Nevada & Utah

Termin wycieczki: 02.05-15.06.2013

Nasza podróż miała odbyć sie zupełnie inaczej… Pierwotnie zakładaliśmy, że trasa prowadzić będzie wybrzeżem Kaliforni, Oregonu i Washingtonu. Niespodziewana awaria naszego wiekowego kampera spowodowała, że zmuszeni zostaliśmy do zmiany planu wycieczki. Musieliśmy też wielokrotnie improwizować, ale zachodnia część USA jest obszarem tak „kosmicznym”, że gdziekolwiek się pojawialiśmy znajdowaliśmy mnóstwo ciekawych miejsc godnych odwiedzenia.

Wyjazd okazał się kolejnym wspaniałym doświadczeniem turystycznym i ciekawą lekcją geografii dla naszego małego synka, który dopiero odkrywa świat podróży i wędrówek górskich. Musieliśmy również znaleść i czas na typowo dziecięce atrakcje typu place zabaw, baseny czy spacer po dworcu kolejowym w każdym odwiedzanym przez nas miasteczku, by nasz „Młody Gniewny” nie zaczął się buntować i chciał współpracować w codziennym planowaniu trasy i „czynności” podróżniczych.

Trasa: Chicago – Iowa – Nebraska – Wyoming – Utah (Saint George, Snow Canyon State Park: Pioneer Names trail, Putrified Dune trial, White Rock Amphiteatr trail) – Nevada (Panaca, Pioche, Cathedral George State Park: Millers Point, CCC Rest Area; Caliente; Oak Springs Trilobite Trail, Ash Springs, Valley of the Fire State Park: Elephant Rock trail, Fire Wave trail, White Dome trail, Mouse’s tank trail, Atlak Rock trail, Arch Rock; Las Vegas, Red Rock Park, Las Vegas, Charleston Wilderness Area: Fletcher Canyon trail, Red Rock Park: Ice Box Canoyon, Lost Creek Trail; Las Vegas, Boulder City, Hoover Dam, Mead Lake, Las Vegas, Buffington Pocket Road, Valley of the Fire: Elephant Rock, White Dome trail; Las Vegas, Ash Meadows National Wildlife Refuge, Devils Hole – Death Valley National Park, Rhyolite Historic Site, Goldfield, Tonopah), California (Mono Lake), Nevada (Genoa, Carson City, Virginia City, Dayton State Park, Dayton ,Virginia City, Lake Tahoe, Incline Village, Zephyr Cove, Nevada Beech, Cascade Falls Trail), California (South Tahoe City, Squaw Valley), Nevada (Reno, Fallon, Grimes Point and Hidden Cave, Austin – Stokes Castle, Eureka, Ely, Great Basin National Park/Lehman Cave), Utah (Cedar City, Spring Creek Slot Canyon, Cedar Breaks National Monument, Panguitch, Red Canyon – Arches Trail, Hoodoos trail; Bryce Canyon National Park: Navajo & Queens Garden trail, Kodachrome Basin State Park – Nature trail, Angel’s Palace Trail, Shakespeare Arch Trail; Grand Staircase-Escalante National Monument – Grosvenor Arch, Cannonville, Escalante, Boulder, Torrey, Capital Reef National Park – Gooseneck Trail, Panorama Point trail, Fruita; Hanksville, Natural Bridges National Monument – Owachomo Bridge trail, Blanding, Monticello, Wilson Arch, Looking Glass Arch, Moab, JayCee Park Recreation Site, Fisher Towers, Westwater Canyon), Colorado (Grand Junction, Glenwood Springs, Maroon Bells Recreation Area, Gypsum Recreation Site, Breckenridge, Georgetown, Idaho Springs, Denver), Kansas, Missouri (Hannibal), Illinois (Dickson Mounds Museum w Levistown, Chicago)

Nevadamapad

Przewodniki: Atlas&Gazetter Utah, Atlas&Gazetter Nevada, Atlas&Gazetter California, Nevada – Scott Smith, Southwest USA & Las Vegas – Eyewitness Travel Guides.

Noclegi: kempingi $14-20, hotel Circus Circus w Las Vegas $33/noc, National Forest, BLM – bezpłatnie (Na terenach należących do National Forest i BLM – Bureau of Land Management można nocować {rozbić namiot i rozpalić ognisko} za darmo w dowolnym miejscu z wyjątkiem obszarów znajdujących się w niedalekiej odległości od dużych miast lub jeśli istnieje takowy zakaz; wszystkie niezbędne informacje i bezpłatne mapy można uzyskać w lokalnych Ranger Stations)

Środek transportu: Toyota Camper 1987 w rozsypce plus „chwilowo” wypożyczona Kia Soul w Las Vegas (koszt $24/dzień wypożyczalnia Dollar na lotnisku McCarran)

SONY DSC

Długość trasy: 6103 mile = 9822km

Koszt benzyny: $1,534

Uważać na!!!: węże – grzechotniki na terenach pustynnych Utah i Nevady

Dzień 1 i 2

Wyruszamy odziani w letnie ciuchy nie zdając sobie sprawy co może nas spotkać wieczorem….. A wieczorem poprostu spada śnieg …. samochód poddaje się po kilku lekkich poślizgach i musimy zjechać z autostrady ukrywając się na stacji benzynowej w okolicy Des Moines w Iowa. Rano lekko zmarznięci wyruszyliśmy dalej mając nadzieję, że pogoda ulegnie znacznej poprawie… i tak też się na szczęście dzieje. W Nebrasce zatrzymujemy się na chwilkę na „rest area” przy Sod House (zjazd 211), a nastepnie w North Platte zaglądamy do Cody Park (Blue Star Memorial Hwy – zjazd 177 z autostrady nr 80), gdzie Janek w małym zoo pogląda lamy, osły i pawie (wejście bezpłatne). W parku jest też ekspozycja starych lokomotyw, ale niestety czynna do 7pm i z powodu naszego „spóźnienia” nie zdążyliśmy już jej obejrzeć. Dojeżdżamy do granicy z Wyoming i tam padamy na spoczynek na Pine Bluffs rest area (zjazd 401).

Dzień 3

Podmarznięci po zimnej nocy rozgrzewamy się gorącą kaszą z sosem grzybowym… z torebki i jadąc dalej na zachód zaglądamy po drodze do Sierra Trading Post (sklepu ze sprzętem turystycznym) w Cheyenne (5025 Campstool Rd), gdzie Mundek wynajduje kilka super „okazji”. Mijamy pola oblepione śniegiem co raczej nie napawa nas optymizmem. Jest za zimno, żeby ruszyć gdzieś na szlak. A szlaków jest tu wiele i to wcale nie tak daleko od autostrady. Może sytuacja zmieni się podczas drogi powrotnej. Mijamy Laramie – kolejne duże miasto pokryte śniegiem i zawiane wiatrem. Z autostrady zjeżdżamy do Green River i po zatankowaniu na lokalnej stacji Maverick zaczynamy się wspinać w kierunku Flaming Gorge (Utah). I tu zaczęła się pierwsza samochodowa porażka naszej wyprawy. Nasza maszyna traci siłę… nie daje się wrzucić wstecznego… silnik zaczyna co chwilę gasnąć i nie chcie ponownie odpalić, ku naszej rozpaczy….. Po chwili namysłu rezygnujemy z wyprawy ku jeziorom i wracamy do miasteczka, gdzie na cywilizownej już stacji benzynowej dotankowywujemy najlepszej benzyny i dolewamy sporą dawkę „dopalacza”(octan buster $6). Postanowiliśmy sunąć dalej autostradą i monitorować zaistniały problem. Co jakiś czas dolewamy najlepszą benzynę i z „nożem na gardle” bacznie obserwujemy zachowanie naszego pojazdu. Nie może się przecież zepsuć na początku naszej wycieczki…. Popychani silnym wiatrem pędzącym z siłą ponad 50 mil/h jakoś jedziemy chociaż nasza prędkość jest znacznie niższa niż pchającego nas wiatru. Dojeżdżamy do końca Wyoming już w nocy. Otuleni w ciepłe śpiwory zasypiamy błogo kołysani przez wiatr.

Dzień 4

Pierwszy poranny postój robimy sobie w „Starbuksie” w Salt Lake City i trafiamy akurat na prezentację parzenia kawy połączonej z jej degustacją. Prezentacja jest bardzo ciekawa i zabieramy ze sobą trochę nowego doświadczenia i znacznie podwyższone ciśnienie. Jedziemy dalej na południe autostradą by w końcu zacząć wspinać się 8 mil stromymi serpentynami w kierunku Mount Nebo.  Przed nami pojawia się nieoczekiwanie szlaban uniemożliwiający dalszą jazdę. Żadnych informacji na temat zamkniętej drogi wcześniej nie było …. Wracamy więc do autostrady i suniemy nią dalej na południe. Zatrzymujemy się na „home made… by Zuza” burito i wypuszczamy Jaśka na podbój placu zabaw. Nastepnie w Beaver – malutkim miasteczku słynącym z turystycznych atrakcji z epoki gorączki złota, (ale jakoś nic takiego nie udaje nam sie odkryć) podregulowaliśmy silnik śrubokrętem i ruszamy dalej. Pod wieczór zajeżdżamy pod Walmart Supercenter w Saint George, gdzie po zakupach zasypiamy w otoczeniu pachnących parkingowych kwiatów. W końcu jest cieplutko. Zaczynamy wakacje!

Dzień 5

Wstajemy jeszcze  przed świtem i ruszamy w kierunku Snow Canyon State Park ($6 wjazd/auto). Miasteczko Saint George jest czyściutkim, przyjemnym miejscem i sam wjazd przez jego przedmieścia do parku stanowego jest bardzo spektakularny. Kaktusy, kwiaty, piękne rezydencje w kolorze piaskowym – wszystko utrzymane w idealnym stanie i guście. Płacimy za wjazd – a w zasadzie wrzucamy koperte z opłatą, bo akurat nikogo w budce strażniczej nie ma i wjeżdżamy do Snow Canyon. Niestety pogoda się psuje, nadciągają ciemne chmurzyska i zaczyna padać deszcz. Mimo wszystko zatrzymujemy się w każdym punkcie i wychodzimy chociaż na krótkie szlaki. Janek szaleje w piasku wykopując koparką wielkie doły, po czym wspina się z pasją na wszystkie skałki na szlaku Pioneer Names (długość szlaku 0,5 mili).

 

SONY DSC

Na szlaku Pertified Dunes (długość 1 mila) Janek rozchlapuje każdą napotkaną kałużę, wskakując w nie z nieograniczoną predkością.

DSC03423c

 

SONY DSC

Podczas ostatniego szlaku, na który idziemy – White Rock Amphiteatr (długość 1 mila) w końcu wychodzi słońce i z wielką radością wspinamy się na zastygnięte białe wydmy, które teraz na tle niebieskiego nieba wyglądają oszałamiająco.

SONY DSC

SONY DSC
White Rock Amphitheater trail
DSC03532a
kaktusy na szlaku White Rock Amphitheater

Po szybkim obiedzie ruszamy 18-tką na północ i dalej drogą 56 na zachód do granicy stanowej z Nevadą. W miasteczku Panaca szukamy bezskutecznie gorących źródeł (opisanych w przewodniku o Nevadzie…. autor chyba nigdy tu nie był bo jego opisy zupełnie nie pasowały do rzeczywistości). Nasz samochód znowu nie czuje sie dobrze….. co jakiś czas mamy problem z odpaleniem silnika. Skręcamy na północ jadąc Greenbay Basin Parkway’em do „ghost town” Pioche – górniczego miasteczka o ciekawej „wybuchowej”historii i reputacji najniebezpiecznego na dzikim zachodzie. Wybudowany tu w 1876 roku z wielkim rozmachem sąd (Courthouse), na którego budowę kredyt spłacany był przez 70 lat, po czym jak już został spłacony to budynek opuszczono, bo nie nadawał się już do użytku publicznego. Z założenia koszt budynku miał wynieść około $26,000 ale po tylu latach koszty odsetek zaciągniętego kredytu wzrosły do $650,000. Nikt w miasteczku nie chciał płacić podatków więc spłata trwała tak długo. W mieście rządził ten, kto miał broń a więc rządził każdy. Po spłaceniu długu sąd zamknięto i wybudowano nowy budynek, służący do tego celu. Poza tym miasteczko słynęło kiedyś z hucznych, suto zakrapianych zabaw, które w końcu doprowadziły do wielkiego wybuchu i „zmiecenia” miasteczka z powierzchni ziemi. Ruszamy więc na południe 93-ką w stronę Cathedral George State Park ($7/auto) – Millers Point, gdzie spacerujemy krótkim szlakiem pośród wieżyczek i gliniastych pomarańczowych iglic …. popędzani wiatrem.

SONY DSC
Miller’s point

SONY DSC

Zchodzimy na chwilę na dół do dolinki, ale z powodu deszczu musimy szybko się ewakuować, bo maszerowanie po mokrej glinie jest bardzo niebezpieczne, a wręcz poprostu niemożliwe….

DSC03634

Dalej jadąc na południe wjeżdżamy już bezpośrednio na stanowy kemping ($17/noc, prysznice). W końcu odpoczywamy przy ognisku. Janek nurza się dla zabawy w kurzu i popiele. W nocy burza i silny wiatr telepie naszą budą unimozliwiając spokojny sen. Jak na razie pogoda nie sprzyja naszej podróży.

Dzień 6

Od rana znowu pada deszcz… ale zbieramy się z kempingu i ruszamy na szlak (rozpoczynającego się  w CCC Rest Area).

SONY DSC

SONY DSC

Deszcz przestaje padać, a my ślizgamy się po mokrej powierzchni…. nie ma możliwości utrzymania równowagi… Janek wygląda jak błotna kula, unurany od stóp do głów w lepkiej glinie.

DSC03707

Ku jego dezaprobacie musimy go umyć pod hydrantem, znajdującym się na parkingu.

SONY DSC

SONY DSC

Po pokonaniu rozjeżdżonej już przez inne auta gliniastej brei zwanej drogą parkową docieramy do 93- ki i wyruszamy dalej na południe. Zatrzymujemy się na chwilę na stacji benzynowej w celu dolania uzdatniacza do paliwa bo znowu nasz Rvik cienko przędzie. Po chwili rozlega się olbrzymi huk i na nasze auto spadają kule gradowe wielkości piłek tenisowych. Cóż pogoda jest iście niewakacyjna jak na razie… W Caliente zatrzymujemy się przy zabytkowej stacji kolejowej i spacerujemy wsród wagonów, (na specjane życzenie Jaśka oczywiście).

SONY DSC
Caliente

dsc03756.jpg

SONY DSC

Znowu spada deszcz więc uciekamy do auta. Dalej jadąc na zachód 93 docieramy do Biura BLM gdzie przemiła rangerka „częstuje” nas stertą map i pomocnych informacji. Dzięki jej wskazówkom docieramy do miejsca zwanego Oak Springs Trilobite Trail (droga szutrowa 5881 odchodząca od 93) (szlak 1/3 mili w jedna stronę) i tu ku naszej uciesze znajdujemy skałę z odciśniętym kawałkiem trylobita z przed 530 milionów lat. Trylobity były morskimi stawonogami uważanymi obecnie za przewodnią skamieniałość kambru.

trilobits

Pani z BLM-u poinformowała nas, że jeśli uda nam się znaleść jakąś skamieniałość możemy ją sobie zatrzymać na własność!!! Niewiarygodne. Cieszymy się okropnie, bo przecież nie na codzień znajduje się takie geologiczne cudo. W dalszych poszukiwaniach przeszkadza nam deszcz, którego mamy już serdecznie dosyć. Po zaledwie pół godzince przeczesywania terenu musimy ewakuować się do auta.

SONY DSC

Wracamy do głównej drogi (nr 93) i dojechawszy do skrzyżowania skręcamy na południe w stronę Ash Hot Springs. Na przeciwko stacji Shell (do gorących źródeł nie ma żadnych kierunkowskazów) po przejechaniu kilkudziesięciu metrów zatrzymujemy sie na parkingu (bezpłatny wjazd)  i przebrawszy się w stroje kąpielowe moczymy się w cudownej gorącej źródlanej wodzie …. w padającym znowu deszczu. Miejsce to opanowane jest przez lokali, którzy delikatnie mówiąc zostawiają po sobie niezły śmietnik.

SONY DSC
Ash Hot Springs

Następnym naszym punktem jest wystrzowy Valley of the Fire State Park ($10/auto). (Dojeżdżamy tam skręcając z 93-ki na 168 i dalej do autostrasy 15 a potem 169 przez Logandale i Overton).

SONY DSC
wjazd do parku Valley of the Fire

Pierwszym punktem w parku jest Elephant Rock, do którego prowadzi króciutki szlak z parkingu przy wjeżdzie do parku.

SONY DSC
Elephant Rock

Ponieważ dzień już nam się kończy udajemy się bezpośrednio na malowniczy Arch kemping ($20/noc; woda w kranikach). Palimy ognicho i smażymy kiełbaski.

Dzień 7

Zaczynamy dzień o 5.30 rano i po obfitym śniadaniu ruszamy na podbój parku.

SONY DSC

Pierwszym punktem jest szlak The Wave – szlak niezaznaczony na mapie parkowej i trzymany w jakimś wielkim sekrecie przez pracowników parku. Trzeba zatrzymać się na parkingu # 3 – około 5 mil od Visitor Center i przejść na drugą stronę drogi, gdzie znajduje się kierunkowskaz z napisem „Fire Wave Trail 0.6 mile” (wg nas milarz się nie zgadza…. w rzeczywistości jest znacznie dalej). Szlak jest niesamowicie spektakularny i nie można go pominąć odwiedzając ten park. Punktem kulminacyjnym jest wielka fala naturalnie wyrzeźbiona w piaskowcu na końcu tego szlaku.

SONY DSC

SONY DSC

A pogoda znowu nam się psuje…. co doprowadza nas do wielkiej rozpaczy…. taki plener fotograficzny, a warunki niestety znowu niesprzyjające. Janek szaleje niezważając na pogodę wspinając się na wszystkie skałki. Spędzamy tam 2 godzinki rozkoszując się pięknem przyrody i samotnością. Po zejściu ze szlaku jedziemy na sam koniec parku do White Dome. Tu już zaczyna nam towarzyszyć słońce…..

SONY DSC
Wyjście na szlak White Dome

Szlak (długość 1,5 mili) prowadzi do miejsca zwanego slot canyon czyli wąskiego kanionu wyrzeźbionego przez rzekę. Kolejna niesamowita miejscówka, której nie można ominać.

SONY DSC
wejście do kanionu (slot canyon)

DSC04087s

Tu już przybywa więcej turystów bo szlak widnieje na oficjalnej mapie parkowej. Ciekawe formy skalne w kolorze pomarańczowym i slot kanion w którym można się schować przed palącym słońcem z pewnością przyciągają tłumy w sezonie wakacyjnym.

DSC03999a

Wracając zatrzymujemy się na każdym parkingu i miejscu widokowym,

SONY DSC

DSC04138j

i na koniec wycieczki idziemy jeszcze na szlak Mouse’s Tank (długość 1 mila), gdzie można podziwiać petroglify

SONY DSC
petroglify

i powspinać sie na dziwaczne w swych kształtach skałki, przechodząc przez wąskie labirynty.

DSC04185t

Wyjeżdżamy z głównej części parku i cofamy sie do Seven Sisters, gdzie gotujemy sobie spaghetti i rozkoszujemy się posiłkiem w otoczeniu czerwonych piaszczystych posągów…i jaszczurek.

SONY DSC

Następnie Mundek wdrapuje sie na Atlak Rock gdzie na wysokości można podziwiać petroglify wyryte w skale. Zatrzymujemy się jeszcze na chwilkę przy Arch Rock

SONY DSC

i już przy zachodzącym słońcu dojeżdżamy do kempingu, gdzie rozpalamy wiekie ognisko i urządzamy Jankowi bąbelkową kąpiel w wanience.

Dzień 8

Wstajemy o świcie i ruszamy jeszcze raz zdobyć szlak The Waves….

SONY DSC

ale po dotarciu do „fali” słońce jak na złość kryje się za chmurami i pomimo 2 godzinnego na nie oczekiwania nie wychodzi już by oświetlić nam swoim blaskiem skały.

SONY DSC

Więc sesja zdjęciowa znowu się nie udaje…..

SONY DSC

SONY DSC
koniec szlaku The Wave

Wyjeżdżając zahaczamy jeszcze na chwilę o Visitor Center, żeby zaczerpnąć trochę fachowej wiedzy na temat geologii regionu. Przy budynku rośnie dużo ciekawych okazów kaktusów osaczanych przez pszczoły szukające nektaru w nieliczine już kwitnących kwiatach.

SONY DSC

Wyjeżdżamy w końcu w południe w kierunku Las Vegas, gdzie zamierzamy wygrać kilka tysiaków w kasynie. Samo miasto jest dla nas odrażające….no może poza główną ulicą – The Strip – prezentującą się nadmuchanym bogactwem i przepychem. Wystarczy zboczyć z głównej ulicy by zobaczyć zalegające na każdym rógu śmieci, koczowiska bezdomnych i zapijaczononych degeneratów….  Parkujemy i wyruszamy na wymuszony spacer zaczynając od hotelu Luxor, który jak się okazuje w folderach wygląda znacznie korzystkiej niż w rzeczywistości. Generalnie szwędamy się od holetu do hotelu i „podziwiamy” uroki miasta – stolicy rozpusty i taniej rozrywki. W hotelu New York Janek zasiada w końcu przy maszynie i zaczyna grać….. dobrze mu idzie na początku…ale niestety wtapia swoje całe kieszonkowe. Zrozpaczony próbuje naciagnąć nas na kolejne wrzutki, ale jako „odpowiedzialni”rodzice pozostajemy nieugięci i zamiast siedzić i przegrywać razem z nim ruszamy z powrotem do samochodu. Wyjeżdżamy z miasta w kierunku Red Rock Park (na zachód ulicą Charlston Blvd). Jest  już ciemno i znalezienie kempingu przyspaża nam trochę problemów. Przy głównej drodze nie ma kierunkowskazu informującego gdzie skręcić. W końcu odnajdujemy nasz nocleg pogrążony w diabelskich ciemnościach ($15/noc, brak wody i elektryczności; dojazd: 2 mile na wschód od Visitor Center; 1 mila na południe od skrzyżowania z Moenkopi Rd). Ani jednego małego światełka, cisza i spokój…. wszyscy śpią jak zabici….. znajdujemy chyba ostatnie wolne miejsce i udajemy się na zasłużony odpoczynek.

Dzień 9

Wstajemy o świcie pełni sił i entuzjazmu przed odwiedzeniem kolejnego widokowo wystrzałowego parku. Musimy czekać przed bramą wjazdową bo Red Rock otwierają o 6am (wjazd $7/auto). Zwiedzanie trzeba zacząć bardzo wcześnie kiedy to jeszcze temperatura nie osiąga zawrotnych temperatur przekraczających tu 40°C. Wspinamy się z trudem na pierwszą górę, samochód ledwo zipie…. druga wyższa góra już niestety jest dla nas nie do zdobycia…. samochód na dobre się rozklekotał i zamiast do przodu musimy wyjechać jednokierunkową drogą pod prąd w dół do wjazdu. Zatrzymujemy się na chwilę przy Visitor Center by pozbierać myśli i ułożyć plan działania w zaistniałej sytuacji kryzysowej. Jadąc wczoraj wieczorem Charston Boulevard zauważyliśmy „Polish Deli” (5900 W Charleston Blvd) i tam właśnie zamierzamy się udać, by zapytać o jakiegoś dobrego mechanika w okolicy…. Miły pan sprzedawca podaje nam numer do warsztatu chińskich magików (Sonnic Auto tel (702) 876-1988; 3730 Regulus Ave) i tam też się niezwłocznie udajemy… ledwo już dyszącym autem, którego silnik gaśnie…. na każdym skrzyżowaniu. Do tego upał daje się nam poważnie we znaki. Przez najbliższe dni temperatura w Las Vegas ma siegać 40°C…. Chińscy magicy w słomianych kapeluszach zbadali Kampera i wydali wyrok dla nas szokujący. Mamy dwie opcje i w zasadzie obydwie nieciekawe. Pierwsza to remont zaworów silinka i potrwać ma to 7 dni (nie dający gwarancji, że to zadziała na dłuższą metę), a druga opcja to wymiana silnika i to potrwać ma też niby około 7 dni, ale jest wersją bardziej kosztowną aczkolwiek pewniejszą. Magik Szef daje nam numer telefonu na szrot, gdzie kolejni już amerykańscy magicy proponują nam „refurbished engine” z 3 letnią gwarancją  – sprowadzany z Meksyku. I ta opcja wydaje się być najbardziej sensowna. Koszt samego silnika to $2,000. Ale nie mamy za bardzo wyjścia więc się zgadzamy i z bólem serca podajemy numer karty kredytowej. Dzięki znajomościom z panem chińczykiem unikamy zapłacenia podatku (sales tax) i możemy starać się o zwrot $250 oddając im nasz stary zdezelowany „engine”. Ponieważ tranzakcji dokonujemy w piątek po południu…. cała akcja ratunkowa rusza dopiero w poniedziałek rano…. i od tego momentu zaczyna się kolejna nerwówka i oczekiwanie…. Ledwo zipiącym pojazdem poruszamy się na przestrzeni 3 mil kwadratwych przybierając styl koczowników. Plac zabaw z fontannami (istna petarda dla dzieci – Essex Circle Park) – biblioteka (6301 W Charleston Blvd&4280 S Jones Blvd,) – Sturbucks – Walmart… tak wyglada nasz dzień. Musimy schładzać się w klimatyzowanych pomieszczeniach bo w przeciwnym  razie czekała by nas niechybna śmierć z przegrzania…….

Dzień 10 & 11 &12…

Koczujemy w „skwarze”…..bojąc sie ruszyć gdzieś dalej… silnik odmawia posłuszeństwa i gaśnie co 10 sekund….. Od palcu zabaw, gdzie spędzaliśmy poranki  udajemy się następnie do biblioteki, potem do Sturbuksa na ożeźwiajace frappucino, następnie do Walmartu na spacer w klimatyzowanej przestrzeni pomiędzy półkami i znowu na plac zabaw. Znalezienie zacienionego parkingu w Las Vegas graniczy z cudem……..poprostu masakra. W międzyczasie koczowania rezerwujemy sobie hotel na następne 3 dni, żeby zaznać trochę „luksusu”podczas wakacji. (Noclegi w ciagu tygodnia można znaleść nawet i poniżej $40 natomiast w ciągu weekendu ceny skaczą na powyżej $120 za noc). Dewizą tego miasta jest hasło: ”Eat Sweet – Play Big– Sleep Cheap”….I właśnie do tego trzeciego się dostosowywujemy.

SONY DSC

Dzień 13 & 14 & 15 & 16…

Rano jedziemy sobie do „downtown” na spacer a następnie przenosimy się do hotelu Circus Circus (2880 S. Las Vegas Blvd) by w bardziej przystępnych warunkach oczekiwać na naprawę naszego dyliżansu. Korzystamy z „uciech” hotelowych… basenu i przede wszystkim klimatyzacji…. która przy tak wielkim upale jest po prostu zbawieniem.

SONY DSC

W hotelu, który oferuje całą gamę uciech dla dzieci Janek ma nie lada zabawę – ogląda pokazy cyrkowe odbywające się co 45 minut (bezpłatne), gra na „maszynach” i co ciekawe udaje mu się nawet wygrać pluszowego delfina w wyścigach konnych.

SONY DSC

W hotelu jest też wesołe miasteczko (Adventure Dome) ale to chyba tatuś wydaje się tu bardziej zadowolony z przejażdżek niż mały Janek. Udajemy sie też na „Strip” i odwiedzamy kilka hoteli – Treasure Island, Venetian, Wynn & Encore.

SONY DSC

SONY DSC
Venetian Hotel

Silnik przyjeżdża do warsztatu magików w czwartek czyli po 6 dniach…. i chłopaki biorą się do roboty.

Dzień 17

Dzisiaj do 10 rano musimy opuścić hotel, więc o świcie Mundek udaje się (autobusem Deuce; bilet dwugodzinny $6) do wypożyczalni samochodów Dollar po auto (najtańsze stawki oferują wypożyczalnie ulokowane przy lotnisku McCarran). (Cena za dwa dni wypożyczenia auta $48). Ładujemy tobołki do czerwonego Kia Soul i opuszczamy w końcu to okropnie rozgrzane miasto. Wjeżdżamy 157-ką w Charlston Wilderness Area (północny zachód od Las Vegas). W końcu dzikość – góry, lasy i temperatura około 20°C. Zajeżdżamy do Visitor Center po kilka mapek i informacji na temat szlaków i po krótkiej dyskusji wybramy 4 milowy szlak – Fletcher Canyon.

SONY DSC
Fletcher Canyon

Wszystko było by w porządku, gdybyśmy mieli ze sobą plecak – nosidełko, którego zapomnieliśmy zabrać z kampera… Janek zakończył swoją 3 godzinną wędrówkę na rękach taty … i obydwaj panowie byli tym faktem niemiłosiernie wymęczeni. Ale ogólnie mówiąc szlak okazał się przyjemnym spacerem wśród ponderosa pines, a na jego końcu dotarliśmy do wąskiego kanionu z pionowymi skałami.

SONY DSC

Jeśli chodzi o „cywilizowany” nocleg to nie mieliśmy jakiejkolwiek szansy na znalezienie wolnego miejsca – z 5 campingów czynne były tylko 2 i niestety obydwa załadowane po brzegi. Wynaleźliśmy więc miejsce wzduż drogi Mack’s Canyon z pięknym widokiem na otaczające nas góry, gdzie poza nami nocowało dziesiątki innych osób. (Jedynym mankamentem był zakaz palenia ognisk). I w końcu nas znowu porządnie wymroziło…. jaka to była rozkosz po tylu upalnych dniach w rozgrzanym mieście.

DSC04744

Dzień 18

Wygnieceni po nocy, którą spędziliśmy na rozłożonych siedzeniach auta zbieramy się szybko i ruszamy dalej w kierunku Red Cayon, żeby trochę rozprostować kości na szlaku. Pogoda iście wakacyjna – słońce przypieka …a na pustyni jest to jak wiadomo trudne do wytrzymania.

SONY DSC

Śmigamy „Kiją”po górzystej trasie i wyskakujemy co chwila podziwiać widoki.

SONY DSC

Wybieramy szlak Ice Box Canoyon – jeden z bardziej spektakularnych w tym parku. Niestety jakimś dziwnym trafem okazuje się, że znaleźliśmy sie na zupełnie innym szlaku…Lost Creek trail…zataczając pętle…..a  to zapewne „dzięki” złym oznaczeniom.

DSC04825

Nie tylko my pobłądziliśmy… wiele osób zastanawiało się gdzie się znalazło….. i wszyscy wędrowali z mapami ….. Przeszliśmy okolo 1 mili i dotarliśmy do jaskini na której to szlak się kończył i potem „objazdami” trafiliśmy z powrotem na parking. Janek całą drogę pokonał o własnych siłach krocząc dzielnie na przodzie naszej grupy. Upał dawał się we znaki więc nie ryzykujemy naszego zdrowia dłuższymi wędrówkami…. Wyjeżdżamy z parku i dzwonimy do naszych mechaników… i niestety dowiadujemy się, że nasza maszyna jeszcze nie jest gotowa. Musimy więc zadzwonić do wypożyczalni i przedłużyć kontrakt na „Kiję”. Zajeżdżamy więc do supermarketu Whole Foods żeby spokojnie coś zjeść i skorzystać z intenetu. Jak się oczywiście okazało pojawiły się problemy z wypożyczeniem auta i musimy jutro o 6 rano go zwrócić, żeby uniknąć wysokiej kary. Wcześniej ktoś inny nas poinformował, że za niewielką dopłatą ($10/dzień) możemy bez problemu przedłużyć czas wypożyczenia…. Cóż pani po drugiej stronie słuchawki jest „skandalicznie” nieprzyjemna więc nie ma sensu z nią dyskutować. Robimy rezerwację na ich stronie internetowej i o dziwo koszt wypożyczenia tego samego auta jest jeszcze niższy niż za ostatnie 2 dni. Musimy się „gdzieś się podziać” przez następne dwie doby i planujemy w związku z tym wycieczkę nad Hoover Dam. Autostradą 515-tką opuszczamy miasto i 93-ką dojeżdżamy do Boulder City – przytulnego małego miasteczka, w którym zaglądamy najpierw do Muzeum Kolejowego (Nevada State Railroad Museum; 600 Yucca street) a następnie słuchamy muzyki na żywo na koncercie odbywajacym się w jego centrum. Boulder City zostało zbudowane przez United States Bureau Reclamation (Biuro Rozwoju Stanów Zjednoczonych) w celu zapewnienia noclegu robotnikom budującym na rzece Colorado Zaporę Hoovera. Zakazano wtedy sprzedaży alkoholu i uprawiania hazardu w obrębie miasta, gdyż mogłyby to obniżyć wydajność robotników. Do dziś jest to jedyne miejsce w Nevadzie, gdzie kasyna są zabronione. Ruszamy dalej w kierunku zapory i przejeżdżamy  nowym mostem „Mike O’Callaghan–Pat Tillman Memorial Bridge”  przekraczając granicę z Arizoną, a nastepnie zawracamy by 93-ką wjechać na tamę. Przed samym wjazdem jest parking dla zwiedzających (a przed nim policyjny punkt sprawdzający), gdzie się zatrzymujemy i wdrapujemy na wysokie schody by dotrzeć do nowowybudowanego mostu i z tamtąd podziwiać panoramę Hoover Dam. Z 260 – metrowej wysokości widok w dół napawa o zawrót głowy. (Jest to drugi pod względem wysokości most w USA). Na budowę tej zapory zużyto 2,5 mln m³ betonu, co wystarczyło by na zbudowanie dwupasmowej drogi o długości około 5,400 km  – łączącej Seattle z Miami. Przejeżdzamy przez tamę i zawracamy by udać sie nad jezioro Mead (Lake Mead Recreation Area – wjazd $10/auto) drogą Lakeshore Road w poszukiwaniu noclegu. Są tu dwa kempingi – pierwszy z nich okazuje się być załadowany po brzegi, popędziliśmy więc szybko na północ na następny i co nas zdziwiło camping ($10/noc) był puściusieńki i niesamowicie pachnący – każde pole namiotowe otoczone kwitnącymi kwiatami powodowało, że kemping wydawał z siebie aromatyczną woń kwiatów. Bierzemy zasłużoną kąpiel pod kranem i zapadamy w któtki sen.

Dzień 19

Wstajemy o 4.30am… niestety … musimy zdążyć do wypożyczalni samochodów by oddać naszą Kiję na czas. A czas kończy się o 6 am. Jedziemy do wypożyczalni tylko po to żeby wypełnić kolejny „papierek” i zamienić czerwoną Kia Soul na czerwona Kia Soul… czyli totalny bezsens. W dodatku cena jest jeszcze niższa niż wcześniejsze wypożyczenie. Jest niedziela rano, a my mamy czas do poniedziałku …. jedyną logiczną propozycją jest Valley of the Fire …znowu. W przewodniku czytamy o ciekawej terenowej drodze Buffington Pocket, gdzie też niezwłocznie się udajemy…. Niestety nie ma tu żadnych oznaczeń a pracownicy pobliskiej stacji benzynowej nic na jej temat nie wiedzą…. trochę krążymy i w końcu znajdujemy tę właściwa trasę. (po przejechaniu 2 mil dopiero postawili znak informujący, że jest to właśnie Buffington Pocket Road). Trasa jest „bardzo terenowa” ale nasza Kia Soul daje sobie radę, aż do momentu kiedy to droga zamienia się w wyschnięte koryto rzeki z narzucanymi wielkimi głazami, po których to już jechać się nie da. Autor przewodnika na 100% nie był tutaj i przepisał chyba jakieś bzdury z innej książki. Napisał mianowicie, że zwykłym samochodem można przejechać…. Próbujemy wszystkich możliwych dróg i niestety nie da się pod żadnym względem pokonać tego terenu. Chcieliśmy przebić się na drugą stronę drogą o nazwię Bitter Springs Trail  Backcountry Bayway. Zniechęceni zawracamy do głównej trasy i postanawiamy jechać bezpośrednio do Valley  of the Fire State Park. Zatrzymujemy się przy pierwszym szlaku – Elephant Rock, gdzie krążymy wśród błyszczących w słońcu pomarańczowych skał.

SONY DSC
Elephant Rock

Następnie przy Seven Sisters urządzamy sobie piknik ….przy rockowej muzyce płynącej z radio. Z pełnymi brzuchami jedziemy do głównej części parku drogą Mouse’s Tank Road zaglądając do Silica Dome/Fire Canyon i dalej na sam koniec do White Dome.

SONY DSC

Szlak tym razem „atakujemy” od tyłu dochodząc do zacienionego slot canyon  i tam spędzając ponad godzinę  rozkosztując się chłodem i podglądając dwie dorodne jaszczórki – Gila Monsters (Holoderma Arizońska).

DSC04941

SONY DSC

Wracamy tą sama drogą i z powodu okropnego upału postanawiamy udać się bezpośrednio na camping i odpocząć, bo szczerze powiedziawszy byliśmy skrajnie wyczerpani pobudką o 4 rano i wszechobecnym palącym słońcem. Palimy szybkie ognisko i po kilkunastu minutach zapadamy w błogi sen.

Dzień 20

Wstajemy o poranku połamani z lekka….. z nadzieją, że to właśnie dziś odzyskamy nasz kempingowóz i w końcu się porządnie wyśpimy. Śniadaniujemy razem z muchami na Atlatl Rock Picnic Area zajadając się „przepysznymi” amerykańskimi bułami popijanymi wodą. Opuszczamy park w niedługim czasie i udajemy się na nieco lepsze drugie śniadanie do Mariana’s market (meksykańskiego supermaketu w Las Vegas). Dla mnie i Jasia okazuje się to lepsza wersja posiłku gdyż zamawiamy tradycyjne burito z kurczakiem natomiast Mundek – zawsze eksperymentujący w nadmiarze – zamawia coś co nie nadaje się do konsumpcji a mianowicie przepikantne skrawki ryby o nieznanej nazwie na wielkim kukurydzianym chipsie polane tabasco i popijane horciatą. (idealny wybór na poranną przekąskę). Po wypełnieniu brzuchów jedziemy już bezpośrednio do warsztatu magików chińskich po odbiór naszej super maszyny ale …. okazuje się, że trzeba jeszcze uzbroić się trochę w cierpliwość bo chłopaki zabrali się do naprawiania kolejnej wykrytej usterki…. trzeba czekać jeszcze na uszczelkę, którą mają w niedługim czasie dowieść ze sklepu motoryzacyjnego i potem jeszcze chwil kilka na jej zainstalowanie. W międzyczasie jak Mundek rozmawia z mechanikami ja obserwuję uliczną balangę brygady zasiniaczonych żulików Vegasowskich. Leżą w stercie śmieci pod palmą i dźwigają ciężkie puszki z piwem owinięte w foliowe reklamówki, a co chwilę dochodzi do nich kolejny zawodniknik lub zawodniczka….. Smród ich obozowiska unosi się aż do okolicy naszego auta.. czyli jakieś 50 metrów. Jak można w ogóle żłopać ciepłe piwo w temperaturze powyżej 40°C w pełnym słońcu? Mundek wraca z wiadomością, że mamy jakieś 3 godziny czasu wolnego…. więc udajemy się do sklepu Whole Foods na zimną lemoniadę…. i darmowy internet…. Spędzamy kilka chwil na placu zabaw z fontannami, żeby Janek też miał „chwilę dla siebie”. Aż w końcu nastąpuje długo oczekiwany przez nas moment – odbiór RV-ika od mechanika!!! Jedziemy dwoma wehikółami w kierunku wypożyczalni samochodów i po załatwieniu wszystkich formalności związanych z oddaniem Kiji jesteśmy WOLNI!!! Oczywiście nie obywa się bez problemów – Jakoże oddajemy auto dzień wcześniej niż podaliśmy w rezerwacji, pracownicy nie mogą znaleść naszego konta w komputerze i odsyłają Mundka na górę i na dół i z powrotem i w końcu i tak nie dostajemy podpisanej umowy oddania pojazdu. Kiedy w końcu opuszczamy Las Vegas (jadąc na zachód 160-tką) czujemy się pełni energii i optymizmu, że w końcu ruszamy (jak nam sie wydaje…) na niczym nieograniczone wakacje. Jakoże dzień już ma się ku końcowi zatrzymujemy się zaraz po wyjechaniu z miasta na Mountain Spring Pass w Red Rock Canyon Consevation Area na niewielkim parkingu (wyjście na szlak Old Spanish Trail) i zapadamy w błogi sen.

Dzień 21

W końcu się porządnie wysypiamy…. jak bosko jest wstać rano po nocy spędzonej w naszym kochanym kamperze i nie czuć się połamanym i wygniecionym (tudzież przygniecionym np. Jankiem). Po szybkim śniadaniu ruszamy dalej 160-tką na północny zachód, mozolnie wspinając sie na przełęcz Mountain Spring. Mijamy Pahrump, (gdzie zatrzymujemy się na tankowanie i szybkie zakupy owocowo-warzywne w Safeway’u), i tuż za miastem skręcamy w Bell Vista Road na zachód prowdzącej do Ash Meadows National Wildlife Refuge (wstęp bezpłatny).

SONY DSC

Szlakiem po drewnianych kładkach wędrujemy do źródełka (Point of Rocks Road), gdzie pływają endemiczne rybki o wdzięcznej nazwie pupfish. Obszar Ash Meadows jest bardzo unikatową oazą (jedna z ostatnich na „South West”). W latach 80-tych ubiegłego stulecia chrapkę na ten obszar mieli deweloperzy, ktorzy chcieli wybudować na tym terenie kolejne osiedle z polami golfowymi i basenami, ale na szczęście Sąd Najwyższy pokrzyżował im plany nadając temu obszarowi  status parku przyrody.

SONY DSC

Następnym punktem odwiedzanym przez nas jest Devils Hole (należący do Parku Narodowego Death Valley), i Visitor Center oraz półmilowy szlak (pętelka) Crystal Spring do źródełka z bardzo ciekawymi tablicami informacyjnymi. Jadąc dalej przez pustynię dobijamy do drogi nr 373 i skręcamy w 95-tkę (Amargosa Valley) na zachód. I tu w przysłowiowym „szczerym polu” pustynnym… stoi sobie bank  – malutki budyneczek – dookoła pustynia i nic więcej – widok iście zadziwiający, bo po co komu bank na środku pustyni???. W Beatty skręcamy na zachód w 374 w kierunku Rhyolite Historic Site „ghost town” (wstęp bezpłatny) (4 mile od skrzyżowania).

SONY DSC

SONY DSC

Jest tu dom zbudowany z 30,000 butelek po piwie zatopionych w betonie i ruiny banku, więzienia, szkoły i stacji kolejowej (umieszczonej za ogrodzeniem i oznaczonej jako „napromieniowana”).

SONY DSC
Dom zbudowany z 30,000 butelek po piwie zatopionych w betonie

Warto tu zajrzeć chociaż na chwilkę i poczuć „ducha” z czasów gorączki złota, kiedy to ówcześni mieszkańcy na początku XX wieku cieszyli się betonowymi chodnikami, elektrycznymi latarniami, publicznym basenem oraz operą i własną miejską gazetą.

SONY DSC

Wracamy z powrotem do Betty i tankujemy bo następna stacja benzynowa jest dopiero za 94 mile (takowa informacja umieszczona jest na znaku w miasteczku). Ruszamy na północ 95-tką w kierunku Tonopah, mijając po drodze malownicze góry i wznosząc się mozolnie na kolejne przełęcze. Po drodze mijamy chyba najbardziej zaniedbane miasto jakie kiedykolwiek widzieliśmy w życiu – Goldfield – niby „ghost town” ale ciągle zamieszkałe przez 320 żyjących osobników szukających namiętnie złota w okolicznych górach. Same budy i posklecane baraki, ale żywej duszy tu nie uświadczysz…… chyba, że policzymy 3 osobników zawodowo zajmujących się piciem piwa pod sklepem. W centrum miasteczka znajduje się zrujnowany Goldfield hotel w którym podobno straszy (miejsce to wielokrotnie pokazywano w amerykańskich „TV Shows” jako nawiedzane przez duchy). Niegdyś był on najbardziej luksusowym hotelem  pomiędzy Chicago i San Francisco…. na jego otwarciu w 1908 roku szampan lał się po frontowych schodach kaskadami….  No cóż dzisiaj to wszystko bardzo marnie wygląda. Suniemy dalej na północ do Tonopah, gdzie docieramy już po zmierzchu. Miasto położone na środku pustyni wita nas rozświetlonymi neonami. Zaglądamy do Tonopah Station Hotel, który okazuje się być mini muzeum wypełnionym po brzegi „antykami” i witającym nas przy wejściu wypchanym brunatnym misiem. Z kasyna unosi się nieprzyjemny gęsty papierosowo-cygarowy zaduch, który odstrasza nas od chociażby zajrzenia do środka. Jakoże już zdecydowanie nastała pora do spania – wyjeżdżamy z miasta 95-tką na zachód do miejsca zwanego Millers Rest Area. Okazuje się to całkiem przyjemne miejsce oferujace bezpłatny camping, ”dump station” i łazienki.

Dzień 22

Po wspaniale przespanej nocy pucujemy się od stóp do głów i dopiero około południa wracamy z powrotem do Tonopah by powłóczyć się po skansenie – Central Nevada Museum (1900 Logan Field Rd, czynne wtorek-sobota 9am-5pm, wstęp bezpłatny).

dsc05070_1.jpg

SONY DSC

Miejsce jest bardzo klimatyczne i trzeba je zobaczyć – stare kabinki mieszkalne (w tym domek chińskiego robotnika zrobiony w starym zbiorniku po wodzie o pojemności 1 m³), szopa kowalska, stary młyn, pordzewiałe koparki i spychacze i wiele innych „ciekawostek” (łącznie z wystawą żywych kaktusów i wielkich minerałów z umiejscowionymi przy nich tabliczkami opisującymi ich nazwę i występowanie.

SONY DSC

SONY DSC

Po zwiedzeniu skansenu i muzeum udajemy się do miasteczka by zobaczyć hotel Mizpah, gdzie na ścianach lobby umieszczone są czeki podpisane przez różne ważne osobistości dawnych czasów goszczące w tym hotelu (m.in. aktorki Jamie Lee Curtis). Podobno ten hotel też jest nawiedzany dość często przez duchy…. Wyjeżdżamy z Tonopah 95-tką/6-tką na zachód i mijając miasteczko Coaldale i Basalt, wspinamy się na malowniczą przełęcz Montgomery  by dotrzeć w końcu do granicy z Californią.

SONY DSC

W miasteczku Benton tankujemy do pełna bo nie mamy pojęcia gdzie trafimy na nastepną stację benzynową. Benton jest malusieńką mieściną z jednym hotelikiem B&B i kempingiem (ceny za miejsce kempingowe zaczynają się od $40/noc) oferującym dostęp do gorących źródeł. Wspinamy się stromą 120-tką w kierunku Mono Lake (droga w zimie jest zamykana). Dzień ma się ku końcowi więc zaczynamy rozglądać się za noclegiem. Zjeżdżając w dół 120-tką mijając sosnowe zagajniki „Jeffrey Pines” należące do National Forest i tu skręcamy w małą leśną dróżkę, która doprowadza nas do polanki, gdzie postanawiamy rozbić obozowisko. Rozpalamy ognisko (w przygotowanym przez zapewne poprzedniego obozowicza kręgu z kamieni) i pieczemy bułki z cebulą i popijamy piwko celebrując tak wspaniale spędzony dzień. Miejsce okazuje się być idealne na nocleg.

DSC05169

Temperatura w nocy spada znacznie, ale powietrze jest cudownie mroźne i rześkie.

Dzień 23

Wstajemy o 7am i na dzień dobry rozgrzewamy sie gorącą herbatą. Po szybkim śniadaniu ruszamy 120-tką w kierunku Mono Lake zjeżdżając w dół doliny i podziwiając oświetlane wschodzącym słońcem pasma górskie należące do Yosemite National Park. Tuż obok miejsca gdzie nocowaliśmy znajduje się historyczny „marker” – Mono Mills – miejsce po dawnym młynie, ciekawie zagospodarowane i wyposażone w tablice informacyjne opisujace życie indian na tym terenie – (Kutzadika People) (głównym przysmakiem tych Indian były obrzydliwe suszone larwy much… ja nie mogę nawet o tym czytać więc zajmuje się zbieraniem wielkich sosnowych szyszek do naszej kolekcji). Zajeżdżamy w końcu na parking przy Mono Lake (wstęp $3/osoba, system kopertowy czyli wypisuje się na kopercie swoje dane, wkłada do środka pieniążki i wrzuca do skrzyni z dziurką, a karteczkę z danymi przyczepia do szyby auta). Kopert niestety w skrzyneczce brak, więc wstęp mamy bezpłatny. Nakładamy traperskie buty i idziemy na szlak (długość 1 mila – pętelka) w kierunku alkaicznego jeziora (zasolenie tu jest trzykrotnie większe niż w morzu).

SONY DSCSONY DSC

Na plaży zalegają białe tufowe formy o dziwacznych kształtach – niezwykle fotogeniczne. Wszędzie unoszą się roje much, ale na szczęście nie przeszkadzają nam one w spacerowaniu.

SONY DSC

SONY DSC

Po 1,5 godzinki wracamy na parking wypełniony już po brzegi turystami. Jadziemy 395- tką na północ i zaglądamy na chwilkę do Visitor Center, aby zasięgnąć informacji na temat Lake Tahoe, gdzie się wybieramy (niestety ranger okazuje się bardzo niekompetentny i nic w zasadzie się nie dowiadujemy). Warto dodać, że z tego miejsca wjeżdża się do Yosemite National Park (droga nr 120 odchodząca na zachód) ale my nie  jesteśmy kaskaderami i naszym wehikółem się tam nie pchamy. Mieliśmy już szansę kilka lat temu gościć w tym parku i z czystym sumieniem polecamy go każdemu kto kocha góry. Również nieco na północ drogą nr 270 odchodzącą na wschód dojeżdża się do petardy wśród „gost town’ów” Bodie State Park. Jeden z najlepiej zachowanych i najurokliwszych miasteczek – duchów jakie kiedykolwiek widzieliśmy w Stanach.

dsc05328.jpg

Wspinamy się 395-tką stromą albo powiedziałąbym bardzo stromą drogą na przełęcz (2480 m.n.p.m.) skąd rozpościerają się widoki (zapierające dech!) na turkusowe Mono Lake i okolice (Mono Lake Vista Point).

SONY DSC

SONY DSC

Mijamy Bridgeport i za rozwidleniem z drogą nr 108 zatrzymujemy się nad rzeką w celu uzupełnienia kalorii. Janek z Mundkiem udają się w poszukiwaniu wielkich szyszek, a ja przygotowywuję specjalność dnia czyli makaron z sosem pomidorowym….  Powietrze jest tu rześkie i niezkazitelnie czyste. Po obiedzie suniemy dalej na północ 395-tką i zatrzymujemy się na placu zabaw w miasteczku Walker. Po godzinie zjeżdżania, biegania i huśtania jedziemy już dalej na  północ mijając przepięknie lśniące w słońcu Topaz Lake i z powrotem wjeżdżamy do witającej nas wszechobecnymi kasynami – Nevady. Za Minden skręcamy na zachód do miasteczka Genoa (szczycącym się najstarszym barem w Nevadzie – 2282 Main street) i tu również korzystamy z uroków placu zabaw huśtając się aż do zmierzchu. Jest niesamowicie zimno więc huśtać się musimy popijająć gorącą herbatę z cytryną, bo w przeciwnym razie nasza zabawa na mrozie zakończyła by się zapewne przeziębieniem. Robimy rundkę po miasteczku i zatrzymujemy się na parkingu przy Mormon Station Historic State Park (czynne 10 am – 4pm), gdzie spędzamy noc, bo nic ciekawszego nie chce nam się szukać (zostaliśmy po raz kolejny wprowadzeni w błąd przez oznaczenie na mapie Nevady, na której widnieje jak byk, że w Genoa jest kemping…. cóż niestety go tam nie ma).

Dzień 24

Wstajemy o świcie obudzeni przez robotników naprawiających drogę obok naszego kampera i rezygnując z czekania na otwarcie parku stanowego wyruszamy w kierunku Carson City i atrakcji dzisiejszego dnia czyli muzeum kolejnictwa (Nevada State Railroad Museum 2180 S. Carson street, czynne 8.30am-4.30pm od piątku do poniedziałku, $6/osoba). Jesteśmy na miejscu przed otwarciem muzeum, a więc zaczynamy eksplorować zewnętrzne wystawy czyli w skrócie mówiąc lokomotywy i wagony.

SONY DSC

Janek jest w wniebowzięty i pozuje nawet do zdjęć, co nie zdaża się mu często. Oczywiście problemem staje się opuszczenie tego miejsca bo nasz synek  – fascynat kolei – chciałby tu zostać znacznie dłużej.

SONY DSC

Przejeżdżamy „zabytkowymi” uliczkami miasta pełnymi wiktoriańskich domów i zaglądamy na chwilkę do Kapitolu (101 N. Carson Street, czynne 8am-5pm, wstęp bezpłatny). Następnie 50-tką wyjeżdżamy z miasta kierując się do Virginia City. Do miasta prowadzą dwie drogi – 341 łagodniejsza (dla ciężarówek) i 342 z ostrym podjazdem dla osobówek. Z przyczyn oczywistych wybieramy 341-kę i pniemy się w górę wcale nie łagodnym podjazdem mijając stare kopalnie złota i przekopane hałdy. Po dotarciu na miejsce ….ku naszej (a najbardziej Jasia) rozpaczy dowiadujemy się, że zabytkowym pociągiem Virginia & Truckee Railroad możemy się przejechać ale dopiero jutro. Jutro zaczyna się oficjalnie sezon wakacyjny (Memorial Weekend) i w związku z tym odbedzie się również parada. Nie pozostaje nam nic innego jak przenocować gdzieś niedaleko i rano powrócić by skorzystać w pełni z oferowanych tu atrakcji. Powędrowaliśmy po miasteczku zaglądając do małych sklepików z minerałami i kiczowatymi pamiątkami, muzeum straży pożarnej (wejście bezpłatne)

SONY DSC

i kopalni Ponderosa Mine, do której wejście znajduje się bezpośrednio w barze Ponderosa Saloon (bilet $6 /osoba, 106 South C Street) i która oferuje 20- minutowe wycieczki z przewodnikiem wgłąb kopalni.

SONY DSC
Ponderosa Mine

Na nocleg obieramy pobliski kamping w Dayton State Park ($18/noc, prysznicy brak), który poza miejscem na ognisko nie oferuje żadnych atrakcji i jest powiedziałabym najnudniejszym kempingiem, na jakim do tej pory nocowaliśmy. Nawet do kibelka (jedynego) trzeba drałować przedzierawszy się przez gęste zarośla „sagebrush’a”, chyba, że ktoś ma ochotę iść kilometr w jedną stronę drogą asfaltową. Nawet Janek nie ma ochoty wyjść z samochodu, żeby się ogrzać przy ognisku. A do tego najadamy się kukurydzianymi chipsami zaprawianymi tłustą, serową salsą do tego stopnia, że brzuchy (i nie tylko) nam dosłownie rozsadza.

Dzień 25

Po śniadanku wyruszamy na ponowny podbój Virginia City, zaglądając po drodze do  historycznej części Dayton (gdzie oglądamy z zewnątrz sklep Levi Strausa, muzeum ze starociami i wiekowe pordzewiałe samochody). Parkujemy w centrum Virginia City i kupujemy bilety na 35 minutową przejażdżkę pociągiem (Virginia & Truckee Railroad) w Visitor Center (oferujacym zniżki na wszystkie atrakcje w mieście. Bilet $10.50/osoba).

SONY DSC

SONY DSC

Wycieczka okazuje się ciekawym doświadczeniem, szczególnie dla Jasia, który pierwszy raz w życiu ma szanse przejechać się wagonem „zaprzęgniętym” do lokomotywy parowej.

SONY DSC

Pociąg przejeżdża przez tunel dojeżdżając do miasteczka Gold Hill i po 5 minutowej przerwie „na papierosa” wraca z powrotem do Virginia City.

SONY DSC

Po przejażdzce pełni wrażeń „wdrapujemy się” na główną ulicę, gdzie właśnie rozpoczęła się parada z okazji „Memorial Day” (Dzień Pamięci Narodowej) i paradujący w niej uczestnicy rzucają w widzów cukierkami i rozdają flagi amerykańskie, co z kolei staje się główną atrakcją dla żądnego wrażeń Jasia.

SONY DSCSONY DSCSONY DSCSONY DSCSONY DSC

Żeby tego było mało to Jasiek naciąga nas jeszcze na lody i frytki, po zjedzeniu których dostaje tzw. „kociokwiku” czyli niespożytej energii połączonej z marudzeniem i wrzaskami. Jest to dla nas jednoznaczna wskazówka, żeby jak najszybciej ewakuować się z miasta. Wyjeżdżamy drogą 341 (a więc tą bardziej stromą… ale i bardziej widokową) i zaczynamy „mrożącą krew w żyłach” 21 milową wspinaczkę w kierunku Lake Tahoe (drogą 431 – Mount Rose Hwy). Silnik rozgrzewa się niebezpiecznie i zatrzymujemy się na odpoczynek przy Galena Creek Visitor Center, gdzie Mundi zaopatrza się w stos map i ulotek. Wybraliśmy chyba najbardziej stromy i najtrudniejszy podjazd do jeziora….. dając naszemu nowemu silnikowi nie lada zadanie do wykonania….. Pniemy się więc powolutku robiąc co kilka mil postój. Aż w  końcu z dumą robimy sobie zdjęcie na przełeczy z napisem Mount Rose Summit elevation 8900 feet (2,712 m n.p.m.) highest year round Sierra Pass. Staczamy się do Incline Village i udajemy się do miejskiej biblioteki w celu skorzystania z internetu i przy okazji dostarczenia rozrywki znużonego długą trasą Jasiowi. Miejsce okazuje sie bardzo przyjazne dla nas jak i dla Jaśka, który znajduje to mnóstwo atrakcji w postaci zabawek i bawiących się nimi dzieci. Przemiła pani bibliotekarka robi nam kopię kilku mapek okolicy i udajemy się na miejską plażę (wjazd bezpłatny) gdzie odziani w polary, szaliki i czapki spacerujemy w świetle zachodzącego słońca popychani przez pędzący z wielką siłą wiatr. Widok jeziora Tahoe otoczonego górami robi na nas piorunujące wrażenie. Powietrze jest jeszcze mrożne i temperatura około 5℃ a więc nie dziwi nas fakt, że prawie nikogo nie ma na plaży. Janek biega jak szalony skacząc pomiedzy gęsiami i rozstawionymi wszędzie leżakami.

SONY DSC

Zbieramy się już o zmierzchu i kierujemy się na południe drogą 28 w celu znalezienia jakiegoś przytulnego miejsca na nocleg. Ku naszemu zdziwieniu praktycznie nie ma się gdzie zatrzymać…. jest bardzo mało zjazdów widokowych. Wszędzie napisy informujące o zakazie parkowania w nocy. Jakoś przyjaźnie to nie wygląda. W totalnych ciemnościach znajdujemy już zatoczkę przy drodze i tam spędzamy noc otuleni po czubki nosów w ciepłe śpiwory.

Dzień 26

Budzimy się o świcie i spoglądając przez okno wpatrujemy się w stado pasących się obok naszego kampera sarenek. Rozgrzewamy się herbatą i ruszamy na podbój jeziora Tahoe. Zatrzymujemy się we wszystkich możliwych punktach widokowych i w końcu trafiamy na Zephyr Cove Beech (parking kosztuje tu $7 więc parkujemy bezpłatnie przy głównej drodze) – jednej z piękniejszych miejscówek nad jeziorem.

SONY DSC

DSC05667

Przez sosnowy lasek przedzieramy się na plażę i tam leżakujemy na piasku wpatrzeni w turkus jeziora i ośnieżone szczyty w jego tle. Kolejnym miejscem godnym polecenia jest Nevada Beech (i tu też jest opłata za parking $7 więc zatrzymujemy się przy głównej drodze i dreptamy przez kemping w kierunku plaży).

SONY DSC
Nevada beach

Temperatura troszkę już „podskoczyła” do góry i możemy zdjąć polary i czapki. Otoczeni przez dzikie gęsi odpoczywamy na plaży bawiąc się z Jasiem jego ulubioną koparką. Po godzinie wyruszamy dalej na zachód – przejeżdżając przez South Tahoe City (totalna komercha)

SONY DSC

i zatrzymujemy się za granicą National Forest przy Visitor Center, gdzie gotujemy w końcu obiad. Janek drzemie wymęczony po wariactwach na plaży. Objedzeni do nieprzytomności postanawiamy w końcu wyjść na jakiś szlak  i celem naszym staje się Cascade Falls Trail (długość 2 mile). O dziwo, żeby wyjść na szlak trzeba zapłacić $7 za parking (wyjście z kempingu) albo być „mieszkańcem” owego kempingu  – wtedy opłaty tej nie ma. Kemping jest wypełniony po brzegi, a więc nie mamy najmniejszej szansy, żeby tu zostać na nocleg ($17/noc, prysznicy brak). Parkujemy więc przed wejściem na szlak – uprzednio wypełniwszy pozwolenie (permit) na spacerowanie po terenie „wilderness” (nasze dane wypisane na karteczce należy wrzucić do skrzynki, a część dolną kartki przyczepić do plecaka w widocznym miejscu). Szlak jest bardzo spektakularny i niezbyt trudny, w związku z tym oblegany przez setki turystów.

SONY DSC

Wodospad niestety znajduje się po zacienionej stronie góry, co psuje znacznie jego wizerunek, ale widok oddalonego nieco jeziora Cascade w kolorze porażająco – granatowym, wielkie sosny i błyszczące w słońcu góry rekompensują wszystko.

SONY DSC

Wracamy po 1,5 godziny do auta i podjeżdżamy na Inspiration Point Vista – punkt widokowy na Tahoe, skąd z może setką innych turystów podziwiamy panoramę jeziora….przysłoniętą niestety przez drzewa.

SONY DSC

Z tego miejsca 89-tka zaczyna się piąć stromo w górę a widoki z niej są niesamowite. Dojeżdżamy do miejsca zwanego Vikingsholm skąd wychodzi szlak do wikingowego zamku (Vikingsholm Castle) (tu również trzeba zapłacić za parking $10), ale dla nas jest już zbyt późno by rozpoczynać wędrówkę. Zaczynamy powoli rozglądać się za noclegiem…. większość kempingów jest jeszcze zamknięta, a jeśli już coś znajdujemy okazuje się, że wszystkie miejsca są zajęte. Dojeżdżamy do kempingu Sugar Pine Point ($35/noc), który również pęka w szwach od turystów, ale miłą niespodzianką są gorące prysznice, z których dobra oczywiście korzystamy z rozkoszą (opłata za 10 min $1 w „quoterach”). Wyjeżdżamy z kempingu już w totalnych ciemnościach i praktycznie po omacku szukamy jakiejś zatoczki czy parkingu przy jeziorze w celu rozbicia obozowiska….. niestety Lake Tahoe to obszar szalenie komercyjny, obepiony dosłownie drogimi rezydencjami – pałacami i znalezienie noclegu na dziko okazuje się niezmiernie trudne. W końcu przy Kaspian Recreation Area znajdujemy zatoczkę przy drodze tuż nad jeziorkiem i tu parkujemy.

Dzień 27

Obudziwszy się o świcie oczom naszym ukazało się połyskujące w porannym słońcu Tahoe – zamiast jeść śniadanie idziemy na spacer ścieżką rowerową wdłuż jego wybrzeża.

SONY DSC

Powietrze jest rześkie i mroźnawe co jest alternatywą dla porannej kawy. Ruszamy na północ i zahaczamy jeszcze o „sielankową” Squaw Valley, gdzie w 1960 roku odbywała sie olimpiada zimowa. W samym resorcie na olbrzymim parkingu ustawione są w rzędach dziesiątki spychaczy, pługów śnieżnych, jakieś armatki śnieżne – wszystko to czeka na kolejny sezon narciarski. Ciągani na siłę przez Jaśka wsród tych wszystkich zimowych urządzeń wracamy po godzinie do auta i kierujemy się do 89-tki na północ i doliną rzeki Truckee dobijamy do autostrady nr.80. (Podsumowując wybraliśmy najtrudniejszą drogę dojazdową do Tahoe i najłatwiejszą wyjazdową…. zamiast zrobić to totalnie na odwrót). Autostradą w kierunku wschodnim dojeżdżamy do Reno (stolicy Nevady) – miasta zataczających się pijaków i bezdomnych niedobitków, obdrapanych ruder i przygasłych neonów. Ogólny obraz tego miejsca  nie zachęca nawet do zatrzymania auta, więc objeżdżamy jego główne ulice i uciekamy w kierunku bezludzia. W miasteczku Fernley odbijamy z autorstady na 50-tkę nazwaną „The Loneliest Road in America”. Nasz „fantastyczny” przewodnik po Nevadzie nie rekomenduje wycieczki tą trasą i dlatego właśnie postanawiamy nią pojechać. Pierwsze miasteczko, które mijamy – Fallon – słynące ze szkoły lotniczej (Navy Fighter Weapons School) i nisko latających wojskowych samolotów… nam jednak nie udaje się zauważyć ani jednego podniebnego ptaka podczas treningu. Zatrzymujemy się 7 mil za miasteczkiem na parkingu przed Grimes Point and Hidden Cave. Korzystając z  tego, że Janek się zdrzemnął, przyżądzamy obiad i czytamy przewodnik. Po wielkich trudach dobudziliśmy w końcu naszego twardziela i poszliśmy oglądać petroglify. (Zwiedzanie znajdującej się tu jaskini Hidden Cave jest możliwe tylko po wcześniej umówionej rezerwacji). Cały szlak to zaledwie pętelka o długości około 0,5 mili.

SONY DSC

W międzyczasie rozpętuje się burza więc czmychamy czym prędzej do samochodu i ruszamy dalej na wschód przez pustynie. Droga ta rzeczywiście nie należy do często uczęszczanych….. w zasadzie mijamy tylko kilka aut – przeważnie RV-ików w podobnym wieku jak nasz. Po horyzont widać tylko pustynie, góry i suche, pozbawione roślinności doliny, brak tu jakichkolwiek zwierząt i ptaków, a ciemne chmurzyska dodają groźnego charakteru całej okolicy. Jedziemy tak sobie pototalnym bezludziu … pod górkę i z górki…. 40 mil na godzinę … nie spiesząc się nigdzie….aż docieramy do Austin. Tu postanawiamy spędzić noc. wcześniej jednak zatrzymujemy się na stacji benzynowej ale tu przytrafia nam sie nieprzyjemna przygoda. Pistolet paliwowy zaklinowywuje się w baku i nie chce wyjść… benzyna wylewa się na zewnątrz zamiast zostać w baku. Mundi używa więc zbyt dużej siły co powoduje, że wyrwana pompa uszkadza nam wlew paliwa. Świetna wiadomość jak na miejsce gdzie w promilu 100 a może i 200 mil nie ma żadnego sklepu  z częściami motoryzacyjnymi….. Kombinujemy przez najbliższą godzinę, przykręcajac, przybijając, zaklejając i w końcu udaje się nam naprawić wyrządzoną przez tankowanie szkodę. W przewodniku znajdujemy informację o zamku, który stoi na pobliskim wzgórzu i nie majając innego pomysłu na nocleg udajemy się tam czym prędzej. Słońce już zaszło za horyzont, a my wspinamy się szutrową, wąską i bardzo stromą drogą w kierunku Stokes Castle (znajdujący się na liście „National Register and Historic Places”). Docieramy w końcu na sam szczyt wzgórza i oczom naszym ukazuje sie podświetlony mały granitowy zameczek (a w zasadzie jego ruiny) otoczony niestety płotem. Parkujemy i w przygotowanym do tego miejscu rozpalamy ognisko  – dobrze, że mamy zapasy drewna w kamperze, bo tu poza krzakami sagebrush’a nic do spalenia się nie nadaje. Spędzamy przemiły wieczór przy ognisku wpatrując się w niebo pełne gwiazd i księżyc rozświetlający swoim śwoatłem okoliczne pustynie i góry.

Dzień 28

Nad ranem zaczyna padać deszcz więc czym prędzej zjeżdżamy do miasteczka bo droga, którą tu wjechaliśmy jest bardzo kiepskiej jakości i podczas deszczu zamienia się na pewno w ślizgawicę z dodatkowymi atrakcjami typu niezaplanowany spadek w przepaść. Za miasteczkiem Austin wznosimy się praktycznie pionowo w górę na przełęcz (ledwo dając radę…..po kilku postojach). Droga jest niezwykle widowiskowa, pomimo gęstej mgły podziwiamy jaskrawożółte kwiaty porastające czarne granitowe wzgórza (klimat przypomina nam trochę Szkockie wzgórza). Mijamy kilka kempingów należących do Humbolt – Toiyabe National Forest i skręcamy w lewo na Hickison Petroglyph Recreation Area na teren kempingu, gdzie wychodzi szlak prowadzący do petroglifów. Niestety zaczyna okrutnie padać deszcz a nam nie chce się maszerować po kolana w powstałym szybko błocie. Jemy tylko śniadanie i zawracamy do głównej drogi kierując się dalej na wschód do Eureki. Korzystamy z okazji chwilowej zmiany pogody i odwiedzamy kilka ciekawych miejsc w tym miasteczku – m.in. Courthouse (zaglądamy do zabytkowej sali sądowej) i Eureka Operahouse, gdzie Jaś urządza sobie występ na scenie. Z powodu kolejnej nadciągającej ulewy wskakujemy szybko do auta i jedziemy dalej w kierunku Ely. Ku radości Janka pierwsze kroki kierujemy tu do muzeum kolei (Nevada Northern Railway Museum; 1100 Avenue A).

SONY DSC
Nevada Northern Railway museum

SONY DSC

Spacerujemy wdłuż torów (muzeum akurat dzisiaj jest zamknięte) i starych wagonów i docieramy do głównego budynku – garażo-magazynu lokomotyw.

SONY DSC

Pan mechanik pozwala nam wejść do remontowanej przez niego lokomotywy, a Janek promieniejąc ze szczęścia napycha sobie wszystkie kieszenie kawałkami węgla leżącymi obok kotła.

DSC05809i

SONY DSC

SONY DSC

Po 2 godzinach oglądania lokomotyw wyświniani smarami, węglem i nie wiadomo jeszcze czym jedziemy do centrum Ely. W miasteczku „nocują” dzisiaj kierowcy Bentley’ów odbywający rajd po stanach USA i Kanadzie – tworząc niesamowite widowisko – wszędzie zaparkowane są zabytkowe kabriolety z tablicami rejestracyjnymi pochodzącymi z całego świata, a kierowcy w starych skórzanych pilotkach przechadzają się główną aleją z zadartymi z dumy nosami. Mundi wsiąka w Bentlejowy świat… podchodzac do każdego auta i fotografując go z każdej strony… podniecawszy się przy tym jak mały chłopczyk. Zaglądamy do Convention Center (150 Sixth Street; dużo ciekawych ulotek i bazpłatnych map), gdzie znajduje się przekrój najstarszego (liczącego około 5,000 lat) drzewa na świecie (Bristlecone Pine).  Zaglądamy jeszcze do historycznego Nevada Hotel & Casino – gdzie w lobby stoją stare motocykle, a ściany zdobią  trofea myśliwskie bizonów, pum i jeleni oraz XIX-wieczne strzelby, niestety pani wyprasza nas grzecznie, zauważając niepełnoletność Jasia (w kasynach mogą przebywać tylko osoby pełnoletnie). Dzień ma się ku końcowi a więc opuszczamy miasto (wyjeżdżając drogą 93 na wschód) i udajemy się do Cave Lake State Park a w zasadzie wyjeżdżamy poza park szutrową drogą i nocujemy na polance (na obszarze Humbolt-Toiyabe National Forest). Wcześniej jednak zajeżdżamy do łazienki kempingowej i korzystamy z gorącej kąpieli w pięknej, nowoczesnej kabince prysznicowej (bezpłatne).

Dzień 29

Budzimy się o 6 rano przemarznięci na kość. Zdrapujemy szron z szyb i rozgrzewamy się goracą herbatą. Zawracamy do głównej drogi i mkniemy czym prędzej w kierunku Parku Narodowego Great Basin. Udaje nam się kupić bilety ($10/osoba) na 60 minutową wycieczkę do jaskini Lehman Cave na godzinę 11 rano (następna tura to 12.30pm). Rangerka nie pozwala nam zabrać ze sobą plecaka a nawet torby na aparat, tłumacząc to tym, że przejścia w jaskini są bardzo wąskie i moglibyśmy uszkodzić „wrażliwe” formy.

SONY DSC

DSC05874d

DSC05821q

Wycieczka okazuje się całkiem ciekawym doświadczeniem speleologicznym szczególnie dla Jasia, który przez cały czas jej trwania wędruje od stalaktytu do stalagmitu udając pędzącą lokomotywę parową. Naszym kolejnym celem … nieosiągniętym niestety jest wjazd drogą Wheeler Peak Scenic drive na wysokość ponad 3,000 m n.p.m. Podjazd okazuje się zbyt stromy dla naszego wehikółu i musimy niestety zawrócić. Samochód znowu zaczyna tracić moc… czyżby szykowała się kolejna wizyta u mechanika? Trochę zdenerwowani tym faktem wyruszamy 487-tką w kierunku Utah, robiąc częste postoje bo niestety nasz Rvik cienko przędzie pod każdą górkę, a górek jest tu sporo. Jeszcze na terenie parku zatrzymujemy się na małym parkingu, gdzie tuż za ogrodzeniem z drutu kolczastego ktoś wystawił na pokaz pordzewiałego graciucha, a w jego środku usadowił szkielet byka, który kopytami odejmuje kierownicę (nie wiadomo o co w tym wszystkim chodzi!!!! sztuka to czy jakaś przestroga dla podróżnych…)

SONY DSC

SONY DSC

Wieczorem docieramy do Cedar City i zaczynamy się rozglądać za jakimś warsztatem naprawczym bo z naszą limuzyną jest coraz gorzej – wtryskiwacze paliwa w silniku najprawdopodobniej nadają się do wymiany. Jakoże znaleźliśmy się w mieście wieczorem – wszystko poza Walmartem i spożywczym supermarketem (Safeway) jest już pozamykane. Tankujemy benzynę i propan, robimy zakupy i zasypiamy przed Walmartem pośród innych Rvików.

Dzień 30

Od razu po śniadaniu udajemy się do jedynej w mieście pralni publicznej należącej (niestety do bardzo przez nas nielubianej) sieci kempingowej KOA (1121 N Main St) – najbardziej dziadowskiej i zdzierczej instytucji turystycznej w Stanach. Nadęta „kierowniczka” pralek nie chciała nam podać hasła do internetu, twierdząc, że udostępnia go tylko klientom kempingu… jakbyśmy mieli jej ten internet pożreć w całości…. Po 1,5 godzinie spędzonej zatem we wpatrywaniu w kręcący się bęben pralki wsiadamy do auta i zaczynamy się wspinać 14-tką w stronę Cedar Breaks National Monument… nie idzie nam jednak najlepiej i po kilku milach wspinaczki decydujemy się zawrócić z powrotem do miasta. Znajdujemy mechanika (Miner’s Auto Repair, 590 N Main Street) i czekamy na ocenę stanu naszego samochodu i werdykt cenowy…..po kilku minutach już wiemy, że nasze przeczucia sie sprawdziły. Trzeba naprawić jeden i wymienić drugi wstryskiwacz paliwa i razem z robocizną wyniesie to nas $400. Wyboru za bardzo nie mamy więc zostawiamy maszynę w rękach profesjonalistów, a sami ruszamy do Visitor Center znajdujące się na przeciwko warsztatu. Przemiła pani opowiada nam o kilku ciekawych szlakach w okolicy i kseruje mapki i opisy z przewodnika. Wylegujemy się tam z godzinkę, Janek bawi się samochodzikami dostarczonymi przez ów przemiłą panią. W tym samym budynku znajduje się też muzeum chlubiące wpływ mormońskich kobiet na życie miasta (wstęp bezpłatny). Jakoże mamy jeszcze dużo czasu do „stracenia” wylegujemy się na trawie przed Frontier Homestead State Park Museum. Stoi tu olbrzymia koparka, która staje się obiektem zainteresowania Jasia.

SONY DSC

W końcu dostajemy sygnał, że nasze auto jest już sprawne i czeka do odbioru. Czym prędzej ruszyliśmy w kierunku rekomendowanego przez panią z Informacji Turystycznej szlaku – Spring Creek Slot Canyon (9 mil na południe od Cedar City, zjazd nr 51 z autostrady). Trzeba przejechać przez całe miasteczko Kanarraville, za ostatnim domem skręcić w lewo – na wschód – w szutrową drogę i zaparkować na końcu drogi. Nie ma tu żadnych oznaczeń dotyczących szlaku, ale nie sposób tu nie trafić.

SONY DSC

Ruszamy na szlak późnym popołudniem i cieszymy się, że nikogo poza nami tu nie ma.

SONY DSC

Cały kanion jest tylko dla nas. Co chwilę musimy przeskakiwać strumyk – co staje sie główną atrakcją Jasia, który to zamiast iść dalej szlakiem, zawraca i przeskakuje wodę po kilka razy, ciesząc się, że potrafi to zrobić samodzielnie. Szlak jest stosunkowo prosty (długość 4 mile), a jedyną przeszkodą staje się coraz większa szerokość przeskakiwanego przez nas potoku. Miejscami jest on trochę „przybagniony” i zapach jego przypomina stęchliznę, a do tego unszoszące się nad nim muchy dają jasno do zrozumienia, żeby zbyt długo nie zatrzymywać się w jednym miejscu.

SONY DSC

SONY DSC

Dochodzimy prawie do końca szlaku, do miejsca, gdzie znajduję się długa czerwona półka skalna o nachyleniu około 45 stopni – wdrapujemy się na nią i odpoczywamy.

SONY DSC

SONY DSC

SONY DSC

SONY DSC

Z powodu nadchodzącego zmroku zawracamy „prowadzeni” przez latające nad nami nietoperze, bojąc się żeby jakiś nie wkręcił się nam w rozwichrzone czupryny. Do auta wracamy już po zachodzie słońca i postanawiamy nie ruszać się już z miejsca do rana. Miejsce w którym zaparkowaliśmy dodatkowo „wyposażone” jest w okręg na ognisko, więc czym prędzej wykładamy zgromadzone przez nas drewno ze wszystkich zakamarków Rvika i rozpalamy największe w historii naszej wycieczki ognicho.

SONY DSC

Klimatu dodaje usiane gęsto gwiazdami niebo i przyjemny ciepły powiew wiatru.

Dzień 31

Wyruszamy o świcie w kierunku Cedar City i dalej 14-tką w kierunku Cedar Breaks NM. Droga 148 do monumentu wije się stromo w górę, a my sapiąc i zipiąc czołgamy się z licznymi postojami w kierunku szczytu na wysokość ponad 3,000 m. n.p.m. Na górze zalega jeszcze śnieg i jest okrutnie zimno.

SONY DSC

Odwiedzamy każdy punkt widokowy w zasadzie w samotności – nikomu w taki ziąb nie chce się wychodzić z samochodu i podziwiać widoków… a jest co podziwiać – olbrzymi amfiteatr wyrzeźbiony w czerwono – żółtawych zerodowanych skałach wapiennych budzi wszechobecny podziw.

SONY DSC

Opłata do parku wynosi $4 za osobę ale nie ma żadnej budki reangerskiej przy trasie, więc tej opłaty można uniknąć, (chyba, że ktoś chce zatrzymać się w Visitor Center – tam na pewno trzeba uiścić zapłatę).

SONY DSC

Zjeżdżamy 143-ką w kierunku Panguitch mijając po drodze liczne stadniny koni i zaglądamy do US Forest Ranger Station (225 E Center), gdzie bardzo kompetentny leśnik udziela nam wielu cennych wskazówek na temat Red Canyon – miejsca gdzie się udajemy. Pierwszy szlak jakim spacerujemy to Arches Trail (długość 1 mila; dojazd – Z 12-tki trzeba skręcić na północ w szutrową Casto Canyon Road i dojechać aż do parkingu skąd prowadzą kierunkowskazy na okoliczne szlaki). Arches Trail okazuje się istną petardą – mamy szczęście poruszać się po nim samotnie, gdzyż wiekszość turystów omija takie niekomercyjne miejsca pędząc w kierunku Parków Narodowych Bryce Canyon czy Zion. Troszkę musimy się powspinać na „płonące w słońcu” rude piaskowce, ale w nagrodę widok z, który mamy z góry jest piorunujący!!!

SONY DSC

Słońce tak rozpala te skały, że ich pomarańczowy kolor dosłownie szczypie w oczy.

SONY DSC

Formy skalne przypominają grzyby, stoły, łuki a powykręcane od wiatru gałęzie drzew dodają im niezapomnianego uroku. Po 2 godzinach wracamy do głównej drogi (nr 12) i dosłownie za milę czy dwie zatrzymujemy auto na poboczu by wdrapać się na Phototrail (długość 0,5 mili). Maszerujemy  stromo pod górę ślizgając się na żwirowo – piaszczystej powierzchni.

SONY DSC

Z góry obserwujemy „śmiesznych” turystów w liczbie około 50 sztuk wylegających z autokaru, którzy nawet nie przechodząc przez ulicę na stronę gdzie wychodzi szlak… pstrykają tysiące fotek  … mijają 2 minuty i już ich nie ma. A wystarczyło troszkę wysiłku fizycznego i można zobaczyć całą panoramę i niesamowite formy skalne, które z bliska robią ogromne wrażenie.

SONY DSC

Niecałą milę dalej na wschód znajduje się Red Canyon Visitor Center (łącznie z Dixie National Forest Visitor Center) prowadzone przez bardzo niekompetentnych ludzi, których wiedza ogranicza się tylko do podstawowych informacji na temat kilku miejscowych szlaków w wielkim ogóle i niedalekiego kempingu.

SONY DSC

Robimy króciutką pętelkę szlakiem Hoodoos niedaleko Visitor Center i zajeżdżamy na Red Canyon Campground, który jak poinformowała nas tabliczka przy jego wjeździe jest pełny. Wjechaliśmy jednak, żeby skorzystać z prysznica($2/5 minut), który się nam należał po dzielnie przemaszerowanych szlakach. Po wypucowaniu się wyruszamy dalej 12-tką na wschód, mijając dwa oświetlone zachodzącym słońcem tunele wyrzeźbione w piaskowcowych skałach.

SONY DSC

Skręcamy na południe w East Fork of the Silver River Road / Forest Road 111 w kierunku King Creek Campground nad rezerwuarem Tropic (7 mil od głównej drogi; $13/noc, prysznicy brak). Rozpalamy wielkie ognisko i ogrzewamy się jego ciepłem bo temperatura spada prawie do 0°C.

Dzień 32

Zrywamy się o świcie i gnamy do Bryce Canyon National Park – najczęściej odwiedzanego parku w stanie Utah, a może i nawet w całych Stanach. Rzeczywiście daje się to odczuć na każdym kroku. Przed samym parkiem wybudowano komercyjne miasteczko – Bryce Canyon City  – wyłącznie na potrzeby turystyki. A więc można tu wykupić przeloty helikopterem nad kanionem czy przejażdżki konne, są dziesiątki prywatnych kempingów z wszelkimi „wygodami”, sklepiki z pierdułkami itp. Bilet do parku kosztuje $25, ale jakoże jesteśmy przez godzinami oficjalnego otwarcia opłata nas nie obowiązuje – nie ma nawet żadnych kopert, gdzie można by było zostawić pieniądze. Zielone światełka przy bramkach wjazdowych dają jasno do zrozumienia, że w nagrodę za wczesną pobudkę możemy zwiedzać za darmo. Wjeżdżamy od razu na Sunrise Point (są tu dostępne przysznice $2) i nacieszywszy się porannymi promieniami słońca oświetlającymi Bryce Amphiteater.

SONY DSC

Jedziemy do Sunset Point, skąd wyruszamy na wędrówkę. Zdecydowaliśmy się na połączenie dwóch najbardziej spektakularnych szlaków w parku  – Navajo i Queens Garden dającymi łącznie długość 3 mil.

SONY DSC

Wydawało się to najrozsądniejszym rozwiązaniem zważywszy na możliwości 2,5 letniego brzdąca, mój wielki brzuch i wysokie temperatury jakie nas czekały na tym terenie. Rozwiązanie to jak się okazało wybrało większość turystów przebywająca w parku….. przez co (szczególnie idąc po Navaho trail) musieliśmy momentami przeciskać się pomiędzy nimi i czekać w kolejce aby zrobić zdjęcie bez niechcianego „tła”.

 

SONY DSC

Zeszliśmy najpierw stromo w dół po terassach, dochodząc do wąskiej gardzieli (Wall Street) i potem doliną do Queens Garden.

SONY DSC

Jedna z form rzeczywiście przypomina tu królową siedzącą na tronie (Queen Victoria).

SONY DSC

Wszędzie otaczają nas dziwaczne w kształtach formy pomarańczowych piaskowców i wapieni – nie wiadomo już w którą stronę kierować obiektyw aparatu….wszystko dookoła jest niesamowite.

SONY DSC

Najgorsza jest końcowa wspinaczka stromą ścieżką przy temperturze bliskiej 40°C…. co minutę robimy postój, pijemy „hektolitry” wody.

SONY DSCSONY DSC

Wykończeni wdrapujemy się na Sunrise Point, skąd już „rim’em” (Rim Trail) podążamy w kierunku naszego auta zaparkowanego przy Sunset Point. Padamy jak muchy…. słońce i wysoka temperatura wycieńczyła nas doszczętnie i nie mamy już ochoty na żaden szlak w dniu dzisiejszym. Gotujemy obiad i wyruszamy na objazdówkę autem po punktach widokowych parku.

SONY DSC

Dwa najbardziej spektakularne postoje to Inspiration Point i Bryce Point.

SONY DSC

SONY DSC

Wieczorem zajeżdżamy na Sunrise Point po zasłużony prysznic i zaczynamy rozglądać się za noclegiem. Dwa kempingi na terenie parku są wypełnione po brzegi więc podążamy w kierunku Kodachrome Basin State Park (wstęp $6/auto) w nadziei, że tam będzie nieco luźniej. W totalnych ciemnościach wjeżdżamy na teren parku i ku naszej rozpaczy wszystko jest również pozajmowane. Jedyną możliwością jaką mamy jest zaparkowanie przy jednym z miejsc kempingowych i czekanie w nadziei, że nie zjawi się strażnik parku i nas nie wygoni. I wszystko się udaje. Śpimy do rana.

Dzień 33

Rano wyjeżdżamy z kempingu i zatrzymujemy się przy wyjściu na szlaki Nature Trail (długość 0,5 mili) i Angel’s Palace Trail. Po śniadaniu wspinamy się na olbrzymią półkę skalną (na szlaku Nature Trail) i gramy z Jasiem we frisbee robiąc przy tym tysiące zdjęć.

SONY DSC

Szlak Nature choć bardzo krótki jest bardzo spektakularny i daje wiele możliwości „odskoczni” w bok  – wystarczy wspiąć sie na jakieś niewielkie wzgórze aby „zdobyć” kolejną świetny świetny widok do kolekcji.

DSC06511d

Po uzupełnieniu wody w bidonach ruszamy na Angel’s Palace Trail (długość 1,5 mili) – niesamowity szlak pełen fantazyjnych form skalnych i powykręcanych obumarłych pni jałowców.

SONY DSC

Spędzamy tu ponad 3 godziny, fotografując chyba wszystkie mijane przez nas grzybki, stożki i wieżyczki.

SONY DSCSONY DSC

Upał znowu daje nam się we znaki…. zmęczeni zwlekamy się ze szlaku. Decydujemy się na jeszcze jeden krótki szlak – Shakespeare Arch Trail (długość 1 mila), do którego dojeżdżamy szutrową drogą odchodzącą na wschód (od głównej parkowej drogi).

DSC06612

Szlak jest bardzo łatwy, ale wysokie temperatury spowalniają naszą wędrówkę i musimy robić postoje w cieniu każdego napotkanego drzewka Pinyon Pine. Trudy wynagradza nam widok piaskowcowego, połyskującego w słońcu, łuku wysoko nad naszymi głowami. Strzelamy kilka fot na jego tle i wracamy do auta tachając na plecach naszego małego piechura. Podjeżdżamy jeszcze do pilnowanego przez łaciatą krowę skalnego słupa (stojącego w szczerym polu), zwanego Chimney Rock (znajdującego się na wschodnim krańcu szutrowej drogi) i wytelepani jazdą po strasznie „powyszczerbianej” nawierzchi dobijamy do głównej drogi, parkując ponownie w miejscu, gdzie zaczynaliśmy dzisiejszy dzień. Bierzemy ożeźwiający prysznic w kempingowej łazience (bezpłatny/8 minut) i pełni energii ruszamy dalej. Postanowiliśmy spędzić noc przy Grosvenor Arch (leżący w obrębie Grand Staircase-Escalante National Monument). Dojazd do niego wiedzie szutrową drogą (Cottonwood Canyon Road) na południowy wschód od Kodachrome Basin State Park. Telepiemy się 11 mil po wybojach, czasami dosłownie wpełzając stromo pod górę, bacznie obserwowani przez pasące się na poboczu bydło. Droga nie należy raczej do najlepszych – ale ujechawszy już większy kawałek trasy nie chce nam się zawracać. Gdybyśmy wiedzieli wcześniej, że jakość tej drogi jest tak słaba na pewno nie zdecydowalibyśmy się nią jechać. Do łuku dojeżdżamy już po zachodzie słońca, ale Mundek jeszcze podbiega (krótkim szlakiem) pod jego podstawę i pstryka kilka fotek.

SONY DSC

Na parkingu co prawda jest tabliczka z informacją „Day use area” ale nie powstrzymuje nas to od zostania tu na noc. Perspektywa wracania po ciemku 11 mil w nieustajacej telepawce jest nie do przyjęcia. Nagrywamy śpiew ptaków na dyktafon, bo takiego koncertu to jeszcze w życiu nie słyszeliśmy i wymęczeni padamy spać.

Dzień 34

Wstajemy o świcie i bez spożywania śniadania zaczynamy mozolny powrót w kierunku drogi nr 12. Samochód dla odmiany zaczyna strasznie „pierdzieć” … wczoraj podczas jazdy po tej wyboistej drodze przedziurawiła się rura wydechowa. Teraz nie dość, że poruszamy się z zawrotną prędkością 10 mil na godzinę to jeszcze do tego wydajemy przeraźliwie brzmiące dzwięki. Dowlekamy się do Cannonville i chcąc zasięgnąć wiedzy na temat dalszej naszej podróży udajemy się do Informacji Turystycznej, która ku naszemu zaskoczeniu jest nieczynna w poniedziałki i wtorki (nawet łazienki są pozamykane). Ruszamy więc czym prędzej 12-tką na wschód w kierunku Escalante.

SONY DSC

Po drodze zatrzymujemy się w punkcie widokowym, skąd rozpościera się panorama na Powell Point i The Blues – najlepiej na świecie zachowana ciągłość geologiczna z okresu późnej kredy. (Odkryto tu wiele całościowych szkieletów dinozaurów).

SONY DSC

W Escalante Interagency Visitor Center mamy okazję podziwiać kości i kawałek skamieniałej skóry dinozaura. Budynek informacji jest raczej średnio „wyposażony” w różnego rodzaju gabloty i ekspozycje. Rangerka, z którą rozmawiamy, daje nam wyraźnie do zrozmienia, że nasze pytania są dla niej za trudne i wychodzą poza ramy jej wiedzy. Jedyna informacja, jakiej nam udziela (niestety smutna dla nas) jest to, że prom, którym mieliśmy popłynąć jest nieczynny z powodu remontu. Żeby trochę urozmaicić naszą wycieczkę chcieliśmy zjechać do Bullfrog i przeprawić się promem przez Lake Powell do Halls Crossing. Niestety plany nasze musiały znowu ulec zmianie. Podczas tankowania w miasteczku na tyłach stacji zauważamy mały zakład samochodowy i tu własnie kierujemy nasze kroki. Mechanik po dokręceniu paru śrub na złączce kolektora i rury wydechowej oddaje nasz pojazd i możemy dalej kontynuować naszą podróż. Zatrzymujemy się na ciasnym i zapchanym parkingu przy moście nad rzeką Escalante (Calf Creek Recreation Area), której woda okazuje się czyściutka i na tyle płytka, że Janek może sobie po niej brodzić i z powodzeniem zbierać kolorowe kamyki do swojej kolekcji. Jadąc dalej doliną rzeki Calf Creek wspinamy się na „garb” i tym garbem jedziemy mając po obydwu stronach przepaści – widoki dosłownie „wywalają w kosmos”.

SONY DSC

Docieramy do sielankowej wioski Boulder, słynnej z tego, że jako ostatnia osada w Stanach Zjednoczonych otrzymywała pocztę przywożoną na osiołkach.

SONY DSC

Za miasteczkiem droga zaczyna się wspinać, a nasz samochód rozgrzany i wymęczony całodniową „walką” odmawia posłuszeństwa. Zjeżdżamy więc na leśną drogę nr 165, (odchodzącą na północny zachód od 12-tki) i po przejechaniu około 2 mil znajdujemy super polankę na kemping. Niedaleko nas ktoś również rozwinął obóz. Zbieramy chrust i rozpalamy ognisko.  Mundi z radością dorzuca do ogniska zasuszone krowie placki (znalezione przy drodze) i cieszy się jak dziecko, kiedy to po zetknięciu z ogniem wybuchają……

Dzień 35

Samochód po nocnym odpoczynku całkiem dobrze zaczął sobie radzić wspinając się drogą nr 12 (nachylenie 10%) na wysokość ponad 2,900 m n.p.m. Musimy co prawda robić kilka postojów, ale nasz 26-letni kempingowóz jest i tak niesamowity, zważając na to, że wyciskamy z niego więcej niż on sam by sobie tego życzył. Mijane krajobrazy górskie urozmaicają rozsiane wszędzie brzozy i osiki. Powietrze jest rześkie i mroźne. Zatrzymujemy się w Wildcat Ranger Station, gdzie przemiła para staruszków – wolontariuszy obdarowywuje nas reklamówką pełną mapek i ulotek oraz kolorowanek dla Jasia. Ruszamy dalej podziwiając widoki i docieramy do Torrey  – małej wioski o dziwnie komercyjnym charakterze i wysokich cenach począwszy od paliwa po jedzenie. Skręcamy na wschód w 24-kę i dojeżdżamy w końcu do Capital Reef National Park.

SONY DSC

Zwiedzanie zaczynamy od dwóch krótkich szlaków  – Gooseneck (długość 2/3mili) i Panorama Point (długość 1/3 mili). (wyjście na nie znajduje się po południowej stronie drogi). Omijamy Visitor Center szerokim łukiem (bo tam pobierają opłatę za wjazd do parku) i wjeżdżamy w Scenic Drive, zatrzymując się przy Blacksmith shop. Chłopaki udają się na program dla dzieci prowadzony przez rangera po drugiej stronie drogi w małym budynku parkowym. Rozradowany Janek wraca po półgodzinnym wykładzie z naklejką misia na ręku. Jemy przygotowane przeze mnie burito i ruszamy dalej na południe do Fruita. W Gifford Farm House raczymy się domowymi lodami ($1/ sztuka) i kupujemy kilka słoików dżemów, zrobionych z lokalnych owoców. Co ciekawe – na jesień, kiedy to dojrzewają jabłka, gruszki i śliwki – pozwolone jest aby każdy, kto tylko ma na to ochotę jadł je do syta zrywając własnoręcznie z drzewa. Szkoda, że do jesieni jeszcze daleko…. zaspokajamy się więc dżemami ze sklepiku. Obok sklepiku znajduje się kemping ($10/noc, prysznicy brak), ale niestety wszystkie miejsca są już zajęte, więc nasz nocleg przypadnie na pewno gdzie indziej. Kemping jest idealny dla rodzin z dzieciakami, ale nietylko. Fruita to bardzo sielankowe miejsce – taka oaza zieleni na pustyni. Dojeżdżamy do końca Scenic Drive i wtaczamy się na szutrową dróżkę w stronę Capitol George.

SONY DSC

SONY DSC

Istna petarda krajobrazowa!!!.

SONY DSC

Nie bierzemy żadnego szlaku tylko podchodzimy do kanionu kilka kroków.

SONY DSC

Wracając zatrzymujemy się ponownie we Fruita i maszerujemy nad rzekę (Fremont River), gdzie Mundi i Jaś urządzaja sobie orzeźwiającą kąpiel. W drodze powrotnej do auta śledzimy świstaka, który spaceruje sobie po łące i co chwila znika w swojej norce umiejscowionej obok ławki. Pojawia się też sporo sarenek, które spokojnie skubią sobie trawę, nie widząc w nas zagrożenia. Słońce już zaszło więc czym prędzej pakujemy manatki i ruszamy w poszukiwaniu noclegu. Wyjeżdzamy z drogi parkowej i skręcamy w 24-kę na wschód. Już w półmroku zaglądamy do Historic Fruita School, petroglifów i na Hickman Bridge. Nocujemy na Orientation Pullout przy granicy parku (dostępne toalety… uwaga w środku mieszkają myszy).

Dzień 36

Rano postanawiamy skoczyć jeszcze w boczną drogę Notom – Bullfrog Road (długość 10 mil; asfaltowa nawierzchnia). Oczom naszym ukazuje się wspaniały widok oświetlonego wschodzącym słońcem Reef’u – WaterPocket Fold. Zawracamy z powrotem do 24-ki i pyrkamy sobie powolutku wzdłuż rzeki Fremont, mijając księżycowe krajobrazy.

SONY DSC

W Caineville zatrzymujemy się przy gospodarstwie oferującym rzekomo organiczne warzywa i owoce. Jedyne co tam jednak nam zaoferowano to malutki chlebek wielkości bułki za $5 i jakieś ciastka z kawą. Przed wjazdem do Hanksville skręcamy w boczną dróżkę na południe do BLM office, gdzie zaopatrujemy się w mapki i ulotki oraz zwiedzamy zabytkowy młyn (Volverton Mill), przywieziony tu w całości helikopterem z Mount Pennel. Młyn ten jest unikatowy, gdyż zaprojektowano go tak, by jednocześnie kruszył skały i ciął drewno. Tankujemy i robimy drobne zakupy w malutkim sklepiku przy stacji Shell’a. Skręcamy na 95-tkę na południe i jedziemy wśród połyskujących w słońcu czerwonych piaskowców. Robimy sobie krótki postój na Hog Springs Rest Area z myślą o spacerze wdłóż wyschniętego koryta rzeki. Niestety Mundka atakuje jakaś wstrętna mucha i nie mogąc się jej pozbyć w żaden sposób Mundek zmuszony jest biegiem zawrócić do samochodu i przeklinając z bólu, spowodowanym ugryzieniem. Upał daje się nam poważnie we znaki…. Temperatura dochodzi do 40°C….w cieniu. Wjeżdżamy w kanion i ponownie zatrzymujemy się w punkcie widokowym….. i tu ku naszemu wielkiemu zdziwieniu zamiast panoramy na Lake Powell widzimy tylko wyschnięte koryto…. wody praktycznie brak.

SONY DSCSONY DSC

Wygląda to nieciekawie… a tak bardzo chcieliśmy zjechać do Hite i popluskać się trochę w jeziorku. Na postoju zagaduje nas starsze małżeństwo Chorwatka i Rosjanin (podróżujący podobnym wiekowo do naszego kempingowozu) i troszkę sobie „razgawariwajemy” o podróżach po dzikim zachodzie. Zjeżdżamy na sztucznie utworzone tymczasowe dojście do rzeki Colorado, ale poza smrodem z przenośnego kibelka i starym pordzewiałym spychaczem nic tam ciekawego dla nas nie ma. Błotnisty nurt rzeki ciągnie za sobą jakieś kawałki gałezi i śmieci. Wjeżdżamy z powrotem na główną drogę (nr 95) i „sapiąc” z gorąca toczymy się dalej w kierunku Natural Bridges National Monument ($6/auto), mijając po drodze bajkowe krajobrazy.

SONY DSCSONY DSC

Do parku prowadzi droga nr 275.

SONY DSC

Wymęczeni wysoką temperaturą decydujemy sie tylko na jeden szlak – Owachomo Bridge schodzący stromo w dół po kamiennych stopniach i niestety pnący się pionowo w górę w drodze powrotnej.

SONY DSC

Schodzimy pod sam łuk i w jego cieniu spędzamy miło czas, robiąc zdjęcia i bawiąc sie z Jasiem jego ukochaną koparką.

SONY DSC

Powinien tu płynać strumyk ale z powodu upałów woda w nim wyschła. Zwiedzających w tym parku nie ma w zasadzie wcale, za to na kempingu ($10/noc, prysznicy brak, limit wody przypadający 5 galonów/osobę dziennie) brakuje wolnych miejsc. Na banerze stojącym przy kempingu jest informacja, że jeśli brakuje wolnych miejsc można nocować przy drodze lub w kilku innych miejscach bezpłatnie. Zajeżdżamy więc w jedno z takich miejsc – (szutrowa droga na Maverick Point) i tam odnajdujemy „uroczą” polankę z kręgiem kamiennym na ognisko. Po drodze mijamy wielu kempingowiczów ale nasza miejscówka to poprostu mistrzostwo świata. Mundek z Jasiem udają się po chrust, a ja przygotowywuję kolację.

Dzień 37

Janek budzi się jakiś niemrawy, ma gorączkę i pociąga nosem. Nie brzmi to dobrze, ale po dawce ibuprofenu dochodzi do siebie. Jedziemy na wschód 95-tką do Blanding, gdzie zatrzymujemy się w Visitor Center by chwilkę odpocząć, uzupełnić zapasy wody i dać upust energii Jasiowi, który pomimo choroby wariuje na placu zabaw. Niestety upał wypala szybko jego energię i wracamy do auta. Jedziemy drogą 191 na północ w kierunku Monticello. Tu w końcu znajdujemy niewielkich rozmiarów supermarket ze świeżymi owocami i warzywami. Ładujemy więc do koszyka tony jabłek, pomarańczy i pomidorów. Standardowo zaglądamy też do biblioteki, gdzie akurat odbywają się zajęcia dla dzieci, co dla Janka jest nie lada atrakcją, zważywszy na fakt, że tematem wiodącym jest ogrodnictwo i sadzenie roślinek. Jasio wychodzi rozpromieniony z uśmiechem od ucha do ucha, a w ręku dzierży własnoręcznie zasadzoną fasolkę (niestety fasolka ta nigdy nie wyrasta). Jedziemy na północ w kierunku Moab, zatrzymując się na chwilkę przy Wilson Arch, ale tu od razu osaczają nas Indianki sprzedające swoje rękodzieła, natarczywie nagabując do ich nabycia. Straszny tu tłum, bo to atrakcja łatwo dostępna –zabieramy się więc czym prędzej z powrotem. Dojeżdżamy do szutrowej drogi Looking Glass Road (nr 131) odchodzącej na zachód i tam skręcamy dojeżdżając po 2 milach do Looking Glass Arch – (miejsca nieopisywanego w żadnych przewodnikach, dzięki czemu nieobleganego przez turystów) – istne dzieło sztuki stworzone przez matkę naturę.

SONY DSC

W samotności wdrapujemy się pod sam łuk i pstrykamy tysiące zdjęć. Widoki z góry są rewelacyjne.

SONY DSC

Dobijamy w końcu do Moab  – turystycznej stolicy Utah i bazy wypadowej do przepięknych Parków Narodowych Arches i Canyonlands. Parki te odwiedziliśmy już podczas poprzednich naszych wycieczek i pomimo chęci do nich powrotu również i teraz, musimy jednak zrezygnować mając na uwadze konieczność jak najszybszego powrotu do domu. (Do Arches National Park i tak nie moglibyśmy wjechać naszym kempingowozem bo istnieje takowy zakaz). Po szybkich zakupach m.in. piwa ważonego lokalnie (nie polecamy – niesmaczne) jedziemy drogą 279 wzdłuż rzeki Colorado (i torów) aż do końca, robimy zdjęcie zachodzącemu słońcu…

SONY DSC

i zawracamy na kemping Williams Bottom ($10/noc, prysznicy i wody brak), gdzie zostajemy na noc. Na kempingu znajduje się przedziwny kibelek bez dachu i drzwi, a jedynym znakiem, że ktoś akurat z niego korzysta jest kłódka na łańcuchu, którą przewiesza się pomiędzy ściankami wejściowymi. Poza tą jedyna niedogodnością kemping okazuje się na prawdę fajnym miejscem. Drewno jest udostępnione za darmo i można go brać do woli – palimy więc olbrzymie ognisko, Janek natomiast biega z latarką za ropuchą, która pojawia się na naszym miejscu kempingowym.

Dzień 38

Po szybkim śniadaniu wracamy tą samą drogą (279) w kierunku Moab i skręcamy (na północ) w jedną z najpiękniejszych tras widokowych Utah – w 128-kę wijącą się wdłuż rzeki Colorado. Mijamy wiele kempingów (zapełnionych po brzegi) prowadzonych przez BLM i ścieżki rowerowe w budowie. Dużo się tu zmieniło od czasu naszej ostatniej wizyty kilka lat temu. Powstały nowe kempingi i hotele, winiarnia z resortem i stadniną koni, no i ta ścieżka rowerowa, wdłuż, której jedziemy. Odbijamy na chwilkę w prawo w Castleton Road prowadzącą do Castle Valley, ale po kilku milach zawracamy nie chcąc forsować samochodu.

SONY DSC

Na dłuższy postój wjeżdżamy natomiast w Professor Valley Road, która nie jest może drogą idealnie przejezdną, ale jakoś doczołgujemy się do miejsca, gdzie jest dostęp do strumienia (Professor Creek) i tu robimy sobie piknik połączny z pluskaniem się w wodzie.

dsc06984.jpg
wigwamy przy drodze Professor Valley Road

SONY DSC

Janek jest w siódmym niebie napełniając butelki wodą i wylewając nam na głowy. W związku z tym, że upał jest niemiłosierny my również jesteśmy z tego niesamowicie zadowoleni.

SONY DSC

Po 2 godzinach totalnego relaksu wracamy z powrotem do 128-ki i zajeżdżamy do Fisher Towers (szutrową Fisher Tower Road). Spotykamy tu polskiego pana profesora z Salt Lake City, miło sobie gawędzimy przez chwilkę i po krótkim spacerze po okolicy wracamy do 128-ki.

SONY DSC
Fisher Tower

Nie sposób jest przejechać tą trasą bez ciągłego zatrzymywania się i robienia setek zdjęć. Każdy kto się tu znajdzie na pewno przyzna nam rację.

SONY DSC

Jeszcze przed dojazdem do autostrady (nr 70) skręcamy na wschód w Crescent to Cisco East Road poprowadzoną wdłuż torów kolejowych…. to co tu widzimy jest poprostu straszne – rudery domów, jedna przy drugiej …. graciarnie do potęgi – wszystko wygląda załośnie – całe miasteczko Cisco umarło. Nikogo już tu nie ma. Wjeżdżamy na autostradę (wjazd 212) i zaczynamy powrót w kierunku Chicago. Przed nami jakieś 1300 mil…. Nie mogąc pogodzić się z myślą, że nasze wakacje dobiegają końca postanawiamy zjechać jeszcze w jedna dróżkę prowadzącą do Westwater Canyon (zjazd 227 na drogę Down Harley Dome Road). Kanionu nie udało nam się niestety zobaczyć – trafiając na miejsce gdzie woduje się łódki (na „whitewater”). Cóż poza tysiącem much nikogo tu nie spotykamy. Zawracamy do autostrady i wjeżdżamy do stanu Colorado. Tu pierwszym postojem jest tankowanie w Grand Junction i zakupy w Safeway’u. Dzień ma się ku końcowi, więc zaczynamy powoli myśleć o noclegu. W poszukiwaniu jakiegokolwiek miejsca, gdzie moglibyśmy rozpalić pożegnalne ognisko spędzamy kolejne 2 godziny. W końcu zdesperowani lądujemy na Rest Area w Parachute (zjazd 75), gdzie padamy spać…bez ogniska.

Dzień 39

Budzimy się ze wspaniałym pomysłem odwiedzenia jeszcze Aspen a w zasadzie Maroon Bells, bo na prawdę nie chce nam się jeszcze wracać do domu. Zjeżdżamy więc w Glenwood Springs (zjazd 116) na drogę nr 82 prowadzącą do Aspen. Przed miastem skręcamy na 125-tkę prowadzącą do jeziora. Jakoże jesteśmy jeszcze przed otwarciem sezonu turystycznego (sezon tu zaczyna się 15 czerwca) możemy wjechać własnym samochodem na teren parku Maroon Bells Recreation Area. Za kilka dni podróż bedzie już tylko możliwa autobusem (zakaz wjazdu prywatnych aut). I tu spotyka nas miła niespodzianka – zamiast opłaty $10 – mamy wjazd  bezpłatny…. nie wiadomo dlaczego, ale nikogo przy budce strażniczej nie ma i szlaban jest podniesiony. Wspinamy się powolutku na wysokość prawie 3,000 m n.p.m i tu kolejna niespodzianka…. pełno ludzi, pełno samochodów…. mamy wielkie szczęście – parkujemy na ostatnim możliwym do zaparkowania miejscu i odziani w czapki i grube polary maszerujemy w stronę jeziora.

SONY DSC

Spacerujemy najpierw wzdłuż jeziorka, a potem przechodząc przez mostek docieramy na wzgórze skąd ukazuje się nam widok przepiękny – a na szczycie górskim dostrzegamy 3 białe kozice.

SONY DSC

SONY DSC

Ze względu na dużą wysokość n.p.m. i rozrzedzone powietrze mamy trudności z oddychaniem więc nie „bierzemy” żadnego konkretnego szlaku tylko wałęsamy się po okolicy.

SONY DSC

 

DSC07086h

Zjeżdżając z gór zaczynamy się rozglądać za kempingiem, ale wszystkie miejsca są już zajęte (15$/miejsce plus $5 opłata parkowa). Koniecznie chcemy rozpalić dziś pożegnalne ognisko i upiec kiełbaski na patyku…. ale cóż dzień się jeszcze nie skończył więc mamy trochę czasu żeby coś fajnego znaleść. Przed dojechaniem do Glenwood Springs zajeżdżamy do Whole Foods (Reed Street, Basalt) w celu zakupienia kiełbasy na ognicho. Kiełbasy jak to było do przewidzenia nie ma, zadowalamy się jej zamiennikiem – o wdzięcznej nazwie  „Kolbasa” – cokolwiek to znaczy nie przypomina tego co powinna. Jadąc autostradą (nr 70) na wschód zajeżdżamy na wszystkie możliwe zjazdy… których nie ma tu za wiele…..  w poszukiwaniu jakiegoś fajnego miejsca na nocleg. Autostrada prowadzi wąskim kanionem wijąc się wzdłuż rzeki Colorado. Swoją drogą budując ją inżynierowie naprawdę zrobili kawał dobrej roboty….. Jadąc dalej na wschód Mundek dostrzegł z autostrady dym ogniskowy – sztuk kilka i tablicę ze znaczkiem BLM – co oznaczało tylko jedno – jesteśmy uratowani. Zjeżdżamy w miejscowości Gypsum (zjazd 140), od razu odbijając w prawo na frontage road. Znajdujemy miejscóweczkę wśród zarośli i innych kempingowiczów i rozpalamy nasze ostatnie wakacyjne ognisko racząc się pseudkiełbaskami. (Gypsum Recreation Site $10/noc, brak wody). Po niedługim czasie przychodzi do nas „nawiedzony” kaskader motocyklista i pomimo naszej niechęci opowiada nam o swoich aktorskich wyczynach w Hollywood, gdzie obecnie się udaje. To straszne, ale nie potrafimy się go pozbyć…. po 2 godzinach katowania chyba sam w końcu uznaje, że czas na niego i odjeżdża swoim motocyklem. Na dowidzenia obiecuje jeszcze, że przyśle nam bilety do Kaliforni na projekcje swojego filmu…….Padamy okrutne wymęczeni naszym rozmówcą – kaskaderem.

Dzień 40

Wstajemy o świcie i ruszamy na największą wspinaczkę podczas naszego wyjazdu. „Mkniemy” 70-tką i myślimy co by tu jeszcze wymyśleć po drodze….. Patrzymy na mapę – Breckenrigde (zjezd 201) – stosunkowo niedaleko od autostrady… decyzja – zjeżdżamy! Miasteczko okazuje się bardzo miłym miejscem – troszkę snobistycznym, ale ma to tu swój urok. Otoczone jest ośnieżonymi 3 i 4-ro tysięcznikami. W Visitor Center (203 S Main Street) znajdują się bardzo interesujące wystawy i eksponaty z epoki „gorączki złota” przygotowane z wielkim rozmachem. Później tuż przed budynkiem Informacji Janek szaleje na placu zabaw sypiąc się ze wszystkimi dzieciakami piaskem. Później dla odmiany próbuje pluskać się w rzece, ale ta okazuje się zbyt rwąca i w porę go przed tym ratujemy. Po głównej ulicy spacerują sobie tu rude lisy szukajace okazji, żeby coś „świstnąć” (co śmieszne nikt poza nami nie zwraca na nie uwagi). Żądni dalszych atrakcji jedziemy do High Line Railroad Park (189 Boreas Pass Road, wstęp bezpłatny), gdzie Janek aż skacze z radości widząc stare lokomotywy typu rotary snowplow (czyli takie „pługi śnieżne”). Na zakończenie Mundek i Jaś udają się jeszcze do restauracji  „The Dredge” (180 Jefferson Ave) mieszczącej się w środku buldożera kopalnianego, a nastepnie na prowadzącym do niej mostku karmią pokruszoną bułką wielkie karpie pływającew rzece. Po tak miło spędzonym czasie nadeszła niestety pora na powrót do autostrady i dalszaą „wspinaczkę” …..aż do wysokości 3,400 m n.p.m….. Jedziemy poboczem maksymalnie osiągając prędkość 5 mil/h…. Nachylenie było tak duże, że baliśmy się tylko żeby nie zacząć jechać do tyłu….. Zdenerwowani i niepewni czy uda nam się dotrzeć do przełęczy mamy przed oczami najgorsze z możliwych scenariusze. Kiedy w końcu ujrzeliśmy w oddali Eisenhover Tunnel emocje sięgnęły zenitu. Przejechaliśmy tunel i powoli zaczeliśmy staczać się w dół…… emocje już opadły i czas było pomyśleć o noclegu. Po drodze zatrzymujemy się jeszcze w Georgetown (zjazd 228) – malutkim, przytulnym miasteczku, które w zasadzie objeżdżamy autem i frontage road jedziemy dalej na wschód. Wjeżdżamy w szutrową drogę nr 261 (Mill Creek Road), prowadzącej do Arapaho – Roosevelt National Forest z nadzieją, że uda nam się znaleść jakąś fajna miejscówkę. Tu jednak wszystko dookoła jest „private property”, a w miejscu gdzie rozpoczyna się obszar należący do lasu federalnego jest zakaz wjazdu. Porażka…. ale nie mając wiele czasu z powodu zapadającego zmroku postanawiamy zaparkować na małym parkingu, skąd wychodzą szlaki turystyczne i tu spędzić noc. Gotujemy obiadokolację i idziemy na spacer nad rzekę.

Dzień 41

Wyjeżdżamy o świcie i zamiast wskoczyć od razu na autostradę jedziemy równoległą do niej drogą do Idaho Springs na lody, które jemy zamiast śniadania. Ku naszej rozpaczy  – jadąc dalej na wschód autostradą – zamiast zjeżdżać w dół, musimy się znowu powspinać….. i znowu poboczem pełzniemy jak ślimak….. aż tu nagle mija nas (trąbiąc przyjacielsko) – szybki jak torpeda – taki sam Rvik jak nasz…. o co tu chodzi??? Chyba nieźle podrasowany skoro pędzi jak błyskawica…. cóż pozazdrościć tylko. Dojeżdżamy w końcu do Denver i od tego momentu krajobrazy nabierają już charakter nudy i beznadziejności. Płasko, brzydko i śmierdząco…. a do tego przeraźliwie gorąco i tak toczymy się samego do Chicago. Jedyną atrakcją w Colorado (na drodze nr 36) jest wielkie stado pasących się bizonów (pomiędzy Horrogate Rd i Rector – Leader Rd) i tor wyścigowy, gdzie śmiga sobie mała wyścigóweczka. Nie ma nawet gdzie się zatrzymać, żeby odpocząć. W Anton – na przedpotopowej stacji benzynowej tankujemy podejrzane paliwo, a rachunek, który daje nam obsługujący ją pan opiewa na zupelnie inną kwotę niż w rzeczywistości płacimy???. Sytuacja zmienia się znacząco po przekroczeniu granicy z Kansas – tu w zasadzie  w każdym miasteczku znajduje się „picnic area” gdzie można odpocząć w cieniu drzew. Padamy spać gdzieś w połowie stanu.

Dzień 42

Wyspać się niestety nie możemy…. o 4.30 rano budzi nas burza…. Pioruny strzelają dosłownie co 3 sekundy. Wygląda to nieciekawie i mamy obawy czy przypadkiem nie kierujemy się gdzieś, gdzie akurat będzie szalało tornado – które jest częstym gościem na tych terenach. Im dalej jedziemy 36-tką tym bardziej robi się zielono i pachnąco …o dziwo – w powietrzu unosi się zapach ziół. Całkiem przyjemna droga. Dobijamy do Saint Joseph i wjeżdżamy do Missouri. Miasteczko zaniedbanie niesamowicie nie zachęca do zwiedzania. Chłopaki wyskakują tylko na chwilkę obejrzeć z bliska lokomotywę ustawioną w Patee Park. I tak sobie jedziemy przez to Missouri prawie 200 mil aż dojeżdżamy do miasta Hannibal – miasteczka, gdzie dzieciństwo spędził Mark Twain (autor książki „Przygody Tomka Sawyera”). Tu zatrzymujemy się na dłużej. Mnóstwo zabytkowych budynków w stanie rozkładu, walące się dachy, popękane mury – jednym słowem miejsce to potrzebuje poważnych inwestycji i jeśli takowe będą – stanie się ono „perełką turystyczną”. Urzeka nas jego specyficzny klimat i „zapach” historii. Wdrapujemy się na wał przeciwpowodziowy bo słyszymy sygnał nadjeżdżającego pociagu, a Jasiek nie przepuści żadnej okazji, żeby zobaczyć lokomotywę i wagony. Śluzy są opuszczone broniąc miasto przed wodą znajdującą się za nimi. Pociąg jedzie w zasadzie po wodzie, która jeszcze nie opadła po najprawdopodobniej niedawnej powodzi rzeki Mississippi. Maszynista trąbi do nas przyjaźnie, a Janek z radości skacze i krzyczy. Spacerujemy jeszcze po miejscach pamięci Twain’a i wracamy do auta. Robimy sobie rundkę po miasteczku i dopiero teraz widzimy żałosny stan większości budynków. Pomimo ruder jakie mijamy zgodnie uznajemy, że Hannibal ma swój klimat i jest godne odwiedzenia. Przejeżdżamy most i jesteśmy już w Illinois. Tu po przejechaniu kilku mil widzimy nieprzyjemny obrazek – wielkie silosy powgniecane jak puszki  – ślad po tornadzie… niewiarygodne jak wielka musiała być to siła żeby powyginać tak solidne konstrukcje. Nie chcąc jechać autostradą (nr 72) zjeżdżamy na drogę nr 100 (zjazd 46) i już po ciemku jedziemy wzdłuż rzeki Illinois. Naszą przednią szybę oblepiają jakieś paskudne robactwa – pochodzące najprawdopodobniej z bagiennych okolic rzeki. Nasza mało dokładna mapa „nabiera” nas kilka razy przy próbie znalezienia „rest area”. Padamy w końcu na parkingu w Beardstown przy McDonaldzie.

Dzień 43

Po nieprzyjemnej nocy w nieprzyjemnym miejscu zbieramy się czym prędzej i jedziemy dalej 100-ką w kierunku Peoria. Na naszej drodze znajduje się Dickson Mounds Museum (niedaleko Lewistown) (wstęp bezpłatny) leżący na terenie parku stanowego o tej samej nazwie. Muzeum poświęcone jest życiu Indian w dolinie rzeki Illinois, ma dużo wystaw archeologicznych i historycznych, a obejrzenie tego wszystkiego zajęło by nam za pewne cały dzień. Z powodu niedziałającej w budynku klimatyzacji nie da się jednak zbyt długo wytrzymać w środku i po 2 godzinach zmuszeni jesteśmy do ewakuacji. Przejeżdzamy przez Peoria – miasto otoczone ruderami i wysypiskami starych samochodów. Okropny to widok. Samo centrum jest całkiem przyjemne, ale z powodu wysokiem temperatury i wilgotności oraz naszego zmęczenia drogą powrotną nie decydujemy się na jego zwiedzanie. Chcemy jak najszybciej dojechać do domu….. ale niestety droga powrotna przeciąga się z powodu burzy i ulewnych deszczy, które powodują liczne przecieki naszej „kabinki”. W końcu jednak docieramy do miejsca przeznaczenia kończąc tym samym 43 – dniową wycieczkę pełną wrażeń i niezapomnianych chwil. I chociaż nasz  plan podróży uległ znaczej zmianie z powodu awarii samochodu to i tak udało nam się wszystko znakomicie zorganizować i odkryć wiele „kosmicznych” miejsc. A za rok lub dwa może dojedziemy do wybrzeża Pacyfiku i poprujemy sławną „jedynką” przez Oregon aż po Washington.

 

 

 

 

 

2 myśli na temat “Nevada & Utah

Dodaj własny

  1. Utah petarda!!!!
    Koniecznie musze tam kiedys pojechac:-))
    Dzieki za super informacje, duzo latwiej bedzie mozna planowac pobyt, szczegolnie z dziecmi:-))

    Polubienie

  2. Tony Halik w sponicy jak nic z Ciebie!!! Zazdroszcze widokow, wspomnien, powietrza!!! Mobilizujesz mnie tymi relacjami do planowania jakiejs fajnej wyprawy. Twoj blog jest kopalnia wiedzy dla takiego zoltodzioba jak ja !! Super Zuza! 🙂

    Polubienie

Dodaj odpowiedź do Justyna Anuluj pisanie odpowiedzi

Blog na WordPress.com. Autor motywu: Anders Noren.

Do góry ↑