrzyżowania z 2 odchodzącymi na wschód drogami Cape Perpetua Lookout i Cape Perpetua Campground. Wjeżdżamy na początek w tą pierwszą, która prowadzi nas do punktu widokowego na samym szczycie góry. Widoczność jest słaba więc ledwo dostrzegamy ocean. Spacerujemy sobie pośród omszonych drzew i docieramy do kamiennego „sheltera”, skąd z pewnością podczas bezchmurnej pogody można dostrzec migrujące wieloryby. Zjeżdżamy w dół i od razu po dotarciu do 101-ki skręcamy w tą drugą drogę (czyli Cape Perpetua Campground Road) i jedziemy aż do samego jej końca, gdzie parkujemy i wychodzimy na szlak Giant Spruce trail (0,5 mili) prowadzący do jednego z największych (56 metrów wysokości, ponad 12 metrów objętości) świerków w Oregonie (Sitka Spruce) liczącego sobie ponad 600 lat.

DSC01384a

Szlak jest bardzo przyjemny i łatwy, a prowadzi nas wzdłuż potoku (Cape Creek). Cała okolica porośnieta jest gęstą soczystozieloną roślinnością od paproci w podszyciu po omszone świerki. Po krótkim spacerku podjeżdżamy do Visitor Center – skąd, pożyczonymi od rangera lornetkami próbujemy wypatrzeć wieloryby i delfiny…. niestety utrzymująca się ciagle gęsta mgła uniemożliwia nam zobaczenie czegokolwiek. Znakomicie są tu opisane lokalna flora i fauna, jest kilka wystaw poświęconych lokalnej indiańskiej ludności, która zamieszkiwała te tereny przed podbojem Europejczyków. Po wchłonięciu tych wszystkich ciekawych informacji udajemy się do naszego kempingowozu na obiad – tym razem, ku uciesze dzieci serwujemy sobie pierogiJ, które po odsmażeniu na patelni nie są jednak takie złe. Z pełnymi brzuchami podjeżdżamy do kolejnej atrakcji – Cook Chasm – którą to można podziwiać z mostu.

SONY DSC

I znowu z powodu odpływu nie mamy pełnego widowiska.

DSC01395

Woda oceaniczna „delikatnie” wlewa się w wąziutką zatokę otoczoną czarnymi wulkanicznymi skałami (podobne miejsce do Devils Churn). Podczas przypływu sytuacja wygląda zupełnie inaczej – ogromne masy wody wlewają się z olbrzymią siłą wytryskując ku górze na wysokość kilkadziesięciu metrów. Jedziemy dalej na południe i zatrzymujemy się w Strawberry Hill Wayside.

dsc01420.jpg

Miejsce to idealnie nadaje się do poszukiwania morskiego życia w małych basenikach pomiędzy skałami.

DSC01437a

Z parkingu zchodzimy do samego wybrzeża i tam zaczynamy eksplorowanie.

DSC01430

Udaje nam się znaleść mnóstwo malutkich skalnych wnęk z przyczepionymi do nich muszlami (California Mussels & Bay Mussels) i seledynowo zielonymi ukwiuałami (Sea Anemones). Kilkadziesiąt metrów od nas wylegują się lwy morskie, które ledwo dostrzegamy, bo idealnie zlewawają się z szarawym kolorem skał.

SONY DSC

Następnym bardzo wąskim zjazdem docieramy do Ocean Beach (parking należący do Siuslaw National Forest), który byłby idealneym miejscem na nocleg, jeśli bylibyśmy tu kilka godzin później. Dwie mile dalej na południe znajduje się wyludniona plaża – Muriel Ponsler Wayside, gdzie postanawiamy dać dzieciakom trochę czasu na zabawę w piasku. Mała rzeczka wpływa tu do oceanu a cała plaża usłana jest porozrzucanymi kawałkami drewna „draft wood”. Super klimat na odpoczynek. Na kolejnym zjeździe ze 101-ki (Carl G Washburne Memorial State Park) przy kempingu znajdujemy bezpłatny „dump station”, gdzie nabieramy wody do Rvika i jedziemy dalej do najczęściej fotografowanej w Oregonie latarni morskiej –  Heceta Head Lighthouse (opłata $5/auto).

DSC01564

Żeby się do niej dostać musimy przespacerować się półmilową szeroką ścieżką wiodacą stromo w górę. Najpierw docieramy do Keeper’s House (czynny 11am-3pm w sezonie letnim, zaknięte w środy), obecnie służącego głównie jako miejsce do organizowania przyjęć weselnych i B&B, ale również jako miejsce historyczne gwarantuje solidną dawkę informacji w Interpretive Center ulokowanym na parterze.

DSC01596a

My docieramy tu późnym popołudniem, więc zarówno latarnię jak i Keeper’s House możemy pooglądać sobie jedynie z zewnątrz. Po dotarciu do latarni mamy wspaniały widok na zabytkowy most Cape Creek Bridge, i wystające z oceanu skały, na których przesiadują charakterystyczne dla całego wybrzeża Oregonu ptaki: nurzyki zwyczajne (common murre), kormorany rogate (Double – crested Cormorant) i mewy zachodnie (western gull).

SONY DSC

Sama latarnia jest bardzo spektaklarna i nic dziwnego, że przyciąga tłumy turystów. Świeci najmocniejszym światłem na całym wybrzeżu Oregonu, widocznym na odległość prawie 21 mil morskich (40 km).

SONY DSC

Po sfotografowaniu jej ze wszystkich stron zbiegamy w dół i ruszamy dalej przez Cape Creek Bridge, zatrzymując się jeszcze w punkcie widokowym przy drodze dającym wspaniały widok na latarnię….

dsc01613_1.jpg

i skały….

DSC01627.jpg

Mijamy Sea Lion Cave – a w zasadzie budynek (czynne 9am-7pm, bilet $14/dzieci – $8), gdzie kupuje się bilety na zjazd windą do jaskini morskiej pełnej lwów morskich (największa morska jaskinia w Ameryce Północnej). Zaraz za tym miejscem oczom naszym ukazują się niekończące się wydmy nadoceaniczne – Oregon Dunes National Recreation Area (potrzebny Northwest Forest Pass lub jednorazowa opłata za parking $5).

 

SONY DSC

Zjeżdżamy stromo w dół i skręcamy w Baker Beach Road w poszukiwaniu noclegu. Ku naszej wielkiej radości na końcu drogi znajduje się (należący do Siuslaw National Forest potrzebny Northwest Forest Pass) bardzo kameralny kemping (tylko 5 miejsc, $13/pole). Miejsce to jest popularne szczególnie wśród jeźców konnych co można z łatwością zauważyć patrząc pod nogi….. i potykając się o wszechobecne końskie miny. Rozpalamy wielkie ognisko i cieszymy się urokiem tego miejsca smażąc na kijach ala-kiełbaski i pijąc lokalne piwko.

Dzień 10

Po wspaniałym noclegu zbieramy się bardzo wcześnie i zaczynamy zwiedzanie od Darlingtonia State Natural Site (5400 Mercer Lake Rd, Florence, wjazd bezpłatny). Jest to malutki botaniczny park chroniący roślinę zwaną Darlingtonia Kalifornijska (Darlingtonia californica) zwana potocznie jako „cobra lily”. Jest to owadożerna roślina, której oczywiście głównym przysmakiem są insekty, a kształt jej rzeczywiście przypomina „tańczącą” kobrę.

DSC01644

Nie ma tu zbyt wiele do oglądania więc wyruszamy dalej w poszukiwaniu jakiegoś przyjemnego miejsca na śniadanie. Zajeżdżamy do Haceta Beach Park (płatny parking $4), ale wciśnięty pomiedzy pensjonaty parking z widokiem na WC raczej nie przypada nam do gustu, więc jedziemy dalej do North Jetty Recreation Area. Cóż to miejsce również nie należy do najwspanialszych…. ujście rzeki Siuslaw, a na środku parkigu w wieżyczce strażniczej policjant z lornetką, ale jesteśmy już tak głodni, że zatrzymujemy się tuż obok pana władzy i wsuwamy tuż pod jego nosem krewetki z makaronem razem z podwójnym deserem. Ruszamy dalej zjeżdżając do „zabytkowej” części miasteczka Florence (Old Town ), gdzie z okien samochodu oglądamy odrestaurowane stare budynki i przechadzających się ukwieconymi uliczkami seniorów. Stoi tu znak informujący, że do włoskiej Florencji dzieli nas odległość 5800 mil (9334km). Po przejechaniu florenckiego mostu skręcamy w kierunku oceanu na South Jetty Road dającej dostęp do nadoceanicznych wydm i plaż. Nie decydujemy się jednak na dłuższy pobyt w tym miejscu i zjeżdżamy kilka mil na południe do Sitcoos Beach Day Use Area.

DSC01761

Miejsce okazuje się perfekcyjne – łatwy dostęp z parkingu (trochę pod górkę) i piękna szeroka piaszczysta plaża usłana muszlami i gdzieniegdzie wyrzuconymi przez fale martwymi krabami.

DSC01741

Dzieciaki robią sobie zawody w tarzaniu w piasku i skokach ze stromych wydm.

DSC01718

Słońce trochę wychodzi zza chmur i jest naprawdę przyjemnie … siedząc w końcu na nagrzanym piasku …w krótkich rękawkach. Kolejny przystanek robimy w Oregon Dunes Overlook, gdzie z platformy widokowej możemy oglądać rozległe wydmy połyskujące w słońcu na tle turkusowego oceanu.

SONY DSC

Można sobie zrobić spacerek do małego wewnętrznego jeziorka porośnietego dookoła jaskrawożółtymi kwiatami….ale nam się trochę nie chce brnąć tak daleko po piachu… Podganiamy trochę bo nasza przygotowana trasa wykazuje znaczne „opóźnienie” w realizacji. Mijamy miasteczko Gardiner, w okolicach którego znajdują się opuszczone historyczne drukarnie, których działalność odcisnęła znaczne piętno na pobliskaich lasach. Zjeżdżamy ze 101 na 38-kę na wschód do miejsca zwanego Dean Creek Elk Viewing Area (wstęp bezpłatny), gdzie ku naszemu zdziwieniu (z powodu godzin południowych) na łące dostrzegamy olbrzymie stado jeleni.

DSC01794

Miejsce to posiada wmontowane (bezpłatne) lunety do podglądania zwierząt oraz tablice informacyjne z ciekawostkami o wstępujących tu „Roosevelt Elks”. Wracając do 101-ki (już w Reedsport) mijamy pracownię drewnianych rzeźb, która reklamuje swoje produkty poprzez wystawienie wielkiej zniekształconej sylwetki obecnego prezydenta z koślawym napisem jego nazwiska ustawionym w pionie. Robi to szczerze mówiąc nieprzjemne wrażenie. Zaglądamy jeszcze do Oregon Dunes NRA Center (855 Highway Ave) gdzie dostajemy darmowe mapki i ulotki, a nasze dzieci pełną reklamowkę kolorowanek i naklejek. W Reedmont 12 czerwca odbywać się będą zawody w rzeźbieniu piłą (Oregon Divisional Chainsaw Sculpting Championships), ściągające do miasteczka tysiące turystów i fascynatów drewnianych posągów. Wyjeżdżamy z miasteczka w kierunku południowym kierując się na Umpqua River Lighthouse – niewielkiej (19 m wysokości) latarni morskiej. Na przeciwko latarni znajduje się  platforma obserwacyjna, ale pomimo szczerych chęci niestety nie udaje nam się wypatrzeć ani jednego wieloryba. W okolicy latarni znajduje się mnóstwo komercyjnych prywatnych RV – parków, które zdecydowanie odbierają urok temu miejscu, a przeznaczone są przede wszystkim dla posiadaczy quadów i czterokołowych pojazdów OHV (Off Highway Vehicles). Oregon Dunes National Recreation Area oferuje posiadaczom wszelakich terenowych urządzeń jeżdżących, liczne atrakcje w postaci wytyczonych tras po nierzadko niebezpiecznie stromych wydmach. Jedziemy na południe wzdłuż wybrzeża na Umpqua Beach – i tu mamy nie lada widowisko – kosmiczne pojazdy rodem z Mad Maxa mkną po wydmach z zawrotną prędkością. Na parkingu porozstawiane całe obozowiska fanów OHV, gdzie z bliska możemy popodglądać ich wehikuły skrzętnie przygotowywane do piaskowych rajdów.

DSC01824

SONY DSC

SONY DSC

DSC01805

Po pełnym emocji widowisku zaglądamy na  chwilkę na uroczą plażę. I niestety (jeszcze o tym nie wiemy) jest to nasza ostania miejscówka na Oregońskich wydmach.

DSC01834

Nie zdawaliśmy sobie sprawy, że najciekawsza część jest zamknęta z powodu licznych podtopień. Droga prowadząca do Horsfall Beach (skręt przed Glasgow) jest totalnie zalana i rangerzy zamknęli ją na czas nieokreślony. Dojeżdżamy tylko do kempingu Horsfall, ale niewiele możemy tu zobaczyć. Przed kempingiem odchodzi jeszcze droga Transpacific Road, ale znajduje się ona już poza parkiem i sądząc po ilości jeżdżących tu wielkich cieżarówek napewno nie prowadzi do miejsca turystycznego. Jedziemy więc dalej na południe 101-ką po spektakularnym moście prowadzącym nas do North Bend. Równolegle do mostu drogowego widzimy obrotowy most kolejowy (swing bridge) o bardzo ciekawej budowie – jedno z przęseł jest obracane w celu umożliwienia przepłynięcia statków. W Charleston odbijamy na drogę Cape Arago Hwy prowadzącą między innymi do Shore Acres State Park ($5/auto, park czynny od 8am do zmroku), gdzie zatrzymujemy się na dłużej. Tutaj można podziwiać piękne ogrody różane, dziesiątki przekwitniętych już nieco rododendronów i azalii, lilie wodne  pokrywające całą powierzchnię parkowego stawu („Japanese lily pond”) i niesamowity widok wybrzeża Pacyficznego.

DSC01900s

DSC01855a

DSC01874a

DSC01842

Jeżeli ktoś wybiera się tutaj pod koniec roku, to też nie zabraknie dla niego atrakcji – cały park jest wtedy udekorowany świątecznymi światełkami, lampkami i niesamowitymi dekoracjami („Shore Acres Holiday Lights”). Dużo turystów przyjeżdża też zimą oglądać idealnie widoczne z tego miejsca migrujące wieloryby i sztormowe fale rozbryzgujące się o pobliskie skały wybrzeża. Po krótkim „aromatycznym”  spacerze po ogrodzie jedziemy na sam koniec drogi do Cape Arago State Park (wstęp bezpłatny). Na Vista Point obserwujemy lwy morskie (Sea Lions) wylegujące się na kilku wysepkach.

SONY DSCSONY DSC

Tu idziemy tylko na 2 krótkie szlaki (końcowa część szlaku Sunset Bay to Cape Arago Trail) prowadzące na punkty widokowe. Jeden szlak prowadzący na plażę jest całkowicie zamknięty ze względu na okres ochronny dla lwów morskich, które niedawno przyszły na świat („pupping season”). Pomimo naszych szczerych chęci nie udaje nam się też dostać do latarni morskiej Cape Arago Lighthouse, do której dostępu broni zamknięta wielka brama. Jadąc dalej na północ w kierunku Charleston zatrzymujemy się na chwilę w przecudownej zatoczce należącej do Sunset Bay State Park (wjazd bezpłatny), gdzie dzieci mogą trochę poobcować z piaskiem. Ale one zamiast budować zamki z piasku wpadają w szał, skacząc do wody i po 15 minutach musimy się ewakuować, ponieważ są całkowicie przemoczone, a temperatura powietrza raczej nie należy do plażowych. Zaczynamy po woli rozglącać się za miejscówką na nocleg i trafiamy zupełnie przypadkowo na miejscową petardę – Bastendorff Beach County Park (wjazd bezpłatny, nie ma znaku: „no overnight parking”). Miejsce to „wypełnione jest lokalami, którzy porozstawiali tu namioty i samochody i zaczynają przygotowywać się do wieczornego imprezowania. Na plaży płoną już ogniska, a słońce powoli zachodzi, dając niesamowity festiwal kolorów. Niesamowite miejsce i niesamowity widok.

dsc02130_1.jpg

dsc02089_1.jpg

SONY DSC

SONY DSC

Po wchłonięciu całego piękna zachodzącego słońca i my rospalamy ognisko na plaży, piekąc kiełbaski i resztki suchego chleba. To był nasz ostatni wieczór na wybrzeżu… I kończymy go tuż przed północą. Jak się okazuje imprezowicze bawią się do rana, puszczają amerykańskie disco polo na cały regulator… co uniemożliwia nam jakikolwiek sen…

Dzień 11

Po „wesołej” nocy wstajemy kompletnie niewyspani, ale humor od razu poprawia nam piękna pogoda. Ruszamy wąską, słabo uczęszczaną drogą Seven Devils Road przez gęste lasy (miejscami wytrzebione), skracając sobie znacznie trasę, a przy okazji unikając głównej drogi prowadzącej przez nieciekawe Coos Bay. Na naszej trasie znajduje się  South Sough National Estuarian Research Reserve and Interpretive Center, ale niestety czynne dopiero o 10am, więc jedziemy dalej, bo nie mamy ochoty czekać ponad godzinę na jego otwarcie. Drogą Beaver Hill, a nastepnie Whisky Run docieramy do Seven Devils State Recreatoin Site (wjazd bezpłatny, nie ma znaku “no overnight parking”). Miejsce bardzo przyjemne i co najważniejsze „bezludne”, pewnie ze względu na utrudniony dostęp. Spacerujemy po plaży zbierając „draft” wood” na kolejne ognisko.

SONY DSC

Po krótkiej przechadzce jedziemy bezpośrednio do Bandon.

DSC02233a

Miasteczko urzeka nas bardzo. Pomimo pochmurnej pogody – kolorów dodają tu porozwieszane na barierkach portowej promenady przepiękne prace plastyczne lokalnych uczniów.

DSC02247a

DSC02241a

Są to przede wszystkim komunikaty o ochronie przyrody, wymierzone bezpośrednio przeciwko produkcji żywności GMO. Na promenadzie wystawione są też drewniane rzeźby zwierząt morskich, wybudowano schron przeciwwiatrowy/przeciwdeszczowy w postaci przepięknie urządzonego oszklonego ze wszystkich stron „salonu” (ręcznie zdobione drewniane ławy, stoły i fotele). Miejsce naprawdę zachęca do spaceru.

DSC02255r

Jakoże jest to ostatni dzień jaki spędzamy na wybrzeżu postanawiamy skorzystać z lokalnej oferty „fish and chips”. Wybieramy lokal z najdłuższą kolejką (Bandon Fish Market 249 First St. SE), co okazuje się trafną decyzją. Po tłuściutkim posiłku przechodzimy na drugą stronę ulicy do Cranberry Sweets and More (280 1st St SE) by przysłodzić się trochę lokalnymi smakołykami (darmowa degustacja około 20 przeróżnych gatunków słodyczy). Z pełnymi brzuchami ruszamy na obwodnicę Beech Loop, która kolejno prowadzi nas do największych okolicznych atrakcji wybrzeża. Zaczynamy od Table Rock (Conquille Beach) (parking na końcu 8th street SW) – schodzimy na plażę stromymi schodami podziwiając panoramę wybrzeża z licznymi ostańcami wyłaniającymi się z oceanu.

SONY DSC

Fale uderzają w nie z wielkim hukiem rozbryzgując wodę na dziesiątki metrów we wszystkich kierunkach i dając przy tym niesamowite widowisko.

DSC02288ss

Chociaż znajdujemy się na plaży w Bandon w ogóle nie odczuwamy bliskości miasta.

DSC02264e

Pomimo (w końcu!) pięknej słonecznej pogody plaże są puste i tylko kilka osób decyduje się dziś na spacer.  Następnie podjeżdżamy kawałeczek na południe ulicą Portland Avenue do parkingu na zachodnim końcu 11th street SW. Tu też robimy sobie krótką wycieczkę na plażę schodząc stromymi schodkami. Na przepięknej plaży tuż przy Conquille Point grupa wlontariuszy „broni dostępu” do wylegujących się na skałach młodych lwów morskich.

SONY DSC

Można przez lunetę podejrzeć je z bliska, ale pod żadnym pozorem nie można podchodzić do nich bo „świeżo upieczone”matki lwice mogą zaatakować.

dsc02358.jpg

Kolejny nasz punkt to Face Rock Scenic Viewpoint – skała rzeczywiscie przypomina ludzką twarz z profilu.

SONY DSC
Face Rock

I na zakończenie odwiedzamy jeszcze Devils Kitchen Oregon State Park Vista Point z widokiem na Haystack Rock.

dsc02366_1.jpg

Tu na plaży żegnamy się z przecudownym wybrzeżem Pacyfiku, siedząc na nagrzanym słońcem piasku i mocno dotleniając się powietrzem oceanicznej bryzy. Opuszczamy Bandon w kierunku wschodnim kierując się na Myrtle Point (Myrtle Point – Lampa Mountains Road). Mijamy ukwiecone na żółto pola, pasące się krowy i konie, a to wszystko w otoczeniu pagórków i lasów.

SONY DSC

Mijamy Sandy Creek Covered Bridge opanowany przez grupę motocyklisów i po około 2 godzianach (drogą nr 42) docieramy do Roseburga. Tu skręcamy na północ i malowniczą 99-tką docieramy do Winchester Fish Ladder (wejście bezpłatne). Po zejściu do poziomu rzeki oglądamy łososie i pstrągi (poprzez specjalne widokowe okna), które poprzez specjalne drabinki (przepławki) płyną pod prąd do źródeł rzeki North Umpqua.

DSC02372

Przepławki te lokowane są przy zaporach wodnych i mają za zadanie umożliwić rybom w okresie tarła wędrówkę wzdłuż rzeki. Po tym niecodziennym widoku wyjeżdżamy 138-ką w kierunku Glides.

dsc02371_1.jpg

Zatrzymujemy się na chwilę przy Colliding Rivers na parkingu obok North Umpqua Ranger Station. Tu rzeki North Umpqua i Little River wpadają na siebie dosłownie z naprzeciwka a wody ich zderzają się z wielką siłą płynąc dalej na północny wschód jako potężna North Umpqua River. Nocleg znajdujemy przy wyjściu na szlak Swiftwater Trail niedaleko skrzyżowania z 78-ką. Parking jest ulokowany tuż po przejechaniu mostu nad Umpqua River na stronie południowej. Noc uprzyjemnia nam myszka, która próbuje dostać się do naszych zapasów i co chwila skrobie pazurami po „pancernych” foliowych opakowaniach…. w końcu daje sobie spokój i oddala się zapewne niepocieszona z pustym brzuchem.

Dzień 12

Rano budzimy się dosłownie osaczeni dookoła samochodami wędkarzy, którzy od bardzo wczesnych godzin oblegają obydwa brzegi rzeki, która osiaga w tym miejscu głębokość ponad 15 metrów i bogata jest w łososie i pstrągi. Jedziemy malowniczą trasą wzdłuż Umpqua River zatrzymując się co chwila w punktach widokowych (Cable Crossing, Baker, Smith Srings). Pierwszym szlakiem na „dzień dobry” jest Susan Creek Falls trail (długość 1,6 mili, wysokość wodospadu 21 metrów), który jest w miarę prosty, choć zbyt bardzo meandrujący, co znacznie wydłuża wędrówkę. Co kilka kroków napotykamy na tablice informacyjne dotyczące okolicznej roślinności. Należy przede wszystkim uważać na liście trującego dębu (Poison Oak), który rośnie tu dosyć gęsto, a którego dotknięcie może spowodować liczne poparzenia. Sam wodospad okazuje się bardzo spektakularny i udaje nam się spędzić tu godzinkę w zupełnej samotności kontemplując jego piękno.

DSC0282a

Wracając do auta mijamy już tłumy turystów zmierzających do wodospadu. Jedną milę na wschód od wyjścia na szlak znajduje się kemping Susan Creek Campground ($20/noc, dostępne prysznice), na którym to zaopatrujemy się w wodę do naszego RV, a pomaga nam w tym bardzo miły host, który oferuje tę usługę za darmo. (Na wielu kempingach trzeba zapłacić $5 za napełnienie zbiornika). Jadąc dalej na wschód wzdłuż malowniczej Umpqua River przekraczamy w końcu granice National Forest i zatrzymujemy się na parkingu, skąd wychodzimy na szlak prowadzący do wodospadu Fall Creek Falls (długość 1,8 mili). Ten szlak okazuje się nieco większym wyzwaniem i musimy użyć tutaj metod dopingujących (w postaci czekoladek) dla naszych małych wędrowców by odwrócić ich uwagę od trudów wkładanych we wspinaczkę. Ścieżka wiedzie stromo wdłuż potoku, po serpentynach i poprzez wąskie mini slot kaniony, ale efekt końcowy jest piorunujący. Wodospad tworzy pionowa omszona 15 metrowa ściana, po której rozlewa się szeroki strumień wody – widok naprawdę cieszy oko.

DSC02420ss

Po krótkim odpoczynku decydujemy się jeszcze na kolejne podejście do drugiej wyższej części wodospadu, która jest też bardzo spektakularna i na pewno warto jest włożyć jeszcze trochę trudu, żeby tu dotrzeć. Powrotną drogę pokonujemy już znacznie szybciej zbiegając dosłownie z górki. Jadąc dalej na wschód 138-ką (i skręcając na N w drogę Toketee – Rigdon Road – 0.2 mili, następnie w lewo na parking) zatrzymujemy się przy kolejnej atrakcji – szlaku wychodzącym do jednego z najczęściej fotografowanych wodospadów w południowym Oregonie –  Toketee (długość szlaku 0,8 mili, wysokość wodospadu 37 metrów). Parking znajduje sie przy zabytkowym, ciągle funkcjonującym drewnianym wodociągu Toketee Pipeline (z 1946 roku, średnica wodociągu 4 metry). Poprzez liczne szczeliny woda wytryskuje z niego na zewnątrz „oferując” liczne ożeźwiające prysznice dla strudzonych upałem wędrowców. Krótkim szlakiem dochodzimy do „trzęsącej się nieco” platformy widokowej (umiejscowionej wokół pnia drzewa), skąd rozpościera się oszałamiający widok na wodospad, z którego z wielkim hukiem spływa woda żłobiąc głębokie niecki w bazaltowych kolumnach.

DSC02423s

Szlak jest bardzo uczęszczany i prowadzi miejscami nad stromymi przepaściami, więc szczególną uwagę poświecamy tu bezpieczeństwu naszych dzieci. Kolejną atrakcją dnia dziesiejszego są gorące źródła – Umpqua Hot Spring, gdzie dociaramy tłukąc się szutrową, okropnie „kurzącą się” drogą (uwaga nie ma żadnych drogowskazów). Z parkingu przy wodociągu wyjeżdżamy na północ drogą Toketee – Rigdon Road. Jedziemy 2.2 mile do skrzyżowania i skręcamy w prawo w  NF3401, skąd po przejechaniu 2 mil skręcamy w lewo na parking i na szczęście wciskamy się w ostatnie wolne miejsce (zakaz parkowania przy drodze!!!).  Dostęp do gorących źródeł (wstęp bezpłatny) czynny jest od świtu do zmierzchu, z bezwglednym zakazem przebywania tu w nocy. Przez most przechodzimy na drugą stronę rzeki i od razu skręcamy w prawo wspinając się bardzo stromo w górę (przy mostku znak informujący, że do gorących źródeł prowadzi szlak o długości 1200 stóp czyli około 370 metrów). Umpqua Hot Spring to jedno w najczęściej uczęszczanych gorących źródeł w Oregonie, między innymi z powodu w miarę prostego dostępu, ale i równeż znajdujących się tutaj udogodnień w postaci zadaszenia nad głównym zbiornikiem oraz sieci połączonych ze sobą basenów w postaci kaskad. Jak podejrzewaliśmy po ilości aut na parkingu, źródła oblegane są przez tłumy zwolenników gorących kąpieli. Ledwo udaje nam się wcisnąć do baseniku, korzystając z uprzejmości dziewczyn, które właśnie ten basenik opuszczają. Kręci się tu też sporo nudystów, co dla niektórych może być krępujące. Mamy więc VIP miejscówkę z widokiem na płynącą wartkim nurtem w dole rzekę i góry porośnięte gęstym lasem.

SONY DSC

Z powodu ograniczonej ilości miejsc część ludzi kieruje się w dół do rzeki, by tam zaczerpnąć zapewne zimnej już kąpieli w spływającej ze zbocza źródlanej wodzie. Po godzinnym wymoczeniu rozgrzani gorącem wody ewakuujemy się z powrotem do auta. Wracamy tą samą drogą do skrzyżowania ze 138-ką i skręcamy w lewo ma wschód. Dosłownie po przejechaniu 2 mil zjeżdżamy w prawo (na drogę nr 37) na parking/picknic site, skąd wychodzimy na szlak prowadzący do 90 metrowego Watson Falls (długość szlaku 1 mila).

DSC02443a

Mundi wchodzi jeszcze serpentynami do górnej części wodospadu, skąd wraca cały przemoczony.

SONY DSC

Spadająca z tak wielkiej wysokości woda rozbryzguje się na dziesiątki metrów tworząc bardzo wielkie bloto na prowadzącej do niego ścieżce i tworząc nieprzyjemny z powodu wieczornego chłodu deszcz. Wodospad umiejscowiony jest po stronie północnej więc najlepszym czasem do jego odwiedzania jest zdecydowanie poranek.

SONY DSC
Watson Falls trail

Podążając dalej na wschód zjeżdżamy na położony dosłownie przy naszej drodze malutki wodospad Whitehorse Falls (parking na kempingu Whitehorse Falls Campground)

SONY DSC
Whitehorse Falls

. Niecałe 7 mil dalej na wschód skręcamy w lewo na drogę 2610 (Baskett Butte Road) prowadzącą nad Lemolo Lake, nad którym to mamy nadzieję znaleść nocleg, na którymś ze znajdujących się tu 4 kempingów. Wjeżdżamy na pierwszy z nich – East Lemolo i z radością odkrywamy, że większość miejsc jest wolna. Parkujemy więc na pierwszym wolnym polu i zaczynamy przygotowywać się do kempingowania…… a wtedy ku naszej rozpaczy atakuje nas stado rozwścieczonych komarów!!! Powietrze zagęszcza się chmarami krwiożerczych owadów i musimy niestety pozamykać się w aucie z powrotem. Nie zostaje nam nic innego jak szybka ewakuacja z tego miejsca. Nie mamy wiele czasu na znalezienie miejsca na nocleg więc postanawiamy wjechać wyżej w góry, żeby uniknąć konfrontacji z komarami. Obieramy drogę 2610 w kierunku północnym i planujemy przeprawę przez góry w kierunku Oakridge. Droga, którą jedziemy okazuje się jednak coraz bardziej wąska i stroma, pozarastana wielkimi krzakami,….. a do tego pojawia się jeszcze śnieg, który jeszcze nie zdążył sie roztopić od zimy….Sytuacja robi się nieciekawa bo zapada zmrok, a nie ma nawet skrawka miejsca, żeby się zatrzymać na nocleg. Jedyną logiczną opcją jest zawrócenie, bo trasa jest najprawdopobodniej nieprzejezdna w wyższych górskich partiach. Księżyc podświetla nam drogę, wjeżdżamy na tamę, by zrobić zdjęcie połyskującej w świetle księżyca Cinnamon Butte (1955 m n.p.m)

dsc02461.jpg

i w końcu docieramy do głównej drogi 138 kierując się na południe. Nocujemy na punkcie widokowym na wielkim parkingu (Lookout Point) po przeciwnej stronie jeziora Diamond. Noc jest okrutnie zimna.

Dzień 13

Wstajemy o świcie z zamiarem dojechania nad Crater Lake…. niestety drogę zagradza nam szlaban…. jest 5 czerwiec a dojazd od północy do jeziora (Crater Lake National Park) niestety jest zamknięty. Kompikuje nam to trochę plan dnia dzisiejszego. Ruszamy więc dalej malowniczą 138 na wschód

SONY DSC

i dalej na północ 97 docierając po 2 godzinach do południowej części parku Newberry Volcanic National Monument (wjazd $10 lub bezpłatnie dla posiadaczy Nortwest National Forest Pass lub National Parks Pass). Ta część parku położona jest na wysokości około 2000 m n.p.m, w związku z tym, jak się można spodziwać wszystko tonie w śniegu. Pierwszy spacer robimy sobie nad Paulina Creek Falls (o wysokości 25 metrów) – bardzo spektakularne 2 nitki wodospadu oglądamy najpierw z górnego punktu widokowego, a nastepnie kierujemy się szlakiem (około ¼ mili) do dolnej platformy widokowej.

DSC02487a

SONY DSC

Jadąc dalej na wschód mijamy pozamykane kempingi i Visitor Center, zamknięta jest też droga prowadząca na Paulina Peak (2433 m n.p.m). Zatrzymujemy się dopiero przy wyjściu na Big Obsidan Flow Trail (długość 1 mila). Jest to unikalny szlak prowadzący po bazaltowej kalderze wulkanu (Newberry Crater), który wybuchł tu 1300 lat temu.

SONY DSC

Obsydian czyli naturalne wulkaniczne szkło powstał tu w wyniku natychmiastowego zastygnięcia magmy, a wykorzystywany był w dawnych kulturach do wyrobu narzędzi (np. grot strzał), broni, rzeźb czy ozdób. Obsydian używany jest też obecnie przez hirurgów jako skalpel, wielokrotnie ostrzejszy od najwyższej jakości skalpli z nierdzewnej stali.

DSC02544

Brniemy po śniegu wielokrotnie gubiąc ścieżkę. Bezwględnie trzeba też uważać na ostre krawędzie obsydianu, by nie ulec poważnemu rozcięciu skóry. Widoki z góry mamy pierwszorzędne.

DSC02524

Ośnieżone szczyty kontrastują z czarnym obsydianem i lawą na tle turkusowego nieba z rozświetlającym śnieg słońcem.

SONY DSC

Po tym ekscytującym spacerze jedziemy w poszukiwaniu gorących źródeł, które według przewodnika powinny znajdować się przy brzegu jeziora East Lake, ale nie udaje nam się ich niestety zlokalizować. Spacerujemy po długim pomoście, a jedynymi osobami jakie tu spotykamy są wędkarze rozsiani po jeziorze w małych dmuchanych kolorowych pontonach…

SONY DSC

Wyjeżdżając z południowej części parku zaglądamy jeszcze na chwilkę na resortowy kemping, który jak się dowiadujemy od „hosta” dopiero otwierają. Nabieramy wodę do baniaka RV dzieki uprzejmości pracowników i jedziemy 97-ką  do Lava River Cave, gdzie decydujemy się na ponad dwumilowy szlak prowadzący wewnątrz „lava tube” (najdłuższa jaskinia lawowa w Oregonie). Każdy uczestnik takowej wycieczki musi posiadać latarkę (można za $5 wypożyczyć ją od rangera). Zabieramy czapki i kurtki (temperatura wewnątrz jaskini 5°C), wysłuchujemy obowiązkowego krótkiego wykładu na temat bezpieczeństwa i zasad obowiązujących w jaskini (od rangera) i ruszamy stromo w dół powoli zatapiając się w totalnej ciemności.

SONY DSC

Jest to niesamowita frajda dla dzieci – Janek prowadzi do samego końca szlaku przejmując rolę przewodnika.

SONY DSC

SONY DSCSONY DSC

I chociaż wchodzimy z jaskini przemarźnięci, z soplami cieknącymi z nosów, wycieczkę uznajemy za niezwylke udaną. Szybko przemieszczamy się do północnej części parku i wjeżdżamy bardzo stromą drogą na Lookout umiejsowiony na stożku wulkanicznym.

SONY DSC

Na górze stoi wieża obserwacyjna (przeciwpożarowa) z „aktywnym” strażnikiem na stanowisku. Roztacza się tu panorama na 360 stopni  – widoki robią duże wrażenie.

SONY DSC

DSC02640

Nie możemy tu niestety zostać dłużej bo Lava Lands Visitor Center, które chcemy odwiedzić zamykają za 45 minut. Szkoda, że mamy tak niewiele czasu bo wystawy są tu bardzo ineteresujące – geologia całego Oregonu i wulkanizm to główne jej tematy. Dzieci wykonują specjalne zadania w zeszytach parkowych i otrzymują odznaki „Junior Ranger”, które z dumą będą nosić przez najbliższe kilka dni. Punkt 5pm zostajemy grzecznie wyproszeni z Visitor Center i postanawiamy jeszcze „zdobyć” ostatnią atrakcję parku – Benham Falls (długość szlaku 1,5 mil).  Drogą 9702 dojeżdżamy do parkingu. Przechodzimy przez mostek i ruszamy wzdłuż rzeki Deschutes starą, zamkniętą dla samochodów drogą po której skacze niezliczona ilość „chipmunków” (pręgowców).

SONY DSC

Rzeka wzdłuż której idziemy wydaje się być bardzo spokojna, co znacznie ulega zmianie na końcowym odcinku naszej trasy.

SONY DSC

Wzburzone wody walą z wielką siłą o skały kotłując się i pieniąc. Wchodzimy serpentynami na punkt widokowy. Widok aż powoduje ciarki na plecach…. Miejsce wybitnie urokliwe.

SONY DSC

Po za nami na szlaku spotykamy jedynie 3 rowerzystów…. więc na prawdę odczuwa się tu bliskość przyrody. Powoli dzień się już kończy więc zaczynamy poszukiwania miejsca na nocleg. Przejeżdżamy przez Bend i kierujemy się 20-tką na miasteczko Sisters, zatrzymujac się na chwilkę na punkcie widkowym przy drodze. W Ranger Station (US-20 & S Pine Street) dowiadujemy się, że McKenzie Hwy jest zamknięta z powodu śniegu zalegającego na drodze i przejezdna jest jedynie dla rowerzystów (odśnieżony jest tylko jeden pas). Otwarcie trasy przewidywane jest dopiero za 2 tygodnie… Taka wielka szkoda – Droga ta jest niesamowicie spektakularna, oferując wiele ciekawych szlaków ….. Cóż następnym razem odwiedzimy Oregon na jesień unikając takich niespodzianek. Nocleg organizujemy na wyludnionym kempingu – Indian Ford ($12/noc), położonym 5 mil na północ od Sisters. Rozpalamy mega ognisko i cieszymy się samotnością lepiąc plastelinowe ludziki razem z dziećmi.

Dzień 14

Dzień zaczynamy o świcie by podgonić trochę nasz plan wycieczki…. nieco zmodyfikowany wczoraj. Zatrzymujemy się przy malowniczym Suttle Lake z widokiem na ośnieżone Mount Washington (2375m n.p.m) i Cache Mountain i ciesząc się tym pięknem zajadamy śniadaniową owsiankę. Około milę od naszego punktu piknikowego (na zachód) zatrzymujemy się na Mount Washington Viewpoint, skąd roztacza się również panorama na ośnieżone szczyty górkie w otoczeniu kikutów spalonych lasów.

DSC02677

Pożar, którego skutki widoczne są do dzisiaj, miał miejsce w 2003 roku, i ponad miesiąc gasiło go 2400 strażaków. Wjeżdżamy na przełęcz Santiam Pass (1468 m n.p.m) i zaraz za nią skręcamy w kierunku stoków narciarskich Hoodoo Ski Bowl (droga 2690) i mijając liczne zaspy śnieżne zatrzymujamy się przy zamkniętym kempingu przy jeziorze Big Lake.

SONY DSC

Miejscówka idealna na spędzenie nawet i  kilku dni….. Brniemy po śniegu i błocie by dostać się do jeziorka, skąd mamy idealny widok na zaostrzony szczyt Mt Washington. Z tego miejsca jedziemy dalej 20-tką do skrzyżowania z 126, gdzie skręcamy na południe. Ustaliliśmy (po modyfikacji naszego planu podróży), że spędzimy dziś dzień wędrując po szlakach na krótkim odcinku tej drogi i zawrócimy z powrotem do 20-tki, którą pojedziemy na zachód. Pierwszy szlak  to Sahalie Falls trail. Tu na parkingu spotykamy dwójkę rowerzystów z Polski, którzy w podróży są już od 9 miesięcy…  i przemierzyli rowerami ponad  11,000 km zwiedzając m in. Argentynę, Peru i Stany Zjednoczone. Po krótkiej konwersacji idziemy na szlak, który okazuje się bardzo prosty i przyjemny (długość około 1 mila), najpierw po 100 metrach dochodzimy do Sahalie Falls (wysokość 30 metrów) – bardzo spektakularnego wodospadu, otoczonego jaskrawo zielonymi omszonymi skałami,

SONY DSC

a następnie ścieżką wzdłuż rzeki wędrujemy do 70 metrowego Koosah Falls, który oglądamy w parze z obok powstałą tęczą.

SONY DSC
Koosah falls

W drodze powrotnej dzieciaki odkrywaja liczne puste powalone konary drzew, w których urządzają sobie plac zabaw.

DSC02732_1.jpg

Kolejnym, bardzo wycięczającym szlakiem idziemy do Blue Pool (Tamolitch Pool) (długość 4 mile).

dsc02760_1.jpg

Szlak początkowo biegnie wdłuż McKenzie River po płaskim terenie, a nastepnie wznosi się znacznie w połowie drogi, chociaż to akurat nikomu nie przeszkadza. Znacznym utrudnieniem są natomiast wystające korzenie o które cały czas się potykamy. Dodatkowo zrobiło się tak strasznie duszno i gorąco, że mamy problem ze złapaniem oddechu. Jednak to co widzimy na końcu szlaku znacznie rekompensuje nasze trudy.

DSC02785

Turkusowo błękitny basenik widoczny z klifu jest tak naprawdę miejscem, gdzie rzeka chowa się „pod ziemią” na 3,5 mili tworząc jeziorko. Podczas wczesnowiosennych roztopów do baseniku z 20 metrowej wysokości klifu wpada wodospad (Tamolitch Fall) nieaktywny niestety dzisiaj. Można zejść na sam jego brzeg i skorzystać z kapieli, ale nie jest to bezpieczne z powodu bardzo niskiej temperatury wody (2,8°C). Wiele osób straciło tu życie z powodu szoku termicznego – szczególnie dotyczy to śmiałków skaczących do wody z pobliskich skał. Skok do wody porównywalny jest z uderzeniem o beton z prędkością 40 mil/h, w dodatku do lodowatej wody nie należy raczej do przyjemnych doświadczeń. Podczas naszego pobytu 2 młode dziewczyny skaczą na szczęście bez nieprzyjemnych przygód…a nam aż ciarki przechodzą po plecach…. Wracamy tą samą drogą na parking i podjeżdżamy kawałek do miejsca gdzie Deer Creek wpada do McKenzie River – a gdzie znajduje się małe gorące źródło Bigelow (Deer Creek) Hot Springs („pojemność zbiornika” to około 4 osoby). Jak się okazuje woda jest znacznie wyziębiona po długiej i śnieżnej zimie i nie ma fizycznej możliwości „namaczania”, co nieco psuje nam humory.

 

SONY DSC

Zjadamy w końcu spóźniony obiad i zawracamy na północ 126-tką. W drodze powrotnej zajeżdżamy jeszcze do resortu Clear lake w celu dopompowania wody do naszego zbiornika i zatrzymujemy się tuż przed skrzyżowaniem z 20-ką odkrywając „ghost town”, które jeszcze nie jest oficjalnie otwarte (Fish Lake Interpretive Site). Szeroka szutrowa droga prowadzi nas do starych drewnianych budynków z bali, położonych w lesie nad malowniczym jeziorem Fish Lake. W tym miejscu ponad 100 lat temu umiejscowiona była stacja pobierająca opłaty za przejazdy samochodów. W stodole znajdujemy mnóstwo porozrzucanych starych tablic informacyjnych, czekających na odrestaurowanie. Dla miłośników skansenów będzie to nie lada perełka.

SONY DSCSONY DSC

Jakoże słońce już zaszło ewakułujemy się szybko w poszukiwaniu kempingu. Jadą na zachód 20 zajeżdżamy na Lost Praire campground, który jest niestety zamknięty, decydujemy sie więc na wjazd drogą prowadzącą do wyjścia na szlak Echo Basin Old Growth Grove Trail. Parkujemy 2 mile dalej w małej zatoczce w lesie i rozpalamy sobie ognisko w celu odstraszenia niebezpiecznej zwierzyny.

Dzień 15

O świcie wyjeżdżamy z leśnej drogi kierując się bezpośrednio do Cascadia State Park (wjazd bezpłatny). Dzieciaki szaleją na łące przy parkingu, pozostając pod czujnym okiem taty, a ja idę sobie w spokoju na szlak Soda Lower Falls (długość 1,5 mili) i w sumie cieszę się bardzo z uzyskanej samotności, bo dzieci na pewno marudziłyby brnąc w błocie i idąc stromo w górę. A ja mam w końcu okazję posłuchać odrobiny ciszy i w pełni roskoszować się pięknem przyrody.

DSC02831.jpg

Wodospad jest zachwycający (wysokość 41 metrów)  – wąska struga wody spływa po omszonej zielonojaskrawej skale w otoczeniu paproci i gęstego lasu daglezjowego (Duglas Fir).

 

SONY DSC

Po 2 godzinach wszyscy szczęśliwi opuszczamy park i zatrzymujemy się przy zabytkowym moście Short Covered Bridge nad rzeką South Santiam.

SONY DSC

Po przeciwnej stronie mostu znajduje się sztucznie stworzone mini „ghost town” a w zasadzie fasady kilku budynków z kilkoma wystawionymi starociami.

DSC02863

Ale zatrzymać się tu warto, chociażby na „szybkie zdjęcie”. Kolejny krótki postój robimy w  Sweet Home Ranger Station, gdzie obsypani zostajemy darmowymi mapami oraz gadżetami dla dzieci (kolorowanki, naklejki…byly nawet sznurówki z napisem National Forest). W Sweet Home zatrzymujemy się przy Safe way’u po szybkie spożywcze zakupy. Dalej mijamy Lebanon i 226-ką, poprzez łąki i pastwiska docieramy do Stayton. Potem na wschód 22-ką do Wagner Road, gdzie skęcamy na północ. I tu przez pomyłkę trafiamy na szutrową, „poharataną” drogę (trzęsie tak, że wszystko wylatuje nam z półek) prowadzącą totalnie naookoło do Shellburg Falls (bardzo dobrze oznakowana).

SONY DSC

Ale dzięki temu, że obieramy właśnie tą drogę oszczędzamy znacznie na długości pieszego szlaku prowadzącego do wodospadu (zamiast 2,8 mili idziemy 1,5 mili). Jak sie dowiadujemy z tablic informacyjnych na parkingu jest to nowo powstałe State Recreaton Area (nie ma jeszcze tej nazwy na mapie). Szlak prowadzi przez gęsty las, a nastepnie przez grotę pod wodospadem, gdzie przechodzi się do dolnego punktu widokowego. Spotykamy tu tylko koleżkę schowanego w krzakach, który uprzedza nas o zainstalowanej na dole kamerze, którą zamierza nagrać oświadczyny jego przyjaciela. I rzeczywiście w przeciągu 2 minut pojawia się dziewczyna z chłopakiem, który pada na kolana prosząc ją o ręke. Kolega po chwili wyskakuje z krzaków z okrzykiem radości, po czym cała trójka znika nam z oczu. My spędzamy tam godzinkę bo miejsce jest bardzo urokliwe.

SONY DSC

DSC02883d

Po powrocie ze szlaku postanawiamy przenocować na pobliskim kempingu, który jest niesamowicie klimatyczny (7 miejsc, $15/noc). Pola kempingowe są ogromne, otoczone wielkimi drzewami.

DSC02922d

Rozpalamy ognisko w zupełnej samotności, smażąc kiełbaski na kijach.

Dzień 16

Od rana niestety leje deszcz…. co nieprzeszkadza nam oczywiście w realizacji naszego planu. Wyruszamy wyboistą, bardzo wąską drogą w kierunku największego stanowego parku w Oregonie – Silver Falls State Park (wjazd $5/auto). Brniemy skrótem, nie mając pewności, że na końcu tej drogi nie napotkamy zakniętej bramy…. bo droga czynna jest tylko w sezonie letnim (jak się okazuje potem bramę otworzono 22 maja). Droga jest tak wąska, że nasz samochód dosłownie taranuje przydrożne krzaki, oblepiając „się” żółtymi krzakowymi kwiatami i ….błotem z wielkich kałuż.

DSC02936

Kiedy docieramy już do parku, płacimy za wjazd w automacie (na parkingu) $5 kartą kredytową i zasiadamy do śniadania. Pogoda cały czas nie jest ciekawa, a prognoza sprawdzana przez nas na bieżąco wcale nie daje nadziei na jej poprawę. Zakładamy więc kurtki przeciwdeszczowe i zaczynamy zwiedzanie od zabytkowego Visitor Center (zbudowanego przez CCC). CCC czyli Civilian Conservation Corp. (Cywilny Korpus Ochrony Przyrody) było to potężne przedsięwzięcie państwowe w latach 30-tych XX wieku, (czyli w okresie wielkiego kryzysu), mające na celu rozbudowę infrastruktury turystycznej i drogowej na terenie parków stanowych i narodowych. CCC usprawniło system przeciwpożarowy lasów, zbudowali drogi tam, gdzie ich dotąd nie było, stawiało budynki służące obsłudze parków (np. schroniska czy hotele) i zajmowało się nawet budową tam. Styl tych budowli jest bardzo charakterystyczny – wielkie kamienie i drewniane bale i tworzy piękny dodatek do otaczającej je przyrody. W środku płonie cudownie ogrzewający ogień w kominku, na ścianach wiszą obrazy przedstawiające wszystkie występujące tu wodospady. Siadamy z dzieciakami w pokoju z telewizorem i oglądamy informacyjny film o historii i atrakcjach parku. Pierwszy wodospad jaki odwiedzamy to 54-metrowy South Falls (1 mila loop) do którego schodzimy stromo w dół po błotnistej ścieżce.

SONY DSC

Woda spada z wielkim hukiem z olbrzymiej skalnej półki, pod którą porwadzi szlak (grotto).

SONY DSC

Pomimo deszczowej pogody przychodzą tu tłumy turystów, co odbiera trochę „smaczku” temu miejscu. Trzeba nadmienić, że z powodu deszczu robimy sobie tylko krótkie „wyskoki ” na poszczególne wodospady, ale najlepszą formą zwiedzania parku jest po prostu „Trail of 10 falls loop” czyli 9 milowy szlak prowadzący do 10 wodospadów. Kolejny nasz „wyskok” to wodospad Winter Falls – krótki szlak (ale bardzo stromy) prowadzi nas do 40 meterowego, bardzo urokliwego wodospadu, spływającego wąską strugą po omszonych jaskrawo zielonych kamieniach.

SONY DSC

Pod wpłwem niekończącego miałczenia naszych dzieci ulegamy presji i podjeżdżamy do parkowego placu zabaw (Nature Play Area – North Falls day use area). Jak się okazuje nie jest to jakiś tam zwykły plac zabaw. Wszystkie huśtawki, tory przeszkód, ścianki wspinaczkowe i ślizgawki wykonane są z drewna, wszystko urządzone z wielkim smakiem i pomysłem.

DSC03022

Park podzielony jest na część ptasią, niedźwiedzią i pumową.

DSC02992a

A nasze dzieci nawet pod namową ogromnej porcji ich ulubionych słodyczy nie chcą opuścić tego miejsca….po 2 godzinach zabawy.

DSC03069.jpg

DSC03018

Postanawiamy więc, że nie będziemy psuć im tak wspaniałej „imprezy” i ja sama udam się na pobliski wodospad North Falls (wysokość 41 metrów). Zejście tutaj jest dość strome i prowadzi po śliskich schodach, ale widok końcowy powala na kolana.

SONY DSC

Urzekają mnie takie miejsca do tego stopnia, że mogłabym tu przesiedzieć tu 3 dni wpatrując się w spływającą nad grotą wodę. Uroku dodają tu jeszcze soczyście zielone paprocie i drzewa, skąpane w deszczu i nieskazitelnie czyste, natlenione powietrze pachnące drzewami. Spędzam tu niestety tylko 1,5 godziny, bo tak ustaliliśmy czas, kiedy spotkmy się wszyscy na parkingu.  Z powodu „napiętego” planu opuszczamy park i pędzimy 214- ką w kierunku miasteczka Mt. Angel, które oczarowywuje nas swoim bawarskim stylem. (Wszystkie budynki w miasteczu wybudowane i ozdobione na styl bawarski). Skręcamy w kierunku St. Benedict Abbey.

SONY DSC

Mieści się tu klasztor z seminarium duchownym oraz małe muzeum, do którego odwiedzenia zachęcił nas właśnie przewodnik „Lonely Planet”. Wchodzimy do muzeum w momecie jego zamknięcia, ale dostajemy pozwolenie od mnicha na pozostanie w nim jak długo chcemy. Oglądamy więc klasztorne skarby w postaci wypchanych zwierząt i zasuszonych owadów, modeli pociągów, starych aparatów fotograficznych, dzbanuszków, minerałów itp.

DSC03120

DSC03113

Najbardziej „przerażającym” eksponatem jest zdecydowanie wypchany cielak, który urodził się z 8 kończynami, czy sarna o dwóch korpusach.

SONY DSC

St Bennedict Abbey słynie przede wszystkim z Benedictine Brewery, gdzie starymi metodami browarniczymi wytwarzany jest szlachetny trunek zwany piwem J. Każdego roku w pobliskim Mt. Angel odbywa się też festiwal Octoberfest, gdzie klasztorne piwo „Black Habit” staje się nieodzownym „mistrzem” swojego gatunku. Nie dane nam jest jednak skosztować jego smaku L. Wyjeżdżamy poprzez otaczające klasztor pola chmielowe w kierunku Molalla. Niebo okropnie zsiniało i leje deszcz. Mijamy niezliczone farmy z pasącymi się lamami i alpagami. Dużo tu też szkółek leśnych, gdzie zdecydowanie królują tuje i świerki, oraz plantacje borówki amerykańskiej. Wszystkie farmy są ekologiczne, jak na Oregon przystało!!! 211-ką docieramy do Estacada, gdzie skręcamy na południowy wschód w drogę 224. Jadąc nią w otoczeniu gór i lasów ukazuje nam się tęcza, dając cudowne zakończenie dnia. Zatrzymujemy się na chwilkę przy zamknętm już Ripplebrook Guard Station (Mount Hood National Forest) by sprawdzić warunki panujące na szlaku prowadzącym do Bagby Hot Springs. Jest to nasz pukt docelowy na dzień jutrzejszy i chemy wyruszyć na szlak wcześnie rano, by uniknąć tłumów. Dowiadujemy się, że tuż po wyjechaniu z parkingu zaczyna się obszar, gdzie możmy nocować w dowolnym miejscu, bez konieczności poszukiwania kempingu. Lokujemy się jednak na bezpłatnym opuszczonym kempingu River Ford, bo ciężko jest nam znaleść jakiekolwiek inne miejsce, spełniające nasze standardy J. Rozpalamy ognisko i w huku Clackamas River cieszymy się ostatnimi chwilami spędzonymi w naturze.

Dzień 17

Wstajemy o świcie i pędzimy 70-tką do wyjścia na szlak Bagby Hot Springs (długość 3 mile). Żeby dostać się do gorących źródeł musimy pokonać 1,5 mili łagodnym szlakiem, biegnącym przez gęsty pachnący las, wdłuż potoku.

SONY DSC

Wcześniej na parkingu trzeba wrzucić $5 od osoby (w kopercie) do specjalnej wrzutni (lub zapłacić u ciecia, który aktualnie śpi w swoim RV). Wszystkie fundusze zebrane w ten sposób służą utrzymaniu „resortu” w stanie umożliwiającym korzystanie z jego wspaniałych zasobów. A „resort” to wybudowane (na miejscu spalonego prawdziwego uzdrowiska) pomieszczenia z drewnianymi baniami i wannami z podłączonymi do nich kranikami z gorącą źródlaną wodą (o temperaturze 59°C). Są nawet 4 zamykane „pokoiki” zapewniajace zupełną prywatność.

dsc03135.jpg

Jesteśmy tu jako pierwsi i wybieramy sobie największą balię do której wlewamy dosłownie wrzącą wodę.

DSC03151

Kran doprowadzający zimną wodę niestety jest zepsuty więc zmuszeni jesteśmy przynosić ją z potoku.

DSC03158

SONY DSC

Wielkie wiadra są tu porozstawiane w każdym kącie, więc nie stanowi to żadnego problemu. Włazimy do bani i rozkoszujemy się ciepłą kompielą w kapiącym na nas deszczu (dach przecieka) W przeciagu 2 godzin nadciągają już tu tłumy….. i wszystkie wanny są zajęte. Panuje tu zasada, że w przypadku kolejki maksymalny czas „namaczania” to 45 minut. My po 2 godzinach wylegiwania w bali jesteśmy już wystarczająco zrelaksowani, udostępniamy więc naszą miejscówkę kolejnym oczekującym. Miejsce to jest niesamowicie urokliwe – położone w leśnej gęstwinie, wśród szemrzącego potoku, potrafi zrelaksować każdego spragnionego kontaktu z naturą. Czadowo musi tu być w zimie….wylegiwanie się w „jaccuzi” w takim otoczeniu na pewno przyciaga tłumy. Wracamy tą samą trasą, mijając zmierzających ku źródłom spóźnialskich hikerów. Po dostarciu do Rvika rozpoczyna się niezła ulewa, przypominająca urwanie chmury. Mamy więc wielkie szczęście, że docieramy przed nią. Ze łzą w oku opuszczamy National Forest i jedziemy do Portland, gdzie jutro rano musimy oddać do wypożyczalnie naszego Rvika. Robimy sobie tournee po muralach, ktrórych są tu setki. Jedziemy wzdłuż Ulicy Hawthorne, zaznaczając co chwila na GPS-ie nowe murale z naszej listy.

SONY DSC

Zawsze myślałam, że to San Francisco króluje jako stolica murali ale jak widać nikt nie da rady dorówniać Portland.

SONY DSC

DSC03279a

SONY DSC

DSC03276a

Przejeżdżamy Willamette River i wjeżdżamy do Pearl District – dzielnicy businesowej, wypełnionej galeriami sztuki, firmowymi sklepami turystycznymi (Patagonia, Keen, Northface, REI) kawiarniami i restauracjami. Rozpoznawczym znakiem Portland są również „foodtruks” czyli jeżdżące bary (ponad 70 pojazdobarów), wśród których dotrzegamy jeden serwujący polskie pierogi i bigos. Portland to też niezaprzeczalna stolica róż – „City of Roses”. W parku Washington’a, gdzie udajemy sie na koniec dania, znajduje się światowej sławy różany ogród z 500 gatunkami tych kwiatów (International Rose Test Garden).

DSC03192

Od 100 lat kultywowana jest tu tradycja uprawy i akurat mamy to szczęście podziwiać je w całej okazałości. Aromat jaki roznosi sę w parku nie zastąpią żadne nawet najwyższej klasy perfumy. To co odróżnia to miasto od innych wielkich metropolii to odsetek ludzi wykształconych – najwyższy w Stanach. Nic więc dziwnego, że większość barmanów czy kasjerów w supermarketach ma tytuł magistra. Po aromaterapeutycznym spacerze pośród kwitnących róż zabieramy się za pakowanie walizek i znalezienie miejsca na nocleg. Noc spędzamy w bardzo przyjemnym (jak na miasto J) miejscu – na parkingu przy parku Vanport Historic Site (niedaleko Hwy 5 i rzeki Columbia).

Dzień 18

Wstajemy o świcie, zjadamy ostatnie wakacyjne śniadanieL, pakujemy resztki dobytku i jedziemy szybko do wypożyczalni samochodów osobowych na lotnisko w Portland. Wypożyczamy (w AVIS) hyundai’a Santa Fe (cena najniższa w tym dniu za wypożyczenie jakiegokolwiek auta) za $46 i jedziemy (na 2 samochody) szybko do Cruise America oddać RV-ka. Na miejscu załatwiamy wszelkie foralności, i po inspekcji otrzymujemy zwrot kaucji i ostateczny rachunek z rozliczeniem kosztów. Pakujemy się do osobówki i jedziemy na ostatnią wycieczkę do Columbia River Gorge National Scenic Area by odwiedzić najwyższy z wodospadów Oregonu – Multnomah Falls (190 metrów wysokości !!!!!). Tym razem parkujemy na olbrzymim parkingu przy autostradzie (dostęp do niego jest niemożliwy dla podróżujących drogą nr 30). Tu niestety, jak to było do przewidzenia ze względu na łatwość dostępu i sławę wodospadu jesteśmy zmuszeni do dosłownego przepychania się pomiędzy turystami. Nielada trudność sprawia nawet rozstawienie statywu, bo tłumowisko napiera ze wszystkich stron.

DSC03256t

Spacerujemy do mostu, który „dzieli” wodospad na 2 części. Widok zapiera dech w piersiach!!! Znacznie mniejsza część tego tłumu idzie też stromo w górę do platformy wodokowej na szczyt wodospadu. Ponieważ nigdy wcześniej tam nie byłam idę i ja. Pionowo wąską asfaltową ścieżką ciągnę się za mrówczym pochodem, ale po  dotarciu na koniec szlaku stwierdzam, że nie warto było tego robić.

SONY DSC

Widać jedynie parking i panoramę na rzekę Columbia oraz malutki wodospad będący początkiem Mutnomah’a. Dwóch, jak mniemam, bez opieki nastolatków staje na szczycie 190 metrowego wodospadu popisując się i robiąc selfie…. a po de mną nogi się uginają. Jeden niepoporawny ruch i lecą w dół na pewną śmierć. Pstrykam kilka fot i uciekam w dół do mostu. Cała ta wycieczka zajmuje mi około 40 minut. Zaglądamy jeszcze do malutkiego Visitor Center, które oferuje kilka ciekawych ekspozycji geologicznych. Po dobrych 2 godzinach wyjeżdżamy z parku i zatrzymujemy się jeszcze na chwilkę w Sandy River Delta Park (park przy autostradzie), gdzie przepakowywujemy walizki i przebieramy się już w ubrania „wyjściowe”. Wracamy do Portland i korzystając jeszcze z kilku wolnych chwil jedziemy z dziećmi do pobliskiego parku, by mogły wytracić trochę energii przed nocnym lotem do Chicago.

SONY DSC

Wracamy bez żadnych niespodzianek wymęczeni ale szczęśliwi, że udało nam się spędzić ostatnie 18 dni w jednym z najpiękniejszych miejsc Ameryki.

 

 

Jedna myśl na temat “OREGON wiosną

Dodaj własny

Dodaj odpowiedź do J.Kurzawa Anuluj pisanie odpowiedzi

Blog na WordPress.com. Autor motywu: Anders Noren.

Do góry ↑