TERMIN: 21.06-28.06.2023
Kilka dni obcowania z przyrodą, trochę wysiłku fizycznego by wdrapać się na parę szczytów, trochę wytchnienia od pędzącego życia…. Fajnie jest tak poprostu uciec od codzienności by pobyć z samym sobą, z dobrą książką i szumiącym potokiem, na mało uczęszczanej ścieżce w gęstymm, pachnącym lesie. W czerwcu nie ma tu jeszcze wielu turystów, (dużo dróg jest zamkniętych ze wględu na zalegający na nich śnieg)….. Można więc cieszyć się naturą w zupełnej samotności …. Jednym z moich głównych celów tej wycieczki było wejście na Mount St. Helens – wulkan, który 43 lat temu pokazał swoje prawdziwe oblicze…. a jego wybuch okazał się największą katastrofa wulkaniczną w historii Stanów Zjednoczonych.
TRASA: Seattle, Mount Baker Snoqualmie National Forest: Mailbox Peak trail, Rattlesnake Ledge Trail, Ollalie State Park: Twin Falls trail, Tacoma: CHIHULLY Glass Museum, Beacon Rock trail, Gifford Pinchot national Forest: Panther Creek Trail, Lower Fall creek falls trail, McClellan viewpoint, Mount Saint Helens National Volcanic Monument: Mount Saint Helens via Worm Flows trail, Gifford Pinchot national Forest: Lewis River falls trail, Takhlakh lake, Covell creek falls and Angel Falls trail; Mount Rainier National Park: Silver falls trail, Tipsoo lake; Mount Baker Snoqualmie National Forest: Goat falls trail, Snoquera falls, Snoqualmie falls; North Bend, Seattle: Kerry Park, Chihuly Garden and Glass museum, Amazon The Spheres, Pike Place Market, Ferry to Bainbridge, Olympic Sculpture Park)

CAŁKOWITY KOSZT WYJAZDU: $2,107/1 osoba
KOSZT PRZELOTU: Chicago-Seattle-Chicago $483/1 bilet
KOSZT BENZYNY: $100 (średnia cena benzyny $5,00/galon) – 710 mil
KOSZT WYNAJMU AUTA: Toyota Rav4 – $720/7 dni
NOCLEGI: hotele & kempingi $394/6 nocy
JEDZENIE: $109
BILETY WSTĘPU: parki stanowe $10, National Park Pass $80/rok, muzea $20-$35
PRZEWODNIKI/MAPY: Washington Atlas topograficzny Benchmark, Mt St Helens Mt Adams Gifford Pinchot National Forest topographic map National Geographic, http://www.alltrails.com,
SKŁAD ZESPOŁU: Zuza
POGODA: wspaniała 😊 Temperatura 16-28°C, słonecznie, bezwietrznie.
NAJCIEKAWSZE MIEJSCA: Mount Saint Helens via Worm Flows trail, Panther creek Falls trail, Fall Creek Falls trail, Chihuly Garden and Glass Seattle.
Dzień 1
Lądowanie z godzinnym opóźnieniem, wypożyczenie samochodu i pędem w kierunku gór i lasów 😊 ….Szlak na dzień dobry to całkiem konkretne wyzwanie – Mailbox peak trail (długość 7,7 mili, przewyższenie 4,009 ft, oznaczony na alltrails jako trudny).

Na szlak można wyjść z dwóch parkingów – dolnego lub górnego (brama wjazdowa zamykana jest na górnym parkingu o godzinie 8 p.m). Obowiązuje Discovery Pass (parki stanowe) lub $10/auto.

Szlak Mailbox trail ma dwie wersje – starą i nową.

Stara prowadzi bardzo stromo, gęstym lasem (długość w jedną stronę 2,5 mili), nowa wersja poprowadzona jest zygzakiem o znacznie mniejszym nachyleniu, ale jest o wiele dłuższa (5,2 mili w jedną stronę).

Przy wejściu na szlak nie widnieje żadna informacja na temat starego szlaku, który nie jest już naprawiany przez zarząd parkowy… (co daje się zauważyć w wielu miejscach, gdzie ścieżka jest po prostu wymyta przez deszcze czy topniejący śnieg). Liczba rannych i ratowników wysyłanych na stary szlak we wcześniejszych latach, a także straszna erozja spowodowana przez masowe codzienne odwiedziny skłoniły Department of Natural Resources do stworzenia nowego znacznie łagodniejszego szlaku na szczyt.


Zaczynam trasą nową (wydaje się całkiem stroma), która prowadzi mnie wsród gęstej rośliności – ścieżka jest szeroka i dobrze utrzymana.

Wspinając sie powoli serpentynami mijam prawdziwe dzieła sztuki wykonane przez naturę…..

Serpentyny ciągną się przez około 4 mile, po czym ponownie dołączają do starego szlaku na wysokości 1,177 m n.p.m. (szczyt położony jest na wysokości 1,470 m n.p.m)

Po wyjściu z lasu zaczynają się gołoborza…..

…wielkie rumowiska skalne po których trzeba się wspiąć dosyć stromo… i kiedy już jestem pewna, że szczyt jest za przysłowiowym rogiem… zaczynają się prawdziwe schody …. wielkie kroki po wielkich kamieniach, (przydaje się kijek hikingowy)……

Ostatnie pół mili szlaku naprawdę daje w kość.

Wejście zajmuje mi aż 4 godziny…. (z kilkoma kilkuminutowymi postojami…).

Na samym szczycie ustawiono skrzynkę pocztową, która jest pozalepiana róznymi kolorowymi naklejkami…,


…a w środku znajduje się kilka flaszeczek z alkoholem i jakieś liściki.


Widoki panoramiczne piękne… wiatr przewiał chmury akurat w momencie kiedy wchodzę na szczyt.



Skrzynka pocztowa została zbudowana przez listonosza w latach 60-tych ubiegłego wieku, który chciał w ten sposób zachęcić młodzież do wspinaczki górskiej😊.

Tradycją jest zostawienie czegoś w skrzynce i w zamian zabranie jakiejś rzeczy dla siebie😊.

Po 20 minutach napawania się widokami ze szczytu zaczynam schodzić……
Brama zamykana jest o 8pm, więc mam trzy godziny żeby znaleść do parkingu.

Wybieram drogę „starą”, która jest zdecydowanie drogą nienadającą się na schodzenie, między innymi ze względu na stromość i śliskość oraz wystające ze wszystkich stron korzenie. Cieżko jest w ogóle utrzymać równowagę pomimo podpierania się kijkiem i łapania pni i gałęzi drzew. Każdy kolejny krok to ogromny wysiłek przy zachowaniu ekstremalnej ostrożności. Nogi trzęsą mi się okrutnie ☹ . Kończę zejście zaliczając tylko trzy upadki… czyli z całkiem dobrym wynikiem….
Z powodu totalnego wymęczenia jadę bezpośrednio do hotelu na zasłużony odpoczynek….
Dzień 2
Dzień zaczynam od Rattlesnake Ledge trail (okolice miasteczka North Bend). Szlak o długości 5,3 mili prowadzi stromo do góry na 3 platformy widokowe (przewyższenie 1,459 ft).

Najbardziej popularna cześć szlaku to dojście do dolnego i największego zarazem punktu widokowego. Szlak zdecydowanie nie dla dzieci …. nie ma tu żadnych zabezpieczeń przy krawędziach klifów.

Szlak zaczyna się na parkingu (który o 6 am jest całkowicie pusty). Kawałeczek prowadzi starą zamknietą dla samochodów drogą (po północno wschodniej części jeziora) i następnie wchodzi w las, gdzie zygzakami wznosi się sukcesywnie do góry.

Jest tu bardzo zielono i spokojnie.

Paprocie i omszone pnie drzew, sporej wielkości głazy narzutowe, szlak jest szeroki i dobrze utrzymalny aż do miejsca Lower View.

Widok z dolnego punktu wydaje się najbardziej widowiskowy….


Później ścieżka staje się bardzo wąska i bardziej stroma. (Środkowy punkt widokowy jest najmniej ciekawy i trudnodostępny).

Najwyższa półka widokowa daje panoramiczny widok wszystkich okolicznych gór….

Wejście do pierwszego punktu zajmuje mi 1h 50 minut, a na samą górę 2,5 godziny. (przejście całego szlaku niecałe 3,5 godziny).

Po zejściu ze szlaku spaceruje sobie chwilkę po plaży i wymaczam zmęczone stopy w chłodnej wodzie jeziora.

Rattlesnake lake słynie z dość niespotykanego widoku – pełno tu wystających starych olbrzymich cedrowych konarów drzew zatopionych w wodzie…….

Ponad 100 lat temu na tym terenie znajdowało się małe miasteczko Moncton, które przez kilka miesięcy (począwszy od maja 1915) roku było sukcesywnie zalewane przez podnoszący się poziom wody jeziora zasilanego przez wycieki z zapory w górnym biegu rzeki. Poziom wody podnosił się o ponad stopę (30 cm) dziennie. W lecie poziom wody w jeziorze podniósł się do tego stopnia, że domy „wyskakiwały” z fundamentów, i unosiły się jak korki na środku jeziora. Ostatecznie miasto przestało istnieć, a resztki unoszących się domów polano naftą i podpalono. Podczas suchych sezonów letnich gdy poziom wody opada można zobaczyć resztki fundamentów starych domów.

Kolejny szlak to Twin Falls (długość 2,5 mile) znajdujący sie na terenie Ollialie State park ($10/auto lub Discovery Pass $30/rok). O godzinie 10 rano parking jest już kompletnie zapełniony (zakaz parkowania przy drodze). Jest to bardzo popularne miejsce ze względu na łatwość szlaku, co wiąże się oczywiście z dzieleniem wędrówki z tabunami rozkrzyczanych dzieci i ich równie rozkrzyczanych rodziców 🙂

Zrobiło się już całkiem gorąco, co niestety trochę utrudnia spacer, ale w kilku miejscach na szlaku można zejść do rzeki i by się nieco ochłodzić.

Początkowa część szlaku jest bardzo prosta, prowadząc właśnie wdłuż rzeki po płaskim terenie.

Dużo gęstej, jaskrawozielonej roślinności daje poczucie jakbyśmy wędrowali po dżungli.




Wystające z ziemi korzenie dodają również niesamowitego uroku temu miejscu……

Następnie zygzakami stromo pod górkę i dochodzi się do drewnianych schodków prowadzących w dół do platformy widokowej na Lower Twin Falls.

Z tego miejsca mamy zdecydowanie najbardziej spektakularny widok na wodospad.

Poranek nie jest najlepszym czasem na zrobienie zdjęcia, bo kierując obiektyw aparatu na wodospad stoimy centralnie skierowani na słońce….

Żeby wrócić do głównego szlaku trzeba po tych samych schodkach wdrapać się na górę i następnie skręcić w prawo. Dalsza część szaku prowadzi nad przez most nad rzeką…

… i następnie tuż za mostem krótkie, ale strome podejście do ławeczki 😊 i punktu z widokiem na górną część wodospadu, która jest zdecydowanie mniej widowiskowa.

Ponadto widok zasłonięty jest przez liczne gałęzie i krzaki…. więc nie za bardzo jest nawet jak wykonać zdjęcie. Wracam na parking tą samą drogą mijając spore tłumy hikerów.
W celu ochłonięcia od niezmiernie męczącego upału zmieniam plany i jadę do Tacoma Glass museum ($20/osoba, parking $5/auto). Miejsce bardzo kameralne, z całkiem ciekawą, ale skromną kolekcją szklanych instalacji….

Najciekawszym wydarzeniem okazuje się prezentacja dmuchania szkła odbywająca się nieustannie w godzinach otwarcia muzeum.

Podstawowym narzędziem pracy oprócz pieca hutniczego (we wnętrzu którego znajduje się rozgrzana do około 1200°C półpłynna masa szklana) jest długa i ciężka metalowa słomka czyli tzw. piszczel hutnicza, (wykonana ze stali żaroodpornej). To na nią nabiera się porcję gorącej masy szklanej i za jej pośrednictwem artyści są w stanie wdmuchiwać powietrze prosto z płuc do wyrobu, który formują. Pierwszym etapem jest niewielka bańka szklana, którą się wydmuchuje. (Nie da się jednorazowo nabrać dużej porcji szkła – należy to robić etapami). Wydmuchana bańka musi ostygnąć do około 360°C, by w takiej temperaturze nabrać na nią kolejną porcję szkła i poddać tak przygotowaną masę, wstępnej obróbce innymi narzędziami.

Każdorazowy proces wydmuchiwania trwa od 10 do 60 sekund.

Do jego produkcji szkła potrzebne są przede wszystkim piasek kwarcowy i wysoka temperatura. Piasek kwarcowy jest najpowszechniej występującą na Ziemi skałą osadową, którą wydobywa się do produkcji przemysłowej w specjalnych złożach. Do produkcji tradycyjnego szkła dodaje się także różne dodatkowe związki chemiczne, które gwarantują jego bezbarwność czy wpływają na trwałość i wytrzymałość. Natomiast aby uzyskać szkło o odpowiednim kolorze, należy dodać tlenki metali, np. żelazo i chrom dla uzyskania barwy zielonej, mangan do fioletowej czy kobalt do niebieskiej.



Do dmuchania szkła wystarczy mały powiew powietrza, i jeśli przez przypadek zamiast dmuchnąć wciągniemy gorące powietrze do płuc, to nic nam się nie stanie, bo temperatura przechodząć przez długą rurkę zdąży już znacznie opaść.


Artyści tworzą jakiś większy projekt robiąc to raczej mozolnie … bez widocznych efektów …. ale przyjemnie jest usiąć na widowni i poobserwować ich pracę.

Po wyjściu z muzeum przejeżdżam przez miasto Tacoma, króre wydaje się całkowicie opuszczone…..
i kolejne 2 godziny spędzam w aucie kierując się na południe (Hwy #5) do hotelu w Woodland.
Dzień 3

Kolejne 3,5 dnia wędruje po lasach Gifford Pinchot National Forest w otoczeniu wspaniałej natury ….. i tylko natury. Zaczynam dzień od szlaku Beacon Rock Trail (długość 1,5 mili, przewyższenie 574 ft) znajdującego się w Beacon Rock State Park ($10/auto lub Discovery Pass $30/rok ).

Parking skąd wychodzi szlak znajduje sie przy głównej drodze #14.

Wejście na samą górę zajmuje mi 30 minut i tyle samo potrzebuje również na zejście. Beacon Rock jest bazaltowym monolitem o wysokości 258 metrów.
Szlak jest bardzo stromy, ale prowadzi podestami z metalowymi barierkami, bez istnienia których pewnie bym się nie odważyła na nie wejść…..

Im wyżej tym widoki wspanialsze…

Rzeka Columbia, a za nią Oregon… Piękne góry i lasy… wspaniały początek dnia.
Przy samym wejściu na szlak znajduje się „ brama wejściowa” z napisem informującym, że szlak jest zamknięty od zmroku do 8 am. Furtka jest otwarta, więc korzystając z zaistniałej sytuacji i po prostu idę dalej. Przez tą całą godzinę jestem tu zupełnie sama….

Beacon Rock jest rdzeniem ogromnego wulkanu, który wybuchł około 57,000 lat temu i obecnie uważany jest za wygasły. Jego zewnętrzna część została zmyta przez powodzie z epoki lodowcowej, które nawiedziły ten obszar około 15,000 lat temu.

Kolejny szlak to Panther Creek Falls (wysokość 40 metrów) – jeden z moich ulubionych wodospadów w stanie Washington. Dojazd do wyjścia na szlak jest stosunkowo prosty. Z miasteczka Carson drogą Wind River Hwy jadę na północ, po czym skręcam w drogę NF-65. Parking znajduje się znacznie wcześniej niż pokazuje GPS. Po prawej stronie drogi jest spory szutrowy parking (nie ma tu żadnej tablicy informacyjnej).

Tuż przed tym parkingiem po lewej stronie umieszczono na drzewie małą brązową tabliczkę z napisem „Panther falls„.

W tym miejscu zaczyna się szlak. (czyli po przeciwnej stronie drogi niż parking).
I tu też mam wielkie szczeście, przez 1,5 godziny mojego pobytu nie spotykam nikogo…. Niezapomniane przeżycie…… Wąska stroma ścieżka prowadzi najpierw do górnej części wodospadu (którą można pominąć jeśli ktoś się śpieszy…… i zejść tylko do dolnej platformy, która oferuje znacznie bardziej spektakularny widok.

Widok rzuca na kolana !!!!

Wodospad jest niesamowity, i robi na prawdę wielkie wrażenie !!!!


Kolejny szlak to znajdujący sięw pobliżu Lower Fall creek falls trail (długość 3,2 mile).

Dojazd szutrową drogą NF-30 jest bezproblemowy zwykłym osobowym samochodem, trzeba tylko uważać na liczne dziury. Parking jest olbrzymi, co świadczy o popularności tego szlaku. Początkowo idzie się po płaskim terenie wzdłuż rzeki mijając małe kaskady na Falls creek, a następnie małym zawieszonym mostkiem przeprawiam się na drugą stronę rzeki.

Ścieżka robi się nieco węższa i troszkę bardziej stroma. Przy kolejnym znacznie większym moście znajduje się mały wodospad – tak urokliwy, że warto na chwilę przystanąć i zrobić kilka zdjęć.



Później chwilkę pod górkę i staję przed majestatycznym Falls creek fall (wysokość 102 metry).

W momencie jak rozkładam statyw ….. niebo się przysłania…. nadciaga chmura .. i zaczyna padać ulewny deszcz, co w sumie daje duże wytchnienie od upału, i możliwość zrobienia bardzo szybkiego zdjęcia bez rażącego słońca….

Wracam tą samą drogą, do Wind River Hwy i jadę dalej na północ. Kolejny punkt to – McClellan viewpoint.

I tu oto przede mną …..widok na Mount Saint Helens (wysokość 2,549 m n.p.m) – zatopioną w chmurach – wydaje się majestatycznie wielka… trochę mnie przeraża fakt, ze jutro mam na nią się wdrapać…. a ona taka wielka 😊

Wejście letnie (z Climbers Bivouac) jest jeszcze zamknięte – tzn. droga dojazdowa do wyjścia na szlak jest zamknięta ze względu na duże ilości zalegającego śniegu (otwierają ją z regóły w pierwszej połowie lipca).

Szlak zimowy (Mt Saint Helen via Worm Flows) zaczyna się więc z parkingu Marble Mountain Snow park. Jadę więc sprawdzić trasę dojazdową i pojemność parkingu, by w nocy nie błądzić po okolicy 🙂

I na dzisiaj to już koniec wędrówek…. Melduję się na kempingu (Beaver Bay campground) by porządnie się wyspać przed jutrzejszą wspinaczką na Mt. St Helens.

Dzień 4
Pobudka 3.40 am. Dojazd do parkingu Marble Mountain Snowpark, rejestracja z podaniem numeru permitu (przy wejściu na szlak) i o godzinie 4.45 am ruszam z wypchanym po brzegi plecakiem. Według alltrails długość szlaku to 10.4 mile, ale większość postujących hikerów podaje dystans 12 mil (przewyższenie 5,718 ft). Na desce rozdzielczej zostawiam wydrukowane pozwolenie na wspinaczkę oraz National Park Pass (plus zabieram kopie permitu ze sobą, bo w razie kontroli muszę go pokazać rangerowi… za jego brak dostaje się mandat). Permit zbobywa się na zasadzie kto pierwszy ten lepszy pierwszego dnia wsześniejszego miesiąca. A więc na dzień 24 czerwca polowanie na wejściówkę zrobiłam 1 maja o 9 am czasu chicagowskiego. (11 minut poźniej permity na weekend były już wszyskie wykupione – koszt to $15/osoba plus $6 opłata manipulacyjna). Jest jeszcze ciemno więc latarka czołówka jest bardzo przydatna.

Pierwsza część szlaku jest bardzo prosta, delikatne nachylenie, szeroka ścieżka. Po przejściu pierwszej mili zaczynają pojawiać się zalegające po zimie połacia śniegu.

Takich większych śniegowych łach jest kilka. Następnie gęstość lasu znacznie się zmniejsza, natomiast nachylenie terenu niestety sukcesywnie zwiększa. Wychodzę na „gołoborza” porośnięte iglastymi drzewami o niewielkiej wysokości. Tu jest ostatnie miejsce gdzie można skoczyć na bok za potrzebą…. Kolejny ważny punkt to przejście na drugą stronę strumienia Swift Creek w okolicy Chocolate Falls.

Nie stanowi to żadnego problemu bo poziom wody jest niski. I w zasadzie od tego momentu zaczyna się już ostro w górę. Przejście do Chocolate Falls zajęło mi 1,5 godziny – pokonany dystans to 2,5 mile. Pewnie większość ludzi pokonuje tą odległość znacznie szybciej… ale ja w międzyczasie zmuszona byłam do zrobienia 2 postoi, ze względu na moje obolałe stopy, na których pojawiły się dzień wcześniej 2 wielkie bąble…. Temperatura znacznie się podwyższyła i niestety podwyższąć się będzie dalej…. robi się bardzo gorąco. Nakładam grubą warstę kremu przeciwsłonecznego, bo przez kolejne kilka godzin będę nastawiona na bezpośrednie działanie słońca ….bez skrawka cienia. I do góry. Pomimo założenia bardzo solidnych butów hikingowych cały czas się potykam i ślizgam na bardzo niestabilnym podłożu. Rozkuszony pumeks plus większe ruszające się pod naciskiem buta skały nie stanowią przyjemnego podłoża do wędrówki.

O 7.30 am przekraczam oficjalną granicę drzew jaka podawana jest na alltrails. Jest coraz stromiej…

Za mną spowita we mgle dolina… po prawej Mt Adams, za mną Mt Hood.

Widoki petarda !

i cały czas do góry…..

mijam ostatnie ostoje roslinności ….

O 8.45am, a więc po 4 godzinach wędrówki i przejściu około 4 mil dochodzę do stacji sejsmicznej – tu większość wspinaczy robi sobie dłuższy postój.

Konkretna kanapka i napój witaminizowany w tym miejscu rekomendowany 😊.

I do góry…..

Od tego momentu jest już tylko BARDZO STROMO w górę, wkrótce zaczyna się śnieg, i nie ma innej możliwości wędrowania…. a więc mikrokolce i stuptuty jak najbardziej się przydają.

Taki widok towarzyszy mi przez kolejne kilka godzin…..



Bez mikrokolców było by to zbyt nie bezpieczne bo pod wpływem palącego słońca powierzchnia śniegu zaczyna robić się bardzo śliska…..



0 godzinie 12.40 pm staję na „szczycie” czyli na krawędzi rozszarpanego pod wpływem wybuchu wulkanu.

Mój czas wejścia to 8 godzin. Widok można określić jednym wielkim ” WOOOOW” !!!

Wulkan Mount St Helens posiada obecnie status aktywnego, i cały czas z jego wnętrza wydobywają się gazy.

Wielki wybuch nastąpił 18 maja 1980 roku i był poprzedzony wieloma trzęsieniami ziemi (przez okres ponad 2 miesięcy). Wydostająca się z wnętrza wulkanu magma spowodowała liczne pęknięcia po stronie północnej góry, a silne trzęsienie ziemi tuż przed wybuchem wulkanu spowodowało duże obsunięcie się terenu na tej właśnie stronie, co odsłoniło na wpół stopniałą skałę przepełnioną gazami i parą wodną, które to eksplodowały kilkanaście sekund później. Wybuch utworzył kolumnę popiołu i gazów, która wzbiła się na wysokość ponad 24 km w atmosferę, w zaledwie 15 minut!!! (W ciągu dnia, wiatr przewiał 520 mln ton popiołu i spowodował kompletną ciemność w oddalonym o 400 km mieście Spokane położonym na wschodzie stanu Washington). W tym samym czasie, śnieg i lód z lodowców znajdujących na szczycie Heleny zaczęły się topić powodując rozległe masy błota spływające z prędkością dochodzącą do 145 km/h, (tzw. lahary) wyrywając z korzeniami drzewa, niszcząc drogi i mosty. Szacuje się, że początkowa prędkość wybuchu wulkanu była około 350 km/h, osiągając w szczytowym momencie ponad 1000 km/h i przekraczając prawie prędkość dźwięku…..

Obszar rozciągający się w promieniu 30 km (na północ od Heleny) został doszczętnie zniszczony. Wysokość góry obniżyła się o 396 metrów…..

Do 2005 roku wulkan pozostał nadal aktywny. Jego eksplozje były już mniejsze, jednak charakteryzowały się silnymi wybuchami popiołu oraz przepływami lawy, która tworzyła nowe kopuły wulkaniczne w kraterze. W ciągu tych lat kopuła stożka nadbudowała się o około 7% pierwotnej wielkości….. Tak jak wspomniałam wcześniej erupcja Mount Saint Helens (18 maja 1980 roku) była najbardziej niszczycielskim wybuchem w historii Stanów Zjednoczonych, zarówno biorąc pod uwagę straty w ludziach, jak i straty ekonomiczne i przyrodnicze. Zginęło 57 osób, ponad 200 niedźwiedzi, 5,000 jeleni, miliony ptaków i ryb, 9,4 milionów drzew, a 220 domów, 47 mostów, 24 km linii kolejowych i 300 km dróg zostało totalnie zniszczonych. Helena uwolniła ilość energii 20 tysięcy razy większą niż bomba atomowa w Hiroszimie….

Przez dłuższą chwilę napawam się widokami z krawędzi krateru……

i zaczynam powolne schodzenie, które okazuje się jeszcze trudniejsze niż wchodzenie….


Znacznie lepiej jest iść po śniegu w mikrospikach niż potykając się na śliskim pumeksie.

Zaliczam po drodze kilka na szczęście niegroźnych upadków, ale mijam 2 osoby, które niestety nie miały takiego szczęścia i muszą korzystać z pomocy innych przy dalszym schodzeniu.

Na parkingu jestem o 5.15pm. Cały szlak zajmuje mi 12,5 godziny, (wypijam 2,5 litra wody). Nogi mam tak obolałe, że nie jestem w stanie normalnie chodzić…..

Po dotarciu do kempingu padam jak przysłowiowa mucha…
Dzień 5
O świcie wyjeżdżam w kierunku Lewis River Recreation Area. Jest to bardzo popularne wśród turystów miejsce, i z tego właśnie powodu wprowadzono tu limitowane miejscówki parkingowe (do zakupienia na http://www.recreation.gov) na 3 parkingi (Lower, Middle i Upper). Ja wykupiłam dwie sztuki na środkowy i dolny parking … tak w razie czego, żeby mieć pewność, że gdzieś znajdę wolne miejsce. (Permit musi być wydrukowany i pokazany rangerowi). Jadę na początek na parking środkowy… gdzie nikogo poza moim autem nie ma… i nie będzie przez najbliższe 2 godziny. (pomimo niedzieli przyjechało tu bardzo mało osób… jak podejrzewam ze względu na zamknięcie jednej z głównych dróg dojazdowych# 25). Idę na szlak zaliczając Middle i Upper Lewis River Falls.

Cały szlak Lewis River falls trail ma długość 8,6 mili, natomiast przy mojej wykombinowanej modyfikacji około 3,5-4 mile.

Ścieżka usłana jest gęstymi paprociami……

Middle Lewis Falls wyglądają „skromnie” ale całkiem ładnie…

Następnie troszkę stromiej i jestem przy dolnej części Upper Lewis falls.

Słońce przebija się przez wzgórze oświetlając część wodospadu….

i podchodzę kawałeczek jeszcze stromiej w górę….. na wyższy punkt widowkowy na Upper Lewis Falls z gratisową tęczą….

Następnie korzystając z posiadanej drugiej miejscówki jadę na Lower parking i tu bezpośrednio po przejściu kilku kroków staję na górnej platformie z widokiem na najbardziej widowiskowe Lower Lewis Falls.


Jestem trochę za wcześnie by zrobić dobre zdjęcie (najlepszy czas na fotografowanie to popołudnie).

Zejście do doliny rzecznej jest nieco trudne i trzeba użyć lin zawieszonych w kilku miejscach na drzewach. Tłumów rano nie ma więc spokojnie można sobie w spokoju i ciszy posiedzieć …. poczytać książkę….pomyśleć 🙂

Około południa jednak już tłumy się zjeżdżają i cisza zostaje zagłuszona głośną muzą i szczekaniem niezliczonej ilości psów.
Ewakuuję się więc z mojej już wysiedzianej miejscówki nad rzeką, ruszając trasą NF-90 (upewniwszy się wcześniej, że droga nie jest zamknięta jak wiele innych w okolicy) i nadaje się do bezpiecznego przejazdu.
Po dojechaniu do skrzyżowania z NF-23 skręcam w lewo na północ i tu zaczyna się szutrowa droga kiepskiej jakości… 17 mil ze średnią prędkością jazdy 10-15 mil/h…..

Docieram w końcu do Baby Shoe Pass…..

i za chwilę odbijam na Takhlakh lake – skąd rozpościera się przepiekny widok Mount Adams obijający się w jeziorze.

W 2013 roku w National Geographic ukazał się artykuł „Ultimate Adventure Bucket List 2013” w którym to właśnie wymienione było jezioro Takhlakh jako miejsce typu „must see”.

Znajduje się tu bardzo klimatyczny kemping prowadzony przez National Forest (ceny od $22/noc – opłaty pobierane są od 14 lipca).


Jadę dalej w kierunku szlaku prowadzącego do wodospadów Covel creek falls and Angel falls.
Tu bardzo przydaje się „ściągnięta” mapa szlaku z alltrails. Jest bardzo dużo ścieżek dochodzących i bardzo łatwo się przez to zgubić. Przejście szlaku zajmuje mi 3 godziny (długość 3,6 mili).

Zaczyna się łagodnie – idzie się praktycznie po płaskim terenie. Pokonuje pierwszy most, i dochodząc do drugiego, (który został całkowicie zmyty przez wiosenne powodzie) trzeba się trochę poprzedzierać przez chaszcze i przeprawic się przez strumień, co nie jest jakoś szczególnie trudne.

Od tego miejsca szlak zaczyna być bardziej stromy… Idę cały czas wdłuż strumienia mijając po drodze kilka małych wodospadów. Wodospad Covel jest bardzo spektakularny chociaż nie za wiele w nim wody…


Przechodzi się pod nim dosłownie korzystając z prysznica 😊

Następnie rozpoczyna się najgorszy kawałek szlaku – trzeba iść stromo zygzakami do góry. Muszę odpocząć kilka razy by wdrapać się na samą górę … Wodospad Angel jest słabo widoczny ze szlaku i należy koniecznie podejść do niego bliżej.

Jest to trochę trudne zważywszy na stromość i śliskie kamienie i wystające konary drzew.

Po przejściu tego szlaku jadę w kierunku miasteczka Randle kierując się bezpośrednio na kemping.
Dzień 6
Dzień zaczynam od Mount Rainier National Park (National Park Pass $80/rok lub $30/auto) i szlaku Silver Falls trail (długość 2,9 mili).

Startuję o godzinie 7 am, co daje mi możliwość rozkoszowania się jego pięknem w zupełnej samotności. Szlak wychodzi ze środkowej części kempingu Ohanapecosh. Idąc zgodnie z ruchem wskazówek zegara przechodzę przez most drogowy prowadzący do północnej części kempingu (nad rzeką Ohanapecosh) i skręcam w prawo wchodząc w gęsty las.

Spokojne przejście całego szlaku z długim postojem na robienie zdjęć zajmuje mi tylko 2 godzinki. Nie zauważa się tu praktycznie zmiany elewacji.
Pierwszy punkt widokowy znajduje się jeszcze przed dojściem do drewnianego mostu.

Najlepszy widok wodospadu dostępny jest jednak z mostu nad rzeką za tym punktem widokowym.


Po przejściu mostu podchodzę kilka kroków pod górkę i mam przed sobą widok na całą majestatyczną dolinę.


Rezygnuję z kolejnego szlaku (Naches Peak Loop trail), który miałam zaplanowany ponieważ znajduje się na nim zbyt duża ilość śniegu….. Rozkoszuje się za to widokiem wulkanu Mount Rainier z parkingu przy drodze # 410 nad jeziorem Tipsoo.

Wielka śnieżna kopuła góruje nad resztą krajobrazu…… osiągając wysokość 4,392 m n.p.m. Jest to najwyższy szczyt stanu Washington (i czwarty co do wilekości szczyt w kontynentalnej części USA). Jest aktywnym wulkanem, który ostatni raz wybuchł 1,000 lat temu. Naukowcy twierdzą, że jest on jednym z najbardziej śmiercionośnych wulkanów na świecie….i istnieje duże prawdopodobiństwo, że wybuchnie ponownie…..

Mount Rainier to również najbardziej „zlodowaciały” szczyt w kontynentalnej części Stanów Zjednoczonych – posiada aż 25 aktywnych lodowców.

Najdziwniejszym wydarzeniem związanym z Mt Rainier jest fakt, że w 1951 roku wylądował na jego szczycie samolot z porucznikiem sił powietrznych Johnem W. Hodgkinsem na pokładzie. W tamtym czasie był to rekord świata w lądowaniu na tak dużej wysokości. Hodgkin ponownie próbował wystartować, ale jego samolot odmówił posłuszeństwa….Spędził więc noc w niesprawnym samolocie i rano nie czekając na ratowników górskich (wysłanych dzień wcześniej by go uratować) postanowił wziąć sprawy w swoje ręce. Zepchnął swój samolot w dół ośnieżonej ściany lodowca Nisqually…..”lądując” bezpiecznie na zamarzniętej tafli jeziora Mowich. Z pomocą strażnika parku narodowego i dwudziestu galonów benzyny, zrzuconych z samolotu ratunkowego Sił Powietrznych, Hodgkin ponownie wystartował i bezpiecznie wrócił do bazy. Za swoje niesamowite osiągnięcie nie otrzymał jednak żadnego odznaczenia, a został oskarżony w sądzie federalnym o lądowanie prywatnym samolotem w parku narodowym bez pozwolenia…..Dostał mandat w wysokości 350 dolarów i sześciomiesięczną karę więzienia, która została na jego szczęście złagodzona.

Każdego roku około 10,000 osób próbuje wspiąć się na Mount Rainier. Mniej więcej połowa z nich kończy się sukcesem. Do tej pory około 100 osób straciło życie wchodząc na jego szczyt.

Wyjeżdżam z parku narodowego bo część wschodnia – Sunrise area jest jeszcze jest zamknięta ze względu na zalegające duże pokłady śniegu.
Tuż za grancą parku skręcam w prawo i szutrową drogą jadę na kolejny szlak – Goat falls trail (parking bezpłatny)– (parking tylko na 3 auta, więc parkuję chwilkę wcześniej w jakiejś małej zatoczce. W okolicy szlaku znajdują się urocze drewniane chatki letniskowe, nadające niesamowitego klimatu temu miejscu.


Wodospad znajduje na końcu szlaku, do miejsca, gdzie iść dalej już się nie da … (nie tak jak podaje mapa alltrails).

Trzeba po prostu iść wdłuż rzeki do samego końca, mijając po drodze kilka małych wodospadów. Należy tu bardzo uważać bo w wyniku pożaru lasu część szlaku jest uszkodzona i zrobione są„objazdy”.

Spotykam tylko 2 inne osoby wędrujące po tej ścieżce. Spędzam również całą godzinkę przy wodospadzie relaksując się z książką….

Miejsce to jest bardzo urokliwe….

Ostatnim szlakiem na dzisiaj jest Snoquera Falls (National Park Pass lub $5/auto) – szlak okazuje się niestety niezaciekawym widokowo …. ze względu na brak wody w wodospadzie ☹


Wspinam się zygzakami pod górkę…. a następnie prowadzona przez różowe wstążki pryczepione na krzakach pod sam wodospad……

Przejście dystansu 3,5 mili zajmuje mi ponad 2 godziny. Nie spotykam tu wielu turystów… przy zejściu zaczyna konkretnie grzmieć … więc czym pędzę do auta… i już wymęczona wędrówką postanawiam pojechać bezpośrednio do hotelu w Enumclaw. Przyda mi się regeneracja sił i wygodne łóżko po 3 dniach spędzonych na kempingu.
Dzień 7
Rano pogoda niestety wykręca się na mnie i zaczyna padać deszcz. Szybka modyfikacja planów i zaczynam od Snoqualmie falls (parking bezpłatny). Wododspad jest niestety ledwo widoczny….

Snoqualmie falls ma 82 metry wysokości i znamy go przede wszystkim z serialu „TwinPeaks” (reżyseria David Lynch) wyświetlanego w telewizji w latach 90-tych ubiegłego wieku. Wodospad przyciąga 1,5 miliona wizytorów rocznie między innymi z powodu łatwej dostępności do górnego punktu widokowego, który znajduje się tuż przy głównej drodze. Po tym któtkim spacerze zaglądam na chwilę do miasteczka Snoqualmie na gorące śniadanie i spacer pomiędzy kilkoma zabytkowymi wagonami kolejowymi i lokomotywami.

Northwest Railway Museum (Snoqualmie Depot) jest jeszcze zamknięte ale można sobie pooglądać stare pociągi wystawione na zewnątrz wzdłuż Railroad Avenue (część Contennial Trail).

Wiele filmowych scen do serialu „Twin Peaks” było również kręconych w tym miasteczku.

Tylko w soboty i niedziele (za $36 od osoby) można przejechać się starym paciągiem do pobliskiego North Bend i z powrotem.

.



Po napełnieniu brzucha rozgrzewajacym „breakfast burito” jadę do Seattle. Samochód parkuje przy Kerry park – skąd rozpościera się wspaniała panorama miasta i jest to bezpieczne miejsce na pozostawienie samochodu nawet na cały dzień.

Widok znany z pocztówek…..

W tle połyskuje Mt. Rainier……

Ruszam piechtą stromo w dół…. w kierunku Space Needle.
Pierwsze kroki kieruję do Museum of Pop culture, ale po ocenie ilości osób stojących w kolejce zmieniam plany…

obchodzę muzeum dookoła i …

fotografuję się z jednym z moich ulunionych wokalistów – Chris’em Cornellem ….

Tuż obok znajduje się Chihuly Garden and Glass museum (bilet$35/osoba)….

miejsce jak najbardziej godne polecenia…..

Ta wystawa rzuca na kolana…

Mistrzostwo świata!


Zgromadzono tu najwspanialsze dzieła Dale’a Chihuly’ego – jedenego z najwybitniejszych artystów w dziedzinie dmuchania szkła na świecie. Jego największe dzieło „zwisające z sufitu” znajduje się w hotelu Bellegio w Las Vegas. Są to szklane ręcznie dmuchane kwiaty o wadze ponad 20 ton i wartości około 3 milionów dolarów. Ponad 200 muzeów na całym świecie posiada jego dzieła w swojej kolekcji.


Każdy eksponat tutaj ma niepowtarzalny charakter.

na zewnątrz też mozemy podziwiać ciekawe instalacje ….

i spacerkiem ruszam dalej poogladać trochę nowoczesnej miejskiej architektury…..



Kolejny punkt to Amazon Headquarters – The Spheres (nazywane potocznie "Bezos' balls")

Niestety niedostępne dla zwiedzających … („by appointment only” …. i tylko w pierwszą i trzecią sobotę każdego miesiąca). Zaprojektowanie i budowa całego kampusu Amazona włączając w to „3 szklane kule” kosztowało internetowego giganta aż 4 miliardy dolarów. Kule są miejscem pracy dla około 800 pracowników, którzy w otoczeniu ponad 400 gatunków roślin (łącznie 40,000 roślin pochodzących z 50 krajów), kilku „wodospadów i rzek” układają nowe strategie dla rozwoju firmy.

Również mnóstwo zieleni zasadzono na zewnątrz….

Przed kulami stoi kram z darmowymi bananami (każdy może sobie podejść i wziąść dowolną ilość bananów)

Ruszam dalej na wschód w kierunku Pike Place market….


Pike Place farmers market na górnym poziomie zatłoczony jak zawsze… wszędzie kramy z kiczowatymi pamiątami, budki z jedzeniem… a najważniejszy turystyczny punkt to zdecydowanie stoisko, gdzie można „oberwać” rybą 😊 Sprzedawcy rzucaja sobie nawzajem świeże ryby, która czasami może wylądować na głowie turysty ….

Pike Place powstał w 1907 roku i jest jednym z najstarszych, nieprzerwanie działających publicznych targów w USA. Jest najpopularniejszym miejscem turystycznym w Seattle i jedną z 30 najczęściej odwiedzanych atrakcji turystycznych na świecie, (z ponad 10 milionami odwiedzających rocznie).
Rynek zbudowany jest na skraju stromego wzniesienia i składa się z kilku niższych poziomów znajdujących się poniżej poziomu głównego. W każdym z nich znajduje się wiele unikalnych sklepów, takich jak antykwariaty, sklepy z komiksami i przedmiotami kolekcjonerskimi czy małe rodzinne restauracje.

Jedną z głównych atrakcji targu jest dział rybny, na którym pracownicy rzucają sobie nawzajem wielkie łososie, zamiast podawać je sobie ręcznie. Kiedy klient zamawia rybę, pracownik przy pokrytym lodem stole rybnym na targu rybnym podnosi rybę i rzuca ją na blat, gdzie inny pracownik łapie ją i przygotowuje do sprzedaży.

W praktyce jednak ryby latają znacznie częściej……

W 1977 roku piersza kawiarnia Sturbuks przeniosla się do Pike Place, gdzie od tamtej pory działa nieprzerwanie. Znak na zewnątrz, (w przeciwieństwie do wszystkich innych), zawiera oryginalne logo – syrenę z nagą piersią, wzorowaną na XV-wiecznym nordyckim drzeworycie. Na głównym górnym poziomie znajduje się również posąg świni o nazwie „Pork’n Beans”, przy którym każdy robi sobie pamiątkową fotkę. Najmniej estetyczną atrakcja targu jest …..aleja oblepiona gumami do żucia…

o dziwo tłoczy się tam najwięcej turystów….


Z Pike Peak jest już całkiem blisko do zatoki. By trochę się ochłodzić wykupuję bilet (bezpośrednio na terminalu) na prom jadący na Bainbridge Island – wyspy znajdującej się po drugiej stronie zatoki Puget Sound. To chyba najlepsze miejsce, skąd można podziwiać panoramę całego miasta.

Bilet płaci się tylko w jedną stronę (powrót jest bezpłatny) ($9/osoba). Przejażdżka trwa 35 minut (w jedną stronę).




Po tej orzeźwiającej „morskiej przygodzie” serwuję sobie spacerek wzdłuż wybrzeża kierując się do Olympic Scurpture park. Alejka w parku prowadzi mnie zygzakiem do góry.. a potem już tylko (prawie pionowo do góry) bezpośrednio do Kerry Park, gdzie zostawiłam zaparkowane auto.




Przemaszerowałam dzisiaj po mieście prawie 7 mil 🙂
Ostatni punkt to już tylko lotnisko….. Ponieważ mam jeszcze trochę wolnego czasu zasiadam wygodnie w bujanym fotelu z widokiem na zachodzące słońce i startujące samoloty…..


Do zobaczenia Seattle … wracam tu za miesiac 🙂

Dodaj komentarz