WASHINGTON SOLO 2024

18.VI-26.VI.2024

Waszyngton to prawdziwy raj dla tych, którzy kochają przyrodę i szukają spokoju. Można tu odnaleźć mnóstwo miejsc, gdzie w ciszy i odosobnieniu można podziwiać piękno natury. Góry, wodospady, doliny, rzeki – to wszystko czeka na odkrycie. Waszyngton to także kraina wulkanów. Znajduje się tu wiele z nich, m.in. Mount Rainier, Mount St. Helens, Mount Baker, Glacier Peak i Mount Adams. Te wulkany są częścią Pasma Kaskadowego, które rozciąga się od Kolumbii Brytyjskiej aż po północną Kalifornię. Kaskady są częścią Pacyficznego Pierścienia Ognia – czyli strefy, gdzie znajduje się najwięcej wulkanów i związanych z nimi gór wokół Oceanu Spokojnego. Wszystkie erupcje w kontynentalnych Stanach Zjednoczonych w ciągu ostatnich 200 lat miały miejsce właśnie w Kaskadach. Z ponad trzech tysięcy lodowców Waszyngton jest najbardziej zlodowaconym ze wszystkich 48 kontynentalnych stanów USA. Tylko na samym Mount Rainier znajduje się ich dwadzieścia pięć. Największe miasto stanu – Seattle jest (poza doliną Krzemową w Kalifornii) najszybciej rozwijającym się miastem startupów technologicznych. I chociaż internetowy gigant sprzedaży detalicznej Amazon powstał poza Seattle, to tutaj ma swoją główną siedzibę, razem z takimi firmami jak Microsoft, Boeing, Costco, Starbucks i Expedia. Najsłynniejszymi rodowitymi mieszkańcami Waszyngtonu byli Jimi Hendrix, Kurt Cobain i Bill Gates

TRASA: Seattle, Mount Baker-Snoqualmie National Forest (Heather Lake trail, North Fork Sauk Falls, Easton Glacier via Railroad Grade Trail, Baker Lake), Concrete, Newhalem, Diablo Lake Vista Point, Maple pass trail, Washington Pass Overlook, Winthrop, Blue Lake trail, Cutthroat Lake trail, Cedar Falls Trail, Falls creek falls, Goat Mountain lookout trail, Lookout Mountain trail, Chelan Lake/Fields Point Landing, Peshastin Pinnacles State Park, Cashmere, Icicle George trail, Colchuck Lake trail, Leavenworth, Evergreen lookout, Lake Valhalla trial, Red top mountain trail, Leavenworth, Liberty ghost town, Roslyn ghost town, Cle Ellum Lake, Franklin Falls trail, Garfield Ledges trail, Snoqualmie Falls, Issaquah troll, Seattle.

CAŁKOWITY KOSZT WYJAZDU: $2,284

KOSZT PRZELOTU: Alaska Airlines $278/1 osoba

KOSZT WYNAJMU AUTA: SUV Hyundai Santa Fe $636/8dni

KOSZT BENZYNY: $173 – PRZEJECHANY DYSTANS: 1,173 mile

NOCLEGI: hotele+ kempingi+Arbnb $715/8 nocy

JEDZENIE: $146

PRZEWODNIKI/MAPY: atlas topograficzny Benchmark map, www.alltrails.com

POGODA: w głębi lądu jest bardzo gorąco i sucho (około 30 stopni Celsjusza). W wyższych partiach górskich leży jeszcze dużo śniegu, który powoli się roztapia.

NAJCIEKAWSZE MIEJSCA: Easton Glacier via Railroad Grade Trail, Maple pass trail, Blue lake trail, Goat Lookout mountain trail, Winthrop, Leavenworth

SKŁAD ZESPOŁU: Zuza

WEJŚCIÓWKI: Northwest Forest Pass lub National Park Pass

Dzień 1

Po wylądowaniu w Seattle, szybko załatwiam formalności z wypożyczeniem auta i około 1pm pędzę już przez rozległą aglomerację …

(do Mountain loop Highway) w kierunku Mount Baker-Snoqualmie National Forest i pierwszego szlaku prowadzącego do malowniczego jeziora Heather Lake (długość 4.4 mile, przewyższenie 1,204ft), (Northwest Forest pass / National Park pass lub $5/auto).

O godzinie 3 pm wyruszam na szlak, meandrując pomiędzy wystającymi z podłoża licznymi korzeniami i ostrymi kamieniami, utrudniającymi nieco wędrówkę.

Mijam przepiękne paprocie, gęsto rozsiane po lesie drzewa oraz ogromne omszone powalone pnie głównie popularnego na tym terenie drzewa Western Red Cedar (Żywotnik olbrzymi).

Western Red Cedar jest nie tylko największym drzewem w regionie Północno-Zachodniego Pacyfiku Ameryki Północnej, ale także jednym z najdłużej żyjących gatunków drzew w zachodnim Waszyngtonie. (Niektóre drzewa osiągają wiek nawet 1500 lat).

Zachodni czerwony cedr nie jest prawdziwym cedrem. Ma nazwę naukową Thuja plicata i należy do rodziny cyprysowatych. Jego drewno zawiera 3 interesujące związki chemiczne: kwas plikatyczny, który może wywoływać astmę i alergie oraz kontaktowe zapalenie skóry jak zaczerwienienie i swędzenie. Tujon, który stosowany jest w niektórych perfumach oraz związek chemiczny zwany tujaplicyną, który działa jako fungicyd i środek bakteriobójczy. Jest to jeden z powodów, dla których drewno jest często odporne na rozkład.

Po półtorej godziny marszu dochodzę w końcu do jeziora.

Kolejne 30 minut zajmuje mi przejście go dookoła (częściowo po drewnianej kładce)…

i następnie przez kolejną godzinkę wracam do parkingu.

Pogoda dzisiaj jest wprost wyśmienita na wędrówkę, a gęsty las daje ukojenie w postaci cienia i przyjemnego chłodu.  

Jadę dalej na wschód Mountain Loop Highway, który zamienia się w drogę szutrową do kolejnej perełki – wodospadu North Fork Sauk Falls.  

Z głównej drogi trzeba odbić na prawo w bardzo wąską kamienistą, pełną dziur dróżkę Sloan Creek road – NF49 (rekomendowane 4×4) i jechać trochę ponad milę na małego parkingu (na 2-3 auta). Szlak jest bardzo prosty i krótki, prowadzi w dół doliny wąską meandrującą ścieżką.

Nikogo poza mną tu nie ma. Mchy i paprocie tworzą niepowtarzalny klimat tego miejsca.

Wodospad wpada z wielkim hukiem do wąskiej niedostępnej doliny….. Wspaniałe miejsce.

Wracam do głównej szutrowej drogi Mountain loop Hwy i jadę dalej na północ po wertepach w kierunku Darrington. Dwa pierwsze noclegi mam zarezerwowane w Airbnb w małej wiosce Marblemount – ostatnim możliwym miejscu noclegowym przed wjazdem w wysokie góry drogą North Cascade Highway

Dzień 2

Około 6 rano w gęstej mgle wyjeżdżam w kierunku szlaku prowadzącego do Park Butte.

Pomimo wczesnej pory parking jest prawie pełny. Większość aut należy do wspinaczy, atakujących szczyt majestatycznego wulkanu Mount Baker (3,287 m n.p.m). O 7.30am zaczynam wędrówkę…. z zamiarem dojścia do Park Butte lookout (długość 7.6 mili, przewyższenie 2,122 ft). Pogoda jest perfekcyjna, świeci słońce, niebo jest błękitne. Przeprawiam się przez dwa strumienie, przy czym przejście drugiego z nich sprawia mi nieco problemu – prąd wody jest bardzo szybki i trzeba znaleźć odpowiednie miejsce z przerzuconą kłodą by bezpiecznie po niej przejść na drugą stronę.

I następnie stromo do góry zygzakiem. Mijam wiele powalonych drzew, brnę w błocie i małym strumieniu, który utworzył się wzdłuż ścieżki.

Aż w końcu dochodzę do granicy śniegu, gdzie zakładam raki i stuptuty.

Przedzieram się początkowo przez krzaki i zarośla gubiąc właściwą ścieżkę.

W momencie pojawienia się śniegu zauważam kilka odchodzących w różnych kierunkach ścieżek, ale wszystkie w końcu prowadzą do jednej większej.

Z braku innej możliwości zaczynam wędrówkę tą ścieżką i po kilku minutach orientuje się, że prowadzi ona na szlak Easton Glacier via Railroad Grade Trail (9.3mili, EG 3,385 ft).

Jest to całoroczny szlak prowadzący do obozu wspinaczy na górę Baker.

Mapę tę mam też „ściągniętą” na telefon więc ruszam dalej.

Widoki są niesamowite.

Bielutko dookoła, w oddali strome szczyty górskie.

Jest cicho i spokojnie… wręcz idealnie;

Opisy na alltrails podają, że obecna pokrywa śniegu ma tu głębokość dochodzącą nawet do 10 stóp czyli trzech metrów. I rzeczywiście w niektórych miejscach, szczególnie przy czubkach drzew wystających ze śniegu można zauważyć jak wysoko znajduje się ścieżka.

I jak głęboko można wpaść …..

O poranku wędrowanie po śniegu jest stosunkowo proste i bezpieczne, niedogodności pojawiają się około godziny 10-11am, gdy słońce zaczyna powoli roztapiać śnieg, w którym zaczyna się brnąć czasami zapadając po pas….

Znajduję w końcu nieośnieżoną polankę pod małym zagajnikiem sosnowym, gdzie robię sobie zasłużony odpoczynek.

Tuż obok mnie pojawia się przepiękny ptak – sójka kanadyjska (canadian jay).

Ptaki te lubią lasy i towarzystwo ludzi, zwłaszcza obozowiczów i myśliwych…. Żywią się głównie owadami, owocami i padliną, zjadają też grzyby, pisklęta, drobne ssaki, płazy, a niekiedy polują na małe ptaszki. Przez cały rok gromadzą zapasy, przyklejając je specjalną śliną pod kawałkami kory, porostami, wśród igieł drzew czy w rozwidleniu gałęzi; dobrze zapamiętują miejsca, w których je ukryły.

Po 10 minutach bacznej obserwacji sójki, schodzę nieco w dół zbocza w by następnie wspiąć się na grań, która po wschodniej stronie opada bardzo stromo w dół, więc trzeba ekstremalnie uważać idąc jej krawędzią.

Mount Baker lśni w słońcu i w oddali …

widać minimalne poruszające się kropeczki – to wspinacze połączeni linami brną ku szczytowi.

Mount Baker jest drugim po Mount St. Helens najbardziej aktywnym termicznie wulkanem w paśmie Cascades.

Jego ostatnia erupcja miała miejsce w 1843 roku. Baker jest również jest najbardziej śnieżną górą na świecie – W sezonie 1998-1999 pobity tu został światowy rekord opadów śniegu w ciągu jednego sezonu zimowego! Spadło go 29 metrów!!!

W oddali widać Park butte firelookout.

Po zachodniej stronie grani obserwuje przez prawie godzinę bawiące się w śniegu świstaki.

Występujący tu Świstak siwy zwany też kanadyskim (Hoary Marmot) jest głównym pożywieniem dla takich drapieżników jak: orły przednie, niedźwiedzie, rosomaki, kojoty czy lisy. Sam – jest wegetarianinem i żyje w dużych koloniach dochodzących do 35 osobników.

Świstaki są bardzo hałaśliwymi zwierzętami, wydając co najmniej siedem różnych typów odgłosów (w tym ćwierkanie, gwizdy, warczenie i skomlenie). Wiele z tych odgłosów służy jako alarm, ostrzegający inne świstaki przed potencjalnymi drapieżnikami.

Wśród świstaków zaobserwowano wiele form zachowań społecznych, w tym zabawy w walkę, zapasy, ganianie i dotykanie się nosami.

Świstaki spędzają siedem do ośmiu miesięcy w roku na hibernacji.

Każda kolonia zwykle utrzymuje jedno legowisko zimowe i kilka mniejszych nor wykorzystywanych do spania i schronienia przed drapieżnikami. Nory sypialne i legowiska zimowe są większe i bardziej złożone, posiadają wiele wejść, głębokie komory wyściełane materiałem roślinnym i sięgają głębokości około 3,5 metra.

Idąc dalej w górę śnieg staje się coraz głębszy i bardziej miękki, więc coraz bardziej się w nim zapadam. W oddali widzę kilka namiotów – to mniej więcej miejsce, gdzie kończy się szlak.

Spotykam parę wspinaczy, którzy informują mnie, że czas wspinaczki na Mt Baker z bazy i z powrotem to 8 godzin.

W związku z tym, że dalsza wędrówka robi się bardziej niebezpieczna postanawiam więc zawrócić, brnąc w zapadającym się pod stopami śniegu. Na parkingu jestem z powrotem tuż przed 3pm.

Robię sobie krótki wypad nad malownicze jezioro – Baker lake, do którego prowadzi wąska droga gęsto „wysadzona” drzewami iglastymi i kolorowymi dzikimi kwiatami.

Przejeżdżam przez miasteczko Concrete powitana przez majestatyczny betonowy silos z napisem „Welcome to Concrete”.

Napis ten w 1993 roku został tu umieszczony podczas zdjęć do filmu „This boy’s life” („Chłopięcy Świat”), którego większość scen kręcono właśnie tutaj. Główne role zagrali tu Robert de Niro i Leonardo Di Caprio. Sto lat temu znajdowały się tutaj olbrzymie cementownie, przez co lokalni mieszkańcy nazwali je po prostu „Cement City”.  Niestety poza hollywoodzką przeszłością i sypiącym się silosem obecnie nic ciekawego się tu nie dzieje……Tuż po godzinie 5pm jestem z powrotem w moim Airbnb w Marblemount i padam ze zmęczenia.

Dzień 3

Około 4.30 rano ruszam na wschód w kierunku Ross Lake National Recreation Area. Pierwszy postój to Newhalem. Jest to miasteczko zakładowe należące do Seattle City Light i zamieszkane wyłącznie przez pracowników Skagit River Hydroelectric Project (Jest to seria tam ze stacjami wytwórczymi energii na rzece Skagit) lub lokalnych agencji stanowych lub federalnych. Newhalem otoczone jest ze wszystkich stron przez Ross Lake National Recreation Area, a granica Parku Narodowego North Cascades znajduje się około jednej mili na północ i południe od miasta.

Głównym „pomnikiem” miasteczka jest ustawiona przy głównej drodze lokomotywa (Engine nr 6), która służyła tu od 1920 do 1954 roku dowożąc najpierw sprzęt i materiały do budowy tamy i elektrowni wodnej, a następnie turystów, zapewniając jedyny dostęp do tego obszaru. Tutaj również kręcone były sceny do filmu „This Boy’s Life”.

Mijam elektrownię Gorge, za którą znajduje się ścieżka prowadząca do Ladder Creek Falls i zatrzymuję się na Diablo Lake Vista Point (wjazd na punkt widokowy łatwo przeoczyć, bo nie ma żadnego znaku informującego o punkcie widokowym). Jezioro Diablo to zbiornik wodny utworzony dzięki tamie Diablo, znajdujący się pomiędzy jeziorem Ross i Gorge na rzece Skagit.

Do budowy tej tamy użyto ponad 1,75 miliona worków cementu zostało wciągniętych na górę w nieco ponad 10 tysięcy kursów. A jeszcze bardziej imponujące jest to, że budowa projektu miała miejsce w czasie Wielkiego Kryzysu i został ukończona bez wspomagania żadnego finansowania federalnego.

Jezioro Diablo ma przepiękną turkusową barwę. Kolor ten powstał dzięki mączce lodowcowej, która składa się z drobnoziarnistych skalnych cząstek, powstałych w wyniku erozji lodowcowej. Cząstki te preferencyjnie pochłaniają krótsze (niebieskie i fioletowe) długości fal światła.

Oznacza to, że niebieskie i fioletowe długości fal rozproszone przez wodę są pochłaniane przez tą mączkę lodowcową, zanim mogą dotrzeć do naszych oczu (woda pochłania kolory czerwony, pomarańczowy i żółty, to co widzimy, to głównie zieleń z odrobiną błękitu – stąd te spektakularne kolory).

Około godziny siódmej jestem już na parkingu, z którego wychodzi niesamowicie widowiskowy szlak prowadzący do przełęczy Maple pass (długość 7.2 mil, przewyższenie 2,020 ft). Na parkingu jestem zupełnie sama, zapewne ze względu na wczesną porę. Wychodzą stąd dwa główne szlaki (Maple pass+Ann trail+Wing lake trail) i Rainy Lake trail oraz przechodzi długodystansowy Pacific Crest National Scenic trail (długość 2,653 mil).

Zaczynam szlak idąc zgodnie ze wskazówkami zegara.

Serpentynami stromo do góry. Po znacznym wspięciu się idąc gęstym lasem, zza drzew zaczyna prześwitywać malownicze jezioro Rainy.

Mniej więcej po półtorej godziny wspinaczki zaczyna się granica śniegu.

Raki i kijki stają się tu niezbędne. Im wyżej w górę tym więcej ścieżek odchodzących w różnych kierunkach, przez co traci się zupełnie orientację.

Mapa ściągnięta na telefon jest również bardzo przydatna szczególnie w wyższej partii szlaku, gdzie łatwo zgubić się w plątaninie ścieżek wydeptanych w śniegu.

Co chwilę muszę przystawać i sprawdzać swoje położenie bo mam wrażenie, że wydeptane ślady się urywają w wielu miejscach, tak jakby ktoś przede mną również tu błądził….. Wychodzę z lasu i tutaj również zaczynam się zastanawiać którą ścieżkę obrać, bo jest ich co najmniej 4. Spaceruje po białej pustyni w otoczeniu ośnieżonych szczytów coraz wyżej i stromiej wspinając się na przełęcz. Tu robi się już naprawdę stromo i momentami zastanawiam się czy może by nie zawrócić albo chociaż poczekać na kogoś, kto dodałby mi pewności, że w razie upadku w przepaść zaalarmuje odpowiednie służby. Ale nikogo nie ma, więc próbuje różnych podejść – czasami zsuwając się nieco po śliskim śniegu…. W końcu ze znacznym poziomem adrenaliny wspomagające każdy mój niepewny krok docieram do przełęczy Maple (wysokość 2018 m n.p.m.) na której ustawiony patyk ze wstążeczką… jest jedynym „znakiem” na szlaku 😊.

Okręcam się dookoła mając przepiękną panoramę gór.

Tu przebiega granica parku narodowego North Cascade.

Jest cicho i spokojnie……wspaniały zestaw : góry i ja 🙂

I znowu mam przed sobą kilka kolejnych ścieżek schodzących w dół przełęczy ….

Schodzę więc ostrożnie … znacznie ostrożniej niż wymaga tego wchodzenie do góry.

Znajdują się tu niesamowicie olbrzymie ilości śniegu, a słońce zaczyna go powoli roztapiać, przez co robi się on bardziej przylepny i zapadający pod rakami.

Dookoła zauważam liczne czerwone smugi, będące dowodem na rozwijające się tu algi.

Czerwony śnieg, (znany również śniegiem arbuzowym), jest powszechnym zjawiskiem, który pojawia się, gdy zakwity glonów śnieżnych powodują, że śnieg zmienia kolor na czerwony lub różowy. Algi powodujące czerwony kolor to rodzaj zielonych alg zwanych Chlamydomonas nivalis, które zawierają czerwony pigment zwany astaksantyną. Kiedy więc komórki glonów rosną na śniegu, wytwarzają czerwony pigment, który zmienia kolor śniegu na różowy, a jeśli glony są naprawdę duże, mogą zabarwić śnieg na czerwono. I ten pigment pomaga działać jak filtr przeciwsłoneczny dla alg. Pomaga chronić je przed wysokim poziomem światła.

Schodzenie okazuje się jeszcze bardziej niebezpieczne niż wchodzenie ze względu na stromość terenu i dużą ilość wydeptanych tu ścieżek odchodzących w różnych kierunkach…

Wybieram chyba najgorszą z nich prowadzącą do bardzo stromej ściany, kiedy chce zawrócić wydaje się to już niestety niemożliwe, bo zaczynam zsuwać się przy każdej próbie uniesienia nogi. Pomimo raków śnieg jest już bardzo niestabilny i wyślizguje mi się spod nóg, zapadam się powyżej kolan czasami nawet na wysokość pasa. Chyba przez godzinę mocuje się z tym krótkim odcinkiem i na szczęcie szczęśliwie bez upadku w przepaść znajduje zejście na bardziej stabilne podłoże.

Dochodzę do granicy śniegu i tu dopiero zaczynają pojawiać się ludzie, którzy jednak nie zamierzają wspinać się po śniegu na przełęcz. Zdejmuje raki i dosłownie zbiegam w dół leśną ścieżką.

W dole widzę jezioro Ann do którego za chwilę podejdę.

Pełno dzikich kwitnących kwiatów. Skręcam w prawo na szlak prowadzący do Ann Lake. Jest to przepięknie położone małe jeziorko umiejscowione w cyrku lodowcowym.

Dookoła kwitną kaczeńce. Ścieżka prowadząca do jeziora (długość 0.6 mili) jest niesamowicie błotnista i miejscami schowana pod gęstym śniegiem. Zaliczam kilka upadków ślizgając się nieustannie na podmokłym terenie.

Przedzieram się przez gęste ulokowane nieco wyżej niż ścieżka krzaki, żeby uniknąć zapadania się w głębokiej wodzie roztopowej zalewającej szlak. Nie ma możliwości znalezienia suchego miejsca przy jeziorze by chwilę odpocząć, więc zawracam i ruszam w kierunku parkingu. Od rozwidlenia szlaków mam jeszcze tylko do pokonania odległość 1.25 mili. Na parkingu jestem chwilę przed 2 pm a więc przejście całego szlaku z rozszerzeniem o Lake Ann zajmuje mi około 7 godzin.  

Jadąc dalej na wschód w kierunku mojego dzisiejszego docelowego miejsca odwiedzam jeszcze najładniejszy punkt widokowy na całej trasie – Washington Pass Overlook trail.

Spoglądam na majestatycznie prezentujące się ostre szczyty Early Winters Spires (wysokość 2,380 m n.p.m) i dolinę poniżej.

Widok robi wrażenie!

Kiedy docieram do miasteczka Wintrop – kieruje się od razu do muzeum (Shafer Historical Museum: 285 Castle Ave, czynne 10am-5pm).

Jest to dosyć sporych rozmiarów skansen, a w jego ponad stuletnich chatach i kabinkach urządzone są szkoła, drukarnia, sklep, gabinet lekarski, pralnia, magazyny i wiele innych „nadgryzionych zębem czasu” pomieszczeń.

Początki osadnictwa na tym terenie związane są bezpośrednio z kopalnictwem złota, a transformacja do jednego z najczęściej odwiedzanych turystycznie miasteczek Washingtonu nastąpiła po 1972 roku, kiedy to oddano do użytku North Cascades Heighway, który to przywiódł do doliny Methow setki turystów z zasobnymi portfelami.

Wszystkie budynki miasteczka przy głównej ulicy (Riverside Avenue) zostały zaopatrzone w frontowe fasady w stylu dzikiego zachodu.

Dzień 4

O godzinie 6.50 rano wyruszam na jeden z najbardziej malowniczych szlaków w rejonie – Blue lake trail (długość 4.6 mili, przewyższenie 915 stóp).

Parking jest zupełnie pusty o tej porze (National Park Pass lub $5/auto). Szlak jest stosunkowo łatwy, tylko w górnej jego części zalegają spore ilości śniegu, które można z łatwością pokonać nakładając raki. Bez nich miejscami jest niebezpiecznie a pośliźnięcie może skończyć się upadkiem z całkiem sporej wysokości.

Idę sobie sama w zupełnej ciszy mijając jodły, cedry oraz daglezje. Przy samym jeziorze zatopionym w śniegu ścieżki wytyczone są za pomocą rozciągniętych pomiędzy cienkimi patykami sznurków.

Wędruje ścieżką wschodnią co daje mi doskonały widok na oświetloną porannym słońcem część zachodnią jeziora z majestatycznymi granitowymi szczytami górskimi. Jezioro w niektórym miejscach ciągle pokryte lodem.

Przechodzę na stronę zachodnią, ale tu nie da się za bardzo przejść widocznej na mapie pętli bo śniegu jest po prostu za dużo….

Przechodzę tylko kawałek po kilku śladach i zawracam.

Dopiero około 9.50 am kiedy kończę wędrówkę, na ścieżce zaczynają pojawiać się tłumy …. Parking jest całkowicie zapakowany, a rangerka sprawdza wszystkie auta, czy mają zawieszony w środku NP. pass lub opłacony bilet parkingowy.  

Kolejny szlak to Cutthroat Lake (długość 3.8 mil, parking płatny NP. Pass lub $5/auto).

Jest to bardzo łatwy i przyjemny szlak, który częściowo nawet można przebiec. Wędrówka rozpoczynam o godzinie 10 am od przekroczenia nowego, solidnego mostu zbudowanego dla pieszych i koni nad rzeką Cutthroat Creek.

Szeroka i w większości pozioma ścieżka prowadzi przez otwarty las, ale wysokość mijanych drzew nie daje niestety wystarczającej ilości cienia, który jest naprawdę potrzebny, bo słońce pali okropnie. Idą taką „patelnią” traci się za dużo energii i co chwila trzeba odpoczywać wypijając olbrzymie ilości wody. Po przejściu 1,7 mili docieram do skrzyżowania ze szlakiem Cutthroat Pass prowadzącym w górę do Pacific Crest trail. Idę dalej w dół w kierunku jeziora, przekraczam wartki strumień Cutthroat creek i po przejściu kolejnych 0,2 mili docieram do jeziora.

Najtrudniejszą częścią tego szlaku jest właśnie przekroczenie tego strumienia, nad którym powinien być zbudowany most….ale najprawdopodobniej został on porwany przez silny prąd podczas wiosennych roztopów.

Dochodzę do trawiastego, leśnego jeziora położonego w skalistym basenie pod szczytem Cutthroat Peak.

Wokół jeziora nie ma wyznaczonego szlaku i teren jest zbyt nasiąknięty wodą tworząc pewnego rodzaju bagnisko, że nie da się w ogóle podejść do jeziora. Jego widok raczej specjalnie nie rzuca na kolana. Odpoczywam więc w cieniu drzew mocząc obolałe nogi w potoku. Jest to bardzo popularny szlak z przeznaczeniem raczej dla rodzin z małymi dziećmi, (jeździ też po nim dużo rowerzystów).

Szlak prowadzi też przez łąki pełne kwitnących kwiatów.

O godzinie 12.30pm jestem już z powrotem na parkingu. Dzień jest dzisiaj wyjątkowo gorący i duszny…. I poziom mojej energii znacznie spadł…..  

Kolejny szlak to Cedar Falls Trail (długość 3.4 mile, przewyższenie 600ft).

Szlak zaczynam o 1.30pm i jego przejście zajmuje mi 2,5 godziny z dłuższym postojem na odpoczynek na jego końcu. Jest taki upał, że stawianie każdego kroku wiąże się z nie lada zadyszką. Mijam powalone przez pożar drzewa, rozsiane kolorowe polne kwiaty.

Przed wejściem na szlak jest umieszczone ostrzeżenie, by uważać na spalone drzewa, bo ich niestabilne umiejscowienie w podłożu może spowodować jego nagły upadek.

Spacer po tym szlaku nie daje ani sekundy wytchnienia …..z powodu pożaru i spalonych doszczętnie koron drzew, nie ma w ogóle cienia. Nad samym wodospadem nie ma jako takiego punktu widokowego. Jest za to niebezpieczne urwisko z niewielkim dostępem do obejrzenia wodospadu.

Lokalni mieszkańcy pokazują mi ekstremalnie strome zejście pod wodospad, wiec bardzo ostrożnie zsuwam się trzymając wystających korzenie i gałęzi. Na dole jest bardzo przyjemnie z powodu bryzy, ale nie ma miejsca, zęby usiąść i odpocząć.

Widoczna jest też tęcza. Gramolę się więc z powrotem na górę i zaczynam wędrówkę z powrotem na parking. Aż tu nagle drogę przebiega mi łoś… co wprawia mnie w chwilowe osłupienie…..

Nie spodziewałabym się łosi w tak suchym i stromym terenie….. Wycofuję się więc spokojnie i ruszam dopiero jak zwierzę oddali się na bezpieczną odległość. Ledwo dowlekam się do auta…. I przez kolejne 15 minut odpoczywam w pełnej klimatyzacji. Temperatura na zewnątrz jest bliska 40°C.

Ostatni szlak na dzisiaj to oddalony 9 mil na północ od Winthrop –  Falls creek falls. Droga do niego prowadząca w części końcowej usiana jest przepięknymi sosnami z gatunku ponderosa pines …. Przy samym wodospadzie znajduje się leśny kemping też przepięknie położony. Szlak jest w zasadzie betonową ścieżką prowadząca bezpośrednio nad wodospad.

(długość 0.3 mili)

Można przyjemnie spędzić tu czas napawając się bryzą;

Jadę na kemping Big Twin Lake Resort – na którym spędzę kolejne 2 noce. Jest weekend i ceny w hotelach poskoczyły do $260-350/noc. (Za kemping płacę 30$ za noc).

Generalnie nie jest to jakaś super miejscówka, ale oferuje dużo przestrzeni, jezioro i ciepłe prysznice (1$ za 5 minut), oraz kranik z wodą przy prawie każdym miejscu biwakowym. Klimat tu jest już bardzo suchy, wręcz pustynny i niestety nieustający upał nie daje o sobie zapomnieć.

Dzień 5

Pobudka piąta rano, szybka owsianka i w drogę……

O tak wczesnej porze Winthrop jest zupełnie puste, nie widać żywej duszy.

Pierwszy szlak to Goat Peak Fire Lookout, do którego droga dojazdowa jest w dość kiepskim stanie. GPS mylnie wskazuje parking, z którego wychodzi szlak… Trzeba jechać jeszcze około 30 minut dalej, aż do samego końca drogi.

Wędrówkę rozpoczynam o 7:15 am. Zabieram ze sobą raki, ponieważ według wpisów na alltrails w górnej części szlaku zalega śnieg. Poza mną nie ma tu nikogo. Przed wejściem na szlak znajduje się znak z prośbą o zachowanie ostrożności ze względu na wędrujące po tym terenie kozły górskie (mountain goats). (Długość szlaku wynosi 3,7 mili, z przewyższeniem 1,450 stóp).

Wznoszący się na wysokość 2,134 metrów Goat Peak i jego historyczna wieża przeciwpożarowa stanowią najbardziej charakterystyczny punkt orientacyjny w dolinie Methow, widoczny niemal z każdego miejsca między Mazama a Winthrop.

Chociaż szlak na jego szczyt może być nieco wymagający, szczególnie na początkowym stromym odcinku, szybko wynagradza rozległymi widokami od podnóża doliny po szczyty North Cascades.

Szlak rozpoczyna się w subalpejskim lesie, który otwiera się na okazjonalne łąki pełne dzikich kwiatów. Następnie prowadzi szerokim grzbietem, więc każda otwarta przestrzeń oferuje widoki na pobliskie góry.

Mimo że okolica obfituje w nazwy związane z kozami (Goat Peak, Goat Creek, Goat Wall – nawet nazwa miasta Mazama oznacza rodzaj kozy), wypatrywanie tych zwierząt na szczycie Goat Peak nie przynosi żadnych rezultatów….. Populacja tych zwierząt została zdziesiątkowana w tym regionie w latach dwudziestych XX wieku, a niedawno sprowadzono je helikopterami z parku narodowego Olympic, gdzie zagrażały tamtejszej florze.

Po wdrapaniu się po stromiźnie wychodzę na płaski grzbiet i do wieży dzieli mnie pokonanie tylko kilku niewielkich wzniesień.

Śniegu za wiele już tu nie zostało więc rezygnuje z zakładania raków.

Fire lookout, do którego w końcu dochodzę, jest niestety pozamykany z każdej strony, ale na zewnątrz znajduje się ławeczka, na której odpoczywam sobie w samotności racząc się panoramicznymi widokami okolicznych gór.

Pierwsza wieża przeciwpożarowa została wybudowana tu w roku 1923, ta która stoi obecnie w 1950.

Dopiero w drodze powrotnej (około 10 rano) spotykam pierwszych turystów wdrapujących się na górę.

Z powodu wysokiej temperatury i braku jakiegokolwiek choćby powiewu wiatru szlak wymęczył mnie dosyć poważnie….

Wracam więc do Wintrop na lunch i krótki odpoczynek i po uzupełniemu poziomu kalorii jadę na kolejny szlak Lookout mountain trail.

Bezchmurna pogoda i wysokie temperatury oraz dosyć wysoka wilgotność powietrza raczej nie sprzyja wędrówce….

O 1.30pm dojeżdżam do parkingu, skąd wychodzi szlak (długość 3.2 mili, EG 1,151ft) – droga dojazdowa w końcowym odcinku jest raczej złej jakości, ale przejezdna dla SUV, (niektórzy parkują około mili wcześniej). Zaczynam mozolną wspinaczkę „ubarwioną” po obu stronach ścieżki uroczym fioletowym łubinem i innymi kolorowymi dzikimi kwiatami.

Wspinaczka następnie staje się bardziej stroma, trawersując zbocze wzgórza.

Wyższa część szlaku pozbawiona jest praktycznie drzew, więc każdy kawałek cienia okupowany jest przez turystów. ogromne faliste „zabarwione” na słomkowy kolor góry dominują w otoczeniu dolin Methow i Okanogan.

W końcu dochodzę do fire lookout, do którego trzeba się wdrapać po wysokich drewnianych schodkach (wieża znajduje się na wysokości 1,681 m n p m).

Odpoczywam chwilkę ukrywając się pod zacienioną częścią budynku i ruszam z powrotem do auta.

O 4.30pm kończę szlak i wymęczona upałem wracam na kemping….

Dzień 6

Z kempingu wyjeżdżam już o 5.45 rano, mijając tereny ogarnięte niegroźnie wyglądającymi pożarami, ale obstawione w wielu miejscach przez strażackie wozy.

Po przejechaniu dosłownie kilku mil otoczenie drastycznie zmienia się w totalnie przesuszone pustynne przeżółknięte pagórki.

Docieram do rzeki Columbia, będącej „siłą napędową” rolnictwa w stanie Washintgon.

Na tej rzece znajduje się jedna z największych elektrowni wodnych na świecie – Grand Coulee Dam, produkującej energię dla ponad 2 milionów gospodarstw domowych. Dojeżdżam do Jeziora Chelan, które jest z kolei najgłębszym jeziorem w stanie i trzecim najgłębszym jeziorem w kraju (po Crater i Tahoe lake). Latem jest popularnym miejscem do uprawiania sportów wodnych. W latach 80. XIX wieku w górnych częściach jeziora Chelan pojawiły się kopalnie wydobywające cenne metale, takie jak złoto, srebro, miedź, cynk i ołów. Teraz w krajobrazie dominują łódki i małe domki letniskowe.

Podjeżdżam do punktu zwanego Fields Point Landing, na krótki spacer.

Niewiele jest jednak tu do oglądania czy zwiedzania, więc ruszam w dalszą drogę do Peshastin Pinnacles State Park. (discovery pass lub $10/auto).

Jest już bardzo gorąco….. Szlak zaczynam o 9 rano, a temperatura przekracza 30°C.….. Jest tak duszno, że z trudem łapię oddech……

Peshastin Pinnacles to przede wszystkim park wspinaczkowy, ale krótki system szlaków pieszych oferuje przyjemną, umiarkowanie stromą pętlę wokół podstawy tych imponujących formacji skalnych.

Co chwilę mijam znaki, informujące o pozostaniu na wyznaczonych ścieżkach z powodu postępującej tu dużej erozji skalnej.

Szlak to półtoramilowa pętla, która zygzakami wspina się stromo do góry, mijając dosyć ciekawe piaskowcowe formy skalne.

Szlak nie jest jakoś bardzo skomplikowany i po niecałej godzince już jestem z powrotem na parkingu.

Następnie odwiedzam miasteczko Cashmere zaglądając na chwilę do Cashmere Museum and Pioneer Village (600 Cotlets Way, Cashmere).

Muzeum ma bogatą kolekcję artefaktów rdzennych Amerykanów,

……w tym narzędzia do polowania i łowienia ryb, dużo pamiątek po pierwszych osadnikach, niezłą kolekcję minerałów i przede wszystkim bardzo ciekawy skansen, w którym znajduje się 20 oryginalnych budynków z epoki pionierów.

Budynki te są umeblowane „antykami” z końca XIX i początku XX wieku i oferują realistyczny obraz życia z tamtych czasach.

Z powodu męczącego upału wybieram się na najłatwiejszy szlak w okolicy – Icicle Gorge loop trail (długość 4.1 mili przewyższenie 337ft, $5 parking lub NP. pass).

Jest to przyjemna ścieżka prowadząca przez las, co daje nieco odpoczynku od palącego dzisiaj okrutnie słońca.

Spacer zajmuje mi niecałe 3 godziny.

Łagodne nachylenie i malownicze widoki na potok Icicle Creek, i wszechobecne drzewa iglaste dają niesamowite ukojenie.

Jedyne co mnie niepokoi to ostrzeżenia o znajdującym się w okolicy niedźwiedziu….

Po tym przyjemnym spacerze jadę już bezpośrednio do hotelu na zasłużony odpoczynek w klimatyzowanym pomieszczeniu.

Dzień 6

Około 5 rano wyjeżdżam z hotelu kierując się na wielki parking, skąd wychodzi bardzo popularny szlak prowadzący do Colchuck lake (i będący częścią The Enchantments / Alpine Lakes Wilderness).

Alpine Lakes Wilderness to alpejski raj z granitowymi skałami wygładzonymi przez lodowce oraz krystalicznie błękitnymi jeziorami połączonymi krystalicznie czystymi potokami. Z wałęsającymi się wszędzie stadami kozic górskich.

Przed wejściem na szlak znajduje się drewniana skrzyneczka, z której to należy pobrać pozwolenie na wędrówkę (permit) – nawet w przypadku dziennego spaceru.

Punkt szósta rano wychodzę na szlak Colchuck Lake via Stuart Lake and Colchuck Lake Trail (długość 8.7 mil, zmiana elewacji 2,342 ft).

Pierwsze półtorej mili wspinaczka jest bardzo łagodna, prowadząc przez las, początkowo gęsty i ciemny, a następnie rzadszy i jaśniejszy, w zasięgu potoku Mountaineer Creek. Po przejściu półtora mili szlak przekracza prawy brzeg Mountaineer Creek po solidnym drewnianym moście. Za mostem trasa staje się bardziej stroma i kamienista, co jest małą zapowiedzią tego, co czeka w drugiej połowie wędrówki.

Trzy czwarte mili później szlak wypłaszacza się i opada nieco, zanim dotrze do rozwidlenia ze szlakiem prowadzącym w prawo do jeziora Stuart. Podążam szlakiem w lewo, i po krótkim odcinku docieram do kolejnego mostu, który przenosi mnie przez wąski, burzliwy odcinek Mountaineer Creek. Szlak staje się nieco chaotyczny, gdy skaczę po głazach wzdłuż brzegu potoku.

Początkowo szlak wije się łagodnie, ale im bliżej jeziora, tym staje się bardziej stromy i kamienisty. W kilku miejscach po drodze otwierają się widoki, najpierw na dolinę, z której właśnie się wspięłam a potem na ząbkowany grzbiet Dragontail Peak.

Po jednym ostatnim stromym odcinku szlak skręca w prawo, opada do małego zagłębienia i nagle, staję przy jednym z najpiękniejszych widoków na jezioro na szlaku – jezioro Colchuk.

Odpoczywam chwilę na szerokiej granitowej ścianie z widokiem na jezioro i imponujący masyw Dragontail Peak.

Na lewo od Dragontail znajduje się przełęcz Aasgard, na którą tzreba się wspiąć by dotrzeć do Enchantments. Po prawej stronie znajdują się pozostałości lodowca Colchuck i zbocza Colchuck Peak, którego prawdziwy szczyt jest ukryty za skalistymi wieżami.

Następnie ruszam dalej kierując się na południe wzdłuż brzegu jeziora. Miejscami szlak jest nierówny i trochę trudno go śledzić. Jedno z najmniej oczywistych rozgałęzień szlaków znajduje się przy dużym stawie górskim – częstym błędem jest podążanie dobrze wydeptaną ścieżką w prawo, ale szlak w rzeczywistości prowadzi po skalistych zboczach w lewo. Po serii zakrętów i wzlotów i upadków w drzewach szlak dociera do kamienistego pola u podnóża moreny czołowej lodowca Colchuck.

Tutaj jodły subalpejskie ustępują modrzewiom, a formalny szlak ustępuje trasie, po której skacze się po skałach, która ostatecznie prowadzi na przełęcz Aasgard. Ja kończę swoją wędrówkę odpoczywając na jednym z wielkich głazów.

Tu w zasadzie nikt już nie dociera….więc delektuje się zupełną ciszą i samotnością.

Wracając zaglądam jeszcze na kilka miejscówek kempingowych przepięknie położonych nad jeziorem.  

Na parkingu jestem o 1.40pm szlak wykończona wędrówką i przede wszystkim upałem.  

Po tym przyjemnym spacerze zostaje mi tylko udanie się do Leavenworth.

Miasto zostało przekształcone w bawarską wioskę w latach 60. XX wieku, aby przyciągnąć turystów. Zaczynam od odwiedzenia sklepu spożywczego Safeway wystylizowanego na styl bawarski, gdzie można nabyć pyszne chrupiące bagietki. …. Jedyne pieczywo, które nadaje się do spożycia podczas mojego tygodniowego pobytu w stanie Washington

Następnie parkuję w bocznej uliczce w centrum i wyruszam na „zwiedzanie”. Historia miasteczka zaczyna się w roku 1885, kiedy to odkryto tu pierwsze złoża złota. Niedługo później pojawili się pierwsi osadnicy i w 1890 roku powstało miasteczko Icicle Flats. Rozwój miasteczka eksplodował wraz z nadejściem linii kolejowej (The Great Northern Railway) w 1893 roku. Było to centrum przemysłu drzewnego z licznymi największymi w stanie tartakami. Wraz z boomem pojawiły się salony, hazard i domy publiczne – przynosząc Leavenworth etykietę najbardziej „dzikiego” miasta na zachodzie. Wszystko szło świetnie, aż do momentu, kiedy to kolej zmieniła trasę i „wyprowadziła się” z miasteczka. Od 1925 roku miasto zaczęło podupadać zamieniając się dosłownie w miasto duchów. Wielki Kryzys lat trzydziestych XX wieku przyczynił się również znacznie do upadku, z którego Leavenworth nie wyzdrowiał, aż do odrodzenia się jako mekka turystyczna.

W 1960 roku dwóch przyjaciół (Ted Price i Bob Rodgers) z Seattle kupiło opuszczone wiejskie bistro przy autostradzie #2, (15 mil w górę doliny na zachód od Leavenworth). Autostrada #2, (Stevens Pass hwy), była starą międzystanową trasą, ale znacznie więcej podróżnych między Seattle a punktami na wschodzie wybierało szybszą czteropasmową autostradę międzystanową #90.

Panowie postanowili jednak rzucić wszystko i zainwestować w kawiarnię, wkrótce dodając do niej motel. Bob, który po II wojnie światowej stacjonował w Bawarii pokochał ten górski teren w południowych Niemczech. Remontując zakupiony budynek, partnerzy zdecydowali się więc na motyw bawarski, tak dobrze pasujący do alpejskiego otoczenia gór Kaskadowych. Ich kawiarnia, którą nazwali Squirrel Tree, i powstały później motel odniosły sukces, przyciągając lojalną klientelę z całej doliny i z tak odległych miejsc jak Seattle. Populacja Leavenworth jednak kurczyła się, a miasto stawało się jedną wielką graciarnią, z wieloma niezamieszkałymi i zniszczonymi budynkami otoczonymi starymi samochodami i porzuconymi śmieciami. Wielu mieszkańców żyło tylko z zasiłku.

Price i Rodgers wiedzieli o dyskusjach toczących się na temat pomysłów na rewitalizację miasta. Większość z nich koncentrowała się na przyciągnięciu jakiegoś rodzaju przemysłu, prawdopodobnie wzdłuż rzeki.

Jako narciarze i wędrowcy, dwaj outsiderzy byli doskonale świadomi walorów rekreacyjnych okolicy jednak było im bardzo trudno przekonać przywódców społeczności do rozważenia turystyki zamiast przemysłu jako odbudowy miasta.

Kiedy to się udało, następną przeszkodą było odwodzenie ich od motywu lat dziewięćdziesiątych XIX wieku na rzecz pomysłu wioski bawarskiej.

Price i Rodgers podjęli szereg własnych wysiłków niezależnie od zarządu miasta. Jednym z nich była podróż w 1965 roku do Solvang w Kalifornii, aby zobaczyć dawne senne miasteczko rolnicze, które stało się miastem tematycznym opartym na swoim duńskim dziedzictwie.

Przywieźli ze sobą slajdy przebudowanych w stylu duńskim budynków, pomagając przekonać lokalnych przywódców do wykonalności miasta tematycznego.

Chociaż kilku mieszkańców Leavenworth mogło pochwalić się pochodzeniem niemieckim, w przeciwieństwie do Solvang, miasto nie mogło przedstawić żadnego przekonującego etnicznego argumentu na rzecz pomysłu wioski bawarskiej…… Musiało to być oparte na czymś innym: pięknym alpejskim otoczeniu. Price i Rodgers postanowili sprzedać Squirrel Tree i nabyć jak najwięcej nieruchomości w Leavenworth z myślą o przebudowie ich w stylu bawarskim. Główni właściciele nieruchomości wkrótce zaciągnęli pożyczki, aby wyremontować własne budynki. Ale pytanie brzmiało, jak to zrobić….i wtedy Earl Petersen, projektant duńskiego Solvangu, skontaktował się z Tedem Price’em, aby zaoferować swoje usługi bezpłatnie! Petersen i inny projektant z doświadczeniem architektonicznym, (urodzony w Niemczech Heinz Ulbricht mieszkaniec Seattle), kierowali przebudową, aby zapewnić najwyższą autentyczność projektu. Ulbricht wraz z rodziną przeprowadził się później do Leavenworth.

Pierwszym budynkiem przebudowanym w stylu bawarskim był hotel Chikamin, którego właścicielka LaVerne Peterson zmieniła nazwę na Edelweiss na cześć kwiatu stanowego Bawarii. Wszyscy zaangażowani w renowację zaciągnęli pożyczki do granic ryzyka, aby osiągnąć zamierzony cel. Jak wspominał Ted Price: „Byliśmy tylko garstką ludzi, którzy byli spłukani i promowali bardzo duże, pozornie niepraktyczne pomysły”. Cały wysiłek remontowy zrealizowali w ciągu kilku lat bez pomocy stanowego rządu. Mieszkańcy ofiarnie zgłaszali się na ochotnika oferując swoje umiejętności i czas bezpłatnie. Sprowadzono też specjalistów z zakresu tynkowania, ciesielstwa i malowideł ściennych. Aby zapewnić ciągłą autentyczność, miasto utworzyło Radę ds. Przeglądu Projektów Leavenworth, która oficjalnie rozpoczęła działalność 16 lipca 1970 roku. Wszystkie prace budowlane i remontowe w Leavenworth muszą obecnie spełniać nie tylko zwykłe przepisy, ale także style bawarskie określone przez tę radę. Wiele nowych luksusowych domów prywatnych wzdłuż rzeki Wenatchee i Icicle Creek dobrowolnie przestrzega tych przepisów.

Oprócz całkowitej renowacji centrum miasta, przywódcy społeczności stworzyli serię festiwali, przyciągające ponad milion turystów rocznie. Najciekawsze wydarzenia to Jesienny Festiwal Liści, Maifest, Oktoberfest, Bawarski Festiwal Lodu i niezwykle popularne Festiwale Bożonarodzeniowe.

Dzień 7

Z hotelu wyjeżdżam tuż przed 5 rano. Moim pierwszym szlakiem ma być Evergreen trail…. Ale niestety 15 mil przed parkingiem, skąd wychodzi szlak, trafiam na zamknięty szlaban – pomimo iż wcześniej nie było żadnej informacji o zamknięciu drogi.

Droga (#6520 #6530 #6554) prowadząca do parkingu, skąd wychodzi szlak jest bardzo kamienista i zakręcona i nieco mnie wymęczyła, więc kilka przekleństw poleciało w przestrzeń 😊. Zastanawiałam się później czy może po prostu byłam tam za wcześnie… i pan leśniczy nie zdążył otworzyć bramy….

Jadę więc na kolejny szlak z mojej dzisiejszej listy. O 8.20am parkuje przy wyjściu na szlak Lake Valhalla trail (długość 6.3 mile, EG 1,364ft).

Nikogo na parkingu jeszcze nie ma. Rejestruję się w „księdze wyjścia” jako pierwsza osoba w dniu dzisiejszym i wyruszam uzbrojona obowiązkowo w raki….. (na alltrails kilka osób zapostowało o sporej ilości śniegu zalegającej na ponad połowie długości szlaku).

Idę lasem – jest chłodno i przyjemnie. Do góry po zakrętach i w końcu zaczyna się granica śniegu, gdzie trzeba od razu włożyć raki.

Bardzo duża ilość widocznych w śniegu śladów wielokrotnie prowadzi do nikąd ….Bardzo przydatna w takich sytuacjach jest „ściągnięta” z alltrails mapa. Śnieg miejscami sięga nawet wysokości trzech metrów – jest to widoczne jak przechodzę obok zatopionych w śniegu świerkowych czubków.

Po około dwóch godzinach dochodzę (po wielu nieudanych próbach do jeziora). Przy samym jeziorze wielokrotnie się zapadam w głębokim śniegu, bo słońce już zaczęło konkretnie podgrzewać i roztapiać śnieg, który stał się miękki i niestabilny…… Poranek to najgorsza pora na zdjęcia w tym miejscu. Słońce wali prosto w obiektyw z jedynego dostępnego punktu przy jeziorze. Nie ma możliwości zrobienia żadnego ciekawego ujęcia jeziora.

Wszędzie dookoła roztopy, śnieg, błoto …. I grząskie podłoże.

Na jeziorze ciągle zalegają wielkie tafle lodu.

Dopiero w drodze powrotnej spotykam pierwsze grupki ludzi. Szlak był bardzo wymagający ze względu na ilość zalegającego na nim śniegu. Około 1pm jestem z powrotem na parkingu.

Postanawiam nieco zmienić otoczenie na totalnie „bez śniegowe” ….  jadąc w kierunku Red Top Lookout Trailhead.

Tu spotykam tylko grupę strażaków podczas treningu….. Droga dojazdowa (#9702) do szlaku jest wąska, bardzo wyboista i pełna zakrętów, klasyfikując ją raczej jako zlej jakości. (długość 7 mil).

Słońce pali jak oszalałe… zdecydowanie jest tu za gorąco na wędrówkę……

Szlak na szczęście jest bardzo prosty (długość 1 mila, przewyższenie 308 ft). Idę zgodnie z ruchem wskazówek zegara zaczynając od stromej części, gdzie znajduje się fire lookout (niestety zamknięty).

W oddali połyskuje Mt. Rainier – najwyższy szczyt stanu Washington (4,392 m n.pm).

Z powodu bardzo wysokiej temperatury, i spowodowanego przez nią całkowitego spadku energii, wracam do hotelu i już do końca dnia korzystam tylko z uroków klimatyzacji…. 🙂

Dzień 8

Dzień zaczynam od wizyty w Liberty ghost town ……

Liberty uważane jest za najstarsze miasto górnicze w stanie.

Jego historia sięga 1867 roku, kiedy to bracia Newton i Benton Goodwin odkryli niewielką ilość złota w okolicy. Wieść o odkryciu szybko się rozeszła, rozpoczynając małą gorączkę złota. Do 1876 roku wielu górników, którzy przybyli do Liberty, wyjechało wkrótce szukać szczęścia w innych stanach, bo złoża złota zaczęły się kurczyć. Jednak miasto posiada ciągle niewielką populację mieszkańców, co czyni go tak zwanym „żywym miastem duchów”.

Wciąż można znaleźć tu niewielkie ilości tego drogocennego kruśca, a działalność górnicza jest kontynuowana w tym rejonie do dziś. Tutejsze złoto jest dosyć wyjątkowe – poza tradycyjnymi samorodkami występującymi w strumieniach możemy tu również znaleźć niezwykle rzadkie tzw. złoto drutowe (wire gold).

W 1974 roku miasto Liberty zostało dodane do Krajowego Rejestru Miejsc Historycznych.

„Najciekawszym” obiektem historycznym w miasteczku jest zdecydowanie biblioteka w toalecie 😊.

Kolejny punkt to klimatyczne miasteczko Roslyn, przez które przejeżdżam tylko by dotrzeć do Cle Elum Lake.

Trafiam niestety na niekorzystną pogodę, chociaż przyznać trzeba, że chmury tworzą niesamowitą atmosferę grozy, która idealnie odzwierciedla się na zdjęciach.

Początki istnienia Roslyn to rok 1886, kiedy to odkryto tu potężne pokłady węgla, który zaczęto wydobywać na ogromną skalę ze względu na ówczesne olbrzymie zapotrzebowanie transportu kolejowego.

Pomimo, że wydobyto tu ponad 2 miliony ton do roku 1910, to w dalszym ciągu ponad 80% złóż pozostało nienaruszone, czekając na lepsze czasy, które już niestety nie wróciły.

Parowe lokomotywy zastąpiono w latach 20-tych XX wieku lokomotywami spalinowymi i kopalnie zaczęto sukcesywnie zamykać, kończąc całkowicie wydobycie w roku 1963.

Miasto zaczęło podupadać, ale na ratunek ruszył przemysł turystyczny, z którego to wpływu udało się uratować i przywrócić świetność sprzed lat. Wybudowano nowe domy służące jako siedziby letniskowe bogatszej klienteli z Seattle. Otwarto pola golfowe, które są nieodzownym elementem ich biznesowego życia. Zainwestowano w odrestaurowanie starych budynków w centrum, gdzie dopieszczone do przesady witryny sklepowe kuszą teraz jedynie poszukiwaczy upominków czy drogiego sprzętu sportowego.

Kiedy docieram do jeziora Cle Elum, zastaje wrogo wyglądające chmury by za chwilę „rozkoszować się intensywną ulewą.

Jezioro Cle Elum jest to jeziorem naturalnym (polodowcowym) ale jego pojemność i odpływ są kontrolowane przez zaporę Cle Elum o wysokości 50 metrów (zbudowaną w 1933 roku). Wody jeziora zostały spiętrzone w obszarze ich odpływu, aby zwiększyć zasoby do nawadniania i innych zastosowań w dorzeczu doliny Yakima.

Po deszczu wyruszam na spacer po plaży, gdzie artystycznie porozrzucane są konary drzew, tworząc coś w rodzaju galerii rzeźb.

Kolejne miejsce, które odwiedzam to Lost Lake (zjazd 62 z Hwy #90). Jest to dzikie jezioro, do którego dojeżdża się szutrową drogą.

Nikogo tu nie spotykam. Wracam do autostrady i przenoszę się do znacznie ciekawszego miejsca… Franklin falls trail. (zjazd#47). (długość 2 mile).

Szlak prowadzi poprzez bajecznie zieloną okolicę usłaną paprociami i mchem.

Dodatkowego uroku dodają olbrzymie drzewa z gatunku Western Red Cedar (Żywotnik olbrzymi).

Po drodze z platformy widokowej można również podziwiać mniejszy wodospad na rzece South Fork Snoqualmie River.

Jedenastometrowy wodospad Franklin położony jest pomiędzy dwoma przęsłami wiaduktu autostrady, po której przejeżdżaliśmy wcześniej.

Kolejny punkt to dwumilowy Garfield Ledges trail – łatwy i bardzo przyjemny szlak (ze zmianą elewacji 616 stóp) prowadzi pośród gęstej soczysto zielonej roślinności do małego punktu widokowego.

Szlak jest słabo uczęszczany, więc praktycznie całe jego piękno można mieć przez chwilę dla siebie.

Po zejściu ze ścieżki urządzam sobie pożegnalny piknik nad rzeką Taylor.  I około godziny 4.30pm wyjeżdżam z lasu… by szybko zajechać jeszcze w dwa miejsca po drodze na lotnisko. Pierwsze to komercyjny wodospad Snoqualmie Falls – Ponad 80-metrowa potężna struga wody spada tu z wielkim hukiem do rzeki Snoqualmie.

Miejsce to znane jest przede wszystkim widzom kultowego serialu Twin Peaks, kręconego tu w latach 90-tych.

I na do widzenia dosłownie biegnę szlakiem The Rainier Trail (miasteczko Issaquah) by zrobić zdjęcie rzeźbie trolla “Jakob Two Trees”, (wykonanej przez duńskiego artystę Thomasa Dambo). Troll umiejscowiony jest niedaleko Issaquah Community Center.

No i pędem na lotnisko…….

Dodaj komentarz

Blog na WordPress.com. Autor motywu: Anders Noren.

Do góry ↑