TERMIN: 27/07 – 14/08/2022
Oregon – jedno z moich ukochanych miejsc w Stanach Zjednoczonych…. Prawie połowę stanu zajmują lasy, porośnięte gęstymi paprociami, zachwyt budzą ośnieżone stożki wulkaniczne Cascade Range, wyrastające wysoko poza horyzont, przeogromne wodospady i gorące źródła w których można z powodzeniem wymoczyć zmęczone trekingiem stopy, no i oczywiście miasta widma opowiadające mroczne historie zamierzchłych czasów z epoki gorączki złota. Najbardziej widowiskowe wybrzeże oceanu Spokojnego znajduje się właśnie w granicach Oregonu, w połączniu z zachodami słońca i pełnymi życia basenami pływowymi miejsce to daje nieograniczone możliwości podróżnicze…
TRASA: Chicago – OREGON: Portland-Silver Falls State park: (Upper North Falls, Twin Falls Trail, Winter falls trail, Middle North Falls, North Falls, South Falls, Lower South Falls), Abiqua Falls, Independence rock trail, Fish Lake guard Station, Sahalie Falls, Koosah falls, Proxy falls, Dee wright Observatory, Bend, Smith Rock State Park – Mystery Ridge & River Trail, Whychus creek Overlook trail, Little Tree creek lake trail, Tumalo falls, Big Obsidian Flow trail, Paulina Falls, LaPine State park: Big Pine loop trail, New Berry national Volcanic Monument: Lava Butte rim trail, Benham falls trail, Boyd Cave, Mount Jefferson Wilderness: Canyon Creek meadow loop trail, Oakridge, Salt creek falls, Eugene Cascades Raptor Center, Alsea Fall trail, Seal Rock State Recreation Area, Yachats, Cape Perpetua Scenic Area: Devils churn trail, Capitan Cook trail, Cook’s Chasm, Strawberry Hill beach, Darlingtonia wayside, Dune ride Sandland adventure, Dean Creek Deer viewing area, Coos Bay, Basterndoff beach county park, Golden & Silver falls trail, Shore Acres State park, Cape Argo State park, Seven Devils State Recreation Ara, Bandon: Face Rock, Coquille point, Fort Oxford: Battle Rock wayside, Sisters Rock State Park, Gold beach, Meyers Creek Beach, Samule H. Boardman State scenic corridor: Cape Ferrero trail, Harris beach State park, CALIFORNIA: Crescent city, Prairie creek redwoods state Park: (Fern Canyon, Big tree wayside, Ah-Pah interpretive trail), Redwoods National park: Lady Bird Johnson grove trail, Hidden Beach trail, Jeddediah Smith Redwoods State park: Simpson-Reed Grove trail, Darlingtonia trail, OREGON: Jacksonville, Rogue River Vistas, National Creek Falls trail, Crater lake National Park: Annie Creek trail, Watchman Peak trail, Cleetwood Cove trail, Plaikni Falls trail, Sun Notch trail, Umpqua National Forest: Watson Falls, Umpqua Hot Spring, Toketee falls trail, Wolf Creek falls, Winchester Fish Ladder, Frog Pond farm Wilsonville, Mount Hood National Forest: Trillum Lake, Tamanawas Falls, Rowena View Point, The Dalles, Columbia River George: Wahclella falls trail, Bonneville Fish Hatchery, Horsetail/Ponytail falls trail, Latourell falls, Tillamook: Blue Heron Creamery, Tillamook Creamery, Oswald West State park: Short beach trail, Seaside, Hug point State Recreation Area, Fort Stevens State park, Lewis and Clark National Historic park, Astoria, Portland, Chicago.
KOSZT CAŁKOWITY: $6,008
KOSZT WYPOŻYCZENIA AUTA: SUV Toyota Rav4 2018 (TURO) $1,286/18 dni
KOSZT PALIWA: $495 – 2,657 mil (4,296km)
KOSZT NOCLEGI: $1,741 (motele, hotele, kempingi, hostel)
KOSZT PRZELOTU: $1,011/3 bilety Alaska Airlines (Chicago – Portland/Portland – Chicago)
SKŁAD ZESPOŁU: Mama Zuza, Jan lat 11, Basia lat 8
POGODA: słonecznie i bardzo gorąco (temperatura przekraczająca 40°C wewnątrz lądu). Na wybrzeżu: temperatura około 10 – 20°C, często pochmurno i wietrznie.
PRZEWODNIKI/MAPY: Benchmark atlas Oregon & California, alltrails.com, www.oregonhikers.gov, przewodniki z serii Falcon: „Hiking Waterfalls in Oregon, “Waterfalls in Oregon”
NATIONAL PARK PASS: uczniowie 4 klasy szkół podstawowych – darmowa karta wstępu do parków narodowych “Every kid outdoors”.
NATIONAL FOREST: do bezpłatnego wjazdu na teren lasów państwowych upoważnia National Park Pass.
STATE PARKS: Oregon State Park Pass $30/rok/auto
RECREATION.GOV: rezerwacje na wjazdy, szlaki, kempingi i parkingi na terenie parków narodowych i lasów państwowych (National Forest) oraz BLM.
PETARDY WYJAZDU:
Wodospady: Abiqua Falls, Tamanawas falls, North Falls trail (Silver Falls S.P), Proxy falls, Salt creek falls,
Plaże: Seal Rock State Beach, Strawberry beach, Face rock (Bandon), Short Beach, Hidden beach
Szlaki: Canyon Creek Meadows (mountain goats), Fern Canyon (CA), Lady Bird Johnson grove (CA),
Atrakcje dla dzieci – tide pools (rozgwiadzy i ukwiały), Frog Pond farm: (lamy, alpaki, wielbłądy), Aerial park – Seaside, rajd po wydmach, kajaki -Trillium lake, Bonneville fish hatchery
DZIKIE ZWIERZĘTA: niedźwiedzie, kozły górskie, jelenie, foki, lwy morskie
TIDE POOLS: to pływowe skalne baseniki wypełniane wodą oceaniczną, zalewane codziennie na parę godzin w trakcie przypływu. Żyjące w nich organizmy muszą przetrwać działanie fal, prądów oceanicznych i promieni słońca. Baseniki są strefą bardzo bujnego życia (ukwiały, rozgwiazdy, kraby, omółki, jeżowce, strzykwy). Najbardziej popularne są ukwiały i rozgwiady i to je najczęściej widujemy podczas wycieczki.
Ukwiały (Giant green anemones) są zwierzętami osiadłymi. Wszystkie żyją pojedynczo, najczęściej przytwierdzone „podeszwą” do podłoża, zazwyczaj mogą się na niej przesuwać. W Oregonie występują w kolorze jaskrawo zielonym.

Rozgwiazdy (starfish): czasami ciężko je dostrzec, bo chowają się w szczelinach i zakamarkach skał. Są to kolorowe drapieżniki morskie najchętniej polujące na małże i ślimaki. (Siła mięśni rozgwiazdy jest tak duża, że bez problemu otwierają muszle. Następnie wpuszczają do ich środka soki trawienne, które rozpuszczają ciało ofiary, i które następnie zostaje wessane w strawionej postaci przez rozgwiazdę. Taki posiłek trwa około 10 godzin. Część rozgwiazd kruszy muszle ślimaków i małży, inne połykają całe zwierzę i wypluwają potem pustą muszlę

WAŻNE:
1. W Oregonie nie możemy samodzielnie zatankować benzyny (chyba, że stacja znajduje się na bardzo słabo zaludnionym obszarze). Na każdej stacji jest obsługujący dystrybutor pracownik, który jako jedyny może „dotknąć” pompy paliwowej i wlać benzynę do naszego baku.
2. Plastikowe i szklane butelki – przy zakupie wody czy napojów płacimy kaucję 10 centów/sztukę. (zwrot butelek możliwy jest w sklepach spożywczych i BottleDrop Redemption Centers)
3. Nasze wydatki podczas wakacji zostaną w znaczniej mierze obniżone, ponieważ podczas zakupów nie zapłacimy podatku stanowego (sales tax) dodawanego do każdego produktu w innych stanach. (2-10%)
Dzień 1
Popołudniowy Lot CHICAGO – PORTLAND przebiegł bez żadnych zakłóceń i o 5pm odbieraliśmy już samochód od jego właściciela (wypożyczalnia Turo). Rezerwacje na wynajem SUV w standardowych wypożyczalniach (znajdujących się na terenie lotniska) pokazywały najniższą stawkę całkowitą $2,340. (za okres 18 dni). W Turo za Toyotę Rav4 (2018) zapłaciliśmy $1,268. (plus dojazd Uberem po odbiór i zwrot auta $64). Różnica znacząca na tyle by bez wahania z takiej okazji skorzystać. W przypadku Turo jednak nie możemy wykupić Road Assistance, czyli jeśli złapiemy gumę czy wyczerpie nam się akumulator w środku lasu to musimy poradzić sobie sami. Nam przytrafiła się i dziura w oponie i wyładowana bateria… i następnym razem przy korzystaniu z takiej formy wynajmu na pewno zakupimy kable rozruchowe ( jump cables) (amerykańscy kierowcy bardzo rzadko mają je na wyposażeniu swoich aut).
Dzień 2
Zaczynamy o świcie od największego parku stanowego w Oregonie – Silver Falls State Park ($5/auto lub $30/roczny pass). Na terenie tego malowniczego parku kręcone były sceny do znanych filmów takich jak “Zmierzch” (Twilight) (2008) i “Nożownik” (The Hunted) (2003).
Najbardziej obleganą częścią parku jest South Falls area, ale tą otwierają dopiero o 7 rano. Jedziemy więc do północnej części – North Falls. Szlakiem wychodzącym z południowej części (północnego) parkingu (długość w obie strony 0.6 mili) wędrujemy do Upper North Falls.

Jesteśmy tu zupełnie sami…… otoczeni soczyście zioloną roślinnością……..

Szlak jest bardzo łatwy, praktycznie bez zmiany elewacji.

Mała kamienista plaża, trochę porozrzucanych pni drzew – to wszystko w otoczeniu gęstych paproci i porostów porozwieszanych na gałęziach drew (zwanych potocznie old man’s beard).

Sam wodospad może nie rzuca na kolana….

i w klasyfikacji Oregońskich wodospadów ląduje raczej w dolnej części listy 😊…. Ale dzieciom spodobał się na tyle, że przez kolejną godzinę nieustannie przeprawiają się na drugą stronę rzeki po przerzuconym nad nią konarze drzewa.

Podjeżdżamy następnie około pół mili na północ do North Falls Day Use and Group Camp area. Samochód zostawiamy przy Nature Play Area (placu zabaw wykonanego w całości z drewnianych elementów).

Stąd szlakiem Twin Falls trail stromo w dół zbiegamy (dosłownie) do wodospadu Twin Falls (długość 0.5 mili). Jesteśmy sami w budzącym się do życia gęstym lesie…. To miłe uczucie wędrować w osamotnieniu w tak przepięknym otoczeniu…. gdzie dosłownie soczysta jaskrawa zieleń wgryza się w nasze oczy. Twin Falls nie są specjalnie widowiskowym wodospadem i nie można też do nich podejść (widok tylko z góry). Skręcamy w prawo (na zachód) i wędrujemy do kolejnego wodospadu Middle North Falls (wysokość 32 m).

Żeby lepiej zapoznać się z jego obliczem, trzeba odbić z głównego szlaku w lewo i dosłownie przejść pod nurtem wodospadu na drugą jego stronę.

To jeden z 4 wodospadów w parku, który oferuje taki spacer.

Ale w przypadku Middle North Falls dodatkową atrakcją jest mała ilość przybywajacych tu turystów.
Historia powstania tego obszaru rozpoczyna się około 26 milionów lat temu, kiedy większa część Oregonu znajdowała się pod powierzchnią oceanu. Ponad 15 milionów lat temu wody ustąpiły (poziom oceanu się obniżył) a na obszar ten zaczęły wylewać się potoki lawy pokrywając piaskowcowe dno. Takich zalewów było najprawdopodobniej osiem.

Bardzo miękkie warstwy piaskowca z czasem uległy erozji tworząc właśnie charakterystyczne dla niektórych wodospadów przejścia – groty.



Wracamy do rozgałęzienia ze szlakiem Twin Falls Trail, (skręcamy na wschód) i wędrujemy wzdłuż rzeki North Fork Silver Creek przez kolejną milę.…

Dochodzimy do (moim zdaniem) najpiękniejszego wodospadu w parku – North Falls.

Można pod nim przejść – szeroką ścieżką …a nawet odpocząć na ustawionej tu ławeczce ….


Przechodzimy następnie do parkingu North Falls i wracamy do auta asfaltową drogą (0.5 mili). (Wybieramy taką wersję powrotu tylko dlatego, że zrobiło się już bardzo gorąco i duszno, i nie chciało nam się wspinać spowrotem tą samą stromą ścieżką). Pozwalamy sobie na chwilę szaleństwa na placu zabaw (w zasadzie trzech placach zabaw połączonych ze sobą ścieżkami leśnymi)


i jedziemy dalej do najbardziej komercyjnej i obleganej części parku – South Falls. Olbrzymi parking, łazienki i kraniki z wodą pitną, sklep z upominkami, kawiarnia, Nature Center. Mijamy te miejsca i razem z tłumem podążamy w kierunku wodospadu (wysokość 54 metry).

Jest naprawdę spektakularny…





Przechodzimy pod nim i już ze znacznie mniejszym tłumem idziemy dalej szlakiem Canyon trail w kierunku Lower South Falls (1 mila).

Następnie przechodzimy znowu pod wodospadem i wracamy na parking (Maple River trail – długość 1 mila).




Wyjeżdżamy z parku i kierujemy się do miejsca, gdzie turystów nie ma w ogóle…. Abiqua Falls – to imponujący wielkością i wyglądem wodospad, do którego, żeby dotrzeć trzeba się trochę „nagimnastykować”. Szutrowa droga prowadząca do wyjścia na szlak jest raczej kiepskiej jakości. (Przejezdna tylko dla SUV). Z miasteczka Scotts Mills wyjeżdżamy na południe drogą Crooked Finger NE, następnie skręcamy na zachód w wąską szutrową drogę CF-300, mijając dwóch nastolatków bawiących się karabinem maszynowym. Chłopcy strzelali sobie do puszek ustawionych na małym wzniesieniu… Byliśmy tu więc sami… bez zasięgu… i jak się za chwilę okaże z nie najlepszymi umiejętnościami prowadzenia auta po wybitnie wyboistej drodze… a minęliśmy właśnie dwóch uzbrojonych gości, którzy „odcinają” nam drogę powrotną.
Pierwsza cześć trasy (pomimo, że jest bardzo wyboista i wąska jest do pokonania bez problemu), ale najostrzejszy zakręt (w końcowej części drogi) – stromy i z wielkimi dziurami zawiesił dosłownie nasz samochód w powietrzu…. Mieliśmy spory problem, żeby zawrócić, bo zawsze jakieś koło wisiało w powietrzu i nie było za dużo miejsca do manewrów.

Poza tym z górki zjeżdżało się „fajnie” ale żeby pod tą górkę wjechać to już raczej nie…. Trochę czasu spędziliśmy manewrując w miejscu z kotłującymi się kołami i unoszącym smrodku „palonych” opon… ale w końcu udało się zawrócić i dojechać do małej wysepki przy drodze, gdzie mogliśmy zostawić (w miarę bezpiecznie) auto i dalej wyruszyć pieszo. Mieliśmy do pokonania trochę ponad milę…chociaż sami dokładnie nie wiedzieliśmy jaki dystans, bo GPS pokazywał błędną lokalizację miejsca, skąd wychodzi szlak. Pomimo, że doprowadził nas donikąd… postanowiliśmy pójść jeszcze trochę …. i jeszcze trochę. Nikt tamtędy nie jeździł, nie spotkaliśmy też żadnego idącego tą drogą człowieka. Opis na alltrails.com sugerował, że powinniśmy dojść do jakiejś bramy, przy której znajduje się zejście do rzeki. Bramy nie znaleźliśmy, ale na drzewie zauważyliśmy przyczepioną tabliczkę z napisem „private property but available for recreational use”…

(Taką informację też ktoś umieścił na alltrails), a więc skręciliśmy w gęsty las, mijając tą tabliczkę i następnie na rozwidleniu (sugerując się również poradami z alltrails) skręciliśmy w lewo…… aż zobaczyliśmy liny (przywiazane do drzew) opadająco dosyć stromo w dół w kierunku rzeki.

A więc udało się!! Jesteśmy na dobrej ścieżce!!!

Zsunęliśmy się w dół – te liny naprawdę są pomocne…. i bez nich pewnie byśmy się nie zdecydowali na zejście, bo byłoby to zbyt niebezpieczne. Po zejściu (do poziomu rzeki) znowu skręcamy w lewo i spacerujemy wzdłuż rzeki około 10 minut szybkim tempem.


Abiqua (wysokość 28 metrów) ukazała się nam w najpiękniejszej obsłonie!!!

Była tu tylko dla nas w całej okazałości!!! Zdecydowanie jest to jeden z najpiękniejszych wodospadów Oregonu!!! Ogromny huk spływającej po bazaltowych kolumnach wody budzi respekt!

Ciągle taki dziki i trudno dostępny….

A więc i dobrze, że droga tu prowadząca jest tak kiepskiej jakości i brak jest jakichkolwiek oznaczeń. Większości ludzi nie uda się tu dzięki temu dojechać i miejsce to pozostanie takie urokliwe na bardzo długo.….

Spędziliśmy tu około 30 minut sami – tylko w otoczeniu niesamowitej przyrody.

… A potem tylko wspinaczka po linach, trochę napędzana adrenaliną… bo już zrobiło się dosyć późno…


i jeszcze ponad milowy spacer pod górkę szutrową drogą…. Przejazd przez las… i znowu cywilizacja. Po dotarciu do hotelu padamy jak przysłowiowe muchy…..
Dzień 3
O świcie wyruszamy drogą #22 na wschód, mijając olbrzymie połacie spalonych lasów.

Wszystkie szlaki są tu zamknięte właśnie z powodu zniszczeń po niedawnych pożarach i pozostaną nieczynne aż do końca roku 2022.

Mijamy Detroit Lake….

Pierwszy ciekawszy szlak jaki jest dostępny na naszej trasie to Independence rock trail (długość 2 mile). Zjeżdżamy z głównej drogi (#22) w małą wąską asfaltową dróżkę Marion Creek (naprzeciwko restauracji Marion Forks). Droga ma trochę dziur, ale jest w pełni przejezdna dla każdego rodzaju samochodu. Jedziemy powoli szukając wyjścia na szlak…. Dojeżdżamy do bramy (asfalt się tu kończy). Zawracamy i znowu przeczesujemy wzrokiem północną stronę w poszukiwaniu jakiejś tabliczki z nazwą szlaku czy widocznej ścieżki…. Trudno ją znaleźć, ale w końcu jest!

Wypatrzyliśmy znak!! Sam szlak jest stosunkowo łatwy, łagodnie wznoszący się w górę…


Tylko sam końcowy odcinek trochę stromy i wąski. Nie wiem jak to się stało, ale zgubiliśmy drogę przy jego końcu. Na początku szlaku od razu trzeba odbić w lewo. Pokonujemy kilka zakrętów i po wyjściu na prostą powinno się odbić znowu w lewo (na skrzyżowaniu ścieżek). My poszliśmy w prawo i zaczęliśmy schodzić w dół i to właśnie zwróciło naszą uwagę…. Cofnęliśmy się i zaczęliśmy wspinaczkę drugą ścieżką, która prowadzi na szczyt (tu – uwaga na dzieci!!!). Jest bardzo stromo!!

Ze szczytu rozpościerają się piękne widoki, a cały płaski grzbiet góry porośnięty jest krzewami manzanity.


.


Jedziemy dalej #22 na południe. Skręcamy wdrogę #12 i tu wyrastają przed nami olbrzymie wysypiska diabelsko czarnej lawy (lava flow) połyskującej w słońcu. Zajeżdżamy na chwilę do Fish Lake Remount Depot, gdzie wolontariuszka parkowa rozdaje dzieciom upominki sygnowane logiem National Forest. Jest to tak naprawdę miejsce opuszczonej stacji rangerskiej. W tym miejscu ponad 100 lat temu umiejscowiona również była też stacja pobierająca opłaty za przejazdy samochodów. Jezioro – Fish lake jest całkowicie wyschnięte – woda po prostu wsiąkła w porowate lawowe podłoże wspomagana wysoką temperaturą powietrza.
Podjeżdżamy 4 mile na południe do parkingu, skąd wychodzi krótki szlak prowadzący do Sahalie falls (wysokość 22 metry).

Z parkingu krótka ścieżka (dosłownie kilkadziesiąt kroków) doprowadza nas do platformy widokowej dolnej.
Promienie słoneczne akurat padają pod odpowiednim kątem by ukazała się jaskrawa tęcza. Widok rzucający na kolana!

Podchodzimy jeszcze do górnego punktu widokowego by spojrzeć na wodospad i tęczę z innej perspektywy.

Jest tak gorąco, że idziemy totalnie na łatwiznę i zamiast przespacerować się do następnych wodospadów ….. podjeżdżamy samochodem (2 mile) do kolejnego parkingu….

Wodospad Koosah (20 metrów) jest równie piękny i również ozdobiony jaskrawą tęczą.



Jedziemy dalej na południe i skręcamy w „zabytkową” McKenzie Hwy #242 (która jest zamykana na zimę i otwierana dopiero w czerwcu, ze względu na długo zalegający na niej śnieg. Idziemy szlakiem prowadzącym do Proxy falls (wysokość 69 metrów) (długość 1,6 mili w obie strony). Jest to jednokierunkowa pętelka – hikerzy proszeni są o spacerowanie w kierunku odwrotnym do wskazówek zegara (ze względu na dużą popularność tego szlaku). Zaczynamy więc przedzierać się (w niesamowitym upale przekraczającym dzisiaj 36°C) przez rozgrzane pola lawowe…, które dodatkowo podgrzewają otaczające je powietrze. Co kilka kroków postój w zacienionym miejscu i spory łyk wody. Żeby dostać się do wodospadów trzeba odbić od głównego szlaku w prawo. Chwilę idziemy ścieżką, następnie musimy zejść stromo do koryta rzeki, przeprawić się przez nią na drugą stronę (wędrując po zwalonym ogromnym pniu) by dojść do naprawdę spektakularnych wodospadów Lower Proxy falls.


I znowu wita nas tęcza dodatkowo z orzeźwiającą bryzą.

Bryza ta jednak uniemożliwia zrobienie zdjęcia (po 2 sekundach obiektyw jest cały przemoczony).

Trzeba się trochę po wdrapywać w górę i tam (już co prawda z innej perspektywy) można dokonać lepszego ujęcia bez kałuży na obiektywie.

Dzieci jak zawsze w przypadku dłuższego postoju przy rzece zajmują się konstruowaniem tam, taplając się przy tym w błocie.

Miejsce to jest tak przyjemne, że nie chce się nam w ogóle stąd ruszać.… zważywszy na fakt, że po opuszczeniu doliny znowu uderzy w nas pocisk upału.
Ale jest jeszcze drugi wodospad do zdobycia – Upper Proxy falls.

Należy wrócić do głównej pętelki i przejść krótki kawałek skręcając w prawo. Znowu odbicie w prawo – ścieżka doprowadza nas do (może trochę mniej urodziwych, ale za to dzikszych) wodospadów i malutkiego jeziorka.

Po powrocie do auta zaczynamy mozolną jazdę w górę do wysokości ponad 1,500 m n.p.m. Po przejechaniu terenu z wypalonymi kikutami drzew wjeżdżamy do totalnej księżycowej krainy.


Jesteśmy otoczeni po horyzont czarną rozgrzaną lawą.

Temperatura odczuwalna to około 45°C (samochodowy termometr pokazuje 41°C). Zatrzymujemy się na chwilkę w punkcie widokowym 3 Sisters viepoint.

A następnie w Dee Wright Observatory. W budynku zbudowanym w 100% z czarnych skał lawowych poza dużymi oknami wykonane są również małe otwory (okienka) z podpisami szczytów górskich…..



Każde takie okienko daje widok na inny stożek wulkaniczny.


Widzimy Mt. Jefferson, Mt. Hood, Mt. Washington….



Jedziemy dalej – mijamy znowu olbrzymie tereny nadpalonych drzew, później wjeżdżamy w gęsty las porośnięty wielkimi sosnami (podnerosa pine), u stóp których porozrzucane są setki sporej wielkości szyszek.

Przejeżdżamy przez małe trochę komercyjne miasteczko Sister i jedziemy już bezpośrednio do hotelu w Bend.
Dzień 4
Pierwszy dzisiejszy punkt to Smith Rock State park. Tutaj to dopiero jest gorąco….. a jest jeszcze przed 8 rano. (O tej porze jeszcze jest kilka wolnych miejsc parkingowych).


Najlepiej zacząć wspinaczkę jak najwcześniej rano, ze względu na żar lejący się z nieba, który raczej nie sprzyja wędrówce.

Schodzimy szeroką aleją do podnóża pomarańczowych skał lśniących w porannym słońcu.

Przechodzimy przez most i kierujemy się od razu na prawo. I …..długa !! stromo w górę.

Potrzebne są tu dobre traperskie buty, bo podłoże ścieżki jest w większości bardzo niestabilne (z drobnym rozdrobnionym żwirkiem, na którym łatwo stracić równowagę. Przed wejściem na szlak zauważyliśmy ostrzeżenie przed grzechotnikami (Rattle snakes)… na szczęście nie spotykamy żadnego… Skały mienią się na czerwono, pomarańczowo i żółto. O godzinie 9 rano jest już tak gorąco, że ledwo powłóczymy nogami wdrapując się na każdy kolejny kamienny stopień. W końcu dopadamy kawałek cienia i wsysamy po dwa litry wody na raz. Po wejściu na górę jest już nieco lepiej. Maszerujemy po płaskim grzbiecie w otoczeniu krzaków sage brush do skały zwanej Monkey Face Rock.


Następnie lekkim truchtem zbiegamy serpentynami pionowo prawie do poziomu rzeki Crooked River.


Maszerujemy teraz w zacienionej części, wiec komfort wędrówki znacznie się poprawia.


Po tej stronie parku można spotkać wielu wspinaczy skałkowych – spoglądamy na nich z wielkiem podziwem.

Ostatnia mila szlaku już niestety pokonywana w pełnym słońcu…


.z obowiązkowym postojem przy każdym drzewie, dającym chociaż skrawek cienia…..

W końcu przechodzimy most na drugą stronę, napełniamy butelki orzeźwiającą zimną wodą z kranika i pokonujemy ostatni etap naszej „wspinaczki” do parkingu.

By trochę zmienić otoczenie z totalnie pustynnego na mniej pustynne 😊 jedziemy na dwa krótkie szlaki w okolicę Three Creek lake.


Na rozgrzewkę spacerujemy bardzo łatwym i nieco nudnym jednomilowym szlakiem Whychus creek overlook trail, który prowadzi nas generalnie suchym iglastym lasem do dwóch mało spektakularnych punktów widokowych.



Następnie jedziemy do końca drogi (która w międzyczasie zamienia się w drogę szutrową) do jeziora Three creek lake.

Tu czeka nas 3 milowa „przeprawa” do Little Three creek lake ($5 parking lub pass NP. lub N.F).


Parking skąd wychodzi szlak znajduje się przy wjedzie na Dryftwood campground.


Idziemy przez bardzo suchy las (ta suchość dosłownie tu trzeszczy).

Białe kikuty drzew (które były kiedyś częściowo spalone podczas pożaru, a następnie przemyte przez deszcze i wysuszone przez silne wiatry) dodają niesamowitego uroku całej okolicy.
Spotykamy tu tylko trzy osoby i jedną żabę, która wyleguje się przy potoku.

Przed samym dojściem do jeziora wędrujemy przez kolorowo ukwieconą łąkę.

Jezioro nie ma łatwo dostępnej plaży, ale udaje nam się znaleść 2 małe miejscówki, gdzie dzieci mogą trochę się pobawić.


Wracamy ledwo dysząc do auta…..


i z powrotem do Bend mijając sosnowe zagajniki…….

Zamierzamy reszte popołudnia spędzić w hotelowym basenie…. chociaż kłębiące sie nad nami chmury raczej nie wróżą sprzyjającej ku temu pogody….

Dzień 5
W planie na dzisiaj mieliśmy przejście malowniczym szlakiem Canyon creek meadows, ale najwidoczniej przegapiłam informację, że wymagana jest rezerwacja na parking, skąd szlak wychodzi……. No i czar prysł, kiedy okazało się, że permitów już nie ma. Wszystkie wykupione. Nawet się nie spodziewałam, że tak oddalony od cywilizacji szlak, gdzie trzeba się potelepać godzinę szutrową drogą będzie wymagał pozwolenia na parking. Na szczęście na jutro znalazło się jeszcze kilka wolnych miejsc, które od razu zaklepaliśmy. (www.recreation.gov)
Plan zatem modyfikujemy i zaczynamy od wodospadów Tumalo falls. Jeszcze przed wyjechaniem z Bend zaświeciła się kontrolka informująca o zbyt niskim ciśnieniu w oponach ☹. Dopompowaliśmy zatem wszystkie koła o kilka pps za dużo….tak na zapas…. Ponieważ kontrolka nie znikała trzeba było znaleźć jakiegoś wulkanizatora…… niestety w niedziele w całej Bend’owskiej aglomeracji nie było nikogo kto łata dziury w oponach. Nie pozostało nic innego jak upewnić się ze mamy w pełni działające koło zapasowe i podnośnik i wyruszyć dalej. Kontrolka po kilku minutach jazdy zniknęła.

Żeby dostać się do punktu widokowego Tumalo falls ($5/auto lub N.P. pass/N.F. pass) trzeba przejechać około 2 milowy kawałek szutrową (dobrze utrzymaną) drogą i dosyć sprawnie manewrować pomiędzy chipmunkami (pręgowcami) przeskakującymi co sekunda przed auto.


Miejsce jest dość popularne ze względu na łatwą dostępność, a parking przy samym punkcie widokowym ma tylko 15 miejsc (jest jeszcze oddalony około pół mili dalej dodatkowy większy parking).

Przyjeżdża tu też bardzo dużo rowerzystów…. W ogóle okolice miasteczka Bend oferują jedne z najbardziej malowniczych tras rowerowych w całym stanie.
Jedziemy na południe do Newberry National Volcanic Monument. Zaczynamy od szlaku Big Obsydian Flow trail.

Pokonanie dystansu około półmilowego w pełnym słońcu….


jest niestety niesamowicie wyczerpujące pomimo wczesnej pory dnia.

Szlak prowadzi nas po bazaltowej kalderze wulkanu (Newberry Crater), który wybuchł tu 1300 lat temu.

Idziemy dosłownie po żarzącej się „patelni” wokół połyskującego w słońcu obsydianu.

Obsydian, czyli naturalne wulkaniczne szkło powstał tu w wyniku natychmiastowego zastygnięcia magmy, a wykorzystywany był przez Indian do wyrobu narzędzi (np. grot strzał), broni, rzeźb czy ozdób.

Obsydian używany jest też obecnie przez chirurgów jako skalpel, wielokrotnie ostrzejszy od najwyższej jakości skalpeli z nierdzewnej stali.


Kolejny punkt to Paulina falls (o wysokości 25 metrów) – dosyć spektakularne 2 nitki wodospadu, które oglądamy z górnego punktu widokowego, znajdującego się tuż przy samym parkingu.



W niedalekiej odległości od tej części parku Newberry znajduje się mało znany LaPine State park (po przeciwnej stronie Hwy 97).

Krótki szlak po wyasfaltowanej dróżce prowadzi nas do największej (wysokość 50 metrów) Ponderosa pine (sosna żółta) w Oregonie (a podobno i na całym świecie wg Ascending the Giants). Jej wiek szacuje się na ponad 500 lat.


Chwila relaksu dla stóp, które moczymy w płynącej bardzo szybkim nurtem rzece….i lecimy dalej.
Podjeżdżamy pod River cave (najdłuższa jaskinia lawowa w Oregonie), by schłodzić się podczas dwumilowego spaceru wewnątrz lava tube …i tu zastajemy zamkniętą bramę z informacją, że ze względu na ekstremalne temperatury teren jaskini zostaje zamknięty do następnego dnia rano….. ☹

Jedziemy więc do Visitor Center parku Newberry, skąd minibusem ($3/osoba) podjeżdżamy na sam szczyt stożka wulkanicznego Lava Butte.

Temperatura ponad 40°C raczej nie zachęca do wędrówki na szczyt … chociaż jadąc autobusem mijamy 2 ledwo żyjących hikerów wędrujących wzdłuż drogi.


Na samej górze wulkanu stoi wieża obserwacyjna (przeciwpożarowa) z „aktywnym” strażnikiem na stanowisku.

Roztacza się przed nami panorama na 360 stopni …

Widoki robią wrażenie, chociaż widocznosć nie jest najlepsza.….

Szybko chowamy się jednak w cieniu budynku w oczekiwaniu na powrotny autobus…..
W Visitor Center dzieci kończą uzupełnianie zeszytu ćwiczeń i składają uroczystą przysięgę na junior ranger’a.

Pomimo tak niesprzyjających warunków pogodowych decydujemy się na przejście kolejnym szlakiem – do Behnam falls (długość 2 mile). Drogą 9702 dojeżdżamy do parkingu.

Przechodzimy przez mostek i ruszamy wzdłuż rzeki Deschutes starą, zamkniętą dla samochodów drogą, po której skacze niezliczona ilość chipmunków (pręgowców).

Po wspięciu się na punkt widokowy oglądamy z góry jak wzburzone wody walą z wielką siłą o skały kotłując się i pieniąc…





Ostatnią atrakcją jaką dziś sobie serwujemy jest Boyd cave. Zjeżdżamy z głównej drogi #97 i skręcamy na wschód na China Hat road. Mijamy sporej wielkości obozowiska koczujących tu bezdomnych i przeogromne sterty śmieci zalegajace obok. Krajobraz dookoła robi się bardziej pustynny porośnięty sage brushem i innymi drobnymi krzaczkami. Parkujemy na wyznaczonym parkingu, gdzie doprowadza nas GPS.

Oznakowanie wyraźnie wskazuje na początek szlaku prowadzącego do jaskini.

Idziemy i idziemy….

….ponad milę w jedną stronę i dochodzimy do skrzyżowania szlaków …. Zaglądamy dosłownie do każdej kupki lawy czy nie ma tam schodów prowadzących w dół…. ale nic takiego nie znajdujemy. I ponieważ zaczęło zbierać się na burzę… i pogrzmiewać w oddali zdecydowaliśmy się na powrót do auta nie znajdując jaskini. Wracamy zmęczeni i wkurzeni… Postanawiamy jednak podjechać jeszcze kawałek szutrową wyboistą drogą….i rozejrzeć się dookoła. No i jest… pętla i tablica informacyjna….

I schodki prowadzące na dół.

Miejsce to jest bardzo słabo uczęszczane, więc nie mieliśmy nawet szansy nikogo zapytać o drogę.

Schodzimy szybko na dół zabierając latarki i ciepłe polary.
Na zewnątrz 40°C po zejściu na dół 20°C mniej….. po przejściu kilkudziesięciu metrów około 10°C.

W jaskini nie ma żadnych prześwitów dostarczających światło, więc latarki są niezbędne.

Maszerujemy skręcając od razu w lewo, stawiając bardzo ostrożnie każdy krok, bo podłoże jaskini jest usiane kawałkami ostrej lawy.
Pół godziny wystarczy nam w zupełności by ochłodzić się do tego stopnia, że z zimna zaczyna nam dosłownie kapać z nosów 😊.

Dzień 6
Przed nami duże wyzwanie. Mamy permit na Canyon Creek Meadows trail !!!! Sam dojazd do szlaku zajmuje nam 1,5 godziny… a zakręty na szutrowej drodze wydają się nie mieć końca.

Na parkingu jesteśmy około 7.45am. ($5/auto lub N.P pass/Northwest Forest Pass).

Niebo jest zachmurzone, co znacznie obniża temperaturę otoczenia …


i daje wspaniałą szansę na złagodzenie trudów długiego marszu. Zaczynamy dość spokojnie.

Początek szlaku powoli wznosi się wśród niskiej roślinności. Otaczamy jezioro Jack Lake od północy i na skrzyżowaniu skręcamy w lewo. Jasnoszare pnie wysuszonych drzew obrośnięte zielonymi porostami dominują w krajobrazie. Te jaskrawo zielone porosty owijające pnie i gałęzie sosen to Jaskrota wilcza, wystepująca również pod nazwą porost lisi (ang. wolf lichen), zawierająca silnie trujący kwas wulpinowy, z którego dawniej sporządzano trutki na dzikie zwierzęta, (głównie na lisy i wilki).
Wchodzimy w gęsty las – tu prawie każde drzewo ozdobione jest zwisającymi swobodnie porostami zwanymi potocznie old man’s beard.

I tu zaczynają nas podgryzać komary… sprej który posiadamy w plecaku niestety nie działa na lokalne bestie. Zakupiliśmy taki z dużą dawką „deet” ale zupełnie o nim zapomnieliśmy zostawiając w aucie. Zostawiliśmy też siatki antykomarowe na twarze…, które w obecnej sytuacji bardzo by sie przydały. To będzie niestety najgorsza niedogodność na szlaku. Temperatura jest co prawda trochę niższa niż w ciągu kilku ostatnich dni i nie przekracza do południa 35°C, ale po południu chmury wędrują dalej i zaczyna przypiekać nas słońce. Na szczęście staje się to już w drodze powrotnej. Ciągniemy się z tymi komarami przez cały las i łąki …

….. nie mogąc spokojnie odpocząć. Psikamy tym co mamy, ale poza przyjemnym zapachem aromatyzowanego specyfiku rozpylanie niestety nie przynosi żadnego wytchnienia.

Widoki są coraz piękniejsze ….



Po wyjściu z lasu przechodzimy przez łąkę wspinając się coraz wyżej i wyżej,

…..i później jeszcze kawałeczek przez las wychodząc w końcu na całkowicie odsłonięty teren wolny od komarów! Podłoże jest bardzo niestabilne – cały czas ślizgamy się na żwirowatej ścieżce.

Wąską granią mijamy po prawej stronie piękne niebiesko zielone jeziorko….


i wdrapujemy się do miejsca, gdzie z wielką radością wpatrujemy się przez kolejne 15 minut w pasące się kozły śnieżne – mountain goats.


Trzy sztuki znajdują bliżej nas ….leniwie wylegując się co chwila w cieniu.

Basia dostrzega również 5 kolejnych kozłów daleko na stromych zboczach góry.

Doskonałe predyspozycje wspinaczkowe – trzeba przyznać …

Kozły górskie żyją w środowiskach alpejskich i subalpejskich czyli na dużych wysokościach, co chroni je przed drapieżnikami. Mogą wspinać sie na zbocza przekraczające nawet 60 stopni nachylenia.
Dochodzimy do końca szlaku błądząc trochę w poszukiwaniu właściwej ścieżki, która rozdziela się tworząc pętlę…

jak później dostrzegamy z góry jest ich trochę „wydeptanych” na zboczu – widać nie tylko my błądziliśmy. Ta część szlaku jest dosyć trudna do przejścia – pokruszone łupkowate ostre skały rozsuwają się za każdym krokiem, więc utrzymanie stabilnej stopy jest dosyć trudne. W końcowej części szlaku witają nas piękne kwitnące na różowo wrzosy (Pink Mountain heath)….

…… które zdobią najwyższe partie gór Kaskadowych na całym terenie Northwest.


Wsuwamy z apetytem kanapki i inne przekąski (z dala od przebrzydłych komarów) i schodzimy w dół mijając kilka wdrapujących się z mozołem na górę grupek hikerów.

Jeszcze krótki postój w dolinie wypełnionej śniegiem…….

i kilka zjazdów w dół….

Słońce zaczyna już konkretnie dawać czadu… i szczerze mówiąc ledwo dowlekamy się do auta (razem z komarami, których jest teraz w niższych partiach szlaku jeszcze więcej) … .

Tu znowu czeka na nas niemiła niespodzianka. Kontrolka pokazująca niski poziom ciśnienia w kole znowu zabłysnęła… Zjeżdżamy do miasteczka Sisters i na stacji dopompowujemy oponę – jak się okazuje to tylne koło straciło około 10 pps w ciągu dnia. A więc trzeba zacząć na poważnie rozglądać się za wulkanizatorem…..
Zjeżdżamy do Bend na jedne z pyszniejszych hamburgerów jakie w życiu jedliśmy (frytki też całkiem całkiem… wykonane z prawdziwych ziemniaków 😊) (Bend Burger Company 1939 NE 3rd St, Bend). Miejsce godne polecenia.
Jedziemy dalej na zachód (#372) mijając Mt.Betchlor ski area, a następnie skręcamy na południe (#36) w kierunku miasteczka Oakridge.

Mijamy malownicze lasy i góry ……..


A po tak upalnym dniu …….. najlepszym rozwiązaniem jest skok do zimnego basenu 🙂

Dzień 7
Pierwszy punkt dnia dzisiejszego to zjawiskowy wodospad Salt creek falls (wysokość 87 metrów). Bezpośrednio przy parkingu znajduje się punkt widokowy (z lekko uszkodzoną barierką zalepioną pomarańczową plastikową siatką)….

Ale widok z tego miejsca nie pokazuje pełnego wdzięku wodospadu. Trzeba zejść na dół by naprawdę poczuć jego moc.


Jeden z wielu tego typu wodospadów w Oregonie, czyli wysoka wulkaniczna skalna półka, z której wąską strugą spływa z wielką siłą woda. I to wszystko w otoczeniu soczystej zieleni mchów i paproci.
Jest to jeden z trzech najwyższych wodospadów w stanie. Cudowne miejsce!!! Warto przyjechać tu na wiosnę, kiedy to kwiną rododendrony, których rosną tu setki…….

Po tak wspaniałej uczcie idokowej wracamy znowu do Oakridge. W jego centrum znajduje się jeden z siedmiu słynnych murali – „Oregon is magic”. (Capital of Bikes – to jego podtytuł; 48318 E 1st St, Oakridge).

Jedziemy na zachód i skręcamy na lewo w wąską szutrową i pozakręcaną drogę prowadzącą do Moon Falls.

Przez pierwsze 20 minut wleczemy się jadąc 5 mil na godzinę….. za jakąś ciężarówką, wyładowaną sprzętem drogowym.

Droga jest bardzo zakręcona i pełna odchodzących mniejszych dróżek – łato się tu zgubić. Jedziemy i jedziemy prowadzeni GPS-em… nikogo poza nami już tu nie ma. Ciężarówka została w jakiejś leśnej zatoczce. Po 45 minutach telepawki dojeżdżamy do nikąd.. czyli GPS doprowadził nas do miejsca gdzie nic nie ma .. Nie ma wyjścia na szlak… nic.. Podjeżdżamy jeszcze kawałek milę czy dwie dalej niż sugerował GPS…i nic. Gęsty zarośnięty las i żadnej zatoczki na parking. Wkurzeni spędzamy kolejne 45 minut żeby wrócić do głównej drogi….. All trails mapy też nie pokazują dobrze wyjścia na szlak. A więc klapa. Jedziemy dalej na zachód – zatrzymując się przy krytym moście (Lowell covered bridge).

W Stanach Zjednoczonych zbudowano około 14,000 takich mostów głównie w latach 1825 – 1875. Tradycyjne mosty drewniane bez pokrycia zwykle wytrzymywały około 20 lat, narażając swoją odporność na zmiany pogodowe, natomiast żywotność mostów zadaszonych wielokrotnie przekraczała okres 100 lat. Obecnie w Oregonie pozostało 50 takich konstrukcji. Kolejny nasz przystanek to Eugene Cascades Raptor Center (bilet $12/dzieci $8).

Jest to szpital dla ptaków drapieżnych, dodatkowo prowadzący działalność edukacyjną.

Większość prezentowanych tu osobników cierpi z powodu urazów spowodowanych bezpośrednio lub pośrednio przez człowieka. Zderzają się one z pojazdami, liniami energetycznymi, oknami czy płotami.

Wpadają w pułapki z drutu kolczastego lub zaplątują się w żyłkę wędkarską….często są też celowo otrute lub ich gniazda są niszczone……

W ośrodku są otoczone troskliwą opieką, leczone i wypuszczane znowu na wolność.

Mamy więc nie lada okazję poobserwować z bliska jastrzębie, orły, sokoły, sowy i sępy.

Wjeżdżamy znowu w dzikość meandrując drogą #34 (Alsea Hwy) na zachód w kierunku Pacyfiku. W połowie drogi zatrzymujemy się przy Alsea falls (ze względu na łatwość dostępu są trochę oblegane przez grupki wylegujących się tu turystów). Zostajemy zaczepieni przez jednego nich, który informuje nas, że mamy wielkie szczęście …. Rok temu wodospad o tej porze roku był całkowicie wyschnięty.

Chwilę spacerujemy po skałkach obok wodospadu i ruszamy dalej ku wybrzeżu….

Droga dalej jest niesamowicie zakręcona. Wyjeżdżamy z lasu i mijamy łąki pełne pasących się krów i tablice informujące o sprzedaży organicznych jajek. Dojeżdżamy do hotelu znajdującego się w miasteczku Waldport położonym nad oceanem. W międzyczasie temperatura spadła o jakieś 20°C… Jest około 18°C… jakże to wspaniałe uczucie!. W końcu wytchnienie od upału. Powietrze schodzi z tylnej opony znowu – podjeżdżamy więc do miasteczka, żeby dopompować i znaleźć wulkanizatora. Zakład jest już zamkniety, więc jutro rano musimy tu wrócić. Jedziemy kilka mil na północ do jednej z moich ulubionych plaż Oregonu – Seal Rock State Beach.
Temperatura spada do 13°C i do tego dochodzi porywisty wiatr… (czapki i ciepłe polary się w końcu przydają).

Na plaży spędzamy prawie 3 godziny.




Wspaniałe mało uczęszczane miejsce, pełne porozrzucanych drewnianych pali „dryft woods”…. Kormorany przesiadujące na skałach……


Jesteśmy tu podczas przypływu… więc nie mamy dostępu do baseników pływowych, które są tu zawsze wypełnione rozgwiazdami i jaskrawozielonymi ukwiałami.



Wspaniały wieczór ze wspaniałym zachodem słońca……


Dzień 8
Dzień zaczynamy od wizyty w zakładzie samochodowym w Waldport, gdzie w końcu nasza opona zostaje uzdrowiona – (jeździliśmy z wbitym wielkim zardzewiałym gwoździem 😊) i ruszamy dalej na południe. Następne 3 dni spędzimy na wybrzeżu rozkoszując się orzeźwiającą bryzą i umiarkowaną temperaturą umożliwiającą nam normalne funkcjonowanie. Zatrzymujemy się w Yachats przy kolejnym muralu z serii Oregon is Magic (348 US-101).

Kolejny przystanek – petarda to Cape Perpetua Scenic Area (Siuslaw National Forest). Wspaniale widowiskowe miejsce. Zaczynamy od szlaku pętelki – Trail of the Restless waters (długość 0.5 mili) prowadzącego do Devil’s Churn,



Najlepszy czas, żeby się tu zjawić to przypływ. Wtedy ogrom wody uderza z wielką siłą w wyrzeźbioną w wulkanicznej skale zatokę, powodując wielką „eksplozję” i rozpryskującą się na wszystkie kierunki fontannę wody.

Wędrujemy dalej i schodzimy na plażę.

Tu udaje nam się wypatrzeć kilka rozgwiazd i mnóstwo ukwiałów i muszli przyklejonych do skał.






W Siuslaw National Forest Visitor Center dzieci kompletują junior ranger program, otrzymując koleją odznakę do kolekcji. Z tego miejsca wychodzi 1-milowy (łatwy) szlak – Capital Cook trail prowadzący bezpośrednio do wybrzeża oceanu….

….. i docelowo do Cook’s Chasm. (Można tam dojechać samochodem). Nazwany oceanicznym gejzerem….Miejsce to jest najbardziej spektakularne podczas przypływów i sztormów, kiedy to woda gwałtownie obmywa skały i wpada do jaskini.

Kolejny przystanek to Strawberry Hill wayside – super piaszczysta plaża z otaczajacymi ją czarnymi wulkanicznymi skałami.


Dzieci budują szałas z wielkich kłód przyniesionych na plażę przez fale.


W oddali na skałach wylegują się białe foki porykując co chwila….
Kierując się dalej na południe mijamy latarnię morską – Heceta Head lighthouse. Zatrzymujemy się tylko w punkcie widokowym, żeby zrobić zdjęcie.

Za Sea Lion Point krajobraz przybrzeżny zmienia się drastycznie – teraz wjeżdżamy do królestwa wielkich piaszczystych wydm.

Zatrzymujemy się na chwilkę w bardzo interesującycm miejscu – Darlingtonia State Natural Site. Darlingtonia (cobra lilly) jest to gatunek rośliny mięsożernej….Owady wabione są obietnicą pokarmu zapachem, kształtem lub kolorem… i nie spodziewając się zagrożenia siadają na roślinie…, a tu czeka na nich niespodzianka. Pułapka, z której nie ma już wyjścia. Gatunek ten ostrożnie ukrywa mały otwór wyjściowy przed uwięzionymi owadami, zwijając go pod spodem i oferując wiele przezroczystych fałszywych wyjść. Po wielu próbach wydostania się fałszywymi wyjściami owad zmęczy się i wpadnie w pułapkę, którego śliskie ściany i włosy uniemożliwiają ucieczkę uwięzionej zdobyczy. Następnie roślina wytwarza enzymy trawienne, które rozkładają białka, tłuszcze i cukry, z których składa cię ciało ofiar, do prostych związków, które roślina może wchłonąć.

Darlingtonie możemy spotkać w niewielu miejscach w południowym Oregonie i północnej Kalifornii.

Ponieważ znajdujemy się teraz w krainie wydm……nie pozostaje nam nic innego jak wybranie się na typowo komercyjną wyprawę samochodem terenowym, który z powodzeniem daje sobie radę pokonując piaszczyste tereny.


Za miasteczkiem Florence umiejscowiona jest firma, która oferuje takowe wycieczki – Sandland Adventure.

Godzinna wycieczka ($20/osoba) specjalnym terenowym pojazdem po wydmach oferuje całkiem przyjemne wrażenia.

Kierowca – pomimo sędziwego wielku…. pruje równo po wydmach ….

Piękne popołudniowe słońce ogrzewające wydmy daje cudowne ciepłe światło.

Nikt z nas nie spodziewał się tak ekscytującej wycieczki….
Jadą dalej na południe w kierunku Coos Bay odbijamy na chwilę na wschód (droga #38 Umpqua Hwy) do Dean Creek Elk Viewing Area, gdzie możemy nacieszyć oko pasącymi się jeleniami (z gatunku Roosevelt Elks)

Na zachód słońca jedziemy na lokalną plażę Basterndoff beach county park w okolicy przemysłowego miasteczka Coos Bay.



Kolory zachodzącego słońca mienią się od pomarańczowego po różowy i fioletowy…. Spędzamy tu wspaniały wieczór.

Dzień 9
Dzień rozpoczynamy od szlaku Silver and Golden Falls. Prowadzi do nich droga wijąca się wzdłuż rzeki Millicoma (East Fork). Ostatnie 8 mil „pozbawione” jest asfaltu (droga szutrowa dobrej jakości przejezdna dla każdego samochodu). Kiedy dojeżdżamy na miejsce parking jest zupełnie pusty. Z parkingu wychodzą dwa oddzielne szlaki. Szlak wychodzący na prawo to krótka ścieżka prowadząca nas do podnóża wodospadu Golden. W punkcie widokowym (a dość słaby to widok) można nieco urozmaicić sobie spacer i przedłużyć go wspinając się za pomocą zawieszonych na drzewach lin.

Podciągamy się więc w górę i dochodzimy do samego wodospadu.


Szlak ten jest wyjątkowo „pachnący”. Woń ziół i kwiatów unosi się w powietrzu dostarczając nam bardzo przyjemnych doznań. Wracamy do parkingu i następnie kierujemy się do wodospadu Silver.

Bardzo krótka ścieżka doprowadza nas do wodospadu, z bardzo skromnym przepływem wody…..

Dzieci wspinają się na wielkie głazy by dostać się trochę bliżej. Z parkingu wyjeżdżamy o godzinie 10.15am i już wtedy zaczynają zjeżdżać się inne samochody. Tą samą drogą wracamy do Coos Bay i tu zasiadamy w lokalnej podupadającej restauracji Fisherman’s Grotto z wystrojem wnętrz niezmienianym od lat 80-tych.… Czasami w takich właśnie miejscach można zjeść przepyszne jedzenie…… ale niestety nie tutaj. Zmylił nas tłum wypełniający wnętrze……..niestety jedzenie było wyjątkowo podłe.
Jedziemy następnie do przepięknych ogrodów znajdujących się w parku stanowym Shore Acres State Park.



O tej porze roku można tutaj podziwiać wychodowane z wielką pasją róże.


Na wiosnę ogród tonie w różnobarwnych rododendronach i azaliach…. dzisiaj ju niestety oglądamy tylko ich soczysto zielone liście…




Kolejny punkt to platforma widokowa Simpson Reef Overlook, skąd przez ustawioną pzez wolontariuszy lunetę można podpatrzeć foki i lwy morskie wylegujące się na małych skalnych wysepkach.


Dojeżdżamy do punktu widokowego na końcu parku i zawracamy. Zjeżdżamy wąską „diabelską drogą” – 7 Devils Road na wybrzeże – Seven Devils State Recreatoin Site (wjazd bezpłatny).
Spacerujemy wzdłuż piaszczystych klifów piaskowych, ale siła wiatru jest zbyt duża by zostać tu na dłużej.

W końcu jedziemy do jednego z ciekawszych nadoceanicznych miasteczek Oregonu – Bandon, gdzie mamy zarezerwowany nocleg. Pierwszy przystanek – słynna Face Rock Creamery na obiecane lody.

Bandon słynie z bardzo specyficznych rzeźb wykonanych z ze śmieci znalezionych przez wolontariuszy na plażach południowego Oregonu. Washed Ashore Gallery & Workshop (325 2nd Street SE) to powstała tu organizacja zajmująca się ochroną środowiska, której celem jest uświadamianie rosnącego problemu zanieczyszczenia wszechobecnym plastikiem…..

Projektowane tu dzieła sztuki składają się z resztek opon, boi i sieci rybackich, butelek po napojach a nawet kawałków grzebieni, które ocean wyrzucił na lokalne plaże.


Washed Ashore Project organizuje też wystawy swoich prac w różnych stanach USA by dotrzeć do większej liczby odbiorców.

Na zachód słońca jedziemy do Face rock way side, mjając po drodze niesamowicie ukwiecone rabaty kwiatowe …

Znajduje się tu punkt widokowy, ale można też zejść po stromych drewnianych schodkach na plażę.


Jest bardzo wietrznie więc czapki i ciepłe polary jak najbardziej się przydają….





FAce Rock o zachodzie prezentuje się iście bajkowo…


Dzień 10
Poranek spędzamy na plaży przy Face Rock…..




Zatrzymujemy się w Port Oxford w punkcie widokowym i podjeżdżamy również do unikatowego suchego portu.

Tutaj dźwigi wyciągają statki z wody, a następnie naprowadzają je na przyczepki na kołach by móc ustawić potem w rzędzie na parkingu portowym.

Jadąc dalej na południe wybieramy jeden z ciekawszych szlaków w tej okolicy – Sisters Rock trail (długość 1,5 m).

Szlak rozpoczyna się w północnej części parkingu tuż przy głównej drodze # 101.

Idziemy wąską ukwieconą aleją…. Różowe groszki polne dają wspaniałe tło do portretów.

Wysunięty w ocean cypel składa się z trzech wielkich skał – „3 Sióstr”.

W jednej z nich wyżłobiona jest potężna jaskinia, do której podczas przypływu wlewa się oceaniczna woda rozbijając się z wielkim hukiem o skały i tworząc coś w rodzaju „gejzeru”.

Na pobliskiej plaży jeszcze sto lat temu znajdowały się mały port załadunkowy służący do transportu drewna pochodzącego z pobliskich lasów. Spacerując tu można więc wypatrzeć kawałki metalowych i drewnianych części statków porozrzucane dookoła.
Poza nimi dostrzegamy również rozgwiazdy, kraby i jeżowce (sand dollars).

Jeżowce to morskie bezkręgowce, które są bliskimi krewnymi rozgwiazd i ogórków morskich.

Kiedy żyją mają barwę fioletową, a nie białą, z jaką je najczęściej kojarzymy i pokryte są elastycznym włosiem i kolcami, które ukrywają ich gwiaździsty wzór. Kiedy umierają, ich szkielet zostaje wybielony przez słońce, a małe kolce znikają. Żywe mogą przetrwać poza oceanem tylko przez kilka minut. Biały jest kolorem, w jaki zamieniają się ich muszle po śmierci. Szkielety z gwiazdami piaskowych dolarów są powszechnie poszukiwanymi znaleziskami na plaży. Wiek piaskowego dolara można określić po jego pierścieniach – podobnie jak słoje na pniu drzewa, które symbolizują każdy rok życia, tak samo dzięki takim słojom na płytkach dolara piaskowego możemy określić ich wiek (średnia długość życia 6 do 10 lat).

Po zejściu na plażę znajdujemy skrzynię ze skarbem😊……

Gęsta mgła wspaniale komponuje się ze skałami wybrzeża.


Następnie ruszamy na południe, mijając po drodze kolejny mural z serii Oregon is magic (29325 Ellensburg Ave, Gold Beach).

Zatrzymujemy się na chwilę na plażach Gold beach i Meyers Creek Beach …

i wjeżdżamy do jednej z najbardziej spektakularnych odcinków Oregońskiego wybrzeża Pacyfiku – Samule H. Boardman State scenic corridor. Spacerujemy krótkim szlakiem Cape Ferrero trail,


a nastepnie spędzamy miłe chwile w Harris Beach State park.


Kilku serwerów próbuje walczyć z przybrzeżnąymi falami… robi to również Basia z Jankiem….


Wielkie fale pojawiają się co chwila …..nieprzewidywalnie.


Jedna z takich fal – największa jaką do tej pory tu widzieliśmy całkowicie przykrywa biegającą po plaży Basię, która na ułamek sekundy staje się zlepkiem mokrego piasku i błota.




Wyjeżdżamy z Oregonu i kolejne dwa dni spędzimy w Kalifornii, zwiedzając redwoodowe lasy.
Nocujemy w Crescent City (California).
Dzień 11
Wyruszamy o świcie w kierunku Redwood National Park. (Nasza rezerwacja na parking, skąd wychodzi szlak do Fern Canyon jest na 8am). Z głównej drogi #101 skręcamy w szutrową Davidson Road, która prowadzi nas pomiędzy wysokimi i gęsto rosnącymi sosnami i redwoodami i jest bardzo mroczną, ale spektakularną drogą…

Po przejechaniu tego ponurego lasu mijamy budkę strażnika parku, w której nikogo jeszcze nie ma. Jedziemy dalej szutrową drogą wzdłuż oceanu i dojeżdżamy do wolno płynącej rzeczki, która jest dzisiaj całkowicie przejezdna każdego rodzaju samochodu.

Parkujemy, zakładamy kroksy i wyruszamy ścieżką w stronę kanionu. Szlak znany jest przede wszystkim, z tego, że ściany kanionu, po którego dnie się spaceruje (brodząc w wodzie) porośnięte są paprociami od samej góry do dołu (15 metrów wysokości).



Steven Spielberg wykorzystał to miejsce do nakręcenia scen do filmu Park Jurajski (część 2).

Rangerzy trochę udoskonalili „wodny szlak” montując w początkowej jego części drewniane kładki.

Nieodzownym elementem jednak są sandały lub kroksy które sprawnie pomogą nam przemieszczać się po rzece. Wdrapujemy się na powalone pnie i przedzieramy przez kilka przeszkód.

Wracamy tą samą drogą nie kontynuując schodkami w górę (ten szlak to pętelka). 0 godzinie 9.45am kanion zaczyna już pęcznieć od turystów….. Około 10am, wyjeżdżając Davidson road zostajemy zatrzymani przy budce strażniczej, gdzie rangerka prosi o nazwisko i okazanie rezerwacji na parking, odznaczając nasze dane na wydrukowanej liście. Wyjeżdżamy do głównej drogi i skręcamy na południe w kierunku Lady Bird Johnson Grove trail. Dwie mile przed parkingiem, skąd wychodzi szlak, wyskakuje nam na drogę czarny wielki niedźwiedź…

… po czym spokojnie czeka w przydrożnych zaroślach, aż zrobimy mu zdjęcie…. 😊.

Parking jest prawie całkowicie zajęty – łapiemy ostatnią miejscówkę. Po drewnianej kładce, uzbrojeni w kije (jakby się misiowi zachciało nas zaatakować zawsze jest jakaś broń pod ręką) i brzęczące dzwoneczki przyczepione do plecaków, przechodzimy na drugą stronę drogi i podążamy wyznaczonym szlakiem w poszukiwaniu wielkich redwoodów.

Coast Redwood (Sequoia sempervirens) to niesamowite drzewa – ekstremalnie odporne na trzęsienia ziemi i pożary, wszelkiego rodzaju insekty oraz gnicie.


Są to najwyższe drzewa żyjące obecnie na świecie!!!

Potrafią one dożyć wieku 2000 lat!

Do swojej egzystencji potrzebują dużo wilgoci, co zapewnia im często występująca w tym rejonie nadoceaniczna mgła.

Spotkać je można tylko w jednym miejscu na ziemi – w pasie oceanicznym ciągnącym się od okolic Big Sur w Kalifornii do południowego Oregonu.

Polska nazwa tych drzew brzmi Sekwoja wieczniezielona, ale nie należy tu mylić jej z Sekwoją olbrzymią – Giant sequoia (Sequoiadendron giganteum), której to średnica może dochodzić nawet do 10 metrów, a jej wyjątkowo olbrzymie okazy możemy podziwiać w parkach narodowych Seqouia czy Yosemite.

Ścieżka jest stosunkowo łatwa i prowadzi nas pośród pięknych wielkich drzew u których podnóża rosną gęsto jaskrawozielone paprocie i mchy.

Do tego wspaniałego widoku dochodzi jeszcze gęsta mgła – nie wiem czy można sobie wymarzyć lepszy klimat w tym właśnie miejscu.




Po tym krótkim spacerze jedziemy na północ – i tu zauważamy jelenie pasące się na polanie (Roosevelt Elk).

Są to największe jelenie występujące w Północnej Ameryce – ich wysokość dochodzi do 3 metrów, a ważyć mogą nawet 500 kg.


Kolejny nasz szlak to – Big Tree trail (0.3 mili) chyba najpiękniejszy szlak w okolicy – wielkie redwoodowe drzewa, paprocie i mech. Wspaniałe połączenie.





I na koniec – Ach pah trail – też bardzo łatwy i spokojny szlak pośród drzew z dużą dawką soczyście zielonych mchów i paproci.


Kolejny postój robimy sobie przy Trees of Mystery – typowej komercyjnej pułapki turystycznej.
Ale my korzystamy tu tylko z miejsca parkingowego, skąd wyruszamy na szlak prowadzący do Hidden Beach.

Piętnastometrowy gipsowy posąg legendarnego drwala Paula Buyana z niewiele mniejszym od niego wołem (Babe the Blue Ox) zaprasza (dosłownie …nawołując głośno) do odwiedzenia muzeum, sklepu z pamiątkami i ścieżki prowadzącej przez las.
Przechodzimy na drugą stronę Hwy#101 i wskakujemy na ścieżkę znajdującą się po południowej stronie motelu Trees (Jest tabliczka informująca o szlaku).


Szlak prowadzi nas lasem, wzdłuż linii energetycznej.

Skręcamy następnie w lewo maszerując w dół – tu znajduje się wejście na plażę…na której jesteśmy sami.

Dzieci budują szałasy z porozrzucanych kłód (dryft wood), którego ogromne pokłady zalegają wzdłuż plaży.

Długość szlaku to łącznie w obie strony koło 1,5 mili.

Wracamy na nocleg do Crescent City.
Dzień12
O świcie opuszczamy zatopione w gęstej mgle Crescent City. Na pożegnanie ze wspaniałym redwoodowym lasem serwujemy sobie malowniczy Simpson Reef trail (Jeddinah Smith State park) (1-milowa pętelka).

Największą atrakcją są tu powalone olbrzymie drzewa, na które dzieci z wielką radością mogą się powspinać.


Jedziemy dalej w kierunku Oregonu i obserwujemy jak drastycznie zmienia się roślinność. W miarę oddalania się od wybrzeża oceanu, temperatura powietrza wzrasta dość szybko i otaczające nas lasy wyglądają o wiele skromniej niż przy wybrzeżu. Zatrzymujemy się następnie na parkingu skąd wychodzi Darlingtonia trail.

Krótka pętelka z dwoma punktami widokowymi na zagajniki darlingtonii (zwanej również cobra lilly). Jest to gatunek rośliny mięsożernej, której stanowiska już odwiedziliśmy podczas tej wycieczki….

Jedziemy dalej na północny wschód… temperatura znowu dobija do 40°C.
Wjeżdżamy do Oregonu.

Pierwotnie nasz plan zakładał odwiedzenie jaskiń Oregon Caves National Monument. …..ale nie udało nam się zrobić rezerwacji na jedyną dostępną w tym czasie wycieczkę po jaskini (Discovery cave tour). Jedziemy więc do Jacksonville – historycznego małego miasteczka, którego początki sięgają epoki gorączki złota.

Wiele budynków w centrum nie zmieniło się w przeciągu tych ostatnich 150 lat, zachowując oryginalny XIX wieczny klimat.

Sklepiki, galerie, kawiarnie i restauracje oraz muzeum umiejscowione w dawnym banku zachęcają chociaż do krótkiego zerknięcia na ich „nienaruszony stan”.




Po krótkim spacerze wdłuż głównej ulicy miasteczka uciekamy dalej na północ w kierunku Crater Lake National Park.
Zatrzymujemy się na chwilkę w punkcie widokowym Rogue River Vistas.

W tym miejcu koryto rzeki jest ekstremalnie wąskie i głębokie (7,5 m szerokości, głębokość 14m), a woda płynie z niewyobrażalną prędkością 410 tysięcy galonów na minutę, (co pozwoliłoby by napełnić basen olimpijski w ciągu jednej minuty).
Następnie odbijamy na północ, żeby dostać się do szlaku prowadzącego do wodospadu National Creek Falls. Jest bardzo gorąco…. Temperatura przekracza 40°C. Dojazd do tego szlaku jest dobrze oznaczony i stosunkowo łatwo tu trafić. Parkujemy na małej leśnej polance i schodzimy zygzakiem w dół doliny. Na szczęście cały szlak prowadzi przez las i mamy duży komfort spacerowania w cieniu.

Najpierw docieramy do górnej części wodospadu. Kolejny zygzak stromo w dół. Żeby dojść do dolnej części i mieć najlepszy widok na wodospad trzeba po przerzuconej nad rzeką kłodzie przedostać na drugą stronę.

Nagrodą jest piękny widok i niebywały spokój dookoła.

Wracamy do głównej drogi #230 i jedziemy na południe aż do skrętu w lewo prowadzącego do Crater Lake National Park.

(droga#62). Tu spędzimy dwie kolejne noce. Rozbijamy namiot na Manzama campground i korzystając z tego, że mamy jeszcze półtorej godziny do zachodu słońca postanawiamy przejść się szlakiem, wychodzącym z kempingu – Annie Creek trail (długość 2 mile).

Najpierw schodzimy stromo w dół (serpentynami) do doliny rzeki, a następnie lekkim truchtem podążamy wzdłuż rzeki.





No i na koniec wspinaczka z konkretną zadyszką stromo do góry.

Mamy teraz piękne światło zachodzącego słońca, które oświetla wysokie klify. Wspaniałe zakończenie dnia.
Wracamy na nasze miejsce kempingowe tuż przed zmrokiem.

Niestety palanie ognisk jest surowo zabronione w Oregonie (ze względu na suszę i ekstremalnie wysokie zagrożenie pożarowe). Zostają więc latarki 😊… Kemping oferuje lodowaty prysznic (bezpłatnie) w części F (najbardziej wysuniętej na południe). W nocy obserwujemy usiane gwiazdami niebo……
Dzień 13
Crater lake jest najgłębszym jeziorem Stanów Zjednoczonych (głębokość 594 m). Kryształowo czysta woda sprawia, że jezioro ma niesamowicie jaskrawą błękitną barwę.

Jezioro powstało około 7700 lat temu w wyniku erupcji, a następnie zapadnięcia się części wierzchołka wulkanu Mount Mazama. Powstała kaldera wypełniła się wodą opadową ze śniegu i deszczu (jezioro nie posiada dopływów w postaci rzek). Ze względu na brak zanieczyszczeń, które mogłyby być np. przynoszone przez rzeki wpływające do jeziora, Crater lake należy do najczystszych jezior na świecie!!! 1997 roku naukowcy odnotowali jego rekordową przejrzystość mierzącą 43 metry.
Wyjeżdżamy z kempingu na górę wspinając się na wysokość ponad 2,100 m n.p.m. i skręcamy w lewo na zachód (West Rim drive). Zaczynamy od szlaku Watchman trail (długość 1,2 mili).

Szlak wychodzi z miejsca parkingowego – Watchman overlook. Szeroka ścieżka prowadzi nas stromo w górę.


Pomimo, że jest dopiero wczesny poranek, już robi się bardzo gorąco….

Dochodzimy lekko zdyszani na szczyt gdzie znajduje się nieczynna wieża obserwacyjna (fire lookout) skąd mamy wspaniały widok na jezioro i cała okolicę.



Następny szlak jakim wędrujemy jest Cleetwood trail (długość 2.2 mili). Po wielkości parkingu (skąd wychodzi ten szlak), można łatwo zorientować się, że jest to najbardziej popularny szlak w parku.

Zygzakiem schodzimy do samego jeziora.
Jest to jedyne miejsce, gdzie możemy stanąć na jego brzegu i zmoczyć stopę lub też całościowo wskoczyć do lodowatej wody.

W jeziorze można pływać i łowić ryby (z brzegu) bez jakiejkolwiek licencji. Z racji tego, że jezioro nie posiada połączeń z rzekami, nie występowały tu też żadne ryby….aż do 1888 roku kiedy to rozpoczęto sztuczne zarybianie. Akcje te trwały aż do 1941 roku, gry okazało się, że ryby mogą utrzymać już stabilną populację bez ingerencji z zewnątrz. Z 6 gatunków ryb jakimi próbowano „nasycić” jezioro przyjęły się tylko 2 – łosoś kokanee i pstrąg tęczowy. Schodzimy po kamieniach do samego brzegu…

woda jest lodowata, ale to nie przeszkadza wielu osobom w pływaniu…..


Po półgodzinnym odpoczynku wdrapujemy się stromo pod górę….

Przy ekstremalnym upale jest to bardzo męczące…. Wskakujemy do auta włączamy na maximum klimatyzację i powoli „dochodzimy” do siebie. Jedziemy dalej wzdłuż jeziora zatrzymując się w kolejnych punkach widokowych.

Po 20 minutach „schładzania” jesteśmy gotowi na kolejny szlak – (Plakini Falls długość 2,2 mili). Prosta ścieżka (delikatnie pod górkę) prowadzi nas do podnóża pięknego wodospadu (wysokość 6 metrów) otoczonego jaskrawozieloną roślinnością i kwiatami.

Ostatni szlak na dzisiaj to Sun Notch trail (długość 0,5 mili) –to „pętelka” prowadząca do kilku punktów widokowych. Wracamy na kemping i pierwszą rzeczą jaką robimy jest udanie się pod lodowaty prysznic!!!!

Dzień 14
O świcie opuszczamy kemping wyjeżdżając przez bramkę północną parku w kierunku Umpqua National Forest.


Zaczynamy od Watson Falls (długość szlaku 0.8 mili). Żeby dostać się do szlaku należy przejść na drugą stronę drogi NF37 (po pasach). Zaczynamy wspinaczkę stromą wąską ścieżką prowadzącą nas przez most.
Otoczeni gęstą roślinnością mijamy strumień z małym wodospadem.

I dosłownie za kilka minut dochodzimy do właściwego dolnego punktu widokowego.

Wodospad Watson jest potężny! (to najwyższy wodospad południowego Oregonu).

Z 90-metrowej wulkanicznej półki skalnej opada z wielkim hukiem wąska smuga wody. Nie za bardzo da się podejść do niego bliżej, bo silny podmuch wiatru niesie ze sobą również bryzę, która w dość szybkim czasie „namacza” nas od stóp do głów.

Następny przystanek to gorące źródła – Umqua Hot Springs (N.P pass, N.F pass lub $5 parking, zakaz parkowania przy głównej drodze NF3401!!!). Kiedy dojeżdżamy na miejsce – parking jest już prawie pełny. Jest to bardzo popularne miejsce między innymi dlatego, że źródła są tu bardzo łatwo dostępne.
Jest to sieć małych baseników o różnej głębokości i wielkości do których wpływa gorąca (termalna) woda – im basenik położony bliżej głównego źródła tym woda oczywiście gorętsza).

Przechodzimy rzekę po „tęczowym” moście i podchodzimy ścieżką stromo pod górę.


Jest to miejsce, gdzie niemal na pewno spotkamy nudystów….

Basia jako jedyna z naszej drużyny próbuje skorzystać z dobrodziejstw leczniczych wód, ale woda jest bardzo gorąca i przy zestawieniu z równie gorącym otaczającym nas powietrzem nie tworzy raczej dobrego połączenia.

Niedaleko od źródeł znajdują się równie łatwo dostępne Toketee falls. Parking, skąd wychodzi szlak (długość 0,8 mili) umiejscowiony jest przy wielkiej pochodzącej z 1946 roku drewnianej rurze wodociągowej (Toketee Pipeline).

Rura ma średnicę 4 metrów i jest atrakcją samą w sobie…. Udostępniając orzeźwiające darmowe prysznice z wydostającej się z licznych szczelin wody, (której jest na tyle dużo, że z powodzeniem można również umyć sobie samochód😊).
Krótkim szlakiem prowadzącym wdłuż rwącej rzeki,

dochodzimy do „trzęsącej się nieco” platformy widokowej (ulokowanej wokół pnia drzewa), skąd rozpościera się oszałamiający widok na wodospad, z którego z wielkim hukiem spływa woda żłobiąc głęboką nieckę w bazaltowych kolumnach.

Przed wejściem na platformę po prawej stronie znajduje się przerwana metalowa siatka, skąd można dostać się na dół do podnóża wodospadu. Zejście to jest bardzo strome, ale nie dlatego rezygnujemy. Temperatura powietrza to ponad 40°C i z tego powodu każdy nasz krok jest dość dużym wyzwaniem….

Dzieci zaczynają marudzić więc, żeby za bardzo im nie podpaść, wyjeżdżamy z lasu w poszukiwaniu czegoś pysznego do jedzenia i przez przypadek odkrywamy super bistro (Atom cafe 20168 Rogue-Umpqua Scenic Byway, Glide). Wielkie porcje placków momentalnie poprawiają im humory i jesteśmy gotowi na kolejną wędrówkę.

Ostatni szlak jaki sobie serwujemy w to upalne popołudnie to Wolf Creek falls (długość 2.3 mile). Wiedzie on na szczęście przez las, dając upragniony cień.
Spotykamy tu tylko 2 grupki osób, a cały czas, kiedy jesteśmy przy wodospadach jesteśmy zupełnie sami.
Po przejściu mostu nad rzeką Little River (po przeciwnej stronie rzeki znajduje się skała przypominająca hamburgera 😊) ścieżka prowadzi nas gęstym lasem cały czas wzdłuż Wolf creek.
Przechodzimy kolejne mostki, jest też zejście do rzeki, gdzie można urządzić sobie piknik (drewniany stolik i ławki).
Szlak doprowadza nas do 2 wodospadów. Żeby dostać się do Lower Wolf creek falls – (wysokość 15 metrów) trzeba zejść stromo w dół wzdłuż kłody drzewa po dzikiej ścieżce.


Drugi punkt widokowy Upper Wolf Creek falls jest położony tak, że też bez problemu możemy podejść do samego podnóża wodospadu.

Tu dzieci urządzają sobie ślizgawkę na płaskim głazie.

Kończymy dzień specerem do Wenchester fish lader (Przepławka).

Mają one za zadanie umożliwienie rybom wędrującym w górę rzeki pokonanie sztucznej bariery takiej jak tama. Niestety poza 3 malutkimi osobnikami, nie udaje nam się wypatrzeć jakiegoś konkretnego okazu….(najwiekszy okres migracji łososi przypada na miesiące od maja – lipca).

Takich konstrukcji w Oregonie i Washingtonie możemy spotkać bardzo wiele (z powodu dużej ilości zapór i tam na tutejszych rzekach).
Dzień 15
Wyruszamy o świcie kierując się autostradą #5 na północ. Zaczynamy od atrakcji typowej dla dzieci – Frog Pond Farm.


Liczebnie przeważają tu alpaki, lamy, i kozy, a najbardziej egzotycznymi zwierzętami są 2 jednogarbne wielbłądy.

Zakupujemy pojemniczki z jedzeniem i zaczynamy wędrówkę po farmie dokarmiając wszystkie „wygłodniałe”, konkurujące ze sobą nawzajem zwierzaki.

Zaczynamy od aplak i lam. (W Oregonie zarejestrowanych jest ponad 16,000 alpak i ponad 40 tysięcy lam).

Lamy potrafią pluć i plują, ale tylko dlatego, że jest to ich główna obrona.

Wiele razy zdarza się to w czasie karmienia, ponieważ wszystkie konkurują o jedzenie, zwłaszcza smakołyki.

Czasami wdają się w kłótnię z inną lamą i agresywnie plują na siebie nawzajem, gdy się np. siłują.

Mogą także pluć ze strachu lub podczas obcinania paznokci u stóp 😊. Trzeba więc bardzo uważać żeby takiej lamy nie zdenerować…..bo kiedy czuje się zagrożona to pluje….nawet na odległość 5 metrów. Lamy jednak nie plują śliną, tylko cuchnącą wydzieliną z żołądka, a najgorsze jest to, że lama stara się trafić w oczy przeciwnika. W razie oplucia trzeba natychmist usunąć wydzielinę z twarzy czy ciała, bo zawarte w niej bakterie mogą okazać się dla nas toksyczne!

Na swoim ciele zwierzęta te są w stanie udźwignąć ciężar o masie 45 kg – są wykorzystywane jako zwierzęta juczne szczególnie w Andach. Lamy mogą przetrwać jedząc wiele różnych rodzajów roślin i potrzebują niewiele wody. Te cechy sprawiają, że są wytrzymałe i niezawodne nawet w górzystym terenie.

Chociaż wyglądają bardzo podobnie do alpak, istnieje wiele różnic między nimi. Lamy mają tendencję do bycia wyższymi i ważą więcej niż alpaki. Lamy mają również długie uszy w kształcie banana, podczas gdy alpaki mają krótkie uszy w kształcie gruszki 😊 i bardziej zaokrąglone pyszczki. Zwierzęta różnią się także usposobieniem. Alpaki są łagodniejsze i bardziej posłuszne, łatwo poddają się tresurze. Lamy to uparte osobniki, które często bywają agresywne i śmiałe.

Alpaki posiadają charakterystyczną dla wielbłądowatych dwudzielną wargę oraz stale rosnące zęby, które należy przycinać.
Zarówno lamy jak i alpaki to zwierzęta przyjazne dla człowieka. Nie stanowią zagrożenia i chętnie wchodzą w relacje ludźmi. Z tego powodu są wykorzystywane jako zwierzęta terapeutyczne dla dzieci i dorosłych.
Wełna alpaki uznawana jest na świecie za towar luksusowy. Ma wspaniałe właściwości termoizolacyjne, grzeje dużo lepiej niż wełna owcza, a przy tym jest od niej kilkukrotnie lżejsze. Polecana jest dla alergików, gdyż nie uczula. Dzięki małej zawartości lanoliny (wosku zwierzęcego) jest odporna na zabrudzenia i nie rozwijają się w niej roztocza, a do jej produkcji i konserwacji nie stosuje się chemii.
W odległym krańcu farmy spotykamy 2 jednogarbne wielbłądy – dromadery.

Zwierzęta te wykazują bardzo dużą odporność na brak wody szczególnie przy wysokiej temperaturze otoczenia. A jednocześnie kiedy są bardzo spragnione jednorazowo potrafią wypić nawet do 150 litrów wody!!!. (Wielbłąd potrafi nawet tolerować słoną wodę).

Minimalnie obciążony wielbłąd jednogarbny jest w stanie biec z prędkością ok. 16 km/h przez 18 godzin w ciągu doby. Na krótkie dystanse może przenieść ładunek 800 kg, a 300 kg – przez kilka dni…..





Po 2 godzinnym krążęniu pomiędzy zagrodami czas na zmiane otoczenia…..
Jedziemy nad jezioro….Trillum lake ($10 parking).

Pożyczamy kajaki – Janek jedynkę ($20/h) a my z Basia dwuosobowy ($30/h) i przez kolejną godzine mocujemy się z falami i wiatrem, który spycha nasze kajaki w kierunku południowym……



Przy bezchmurnej pogodzie mielibyśmy idealny widok na Mount Hood…. ale z powodu dość sporego zachmurzenia jedyne co możemy wypatrzeć to wyłaniający się co chwilę jego fragment.

Trillum lake jest bardzo popularnym miejscem, więc lepiej nie zjawiać się tu podczas weekendu.


Po walce z wiosłami jedziemy w końcu na konkretny spacer prowadzący nas do Tawatomie Falls (długość szlaku 3.5 mili). Parking skąd wychodzi szlak znajduje sie przy głównej drodze (#35). Przechodzimy most i skręcamy na rozwidleniu szlaków w prawo. Ścieżka wiedzie wdłuż rzeki East Fork Hood River i nastepnie skręcamy na lewo w kierunku lasu.

Jakoś inaczej zapamiętaliśmy ten szlak spacerując po nim rok temu…… Wodospad jest piękny, ale tym razem mało dostępny….

Dosyć mocno pryska na nas woda….. Nie da się zrobić zdjęcia w bliskiej odległości od wodospadu.

Jedziemy w kierunku River Hood i odbijamy na wschód w kierunku The Dalles, gdzie mamy zarezerwowany nocleg. Tu wskakujemy na starą historyczną drogę #30. I zatrzymujemy sie na chwilkę w Rowena Crown Point ze słynnym zakrętem uwietrznianym na fotkach z regionu Columbia River George.


Ostatnią atrakcją dnai dzisiejszego jest mural z serii „Oregon is magic” (723 E 2nd St, The Dalles).

Dzień 16
Dzień zaczynamy od małej nieprzewidzianej porażki…. Próbując odnaleść wyjście na skrócony szlak prowadzący do Dry creek falls utykamy w martwym punkcie. Ledwo się z niego wydostając…. Droga, która jechaliśmy stopniowo zwężała się, stajać się kompletnie nieprzejezdna. Jedyną atrakcją były tu uginające się gałęzie pełne soczystych jeżyn, które wsuwamy z wielką radością…. uzupełniając niedobór witamin.
Podjeżdżamy więc dalej do parkingu skąd wychodzi szlak Wahclella falls (parking $5 lub N.P pass). Wędrujemy szeroką starą drogą, prowdzącą do małej tamy na rzece Tanner. Zaraz za tamą rozpoczyna się Mark O Hartfield Wilderness.

Następnie mijamy po lewej stronie mały wodospad ….


i wędrujemy zwężającym się kanionem przez kolejne 0.7 mili do rozwidlenia szlaków, mijając coraz więcej nadpalonych drzew.

W 2017 roku wybuchł tu potężny pożar, niszcząc większą część szlaku i most.
Szlak rozdziela się na ścieżkę prowadzącą górną częścią kanionu i ścieżkę w prawo, którą wybieramy, a prowadzi nas przez most na drugą stronę rzeki.

Przechodzimy następnie przez porośnięta gęstymi paprociami grotę, pokonujemy kolejny most i dochodzimy do opunktu widokowego.

Wodospad składa się z dwóch części – wyższej 5 metrowej i niższej 15 metrowej.

Z punktu widokowego widać tylko tą niższą część.

Podczas wędrówki spotykamy też wiele slimaków nagich (slugs), i chociaż preferują one siedliska wilgotne i zacienione, często można je spotkać na konarach drzew lub suchym podłożu konsumujących kawałki liści czy igieł sosnowych ….

Po tym przyjemnym spacerze jedziemy trochę podokaramiać ryby w Bonneville Fish Hatchery (wstęp bezpłatny).

Miejsce to pełni wspaniłą funkcję edukacyjną, gdzie ponad milion odwiedzajacych rocznie ma możliwość zapoznania się z każdym etapem rozwoju ryb.

W basenikach obserwujemy łososie i pstrągi od najmłodszych osobników po te w pełni dorosłe.

Największą atrakcją jest okno widokowe, gdzie podglądamy olbrzymie jesiotry.

Są to długowieczne ryby żyjące średnio około 60 lat.
Ich średnia długość to 2 – 3.5 metra, ale znane są osobniki, dochodzące do 5,5 metra…
Znajdujemy się w bardzo popularnym miejscu jakim jest Columbia River George, gdzie obowiązuje ściśle przestrzegana rezerwacja na wjazd (na widokową drogę #30 pomiędzy exit #35 a exit#28).

Nasza rezerwacja zaczyna się o godzinie 12pm i ponieważ podjeżdżamy o godzinie 11.20am zostajemy zawróceni przez rangerkę. Zjeżdżamy więc na pobocze … i wyłączamy silnik, zapominając o wyłączeniu świateł…… jak się mozna domyśleć po 30 minutach … samochód nie odpala…. Nie za bardzo możemy liczyć na właściciela pojazdu, bo wypożyczając prywatny samochód w Turo…. mamy niewielką szansę, że nasz problem zostanie w szybkim tempie rozwiązany. Przez koleną godzinę próbujemy zatrzymywać samochody pytając o „jump cables”, ale nie jest to chyba popularne wyposażenie aut. Otrzymuje tylko porady w stylu „zadzoń do road assistance” itp. W końcu 5 minut przed wygaśnieciem naszego permitu na wjazd do Columbia River George dotajemy upragnionego „jumpa” i wjeżdżamy na 30-kę.
Zaczynamy od wodospadu – Horsetail falls (wysokość 54 m), który znajduje się bezpośrednio przy głównej drodze.

Strome podejście (około 0.4 mili) z kilkoma meandrami prowadzi nas już do słabiej uczęszczanego 27-metrowego Ponytail falls (Upper Horstail falls). Te 15 minut warte jest jednak każdego kroku….

Kolejny warty zobaczenia wodospad to Multnomah (wysokość 189 metrów)… ale oglądamy do z okien samochodu… bo szansa na znalezienie parkingu jest znikoma. (większy parking znajduje się przy autostradzie #84 i żeby móc z niego skorzystać trzeba wykupić oddzielną rezerację – tylko na Multnomah falls parking). Mieliśmy już 3 krotną okazję zobacznia tego wodospadu z bliska, więc nie staraliśmy się nawet o zodobycie tej dodatkowej rezerwacji). Jedziemy dalej aż do Latourell falls.

Ten wodospad chyba najbardziej przypadł mi do gustu jeśli chodzi o rejon Columbia River George.

Wysoka na 64 metry smuga wody spływa z bazaltowej półki z wielkim hukiem.

Jeszcze tylko krótki postój na fotkę na Portland Women’s Forum State Scenic Viewpoint …..


i ruszamy w końcu ku wybrzeżu i ochłodzie!!! …. Lato z dala od wybrzeża jest tu okrutnie gorące…. I tak w ciągu 2 godzin dojeżdżamy do miasteczka Tillamook, słynącego na całe stany z produkcji nabiału. Najpierw zaglądamy do Blue Heron creamary na kilka fotek starych aut …


i następnie do wielkiego centrum wizytowego Tillamook Creamery.

Tu możemy podejrzeć z góry halę produkcyjnę ……

i wydoić krowę:)

Serwują tu darmowe próbki żółtych serów, a to wszystko połączone z firmowym sklepem, lodzianią i restauracją, gdzie wypiekają całkiem dobrą pizzę. Moje dzieci wyjątkowo szalają z zamówieniami… pizza po czym gałkowe lody a następnie kubeł 1,5 litrowych lodów o smaku waniliowo-czekoladowo-karmelowych.

Jedziemy bezpośrednio na kemping, bo mamy tylko godzinkę czasu, żeby rozbić namiot i generalnie zorganizować się w kwestii noclegowej. Kemping prywatny i zaniedbany… swoje lata świetności dawno minęły. Pusty basen, zamknięta sauna. Miejsca kempingowe zarośnięte i nieoświetlone. A do tego podłoże tak twarde, że nie ma nawet najmniejszej możliwości żeby wbić namiotowego śledzia. Stawiamy więc tylko namiot na pałąkach narzucamy na to tropik i idziemy spać.
Dzień 17
Wypruwamy o swicie z tego beznadziejnego kempingu, zwijając bylejak mokry od wilgoci namiot, do którego środka Jan dolał jeszcze zawartość swojej butelki. Będziemy to suszyć cały dzień…. Rozkładając na aucie. Jedziemy wdłuż wybrzeża to Oswald West State park.


Parkujemy na wielkim parkingu, skąd wychodzi szlak Short beach trail – Jest to jedna z ciekawszych plaż w okolicy.
Krótki 0.5 milowy spacer doprowadza nas do szerokiej piaszczystej plaży otoczonej klifami.

Po lewej stronie mamy jaskinie i baseniki pływowe, a po prawej w oddali mały wodospad.

Najwspanialsze są te jaskinie, których wcześniej nie oglądaliśmy ze względu na przypływ i wysoki stan wody.


Teraz razem w edukującymi wolontariuszami penetrujemy każdą z nich….

Rozgwiazdy (starfish): czasami ciężko je dostrzec, bo chowają się w szczelinach i zakamarkach skał. Są to kolorowe drapieżniki morskie najchętniej polujące na małże i ślimaki. (Siła mięśni rozgwiazdy jest tak duża, że bez problemu otwierają muszle. Następnie wpuszczają do ich środka soki trawienne, które rozpuszczają ciało ofiary, i które następnie zostaje wessane w strawionej postaci przez rozgwiazdę. Taki posiłek trwa około 10 godzin.

Część rozgwiazd kruszy muszle ślimaków i małży, inne połykają całe zwierzę i wypluwają potem pustą muszlę.

Baseniki wypełnione są rozgwiazdami, ślimakami morskimi, muszlami, krabami i ukwiałami.

Ukwiały (Giant green anemones) są zwierzętami osiadłymi. Wszystkie żyją pojedynczo, najczęściej przytwierdzone „podeszwą” do podłoża, zazwyczaj mogą się na niej przesuwać. W Oregonie występują w kolorze jaskrawo zielonym.


To chyba największa kolekcja fauny przypływowej jaką udaje nam się podczas tegorocznych wakacji zobaczyć.

Znajdujemy tu wyrzuconą przez ocean nieżywą fokę…..


W miarę zbliżania się przypływu jaskinie zostają sukcesywnie zalewane, a my przenosimy się do środkowej części plaży, by poobserwować coraz to zwiększającą się liczbę serferów, którzy prbują swoich sił z coraz to większymi falami.


Plaża zaczyna się zapełniać a my wracamy spowrotem na parking.



Spędzamy tu 2,5 h penetrując każdy zakątek plaży.

Nasza kolejna atrakcja to komercyjna i zresztą bardzo droga „wspinaczka” w parku rozrywki w Seaside.

Niestety do dzieci musi dołączyć rodzic… płacąc kolejne 70$ plus $10 za gumowe ogrodowe (rekomedowane) rękawiczki 😊….

Dzieci skaczą pomiędzy tymi przeszkodami, linami, bojami, kajakami wiszącymi w powietrzu i mają z tego niezłą zabawę. Przekraczają swój dozwolony czas o godzinę….. Na szczęście ze zględu na niewielką ilość chętnych nikt ich z tamtąd nie wyrzuca.
Jedziemy do hostelu, żeby się zameldować i po załatwieniu formalności na zachód słońca do Hug point beach, gdzie dwa lata temu też kończyliśmy nasze Oregońskie wakacje.


Spektakularnego zachodu słońca niestety nie ma…. bo słońce na pół godziny przed końcem dnia zakryją gęste chmury.




Wracamy więc jeszcze przed totalnymi ciemnościami do hostelu.
Dzień 18
Dzisiaj w lekkiej mżawce zaczynamy ostatni dzień wakacji. Jedziemy do Fort Stevens State park, gdzie wita nas stado pasących się jeleni.



Fort Stevens był aktywnym ośrodkiem wojskowym w okresie pomiędzy wojną secesyjną a II wojną światową (84 lata) i w tym czasie zgromadzono tu wiele baterii artyleryjskich i zbudowano wiele betonowych bunkrów, w których znajdowały się armaty i masywne działa chroniące wybrzeże przed potencjalnymi najeźdźcami.

Jest to park, który szczególnie przypada do gustu dzieciom ze względu właśnie na te bunkry, po których biegają bawiąc się w szpiegów.



W tej części parku jest również małe muzeum, gdzie wyświetlany jest film o tematyce wojennej….Organizowane są też tutaj wycieczki z przewodnikiem oprowadzającym po bunkrach oraz przejażdżki wojskową ciężarówką, ale ta akurat jest w warsztacie naprawczym.



a na podwieczorek …. soczyste jeżyny 🙂

Objeżdżamy park dookoła i na koniec jedziemy obejrzeć najbardziej kultowy wrak statku na wybrzeżu Oregonu – Peter Iredale shipwreck.


(Pozostał tylko jego stalowy kadłub) 84 metrowy żaglowiec osiadł tu na mieliźnie w 1906 roku.


Wskakujemy na ostatnią chwilę do Lewis and Clark National Historic park, gdzie jedyną rzeczą jaką robimy jest obejrzenie filmu o ekspedycji Lewisa i Clarka oraz wysłuchaniu historii o walce trapera z niedźwiedziami opowiadanej przez wolontariusza.



W Astorii łapiemy na pożegnanie „fish and chips” i pędzimy do Portland, skąd następnego dnia o świcie mamy samolot powrotny do Chicago.

Dodaj komentarz