Termin wycieczki: 10 VII -25 VII 2010
Do Colorado wyjeżdżamy przede wszystkim pochodzić po górach lub pojeździć na nartach….. ale ten stan oferuje znacznie więcej atrakcji. Podróżując malowniczymi trasami pomiędzy górami natrafiliśmy na wiele pozostałości po gorączce złota, takich jak miasta widma (ghost towns), kopalnie złota i srebra, a także koleje parowe, które działają do dnia dzisiejszego, przewożąc zamiast sztabek złota ciekawych historii turystów.
Colorado to też gorące źródła, chociaż większość z nich jest dzisiaj w rękach prywatnych i trzeba słono zapłacić, żeby skorzystać z ich dobrodziejstw, to nam udało się odkryć 2 publiczne miejsca, gdzie mogliśmy wymoczyć tyłki do woli bez wykupywania biletów. Odwiedziliśmy też indiańskie puebla, wykopaliska dinozaurów i oczywiście tętniące życiem wodospady, których w Kolorado nie brakuje.
Trasa: Chicago, Pawnee Buttes National Grassland, Ford Collins, Estes Park, Peak to Peak Highway, Nederlands, Central City, Blackhawk, Nevadaville, Mt. Evans, Mount Goliath Natural Area, Denver (Red Rocks Amphitheatre), Roxborough State Park, Manitou Springs, Garden of the Gods, Paint Mines, Red Rock Canyon Formation, Manitou Springs, Ute Pass, Cripple Creek, Victor, Independence, Canon City (Royal Gorge Bridge), Arkansas River Valley, Westcliffe, Silver cliff, Canon City, Red Canyon Road, Cripple Creek, Florissant Fossil Beds National Monument, Buena Vista, Leadville, Turquoise Lake, Camp Hale, Red Cliff, Gilman, Glenwood Springs, South Canyon Hot Springs, Maroon Bells, Aspen, Independence Pass, Twin Lakes, Salida, Great Sand Dunes National Park, Alamosa, Monte Vista, Del Norte, South Fork, Creede, Bachelor Historic Tour, Slamgullion, Lake City, Curecanti National Recreation Area, Black Canyon of the Gunnison National Park, Montrose, Ouray, Million Dollar Highway, Silverton, Durango, Hovenweep National Monument (UTAH), Anasazi Heritage Center, Rico Hot Springs, Lizard Head Pass, Telluride, Bridal Vel Falls, Unaweep Tabeguache Scenic Byway, Grand Junction, Fruita, Colorado National Monument, Canyon Pintado National Historic District, Dinosaur National Monument, Steamboat Springs, Fish Creek Falls, Walden, Chicago.

Razem: 4,656 mil (7,493) km
Koszt paliwa: $680 (230gal).
Noclegi: Kempingi National Forest oraz BLM (Bureau of Land Management) $4-20/noc lub bezpłatnie w lasach należących do National Forest i BLM
Przewodniki: „Colorado Atlas and Gazetteer” Delorme, „Colorado Road and Recreation Atlas”, „Colorado scenic guide. Southern region” Lee Gregory, „Scenic driving Colorado” Steward Green, „Ghost towns of Colorado” Philip Varney, „Touring Colorado Hot Springs” Carl Wambach, „USA część zachodnia” wydawnictwo Pascal
Dzień 1
Po całodniowej, nużącej “przejażdżce” z Chicago, docieramy do Pawnee Buttes – wyrastających ponad prerią ostańców – otoczonych przez pasące się krowy, sarny i antylopy (prong horn). Po drodze mijamy kilku kowboi, zaganiających swoje stada…

znak, że dotarliśmy na Dziki Zachód. Jadąc 14-stką, zjeżdżamy na nieutwardzoną trasę 129, kierując się do 110-tki. Do Pawnee Buttes dojeżdżamy w jedyny dostępny sposób, zupełnie sami, bo ten monotonny krajobrazowo obszar nie należy do często odwiedzanych przez kogokolwiek. Pawnee Butte to odizolowane od otoczenia wzgórze o stromych zboczach zatopione w falujących trawach preriowych…..Uroku temu miejscu dodają kwitnące kaktusy (preackly pear)

i z zawrotną prędkością przecinające co chwila naszą drogę antylopy. Pomimo, że miejsce nie jest jakoś niezwykle urokliwe, to właśnie w tym puncie zaczynamy uroczyście nasze wakacje!!!

Szutrowymi drogami wracamy do 14-tki, jadąc na wschód, w kierunku pojawiającego się na horyzoncie ośnieżonego pasma Rocky Mountains (Gór Skalistych). Pierwotnie plan był taki: Robimy petelkę przez Rocky Mountain National Park, ale totalnie zakorkowany do niego wjazd w snobistycznym miasteczku Estes Park spowodował, że zmieniamy zdanie. Zjeżdżamy więc na 7-kę na „Peak to Peak Parkway” i suniemy na południe wzdłuż Front Range, podziwiając widoki. Próbujemy zjeżdżamć w boczne dróżki, ale wszędzie ustawione są tablice „private property” i „no trespassing”…

Za blisko do Dever i wszystko niestety padło tu łupem deweloperów. Lepiej więc nie ryzykować, tym bardziej, że prawo w Kolorado jednoznacznie mówi, że najpierw się strzela, a potem dopiero pyta, kim jest zabłąkaniec… Mijamy stadniny koni, resorty, restauracje, hotele…… trochę tu komercyjnie i nie czujemy jeszcze prawdziwego ducha Kolorado.
W Nederlands oglądamy „restauracyjnie” odrestaurowane wagony kolejowe ustawione w centrum i będące w zasadzie jedyną atrakcją miasteczka, które jak większość w tym rejonie została założona przez poszukiwaczy złota.

Podobno w późnych latach 1800-tych gorączka złota doprowadziła tu do takiego tempa, że pobyt w restauracji ograniczony był do 20 minut, a łóżka wynajmowane były na 8 godzinne zmiany….. Wielu górników musiało się też zaspokoić spaniem na podłodzie w saloonach….
Gorączka złota zaczęła się w Kolorado w 1958 roku, i od tego momentu zaczęły napływać tu tysiące poszukiwaczy, co oczywiście doprowadziło do licznych konfliktów z plemionami indiańskimi, z których wiele uważało góry za święte miejsce. Rozwój górnictwa w regionie był tak intensywny, że przyczynił się do uznania Kolorado osobnym terytorium już 3 lata później. Wcześniej obszar ten był częścią Terytorium Kansas. Kilka lat później, w 1876, Kolorado proklamowano 38 stanem. W ciągu tych 3 lat przyjechało tu ponad 100,000 spragnionych bogactwa śmiałków. Niewielu z nich było przygotowanych na tak śnieżne i mroźne zimy, pracę wysoko w górach, odosobnienie, co oczywiście ostudziło zapał wielu poszukiwaczy, liczących na szybkie wzbogacenie. Rozczarowani, opuszczali krainę, która miała być początkiem ich dostatniego życia. Większość jednak została roszcząc sobie prawa do ziemi i żadająch gwarancji swobodnych poszukiwań. I tu zaczęły pojawiać się problemy, bo to kolidowało z interesami rdzennej ludności, żyjącej na tych terenach od setek lat. Napięcie rosło wraz z intensyfikacją przemysłu wydobywczego i ciągłym napływem ludności. Indianie Ute, zamieszkuący te tereny, byli wielokrotnie oszukiwani, pomimo zawartych wcześniej traktatów. Słowa nie dotrzymywał ani rząd, ani poszukiwacze owładnięci chęcią szybkiego zysku. Ostatecznie wysiedlono Indian do stanu Utah, zabierając im ich własne ziemie przez to stracili swoją tożsamość i honor. Postacią, która odegrała w tym przedsięwzięciu duży udział był niewątpliwie wielki magnat Otto Mears. Był on bezlitosnym przedsiębiorcą, dla którego rdzenna ludność stanowiła przeszkodę w swobodnym rozwijaniu inwestycji, na których zbił swoją fortunę. Przekupił on Indian, płacąc każdemu z nich po $2 za podpisanie niekorzystnej dla nich umowy. Otto Mears znany był również z wydawania ważnym osobistościom karnetów (ze szczerego złota i srebra) na bezpłatne przejazdy jego kolejami. Takie prezenty doskonale „przekonywały” nawet najbardziej zagorzałych oponentów…Jedną z najbardziej malowniczych tras w Kolorado jest Million Dollar Highway, którą jako płatną drogę wybudował właśnie Otto Mears. Przebiega ona przez przełącz Red Mountain pomiędzy Silverton i Quray. Wybudował też kolej wąskotorową, która połączyła Silverton z okręgiem górniczym Red Mountain. Oraz Durango z Silverton. Mears zarabiał mnóstwo pieniędzy na swoich inwestycjach drogowych i kolejowych, pobierając „słone”opłaty za transport kruszców i pasażerów. Pomimo wielu kryzysów, górnictwo złota i srebra trwało w tym rejonie do końca XX wielku. W chwili obecnej dominuje tu, jak można się spodziwać przemysł turystyczny, który zdecydowanie korzystniej wpływa na przyrodę i gospodarkę stanu, przynosząc mu wzrastające z roku na rok miliardowe zyski. Kolorado odwiedza rocznie ponad 80 milionów turystów, zostawiając tu ponad 20 miliardów dolarów. Brzmi to całkiem konkretnie.
Dosyć prężnie rozwijającą się również „gałęzią przemysłu” przynoszącą stanowi wielkie zyski jest legalna sprzedaż marichuany, uznanej w 2012 jako rekreacyjna (w większości stanów można ją kupić jedynie na receptę). Każdy (w wieku powyżej 21 lat) odwiedzający ten stan może w specjalym sklepie zakupić do 28 gram (1 uncja) tego zioła dziennie (sklepy czynne są aż do północy). Jeżeli chodzi o konsumpcję naszego zakupu, to podobnie jak z alkoholem, nie może być spożywana w miejscach publicznych. Prawo w tej kwestii ulega ciągłym regulacjom, ale na chwilę obecną istnieją tzw.„private cannabis clubs”, gdzie można sobie wykupić dzienne członkostwo za średnio $2 – $25 (lub dla lubiących dłuższe imprezy pakiety 3 dniowe lub nawet miesięczne). Lista takich klubów znajduje sie na stronie www.coloradopotguide.com. Firma Loopr oferuje też przejażdżkę imprezowym autobusem, który może podjechać po nas na specjalny przystanek na swojej trasie po Denver. Super bus oferuje miejsce dla 46 osób, a więc można jednym słowem rozkręcić niezłą imprezkę. W środku takiego autobusu mamy zapewnioną rozrywkę w postaci laserowych świateł i głośnej muzyki, możemy zakupić sobie coś do picia czy jedzenia (i oczywiście toalety są również na wyposażeniu). Trzy godzinny bilet kosztuje tu $29 a wejściówka na cały dzień jazdy $42. Jeżeli chcemy wynająć sobie taki autobus na prywatne party to musimy zapłacić $300 za każdą godzinę (przy minimum 4 godzinach). W klubach „naziemnych” znajdują się na wyposażeniu jacuzzi, konsole do gier, oferowane są szkolenia, lekcje yogi, masaże olejem z konopii….. Według cennika jaki znalazłam na internecie 1 gram marichuany kosztuje w Kolorado od $6 do $18 w zależności od jakości. W 2017 roku do kasy stanu wpłynęło ponad 247 milionów $ z tytułu pobieranego podatku od sprzedaży tego zioła. (Wartość sprzedaży wynosiła ponad 1,5 miliarda $). A więc można powiedzieć, że jest to potężna żyła złota, „odkryta” przez polityków. Rocznie sprzedaje się tu 130 ton marichuany!
Jedziemy dalej na południe 119-tką i zatrzymujemy się dopiero w Central City i Black Hawk.


Są to połączone ze sobą stare, dobrze zachowane miasteczka charakteryzujące się typową wiktoriańską architekturą z jakiej słyną górnicze osady dzikiego zachodu.

Miasta otaczają niezliczone hałdy pokopalniane, nadające im autentyczności. Smaczku dodają liczne kasyna i bary, które stały się „kołem ratunkowym” dla tego miejsca przed kompletnym zapomnieniem.

Turystów tu niewielu, co nas trochę dziwi, bo w przeczytanym uprzednio przewodniku natrafiliśmy na informację, że z powodu nadmiaru wycieczek znalezienie miejsca parkingowego graniczy tu z cudem. W momencie odkrycia tu dużych pokładów złota w 1859 roku założone wówczas tu misteczko uzyskało przydomek najbogatszej mili kwadratowej na świecie!
Opuszczamy miasto przed zachodem słońca i podjeżdżamy do sąsiedniego Nevadaville – „nadgryzionego zębem czasu”, opuszczonego „ghost town”


i dalej udajemy się w kierunku Arapaho Roosevelt National Forest w celu znalezienia kempingu ($18/miejsce).

Wolnych miejsc, niestety, już nie ma… musimy zadowolić się więc noclegiem w aucie zaparkowanym w leśnej dróżce, co jest nam trochę nie na rękę, bo odpada możliwość palenia ogniska. (Ogniska w tej części Arapaho Roosevelt National Forest dozwolone są tylko w wyznaczonych miejscach). Jutro czeka nas bardzo wczesna pobudka… i wycieczka samochodowa na Mount Evans (4,348 m n.p.m), więc szybko zapadamy w sen.
Dzień 2
Pobudka o 4.30 rano! Pomimo wcześniejszych prób od 3 rano. Musieliśmy co chwila przestawiać budzik, bo wstawać się nam poprostu nie chciało……Ciemno i zimno… poprzez Central Hwy docieramy do autostrady nr 70. Za 3 mile zjeżdżamy na 130 w kierunku Mount Evans, na którą biegnie najwyżej położona asfaltówka w Ameryce Północnej („Road to the stairs”). Jeżeli chodzi o opłaty za wjazd na górę ($10/auto), to od wielu lat toczy się o to zaciekła walka. Oficjalnie, jeśli ktoś chce wjechać i zjechać bez parkowania auta, to ma prawo odmówić zakupienia biletu. Jakoże kasy biletowe są zamknięte, to omijamy je szerokim łukiem i suniemy dalej.

Zatrzymujemy się na chwilkę na Mount Goliat, ale silny, mroźny wiatr zniechęca nas do wyjścia z auta. Podziwiamy więc widoki niebiesko-fioletowych, zamglonych gór i wschodzącego nad nimi słońca ……przez okno auta.


Wspinając się serpentynami w górę, rozgladamy się bacznie dookoła i udaje nam się wypatrzeć stado jeleni Wapiti pasące sie poniżej drogi.


Zdobywamy, a raczej nasze auto, zdobywa szczyt w niedługim czasie i ku naszej uciesze góra należy tylko do nas. Bardzo silny wiatr i przeszywające zimno nie zachęcają jednak do pozostania tu dłużej niż pół godziny.

Na szczycie znajduje się obserwatorium astronomiczne (Meyer–Womble Observatory) – 1 z 3 najwyżej położonych na świecie.

Powietrze jest znacznie rozrzedzone i trochę zaczyna nam brakować oddechu, zjeżdżamy więc z powrotem na Mount Goliath Natural Area, gdzie udajemy się na krótki szlak (Bristlecone Loop i Alpine Loop) po również najwyżej położonym ogrodzie botanicznym na świecie, wypełnionym tundrowymi kwiatuszkami i „krumholz’ami”, czyli prastarymi sosnami powykręcanymi od silnie wiejącego w tym terenie wiatru. Rosną tu „ancient Bristlecone pines” – jedne z najstarszych drzew w Kolorado – ich wiek datuje się pomiędzy 1600 – 2500 lat.

Drzewa te mają zdolność do zaadoptowania się w bardzo srogich alpejskich warunkach tundrowych (wysoka elewacja, silne wiatry, mała wilgotność, niskie temperatury i bardzo krótki okres wegetacyjny).

Są to drzewa o krótkich powykręcanych pniach, a wzrost jego obwodu określa się zaledwie jako 1 cal (2,54 cm) na 100 lat. Spacerujemy po ogrodzie i z daleka zauważamy, że nagle pojawia się – (przerażający z wyglądu) – ranger windykator i niestety wlepia nam mandacik za nieposiadanie dokumentu zapłaty za wjazd na górę. Cóż… nasza w tym radość, że źle spisuje tablice rejestracyjne naszego samochodu…..
Po zjeździe skręcamy na 103-kę na wschód w kierunku Roxborough State Park. Po drodze zajeżdżamy do najbardziej oryginalnego naturalnego amfiteatru jaki kiedykolwiek w życiu widzieliśmy (Red Rocks Amphitheatre; Hwy 470 i droga 74). Jeszcze przed dotarciem do teatru zatrzymujemy się w Red Rocks Pueblo Trading Post – sklepiku z pamiątkami, bo najwyraźniej w siecie zauroczył nas sam wygląd budynku….

Wykuty w czerwonym piaskowcu, przyciąga tłumy – akustyka musi tu być niesamowita. W latach 60-tych amfiteatr gościł m.in. Jimi Hendrix’a i The Beatles, a obecnie przybywają tu równie ważne osobistości świata muzyki. To bardzo klimatyczne miejsce, które Denver może uważać za swoją wizytówkę. Lokalne ludziska biegają wdłuż ławek z dolnych poziomów na górne – dobry trening … Też by nam się to przydało …

Wjazd do Roxborough State Park kosztuje $7, ale nikt tak naprawdę tego nie pilnuje, więc można z powodzeniem zwiedzić ten park bezpłatnie.

Bierzemy (2,2-milowy) szlak Fountain Valley (plus Fountain Valley Overlook 0,5 mili) – petelkę wokół rudoczerwonych formacji piaskowcowych – pionowo wywróconych skał, przypominających grzbiet stegozaura.




Podobno dużo tu grzechotników, ale nie mamy tego „szczęścia”, by ujrzeć choć jednego z nich. Wracamy do drogi nr 7, w kierunku 85 i 67, w poszukiwaniu kempingu. Dalej 40 do 97. Pierwszych 6 kempingów, które odwiedzamy okazują się wielką lipą – albo znajdują się bezpośrednio na poboczu głównej drogi, albo w ogóle ich nie ma. Jeździmy szutrowymi drogami i szukamy jak wariaci jakiegoś bardziej dzikiego miejsca na nocleg. Jakieś to dziwne tereny, bo nawet dostęp do rzeki zamknięty jest od zachodu do wschodu słońca!!! W końcu znajdujemy całkiem przystępne miejsce (przy drodze stanowej 67 i leśnej 78) Painted Rock Campground ($17/noc). Kierowniczka kempingu zagaduje nas na śmierć i jeszcze ten jej pies skaczący na nas …..trochę nas to denerwuje. Rozpalamy w końcu ognicho i przyrządzamy sobie zupkę chińską na kolację. Dostępu do rzeki nie ma – „Private property”, wszędzie są napisy „No trespassing”, prywaciarze wykupili sobie rzeki….. Jesteśmy po prostu za blisko Denver. Kierowniczka przyjeżdża znowu do nas i ostrzega przed niedźwiedziami, które lubią przychodzić na kemping w nocy…(przy okazji znowu urządzając sobie kosztem naszego czasu niekończący się monolog)….
Dzień 3
Wstajemy o 6 rano i po szybkiej kąpieli pod kempingową pompą, obfitym posiłku i spacerku po okolicznych skałkach ruszamy w naszą objazdówkę. Zatrzymujemy się w Manitou Springs, gdzie można do woli napić się wody mineralnej (bogatej w minerały tj. wapń, magnez i potas), sączącej się z rozmieszonych w wielu miejscach miasteczka zabytkowych fontanienek i kraników. Woda wyśmienita – naturalnie podgazowywana – nabieramy więc jej we wszystkie dostępne baniaki i butelki. Spacerujemy po miasteczku pełnym kolorowych, nieraz wręcz kiczowato wyglądających budynków.


Całościowo jednak atmosfera przyjazna, nieco cyganerska: trochę hipisów, uśmiechniętych bezdomnych włóczęgów, artystów, no i oczywiście turystów. Podjeżdżamy na chwilkę do stacji kolejki Pike Peak Cog Railway, ale tłumowisko turystów stojących w przeogromnej kolejce do kasy skutecznie nas odstrasza. Kolejka wciąga podróżnych na sam szczyt Pike Peak (wysokość 4301 m.n.p.m), a cała wycieczka trwa 3 godziny. My rezygnujemy z tej przyjemności.

Następny nasz przystanek to Garden of the Gods (wjazd bezpłatny) – czerwone piaskowce o dziwacznych kształtach, przypominające nam zdecydowanie klimaty ze stanu Utah.


Wszystko tu jest nadzwyczaj podporządkowane pod turystów – trochę jakby skałki były powkładane w istniejące już wcześniej chodniczki. Przyjeżda tu bardzo dużo ludzi z okolicznych miasteczek, by poprostu pospacerować i może dlatego nie czuje się tu piękna natury, tylko ten cały turystyczny spęd…. Zajeżdżamy do Visitor Center po mapę ze szlakami i oglądamy przy okazji wystawy (m.in. szkielety węży), których jest tu niewiele bo większość budynku zajmuje niestety sklep z upominkami.

Drogą Gateway Road (widoczną na zdjęciu powyżej) wjeżdżamy do najciekawszej części parku i zatrzymujemy się w jego północnej części na załadowanym po brzegi parkingu. Z tego miejsca mamy dostęp do większości najważniejszych parkowych skałek.




Po 3 godzinach biegania pomiędzy skałkami wyjeżdżamy z parku Garden Drive poprzez Balanced Rock Area.

Jedziemy (drogą 24) w kierunku mało znanych Calhan Paint Mines (za miasteczkiem Calhan; wjazd bezpłatny). Turystów tu brak – można więc sobie powędrować w spokoju. Upał doskwiera nam strasznie, ale po dotarciu do celu, czyli do form gliniasto-piaskowcowych o czerwonym, pomarańczowym i białym zabarwieniu, wariujemy jak zawsze w takich sytuacjach.


Roi się tu od spirali, hoodoos, grzybków, wieżyczek….kanionów, istny to raj dla miłośników geologii.



Podczas deszczu miejsce to jest raczej niedostępne ze względu na pokrycie gliną, która jak wiadomo podczas opadów staje się śliska jak lodowisko, przyklejając się do butów kilogramami. Zresztą podczas wędrówki po suchej glinie też trzeba uważać szczególnie stojąc na jakimś wzniesieniu….. bo można łatwo się zapaść…..odpadająć razem z kawałkiem formacji w przepaść.


Plączemy się tak ze 4 godziny, wielokrotnie gubiąc drogę i zachodząc w jakieś tunele i kaniony bez wyjść, które zresztą były używane przez Indian podczas polowań do zapędzania w nie bizonów.

Wracając w kierunki Manitou Springs zahaczamy jeszcze o Red Rock Canyon Open Space Park (3550 W High Street, Colorado Springs, bezpłatny wjazd), gdzie 3-milowym szlakiem (Red Rock Canyn Trail) zataczamy pętelkę wokół czerwonych piaskowców i starych kamieniołomów. Przypomina to raczej park miejski niż naturalne cudo. Biegające psy, nastolatkowie na BMX-ach, praktykujący wspinaczkę na skałkach ludzie, spacerujące babcie. (Chociaż niewątpłiwie jest to jeden z najładniejszych parków miejskich jaki odwidziliśmy w życiu).



Po powtórnym zawitaniu do Manitou Springs zaopatrujemy się ponownie w mineralną wodę… nawet nogi chlapiemy w tej cudownej wodzie w celu podleczenia nabytych na wędrówkach odcisków. Po prostu rozkosz! W centrum miasteczka zasiadamy w końcu przy fontannie i w świetle księżyca, wspomaganym przez parkową latarnię, czytamy sobie przewodniki, planując kolejne dni. Nocleg wybieramy w mało romantycznym miejscu na parkingu, ale nie mamy już siły na wyjazd z miasta i szukanie czegoś dzikiego w lesie.
Dzień 4
Budzimy się o 5:30 rano i ruszamy (trasą # 24) przez przełęcz Ute Pass, dalej 67-ką do Cripple Creek – zabytkowego miasteczka z czasów gorączki złota, bodaj chyba najważniejszego wówczas.

Przy wjeździe do miasta wita nas stacja wąskotorowej kolejki parowej i Visitor Center.


Wszystkie budynki, które stoją dzisiaj w miasteczku zostały wybudowane po zniszczeniach jakie spowodowały 2 wiekie pożary mające tu miejsce w ciągu 3 dni w roku 1896. Pierwszy z nich powtał w dzielnicy „czerwonych latarni” podczas szarpaniny lokalnej tancerki ze swoim chłopakiem, gdzie przewrócona lampa naftowa zaproszyła ogień. Drugi spowodował kucharz przypalając tłuszcz w kuchence. Ponieważ wszystkie budynki były zbudowane z drewna, wszystko doszczętnie spłonęło. Górnicy jednak znając potęcjał okolicznych złotodajnych gór i strumieni zabrali się ochoczo do pracy i szybko powstało miasto murowane, które możemy oglądać dzisiaj.



A nazwa miasteczka pochodzi od pewnej ……krowy, która złamała swoją nogę podczas przechodzenia przez okoliczny strumień.



Powyżej zamieściłam zdjęcie muzeum najbardziej ekskluzywnego domu publicznego w Cripple Creek, z którego usług korzystali najbogatsi magnaci i przedsiębiorcy. Nie było by w tym nic dziwnego, gdyby nie fakt….. że śmiesznie brzmi podawany cennik biletów. Dorośli $7, dzieci 10-18 lat $3, a dzieci poniżej 10 lat wejście mają za darmo….. Cóż dzieci na pewno skorzystają na tym najbardziej ……
Drogą 67 „ścigamy się” ze zmierzającą w kierunku miasta Victor kolejką parową. Po drodze mijamy pozostałości kopalń, ale bez możliwości dotarcia do nich bezpośrednio – oczywiście należą do osób prywatnych i nie można wchodzić na ich teren.

W nieco obdrapanym, ale przez to bardziej autentycznym, totalnie już umarłym miasteczku Victor kilka tablic informacyjnych daje znak, że jednak ktoś tu o pozostałości jeszcze trochę dba.




Z Victor ruszamy do Independence – wspinając się ostro pod górkę na grzejącym się silniku, przejeżdżamy przez wciąż aktywną wielkoskalową odkrywkową kopalnię złota. Znak stopu jest tu jak najbardziej na miejscu. Wielkie, albo raczej gigantyczne wielkie, ciężarówy przemykają prostopadle do naszej trasy. Jeden nieopatrzny ruch i zmiażdżenie murowane. Buldożery są jakieś 5 – 6 razy większe niż nasz samochód.


Z góry spoglądamy na wyrobiska i hałdy…..

Niezły widoczek – kamieniołom z prawdziwego zdarzenia, przeorany we wszystkie strony, a w nim – jak mrówki – ledwo widoczne ciężarówy-giganty.



Ciężarówki pełne skał wyjeżdżają jedna za drugą kierując się do „rozkruszalni”, skąd już mniejsze kawałki rudy wywozi się do „screening facility”. W ostatecznym procesie wydzielenia złota z rudy zaangażowana jest silna trucizna – cyjanek sodu stosowany szeroko w metalurgii. Następnie pozyskane złoto zawozi się do kolejnego miejsca (rafinerii) gdzie następuje ostateczne oczyszczanie kruśca. Cripple Creek & Victor Gold Mining Company jest największą w stanie kopalnią złota, produkującą 396 tysięcy uncji złota rocznie (co daje jej 4 miejsce w USA).
Wracamy w kierunku Victor i dalej jedziemy szutrową drogą przeznaczoną zdecydowanie dla terenowych samochodów (nr 86 na południe) Phantom Canyon Road podziwiając widoki…..i przebiegające nam drogę „zdziczałe” krowy.


Canon City, gdzie docieramy, to niezbyt przyjemne miejsce – zaniedbane i niedofinansowane, „szczyczące” się największą ilością ośrodków karnych w kraju. Za miastem typowo komercyjna atrakcja – Royal Gorge Bridge (najwyższy most w Stanach) – gdzie tysiące turystów po wykupieniu karnetu, dającygo możliwość wejścia na most, nielimitowane przejażdżki „Aerial Gondola” i wejście do kina, kłębi się nerwowo w kolejkach, oczekując na swoje 5 minut.

My zachodzimy na most ze strony „darmowej” i patrzymy, jak ta cała komercja opętała tłumy. Bilet kosztuje $27, ale jeśli chcemy dodatkowo przejechać się Cloudscraper zipline dopłacamy $45 (wejście na sam most kosztuje $19). Z przyjemnością rezygnuję z tej atrakcji….. motywowana moim lękiem wysokości.

Po zrobieniu kilku fotek uciekamy (drogą nr 69) wzdłuż fotogenicznego, poszarpanego pasma Sangre De Cristo w kierunku Wescliffe i Silvercliff – kolejnych miast-widm na naszej trasie. W Westcliffe spotykamy kilka ciekawych „staroci”,


w Silvercliff nic ciekawego w zasadzie nie znajdujemy. Trasą widokową (nr 96) wracamy ponownie do Canon City i równie szybko, jak poprzednim razem, stąd uciekamy – tym razem na północ, obierając szutrową Red Canyon Road. Po drodze czytamy kilka tablic informacyjnych o znaleziskach kości dinozaurów na tym terenie. Podjeżdżamy pod Red Canyon, ale już jest za późno, żeby się tam wybrać na wędrówkę. Przez przypadek trafiamy na kemping BLM, który figuruje na naszej mapie jako parking dla wspinaczy skałkowych. Nowiusieńki, czyściutki i puściutki kemping Sand Gulch, pięknie położony wśród kwitnących kaktusów i ani jednej żywej duszy ($4/noc/za miejsce).

Palimy wielkie ognicho (dobrze, że mamy zapasy drewna, bo tu tylko resztki zeschniętych kaktusów i ani grama suchego patyka), gotujemy porządną strawę i rozkoszujemy się widokiem gwiazd i przyświecającego nam księżyca. Wieczór okazuje się super, jak na porządne wakacje przystało. Silny wiatr miota naszym ogniskiem, ale ono dzielnie się pali, doglądane przez nas pieczołowicie. Słyszymy jakieś dziwne odgłosy w oddali i zastanawiamy się, czy to przypadkiem nie niedźwiedź…
Dzień 5
Wyśmienicie się spało ……aż do 5:30 rano :). Powietrze rzeźkie. Bierzemy kąpiel w resztkach wody z baniaków (na kempingu jej niestety nie ma), a na śniadanie przyrządzamy naszą specjalność – kaszę z sosem (z torebki) i ruszamy na szybki kempingowy szlak „Gallery trail” wśród kwitnących na różowo kaktusów. Po godzinie wyjeżdżamy Shelf Road na północ, ekstremalnie terenową drogą o szerokości jednego pasa lub też jego połowy.


Droga miejscami zawieszona nad przepaściami wydaje się prawie nieprzejezdna. Poziom adrenaliny wzrasta. Najgorsze jest to, że nikt tą drogą nie jeździ i w razie jakiegokolwiek zdarzenia – któż by miał nam pomóc? Niedźwiedzie? Po drodze widać granitowy łuk skalny (ewenement geologiczny) i jamy pokopalniane. Droga doprowadza nas do Cripple Creek, skąd jedziemy do Florissant Fossil Beds National Monument ($7/osoba). W Visitor Center standardowo wyczytujemy wszelakie informacje i oglądamy film o skamieniałościach.

W gablotach podziwiamy ukryte skamieniałe owady i liście. Szlakiem Petrified Forest Loop (długość 1 mila) zataczamy pętlę wokoło skamieniałych drzew, podziwiając skamieniałego giganta „Big Stump„.

![FLFOmap1 [Converted].ai](https://roadtripsusa.org/wp-content/uploads/2018/05/flfo_map.jpg?w=736)
Podjeżdżamy 1-ką na północ do kompleksu zabudowań gospodarskich – Hornbek Homestead.

Miejce to należało w latach 1870-tych do silnej, zdeterminowanej, samotnej kobiety (Adeline Hornbek), która zamieszkiwała tu razem z czwórką dzieci zajmując się hodowlą bydła na swojej farmie.

Dalej drogą 24 na zachód dojeżdżamy do Buena Vista, gdzie po wpałaszowaniu podwójnej porcji lodów suniemy dalej, przystając na szybki „prysznic” przy rzece Arkansas (na skrzyżowaniu z 82). Kąpiel w lodowatej wodzie daje nam strasznie dużo energii na dalszą część dnia. Docieramy do położonego na wysokości 3094 m n.p.m. – (najwyżej w USA) – miasta Leadville, którego widok trochę nas rozczarowywuje… W przewodniku opisane w samych superlatywach… Widać ślady świetności i wspaniałej historii tego miejsca, ale np. słynna Tabor Opera – niegdyś najwspanialsza opera pomiędzy St. Louis i San Francisco – stoi niemalże w ruinie…


Objeżdżamy miasto, trochę spacerujemy, ale jakoś nie łapiemy klimatu. Dwadzieścia lat po „wybuchu” gorączki złota w Kolorado – Leadville miało reputację najbardziej bezprawnego miasta na dzikim zachodzie. Zabijano tu szeryfów lub wypędzano ich z miasteczka. Rządził ten kto miał broń…. a więc każdy. Do dziś historycy wyliczając kolejnych zabitych nie są pewni czy któryś z nich zginął broniąc prawa, czy padł ofiarą wewnętrznych porachunków. Jak wiadomo w tamtych czasach sięgnięcie po broń było najprostszym sposobem załatwiania spraw, niezależnie od tego, czy źródłem konfliktu – zarówno długoletniego zatargu, jak i najzwyklejszej sprzeczki – były pieniądze, niewiasta czy urażony honor. Odmowa rozwiązania problemu w sposób siłowy wiązałaby się z przypięciem tytułu tchórza i stałaby się źródłem plotek na mieście.
Obecnie wizytówką miasta są bardzo popularne zawody „Leadville Trail 100” „biegnące” przez serce Gór Skalistych. (Do pokonania jest 100 mil czyli 160 km). Start znajduje się na wysokości 3100 m n.p.m., a najwyższy punkt na trasie to Hope Pass (3850 m n.p.m.). Jak można się spodziewać bieganie na takiej wysokości nienależy do najłatwiejszych ze względu na rozrzedzone powietrze. Rekord trasy został ustanowiony w 2005 roku i należy do Matta Carpentera, który ukończył zawody z niesamowitym czasem 15 godzin i 42 minut i jako pierwszy zawodnik w historii dobiegł do mety przed zmrokiem. Biegi te są ogromnym zastrzykiem finansowym dla lokalnej społeczności. Szacuje się, że cały cykl wyścigów Leadville, w którego skład wchodzą również zawody kolarskie, przynosi rocznie liczącemu lekko ponad 2500 mieszkańców miasteczku około 15 milionów dolarów. Z powstaniem tych zawodów związana jest smieszna anegdota – przeciwnicy tego pomysłu twierdzili, że zamiast rozruszać sektor turystyczny, to bieg ożywi raczej miejscową kostnicę i zakład pogrzebowy, którym przybędzie klientów, a lekarz na zebraniu rady miejskiej podobno stwierdził, że porywanie się na taki bieg w tak wysoko położonym terenie to pewny wyrok śmierci.
Rozgladając się powoli za noclegiem, okrążamy jezioro Turquoise, które okazuje się być sztucznym zbiornikiem retencyjnym….(jednak bardzo urokliwym).

Przekraczamy Continental Divide, (czyli kontynentalny dział wodny) i zaraz za nim znajdujemy ciekawą miejscówkę na nocleg – Camp Hale – pozostałość po koszarach wojskowych z 1942 roku (położona na wysokości 2,800 m n.p.m.). Żołnieże byli tu szkoleni z wyczynowej wspinaczki górskiej, alpejskiego narciarstwa i przetrwania w bardzo trudnych warunkach klimatycznych podczas srogich zim. Był to jedyny tego typu obóz szkoleniowy na terenie USA, dający dosłownie „szkołę życia” 15,000 żołnierzom. Po zakończeniu II wojny światowej ponad 2,000 z nich powróciło do Kolorado zatrudniając się jako instruktorzy narciarstwa czy zimowe patrole, lub po prostu jako pracownicy resortów turystycznych. W latach 1958-1964 CIA szkoliło tu Tybetańczyków….. (tzw „300 Tibetan freedom fighters”). Wiekszość z nich była mnichami czy rolnikami, którym chińscy żołnierze zabili rodziny i spalili domy czy też odebrali cały dobytek. Przysłani tutaj nauczyli się profesjonalnej walki z komunistycznym wrogiem. Po ich przetrenowaniu zostali zrzuceni na spadochronach na teren Tybetu. Każdy tybetański żołnierz posiadał kapsółkę z trucizną na wypadek gdyby został złapany przez wroga (chińskiego żołnierza). Żołnierze ci szkoili później następnych na miejscu, ale niestety większość z nich zginęła w walce partyzanckiej. Rząd amerykański chronił tajemnicę Camp Hale bardzo długo, rozpraszając informacje lokalnej ludności, że na jego terenie testowane są bomby.
Jakoże wieczór jest bardzo zimny rozpalamy ognisko i zajadamy kolację racząc się świetłem księżyca.
Dzień 6
Budzimy się o 5:30 rano – temperatura 5°C – nawet nie jemy śniadania, bo za jest zimno, żeby siedzieć na zewnątrz i czekać, aż się kanapki zrobią. Ruszamy 24-ką na północ. Zajeżdżamy do Red Cliff – miniaturowego miasteczka z pięknym mostem. Następnie po drodze mijamy Gilman – zamknięte dla turystów miasto-widmo… szkoda, bo ciekawie z góry wygląda.

Dojeżdżamy do autostrady na „rest area”, gdzie pałaszujemy śniadanie i nabieramy wody we wszystkie dostępne nam butelki. Dalej jedziemy I-70 na zachód wśród wysokich klifów skalnych i kanionów.


Zjeżdżamy do Glenwood Springs – miasta-kurortu z największymi na świecie podgrzewanymi termalnie basenami kąpielowymi (wstęp na cały dzień $23 od osoby, 401 North River Street, Glenwood Springs). Nie korzystamy jednak z tego dobrodziejstwa, bo tłumy są niemiłosiernie wielkie i nawet nie ma gdzie rozłożyć ręcznika. W przewodniku „Touring Colorado Hot Springs ” znajdujemy informację o pobliskich niekomercyjnych siarkowych źródłach mineralnych South Canyon Hot Springs. Jedziemy więc kilka mil na zachód od miasta (zjazd 111 – jechać 1,3 mili na południe od autostrady drogą 134; parkować na poboczu po prawej stronie drogi). Bez problemu znajdujemy bajorko (spacer zaledwie 1/8 mili) i Mundek moczy się całościowo w śmierdzącej siarką wodzie (o temperaturze 45°C), przy temperaturze powietrza ponad 35°C. Według mnie to żadna przyjemność…. Po „orzeźwiającej kąpieli” wracamy do Glenwood Springs i wspinamy się na cmentarz, ledwo już dysząc z powodu upału. Na samej górze znajduje się nagrobek legendarnego rewolwerowca Doc’a Hollidaya, do którego ciągną pielgrzymki fanów, o czym świadczą ofiarowane talie kart, puste flaszki po alkoholu i monety. Był on dentystą, który zachorował na gruźlicę i opuścił rodzinne strony (Atlanta) w celu poszukiwania miejsca o łagodniejszym klimacie, który pomógłby mu zwalczyć chorobę….. trafił początkowo do Dallas w Texasie i próbował znaleźć pracę w swoim zawodzie, jednak jego choroba odstraszała pacjentów. Dość szybko znalazł sobie więc inne zajęcie – zaczął grać w pokera i stał się zawodowym hazardzistą, a następnie rewolwerowcem. Lubił też zaglądać do kieliszka i podczas jednej z zakrapianych imprez przy kartach zabił swojego kompana. Musiał więc czym prędzej uciekać z miasta. Podczas podróży po południowym zachodzie zaprzyjaźnił się z Wyattem Earpem, drugim legendarnym bohaterem Dzikiego Zachodu. Dzięki tej przyjaźni trafił do miasteczka Tomstone w Arizonie i wziął udział w najsłynniejszej strzelaninie amerykańskiego pogranicza (w 1879 roku). Strzelanina w O.K. Corral przeszła do historii Dzikiego Zachodu. Dzięki licznym filmom stała się symbolem walki z bezprawiem i utrwaliła legendę „Doc’a” jako niezrównanego rewolwerowca. Siedem lat później stan jego zdrowia znacznie się pogorszył i Doc zaczął szukać pomocy w termalnych źródłach w Glenwood Springs, ale niestety to tylko pogorszyło jego sytuację zdrowotną. Podobno leżąć w łóżku poprosił o szklankę whisky, którą wypił duszkiem, spojrzał na swoje bose stopy i powiedział „To jest śmieszne” i umarł. Nigdy nie sądził, że umrze w łóżku…..wcześniej pięć razy został poważnie postrzelony, a cztery razy próbowano go powiesić. Tak naprawdę grób na który patrzymy, nie jest prawdziwym miejscem jego pochówku….. księgi z danymi dotyczącymi miejsc pochowania lokalnej ludności zaginęły w tajemniczych okolicznościach…….
Po powrocie z wycieczki na cmentarz zmykamy 82-ką w stronę Aspen. Przed samym miastem zajeżdżamy do Ranger Station (przy drodze 82), w celu uzyskania informacji na temat procedury dojazdu do Maroon Bells Lake (podobno to najczęściej fotografowany zakątek Gór Skalistych), które jest zamknięte dla prywatnych samochodów codziennie do 5 pm (Od 5pm do 7 pm można przejechać – opłata $10/auto). Kursują autobusy ($6/osoba) co pół godziny od 8:30 rano). Parkujemy na bezpłatnym parkingu przy kurorcie i grzejemy ostatkiem sił na piętro do głównego wejścia, skąd odjeżdża właśnie autobus – prosimy kierowcę, aby chwilkę poczekał i lecimy do środka sklepu sportowego w celu zakupienia biletu. (Kierowca ich niestety nie sprzedaje). Udało się więc nam załapać na 3 pm – dzięki czemu mamy prawie 2 godzinki na rozkoszowanie się pięknem jeziorka Maroon, bo ostatni autobus odjeżdża stąd o 5 pm. Spacerujemy niewielki kawałek szlakiem Maroon Creek Trail (3 miles) przechodzącym przez Stein’s Meadow, a czas mija nam tu zdecydowanie za szybko.



Po powrocie zajeżdżamy do Aspen, gdzie robimy sobie krótki spacer po snobistycznym deptakau. Aspen znane jest przede wszystkim z bycia ekskluzywnym kurortem narciarskim. Ceny za domy i rezydencje osiągają tu obecnie zawrotne sumy (znajdują się tu najdrożej wycenione posiadłości na terenie Stanów Zjednoczonych), a mieszkańcy należący do średniej klasy zaczęli się stąd po prostu wyprowadzać, bo ich na to już nie stać. Jest trochę prawdy w powiedzeniu, że normalni ludzie przyjeżdżamją do Aspen, żeby poczuć się jak gwiazdy……natomiast celebryci przybywają tu by poczuć się normalnie…..Chociaż nie wszyscy sławni lubią to miejsce – Madonna powiedziała kiedyś w programie „Saturday Nigdt Live” że Aspen to „Nudy, szaliki, grzane wino i tłuste baby w norkach”……Istny to kurort z ekskluzywymi butikami, ale miasteczko ma swój klimat. Łazi tu co prawda za dużo snobów, a już w ogóle dziwi nas kobieta ubrana w kozaki i kożuch przy temperaturze 35°C – to jakiś absurd – ale może dzięki ubiorowi chce zwrócić na siebie uwagę równie modnego pana:). Wjeżdżamy na Independence Pass (3,687 m. n.p.m) – widoki przecudne. Jest to druga co do wysokości najwyższa przełęcz górska w Kolorado na którą możemy wjechać samochodem. Ze względu na występujące tu „srogie” warunki pogodowe w zimie droga jest zamykana (od listopada do maja).




Zjeżdżając w dół za przełęczą rozglądamy się za jakimś fajnym noclegiem i w końcu, niestety już po zmroku, trafiamy na dziki kemping (wjazd do lasu po prawej stronie drogi za sezonową bramą zamykaną na zimę) i rozbijamy obozowisko wśród innych koczujących tu „dzikusów”. Na szczęście nasza miejscówka jest oddalona nieco od innych i mamy swój prywatny dostęp do rzeki… więc wieczór jest całkiem przyjemny. Ognisko płonie.
Dzień 7
Pobudka jak zwykle o świcie i ruszamy w drogę (bez śniadania, bo jest za zimno i nie chce nam się wystawiać nawet palca z auta). Zjeżdżamy w dół trasą 82, mijając Twin Lakes, historyczny dystrykt nad jeziorem o tej samej nazwie.

Widać stąd Mt Elbert (4,401 m. n.p.m) – najwyższy szczyt w Kolorado i w Górach Skalistych. Dopiero w miejskim parku w Buena Vista zajadamy śniadanie, by dalej z pełną energią ruszyć do Salidy – miasta artystów i galerii.

Zamiast galerii odwiedzamy lokalny „farmers market”, gdzie zakupujemy warzywa – podobno…. organiczne…, i nawet smakują jak warzywa. Trasą 285 na południe i dalej 17 suniemy trochę nudnawą drogą w kierunku Great Sand Dunes National Park (wstęp obecnie kosztuje $20/auto… my płaciliśmy w 2010 roku $3/auto).
Ciekawostką jest przeogromna elektrownia z paneli słonecznych niedaleko parku narodowego. Poza tym wszędzie mijamy jakieś wysypiska starych, zgruchoconych samochodów, a nawet farmę aligatorów (w Mosca)– brzmi paradoksalnie – na pustyni ktoś hoduje aligatory… Hmhmhm! Podobno farma rozpoczęła działalność jako stawy rybne (hodowla tilapii), których odpady produkcyjne zostały zutylizowane jako pokarm dla sprowadzonych tu w tymże celu gadów. Kiedy aligatory podrosły stały się atakcją przyciągajacą tu turystów. Farma również prowadzi programy edukacyjne na temat gadów i płazów, ucząc ludzi, że nie zawsze powinni kupować te zwierzęta jako „przytulanki”, bo kiedy podrastają nie są juz takie słodkie i czasami ich obecność w naszych domach staje sie wręcz niebezpieczna dla naszego zdrowia. Na farmę nie zaglądamy, bo spieszy nam się na….pustynię.

Słońce świeci niemiłosiernie i temperatura sięga prawie 40°C. Po wykupieniu biletu jedziemy na sam koniec, niezwykle popularnego w weekendy, parku narodowego, by uniknąć tlumów i tuż przed wjazdem na kemping zjeżdżamy piaskowo- kamienistą drogą do „Point of No Return” (parking tylko na 5 – 6 aut).
Tam musimy zostawić samochód, bo dalej to już tylko jeppy na sflaczałych oponach mogą jechać (przy kempingu jest możliwość bezpłatnego dopompowania opon).

Dobra rada – pomimo upału dobrze jest założyć długie skarpety i wysokie buty trekingowe, my bezmyślnie założyliśmy kroksy, co zaowocowało poparzeniami stóp; Piasek był nagrzany do granic możliwości.


Szlak z parkingu prowadzi nas do podnóża 200-metrowych wydm – najwyższych w Ameryce Północnej, przed którymi sączy się rozgrzany do temperatury otoczenia potok Medano Creek. Pomimo wysokiej temperatury wody i tak daje ona ochłodę dla naszych poparzonych nóg. Próbujemy wspinać się na wydmy, ale parzący piasek wpada do kroksów i uniemożliwia dalszą wędrówkę.



Skaczemy z bólu jak opętani. Wycieczkę kończymy po 2 godzinach, wracając na przełaj przez zarośla do auta.


Nazwa „Point of No Return” okazuje sie być bardzo adekwatna, bowiem powrót do głównej drogi nie jest taki łatwy. W koleinach piasku zahaczamy o kamienie i zrywamy plastikową pokrywę spod auta i niestety ktoś, czyli ja, musi tę pokrywę do głównej drogi dotachać. Mundek rozkłada zestaw narzędzi na następnym, betonowym już, parkingu, najeżdża kołem na krawężnik i wsuwa się pod auto w foliowym worku na głowie… klnąc okrutnie. Ale po pół godziny pokrywa z powrotem jest przyczepiona do podwozia auta i ruszamy dalej. Zajeżdżamy jeszcze na Dunes Parking, ale ilość ludzi okupujących to miejsce zdecydowanie nas odstrasza. Wyjeżdżamy więc z parku, zaglądając na chwilę do przepełnionego również Visitor Center (w kierunku Alamosa).

W Alamosa odwiedzamy stację kolejową, na którą właśnie wjechała kolej parowa, ciągnąc wagoniki wypełnione turystami.



Lokomotywa w tumanach pary – wygląda wręcz zjawiskowo!

Jedziemy trasa 160 mijając Monte Vista, Del Norte i South Fork w poszukiwaniu noclegu. Po przekroczeniu granicy Rio Grande National Forest – nieoczekiwanie co chwila zamiast lasów i dziczy pojawiają się jakieś prywatne zabudowania i napisy „no trespassing” i „private property”. Nocleg znajdujemy dopiero o zmroku, w zakolu rzeki Rio Grande u stóp klifu niedaleko głównej drogi za wioską Wagon Wheel Gap. Ognisko wariacko płonie na wietrze, kąpiel w zimnej wodzie i świeże górskie powietrze dają miłe zakończenie dnia.
Dzień 8
Budzimy się jak zawsze o 5:30 rano; szybkie śniadanie i ruszamy do Creede – kolejnego miasteczka z epoki gorączki złota i srebra. Miasto jeszcze śpi – więc wydaje się całkowicie wyludnione…

Ruszamy na objazdową wycieczkę „Bachelor Historic Tour” po zabytkowych osadach górniczych.


Jesteśmy sami na trasie i mamy szansę w spokoju cieszyć się otaczającą przyrodą i „walącymi się” kopalniami.





Na końcu pętli zajeżdżamy jeszcze do opuszczonego kościółka i na cmentarz, gdzie pochowany jest Bob Ford – zabójca słynnego gangstera Jessy Jamesa.



Uciekając przed deszczem jedziemy w kierunku Lake City, odwiedzajac po drodze punkt widokowy na North Clear Creek Falls, okupowany przez japońskich turystów (wejście bezpłatne).

To naprawdę niesamowite, że jeden z piękniejszych wodospadów w Kolorado jest dostępny zaledwie po przejściu 20 kroków……

Ponieważ wodospad „skierowany” jest w kierunku północnym, najlepszym czasem do jego fotografowania jest zdecydowanie poranek.

Jedziemy dalej Silver Thread Scenic Byway (149-tką) na północ.



Nastepnym przystankiem jest punkt widokowy na jezioro San Cristobal, utworzone ponad 700 lat temu przez osuwisko Slumgullion (zapadła się część góry Mesa Seco i utworzyła zator na rzece). Mesa Seco „pracuje” do dnia dzisiejszego – jej południowe strome zbocze utworzone z miękkich tufów wulkanicznych i okruchowców zsuwa się rocznie około 6 metrów w dół, dzieki czemu drzewa, próbujące tu rosnąć nachylone są pod różnymi kątami.
Przed Lake City próbujemy znaleźć grób ludożercy Alfreda Packera, ale niestety – tabliczka „private property” uniemożliwia nam penetrację tego terenu. Alfred Parker był poszukiwaczem złota, który został zatrudniony jako przewodnik do przeprowadzenia przez góry San Juan Mountains 5 innych poszukiwaczy. Zima okazała sie bardzo sroga, co znacznie opóźniało ich wędrówkę i doprowadziło do wyczerpania zapasów żywnościowych. Alfred dopuścił się wtedy niewyobrażalnej zbrodni, zabijająć ich wszystkich i zjadając ich ciała (ucztował w górach przez 2 miesiące). Początkowo utrzymywał, że to jego towarzysze pozabijali się sami podczas kłótni wywołanej głodem. Jednak fakt, że Parker wydawał się po tej wędrówce znakomicie odżywiony i wydawał pieniądze „na lewo i prawo” postawiło tą sytucję pod znakiem zapytania. Wysłani na rozwikłanie zagadki ludzie, odkryli resztki ciał poszukiwaczy na Slumgullion Pass. Kiedy prawda wyszła na jaw Parker został okrzyknięty „hieną cmentarną” i osadzony w więzieniu na 40 lat (co w owych czasach było najdłuższym wyrokiem wydanym przez sąd w Stanach Zjednoczonych), unikając śmierci przez powieszenie, dzięki odwołaniu od pierwszego wyroku. Pod koniec życia rzekomo utrzymywał, że jest wegetarianinem….
Wjeżdżamy do Lake City – miniaturkowego, zabytkowego miasteczka z epoki gorączki złota – (całkiem dobrze zachowanego).


Aż 3 stacje benzynowe świadczą o popularności tego miejsca wśród turystów.

Po krótkiej wędrówce po miasteczku ruszamy dalej na północ do Curecanti National Recreation Area (wjazd bezpłatny).

Za $3 na marinie (przy Elk Creek Visitor Center) dostępne są prysznice, co niezmiernie nam odpowiada (uwaga: trzeba posiadać 25 centowe monety, bo tylko tak można uruchomić prysznic).

Na Pioneer Point oglądamy sępy (Turkey Voltures) krążące nad przepaścią.


Jakoże dzień zbliża się ku końcowi, jedziemy drogą Soap Creek w poszukiwaniu noclegu. Chcemy, jak zawsze, znaleźć coś miłego z dala od ludzi. Mijamy dwa kempingi Ponderosa i Soap Creek (Gunnison National Forest)– nic to ciekawego, więc jedziemy jeszcze dalej okolo 1 mili, znajdując superowe dzikie uroczysko z przygotowanym już okręgiem na ognisko. Spektakularne widoki, ognisko, kolacja w świetle księżyca…
Dzień 9
Pobudka o 5:30 i bez śniadania udajemy się do Curecanti, z powrotem tą samą drogą, mijając co chwila pasące się sarenki.

Dzisiaj dopiero widzimy, jakie posklecane domostwa są przy tej drodze, strasznie to wygląda i wręcz odstrasza. Suniemy drogą nr 50 na zachód – zjeżdżamy (w miasteczku Cimarron) zobaczyć tamę na Morrow Point Dam Road, ale wieje tak okrutnie, że szybko się stąd zabieramy, szukając innego miejsca na śniadanie. No i znajdujemy, jedyne przyjemne miejsce w okolicy na posiłek – tylko że po krótkim czasie okazuje się, że pełno tu mrówek… są wszędzie, nawet w naszym spagetti…, które przestaje być już wegetariańskie.
Docieramy do Black Canyon of the Gunnison National Park ( (drogą 347, $15/auto) i zwiedzamy po kolei każdy z punktów widokowych (najładniejszy według nas to Painted Walls).




Rezygnujemy z dłuższych spacerów, bo ukrop straszny, a mój stan nie pozwala mi niestety na wyczerpujące wędrówki.

Na koniec zjeżdżamy 3-milową, serpentynową East Portal Road (o nachyleniu 16%) do tamy. I później trochę tego żałujemy, bo silnik się niemiłosiernie grzeje wjeżdżając pod górę. W miejscowości Montrose tankujemy i robimy zakupy żywieniowe, no i oczywiście zajeżdżamy do czekoladowego raju, czyli do sklepu fabrycznego Russell Stover, by dać upust naszemu nałogowi. Po wyjściu z klimatyzowanego budynku z pełnymi siatami łakoci, dociera do nas to, o czym nie pomyśleliśmy w szale zakupów, że za chwilę wszystko się rozpuści i utoniemy w czekoladowej mazi. Chcąc – niechcąc, zaczynamy więc konsumpcję jadąc dalej widokową 550-tką na południe przez góry Uncompahgre do Ouray – bardzo klimatycznego uzdrowiska. W Visitor Center dowiadujemy się o prymitywnych kempingach w Grand Mesa – Uncompahgre – Gunison National Forest. W Ouray spacerujemy sobie wzdłuż głównej drogi i uwagę naszą przykuwa napis APTEKA.



Właściciel wyjaśnia nam, że kiedyś rzeczywiście była tu apteka, ale teraz jest tu całkiem dobrze prosperujacy sklep monopolowy. Niestety polskiego piwa nie sprzedają. W miasteczku były kręcone sceny do pierwszego sezonu MacGyver’a…. dla tych co nie pamiętają….. był to amerykański serial telewizyjny, którego głównym bohaterem był twardziel słynący z niekonwencjonalnego wykorzystania przedmiotów codziennego użytku do rozwiązywania różnych problemów (grany przez Richarda Deana Andersona).
Za miasteczkiem warto zajechać do Box Canyon Falls Park ($4/osoba; południowo-zachodnia część miasta; czynne od 8:00am do 8:00 pm).

Woda o niesamowitej prędkości i sile przebija się przez kanion.


Wodospad spada tu z wysokości 26 metrów. Atmosfera miejsca pochłania nas doszczętnie i wychodzimy jako ostatni, wyproszeni przez „właściciela kanionu”. Wjeżdżamy na leśną drogę 361 w poszukiwaniu kempingu. Niestety, obydwa kempingi są już zajęte. Cóż zrobić – jedziemy niesamowicie wąską i stromą szutrową drogą dalej w góry. Najgorsze jest to, że jedzie się po prostu nad urwiskiem, totalnie niezabezpieczoną drogą. W kilku miejscach na krawedzi drogi zauważamy powiędłe kwiaty w wazonach…. Strasznie to działa na mnie, bo panicznie boję się wysokości…. Po jakichś 2 milach znajdujemy w końcu całkiem przyjemną polankę ukrytą w drzewach i tam rozbijamy obozowisko. Rozpalamy ognisko …. by odstraszyć grasujące tu niedźwiedzie.
Dzień 10
Rano zjeżdżamy tą samą drogą w okolice Box Canyon, gdzie oglądamy kłębiącą się, zabarwioną na żółto – brązowo wodę z innej perspektywy.


Następnie ruszamy „Milion Dollar Highway” i pierwszy punkt programu to przełęcz, z ktorej widać lsniącą na czerwono górę Red Mountain – nie sposób jej nie zauważyć…


Mijamy pozostałości pokopalniane porozrzucane po obu stronach drogi – widoki nas dosłownie “rozwalają”.





Na odcinku drogi 550 od Ouray do Coal Bank (około 36 mil) znajduje sie obszar charakteryzujący się wystepowaniem największej ilości lawin w USA. Podczas zimy wszystkie potencjalne miejsca są profesjonalnie monitorowane i w przypadku wystąpienia zagrożenia lawinowego droga jest zamykana i za pomocą sztucznie wywołanej eksplozji (działem Howitzer 105 mm) uruchamina jest lawina, której następnie skutki są usuwane ciężkim sprzętem drogowym. Po zakończeniu prac drogę ponownie sie otwiera dla ruchu samochodowego. Dzięki tym czynnościom w zimie możemy bezpiecznie przemieszczać się tą trasą.
Po przejechaniu 11 mil od Ouray zatrzymujemy się na dużym parkingu (zjazd po prawej stronie) w Idorado Mine (Red Mountain Mining District). Jest to kolejne ghost town pozostałe po kopalni złota. Zobaczyć tu możemy kilka drewniaych domów (przy parkingu) oraz pozostałości po „elevated trestle” czyli drewniane rusztowanie mostu (po drugiej stronie drogi nr 550).




Następny punkt to Silvertone – miasto błotnistych chodników…..

Pada deszcz, więc naprawdę jest błotniście. Do samego centrum miasta wjeżdżają koleje parowe Durango & Silverton Narrow Gauge Railroad i „parkują” na głównym skrzyżowaniu.





Pociągi po tej linii kursują nieprzerwanie od 1882 roku. Pasażerowie mogą wybierać miejsca spośród kilku klas wagonów, (w tym wagonu prezydenckiego).



Z powodu właśnie tych kolei jest tu strasznie dużo turystów… tabuny kłębiące się przy lokomotywie, bo oczywiście każdy chce sobie zrobić zdjęcie. Podróż tymże zabytkowym pociągiem trwa 3,5 godziny na dystansie 45 mil (bilet kosztuje od $81 do $180/za osobę).


Opuszczamy miasto ciesząc się jeszcze jego widokiem z przełęczy, na którą się wspinamy autem.

Widoki wywalają nas w kosmos……






Osiem mil przed Durango – tuż przy „milionowej”drodze (po zachodniej stronie) znajduje się trawertynowa wieżyczka z gorącym źródłem.

(Nie ma tej atrakcji na naszej mapie topograficznej bo to atrakcja sztucznie stworzona przez człowieka). Durango to już wielkie miasto w porównaniu z wcześniej odwiedzanymi przez nas miasteczkami. Miłe, spokojne i pełne „zabytkowych” budynków. Wskakujemy na chwilę do museum kolejnictwa (na dworcu głównym i stacji końcowej kolei parowej Silverton-Durango; wstęp za darmo), gdzie penetrujemy wnętrza parowozów i wagonów. Rozpętała się burza, więc wsiadamy w auto i mkniemy w kierunku Cortez. Na trasie mamy Mesa Verde National Park, ale po przeliczeniu dni do końca wakacji, tym razem rezygnujemy z odwiedzonego już wcześniej przez nas parku. Suniemy w kierunku Hovenweep National Monument ($6/auto). Droga prowadzi przez prawie niezamieszkałe, pustynne tereny; nad nami fioletowo – sine niebo i strzelające błyskawice.

Szczerze mówiąc, to ta droga prowadzi przez zaniedbany indiański rezerwat i wszystko to wygląda żałośnie – brud i wielki bałagan. Tuż przed granicą ze stanem Utah mijamy dosłownie zabity dechami budynek Trading Post, gdzie trzech Indian naprawia jakiegoś gruchota. Przez naszą drogę ciągle przebiegają kulki krzaczaste (sage brush) popędzane silnym wiatrem.

Do Hovenweep wjeżdżamy o zmroku – kemping wygląda schludnie i jest w miarę nowy ($10/noc; prysznicy brak, tylko łazienka). Jedynym gościem noclegowym jest tu niemiecki rowerzysta-twardziel – pokonujący trasę Nowy York – San Francisco. Nie możemy niestety rozpalić tu ogniska – zakaz wyraźnie informuje o wysokim zagrożeniu pożarowym. Wieje jak cholera a pioruny strzelają dookoła. Na szczęście deszcz przestaje padać i możemy sobie ugotować kolację.
Dzień 11
O świcie wyruszamy na szlak – pętle wokół ruin indian Anasazi (1,5 mili). Praindianie pojawiali się na tych terenach już około 10,000 lat temu, a na stałe osiedlili się tu w późnych latach X wieku. Zajmowali się przede wszystkim rolnictwem i kiedy to pod koniec XXIII wieku obszar ten nękany był przez powtarzajace się z roku na rok susze, Indianie zostali zmuszeni do opuszczenia Hovenweep na stałe, przesiedlając się na tereny dzisiejszej Arizony i Nowego Meksyku. W języku indian Paiute/Ute słowo Hovenweep znaczy opuszczoną dolinę….. i taka własnie jest ona dzisiaj.





Podobieństwo sylu architektonicznego i znalezionych wyrobów garncarskich na tym terenie sugeruje silne powiązania z kulturą zamieszkującą Mesa Verde. Większość budynków została tu zbudowana przez Pueblonians w latach 1200 – 1300. Jest wiele teorii jeśli chodzi o użytkowanie konkretnych budynków. Strzeliste wieżyczki były najprawdopodobniej wykorzystywane do obserwacji nieba, na którym to możemy podczas 1 nocy zaobserwować aż 15,000 gwiazd (dla porównania w obszarze zurbanizowanym tylko około 500). Od 2014 roku Hovenweep został oficjalnie uznany jako International Dark Sky Park, co oznacza, że na jego obszarze znjadują się idealne warunki do obserwacji nieba, niezakłócane sztucznymi światłami.


W Visitor Center (czynne 8 am – 5 pm) można obejrzeć film o indianach zamieszkujących niegdyś te tereny.

Po spożyciu śniadania ruszamy do Horseshoe House i Hackberry Ruins.




Dojazd jest szutrową drogą i później 1 milę trzeba przejść pieszo. Spotykamy przepiękne niebieskie jaszczurki (Collared Lizards) wylegujące się na słońcu.




Dalej drogą 10 na północny-wschód ruszamy do Cutthroat Castle. Dojeżdżamy prawie do końca drogi – na tyle, ile pozwala nam niezawysokie zawieszenie samochodu.

Dalej musimy iść pieszo – jakieś 3 mile w obie strony.


Punktem następnym jest Lowry Pueblo Ruins National Historic Landmark (wstęp bezpłatny), częściowo przykryty dachem w celu zabezpieczenia przed niszczącymi czynnikami pogodowymi.


I znowu burza. Dojeżdżamy do 491 i dalej 184 do Anasazi Heritage Center ($3/osoba; 27501 Highway 184, Dolores). Wdrapujemy się (w deszczu) na górkę zobaczyć Dominiguez & Escalante Ruins (długość szlaku 1 mila). Wszędzie porozwieszane są ogłoszenia o buszującej na tym terenie pumie, a my wcale nie chcemy jej tu spotkać. W deszczu i kiepskiej widoczności ruszamy dalej na północ. W Dolores przy głównej drodze stoi sobie osławiona drezyna „Galloping Goose” (Galloping Goose Historical Society Museum – 421 Railroad Avenue). Używano ją do przewozu ludzi i lekkich ładunków (np. przesyłek pocztowych) w latach 1930-1950, co było olbrzymią formą oszczędności w porównaniu z ciężkimi pociągami ciągniętymi przez lokomotywy parowe. Koszt „Galloping goose” zwracał się już po 3 tygodniach wprowadzenia do użytku (w górach Kolorado kursowało takich 7 sztuk).

Za Rico, przez czysty przypadek, natrafiamy na gorące źródła – zupełnie publiczne i bezpłatne (Rico Hot Springs). Z głównej drogi trzeba zjechać w prawo przez most na rzece Dolores na gruntową dróżkę (St. Louis Road) i przejechać około 0,3 mili (można śledzić parę unoszącą się z krzaków). Po lewej stronie pomiędzy dwoma stawami jest ścieżka prowadząca do prymitywnej przebieralni, a tuż zaraz ukryta w krzakach „wanna” wypełniona gorącą wodą geotermalną. Za wanną potok (Dolores River) – także jeśli dla kogoś woda jest za gorąca może śmiało wykąpać się w rzece. My korzystamy z opcji gorącej. Na zdjęciu poniżej malutkie geotermalne źródełko, służące raczej do wymaczania stóp, znajdujące sie obok dużej wanny. (Zdjęcia głównej wanny niestety nie posiadam).


Po wymoczeniu jedziemy dalej drogą 145 w deszczu na północ. Mijamy zatopioną w chmurach Lizard Head o osobliwym kształcie (3,055m n.p.m.)

i na przełęczy skręcamy w błotnistą drogę 626 w celu znalezienia jakiegoś fajnego noclegu.

Samochód zaczął nam się ześlizgiwać z drogi, więc nie brniemy dalej i zawracamy, znajdując całkiem przyzwoite miejsce na polance i jakoże jest to teren należący do San Juan National Forest, to bez problemu możemy tu biwakować za darmo.

Trudno się rozpala ognisko, ale dzięki kilku suchym kłodom zakamuflowanym w bagażniku, udaje nam się doprowadzić je do perfekcji. Zasypiamy z pięknym widokiem na góry.
Dzień 12
Pada od 5 rano, więc wstajemy trochę później, udając się na pobliski „overlook” na śniadanie pod zadaszeniem. Dalej jedziemy w kierunku Telluride, nie zjeżdżając nigdzie w boczne drogi, bo wszystko jest podmoknięte i boimy się zagrzebania w błocie.
To właśnie niedaleko tego miasta Quentin Tarantino kręcił niedawno western „Nienawistna ósemka„ („The Hateful Eight„).
Przejeżdżając 145-tką przez Telluride, docieramy do końca drogi, skąd rozpościera się amfiteatralny widok na wodospad Bridal Veil (wysokość 111 metrów).

Po nasyceniu oczu jego spektakularnym wyglądem wracamy do miasta i spacerujemy wśród pozytywnie zakręconych ludzi. Gondolą (Telluride/Mountain Village Gondola czynna od 6.30 rano do północy, czas przejazdu 13 minut) – czyli darmową kolejką linową – wznosimy się nad miastem


i lądujemy w kurorcie narciarskim – Telluride Mountain Village – gdzie znajdują się tylko sklepy, butiki, baseny i snobistycznie wyglądający ludzie…

Po powrocie spacerujemy po mieście, ale deszcz nas niestety szybko przegania.
Co roku podczas pierwszego weekendu września odbywa się tu sławny Telluride Film Festival, który nie jest tak komercyjny jak Oskary, ale przyciąga największe dzieła filmowe i ich twórców.

Drogą 145 wyruszamy na północny-zachód i dalej mkniemy Unaweep – Tabeguache Scenic & Historic Byway – trochę z niepokojem…a to z racji, wydobywanego tu do niedawna promieniotwórczego uranu i wanadu.

Skałki piaskowe (zapewne skażone) mienią się na czerwono i żółto tworząc krajobrazy iście marsjańskie.


Podziwiamy inżynieryjny cud ówczesnej techniki – Hanging Flume – zawieszone nad przepaścią pozostałości zabytkowego systemu prowadzącego wodę i przepłukującego skały złotonośne (co w ostatecznosci okazało się wielką ekonomiczną klapą).

I jedziemy dalej bardzo malowniczą 141-ką…..





Zatrzymujemy się na chwilę w Gataway. Miasteczko jawi sie jako istna oaza w tym nieprzyjaznym dla człowieka obszarze, która zaadoptowana została jako kolejny snobistyczny kurort dla lubiących wygodny wypoczynek Amerykanów.

Dalej na trasie – Drigg Mansion – ruiny historycznego dworku jakiegoś bogacza.

Jadąc doliną Unaweep pomijamy gdzieś ledwo zauważalny w terenie dział wodny, który jest niezwykły i wyróżniający tą dolinę, bo rzeki płyną nią w dwóch przeciwnych kierunkach. Specjalnie wyjeżdżamy na Grand Valley Overlook spiralną szutrową drogą,


by dojrzeć ten ewenement i by przekonać się, że genezą tej doliny była płynąca tędy jedna prastara rzeka. W Grand Junction robimy zakupy, bo nic ciekawszego poza tym robić się tu nie da. Jedziemy do Fruity (zjazd 19 z I-70). Fruita kojarzy się każdemu Amerykaninowi zdecydowanie z historią bezgłowego kurczaka zwanego „Miracle Mike„. W 1945 roku farmer Lloyd Olsen wybrał się z siekierką do kurnika w celu przygotowania głównego dania na obiad. Niestety jego siekierka nie do końca wypełniła swoje zadanie, pozostawiając główną żyłę szyjną kury nienaruszoną. I chociaż kura ta została pozbawiona głowy…… wcale nie miała zamiaru stać się częścią rosołu. Zaczęła biegać po podwórku i dziobać szyją w poszukiwaniu ziarna…… Zdziwiony farmer zaczął karmić kurę płynnym pożywieniem używając zakraplacza (z kropli do oczu)…….. Bardzo szybko okazało się, że „Miracle Mike” stał się największą atrakcją w okolicy, a następnie na terenie całych Stanów Zjednoczonych. Farmer jeżdził z nim na różne wystawy i pokazy, które przyniosły mu bagatela $4,500 dochodu miesięcznie. Zarobione pieniądze zainwestował potem w 2 traktory, nowego pickupa i maszynę do belowania siana. Mike był również badany przez profesorów na Uniwersytecie w Utah, którzy bezskutecznie próbowali dokonać podobnej czynności na innych kurach. Mike żył przez 18 miesięcy i zmarł zaksztusiwszy się w hotelowym pokoju podczas powrotu z ostatniego w swoim życiu turnee….Co roku w miasteczku odbywa się festiwal „Mike the Headless Chicken Festival” na jego cześć.
W napotkanym po drodze parku stanowym Colorado River raczymy się prysznicową kąpielą ($2). Śpimy na „rest area” po drugiej stronie drogi.
Dzień 13
Zaczynamy dzień od 1-milowej wędrówki na wzgórze Dinosaur Hill (Droga 340 tuż za rzeka Colorado po lewej stronie; wjazd bezpłatny).

Cały wykopany tu prawie kompletny szkielet Apatosaurusa (o wadze 6 ton) trafił do Field Museum w Chicago, więc jedyne, co możemy podziwiać, to widoczne “odlewy” skamieniałości. Wjeżdżamy do trochę niedocenianego przez turystów Colorado National Monument ($15/auto).

Pomimo bliskości do autostrady miedzystanowej turyści omijają to miejsce mknąc bezpośrednio do parków narodowych w Utah, dzięki czemu nie ma tu tłumów, co niezmiernie sobie cenimy.

A park tak samo „powala” na kolana jak krajobrazy Utah. Po kolei zatrzymujemy się na każdym punkcie i robimy setki zdjęć.





Po 4 godzinach ruszamy na północ drogą 139 w kierunku Dinosaur National Monument

penetrując niemal wszystkie petroglify i piktografy w Canyon Pintado National Historic Disctrict (Painted Canyon). Sztuka naskalna, jaką tu oglądamy została wykonana przez przedstawicieli kultury Fremont (lata 650-1150) oraz indian Ute (lata 1200 – 1881). Nikt tak naprawdę do końca nie wie co przedstawiają te petroglify (wyryte w skale) i piktografy (malowane na skale), najprawdopodobniej powstały by uczcić religijne obrzędy i ważne wydarzenia.

#12. Waving Hands Site

#11 Canyon Pintado Site


#10 White Birds Site

#8 State Bridge site

#9 Cow Canyon Site

#6 Lookout Point Site


Na mapie miejsce kempingu wygląda na interesujące, więc zjeżdżamy w dół 13-milową terenową drogą.

Nie ma tu mostów, więc musimy przekroczyć rzeczki – na szczęście płynące teraz wolno i niegroźnie wdłuż naszej drogi. Warto wiedzieć, że droga ta jest zupełnie nieprzejezdna, kiedy pada deszcz (dlatego też warto jest „zasięgnać języka” w Visitor Center). Szczęśliwie dojeżdżamy do kempingu już o zmroku i na powitanie wyrasta przed nami Rambo uzbrojony w nóż przy pasku i pełny strój moro. Rambo – czyli twardziel – cwaniak pyta nas, czy w ogóle zdajemy sobie sprawę, gdzie jesteśmy???? Nie bardzo wiemy, o co mu chodzi, ale po chwili dociera do nas, że to pewnie kraina dla twardzieli, a nie dla nas. Rambo opowiada nam, jak to ugrzązł w tym miejscu przez kilka dni, bo popadał deszcz i prąd wody naniósł olbrzymie głazy na drogę. W związku z tym Rambo musiał przetrwać kilka dni na kempingu – biedaczyna. Kemping jest czysty i z dostępem do wody pitnej, więc wielkie mi przetrwanie. Jedyna wada to uciążliwe komary, nie reagujące na nasze rozpylane we wszystkich kierunkach spreje. Ognisko trochę je odstrasza, ale skóra nasza cierpi wskutek usilnego drapania.
Dzień 14
Po śniadaniu spacerujemy razem z chmarą komarów do Steamboat Rock – „opływaną” przez rzeki Green i Yampa.

Krawędź ścieżki jest podmyta w kilku miejscach – widać, że nurt rzeki potrafi tu nieźle „porządzić”.

Docieramy do kamienistej plaży – gdzie pobieramy „próbki geologiczne” na pamiątkę.


Fajnie, że jesteśmy sami, bo brygada Rambo jeszcze się nie obudziła.

Opuszczając kemping wracamy tą samą drogą,



zahaczając o petroglify (przy Pool Creek)

i porzucone gospodarstwo rodziny Chew.



Na koniec zachodzimy do Visitor Center pogawędzić z rangerami o dinozaurach, których szczątki, jak się okazuje, w tej części parku nie były udostępnione do oglądania. Taką możliwość daje muzeum ulokowane w zachodniej części parku po stronie Utah (niestety nie w chwili obecnej z powodu remontu budynku po zapadnięciu się jego fundamentów).
Zaczynając długą, mozolną drogę powrotną do Chicago zatrzymujemy się w Steamboat Springs – uzdrowisku przepełnionym po brzegi turystami. Wodospad Fish Creek Falls, do którego prowadzi milowy szlak, wcale nie okazuje się jakiś powalający, albo też jesteśmy za bardzo rozpieszczeni, tym wszystkim co widzieliśmy przez ostatnie dwa tygodnie w Colorado (dojazd drogą 32 – około 3,5 mil na wschód od miasta).

Postanawiamy dla urozmaicenia przeciąć Góry Skaliste trasą 14, mijając olbrzymie połacie wyschniętych drzew – czyżby efekt działalności elektrowni węglowych znajdujących się na zachód od Steamboat Springs? W Walden – rzeka Illinois wije się i meandruje – można tu spotkać ciekawe gatunki ptaków i zwierząt, ale my musimy uciekać dalej. Daje się już zauważyć bliskość Denver, bo wszystkie kempingi przy trasie są pozajmowane… cóż, mamy przecież weekend. Mkniemy więc dalej i dalej, chłonąc piękne krajobrazy. Ostatni postój robimy na „rest area” nad rzeką Cache la Pondre. Zanurzamy się w lodowatym potoku – to tak na orzeźwienie przed monotonnym, jutrzejszym powrotem do Chicago. Calebrujemy ostatnie chwile wakacji uroczystą kolacją nad wodą.

Jak zwykle znakomity tekst i przepiękne zdjęcia. My w zeszłym roku wybraliśmy się na wielkie zwiedzanie Kolorado, ale niestety mieliśmy bardzo złą pogodę, przez 2 tygodnie prawie non stop padał deszcz. Dlatego też zdjęcia mamy marne, bo często robione w strugach deszczu z aparatem wystającym spod nieprzemakalnej kurtki. Wasze zdjęcia Paint Mines są zjawiskowe, nam nadciągnęła burza i musieliśmy uciekać. Jedynie nasze zdjęcia Ghost Towns są ok, bo generalnie wszelkie industrialne obiekty dobrze wyglądają na tle szaro-czarnego nieba.
Mam to samo spostrzeżenie co do „no trespassing”, byliśmy w szoku ile tego jest, praktycznie wszędzie, na każdym kamieniu wymalowane „no trespassing” i „keep off”. Nie to co w Utah, tam przejeżdżając przez prywatną ziemię masz tylko napis „please close the gate”.
Do Kolorado zdecydowanie chcemy wrócić i kombinujemy jak tu pożyczyć jeepa, by pojeździć w rejonie Red Mountains. Niestety na polskie prawo jazdy nie chcieli nam pożyczyć.
Czekam na dalsze wpisy, a patrząc na nie stwierdziłam, ze robimy za mało zdjęć. 🙂
PolubieniePolubienie