CALIFORNIA ŚRODKOWA – WAGARY 2022

TERMIN: 5.X-10.X.2022

Podczas tegorocznych kilkudniowych wagarów w środkowej Kalifornii, skupiliśmy się na odwiedzeniu olbrzymich sekwoi, najgłębszego kanionu na świecie znajdujacego się w parku narodowym Kings Canyon, malowniczych plaż, starych misyjnych kościołów, jaskiń w parku narodowym Pinnacles, i najbardziej urokliwego miasta w całym stanie – San Francisco. Było mnóstwo wrażeń, bardzo mało snu, i sporo nadszarpniętych nerwów przy licznych próbach opanowania haosu spowodowanego przez niekończące się kłótnie sześciorga rozkrzyczanych dzieci….. ale to wszystko razem zebrane stworzyło kupę wspaniałych wspomnień o których nie zapomnimy bardzo długo😊.   

TRASA: Chicago – California (Los Angeles, Sequoia National Park: Tunnel Rock, Moro Rock, Tunnel log, Giant Forest museum, General Sherman Tree trail, Kings Canyon National Park: Buena vista point trail, Grizzly Falls trail, Roaring River Falls Trail, Zumwalt Meadow Trail), Pinnacles National Park (Moses Spring trail to Bear Gulch Reservoir, Rim trail), Mission San Juan Bautista, Mission San José, San Francisco, Golden Gate Bridge, Montara State Beach, Pascadero State Beach: Cabrillo Hwy S parking, Greyhound rock County park, Garrapata State Park: Bluff Trail, Garrapata State Beach, Palo Colorado Road, Hwy 101, Elephant Seal Vista Point – Piedras Blancas Elephant Seal Rookery, La Purisima Mission, Solvang Ostrich land, Solvang, Cold Spring Tavern/Cold Spring Canyon Arch Bridge, Chumash Painted Cave Historic Park, Los Angeles) – Chicago

CAŁKOWITY KOSZT WYJAZDU: $1,765/rodzina

KOSZT PRZELOTU: Chicago – Los Angeles – Chicago $202/1 bilet

KOSZT BENZYNY: $329 (koszt na 2 rodziny) (cena benzyny ponad $6/galon) – 1,308 mil (2,105 km)

KOSZT WYNAJMU AUTA: $540/6 dni – Chrysler Pacifica minivan (koszt podzielony na 2 rodziny)

NOCLEGI: hotele 5 nocy: $840/2 rodziny

PRZEWODNIKI/MAPY: Atlas topograficzny Benchmark California, www.alltrails.com

POGODA: Październik jest pod każdym względem idealny by wybrać się w podróż do Kalifornii. Dużo słońca. Umiarkowane temperatury. Mało deszczu.

SKŁAD ZESPOŁU: mama Zuza, Basia (9 lat), Janek (11 lat), mama Renia, Sara (10 lat), Ala (8 lat), mama Ania, Daniel (12 lat), gościnnie: Ivo i Evan (12 lat)

Dzień 1

Z dwugodzinnym opoźnieniem (spowodowanym niestawieniem się do pracy jednej ze stuardess) lądujemy w Los Angeles. Wypożyczamy auta i ruszamy w stronę parku narodowego Sequoia. Dystans z lotniska do Three Rivers –  (ostatniego miasteczka przed wjazem do parku) – to 202 mile, których przejechanie zajmuje nam dobre ponad cztery godziny. Pomimo, że dzień niedługo dobiega końca, decydujemy się na dosyć “dynamiczną” przejażdżkę serpentynami, co w konsekwencji prowadzi do niezbyt przyjemnych skutków ubocznych…..

Droga wjazdowa jest po prostu jednym wielkim zakrętem, a maksymalna dozwolona prędkość na tej trasie nie przekracza 30 mil/h.

Tego dnia udaje nam się jedynie zatrzymać i zrobić pamiątkowe zdjęcie przy zabytkowym (pochodzącym z 1935 roku) znaku wjazdowym do Parku,

………… „zdobyć” Tunnel Rock ……

……..i punkt widokowy na Moro Rock (oświetlony przepięknym pomarańczowym światłem zachodzącego słońca.

Tu zostajemy chwilę dłużej ….

….. aż do momentu gdy słońce całkowicie schowa się za horyzont…..

Nocujemy w miasteczku Telure.

Dzień 2

Pobudka o 5 rano, szybkie śniadanie i ruszamy znowu tymi samymi serpentynami w kierunku Moro Rock, który jest naszym pierwszym punktem do zdobycia. Droga prowadząca do parkingu (Crescent Meadow Road), skąd wychodzi szlak zaczyna się tuż przed Giant Forest Museum. Parking nie jest zbyt obszerny, (parkowe autobusy – shuttles – kursują od końca maja do początku września, więc trzeba albo przyjechać tu bardzo wcześnie albo cierpliwie czekać, aż jakieś miejsce się zwolni).

Na szczyt kopuły prowadzi 350 wyciętych w skale schodów, a wspinając się na te stopnie wznosimy się o 91 metrów, pokonujac dystans ćwierć mili.

Krok za krokiem i z dosyć konkretną zadyszką docieramy na szczyt. Jesteśmy na wysokości 2,050 m.n.p.m.

Widoki otaczających nas gór oświetlonych porannym słońcem bezcenne……

Moro Rock jest granitową kopułą skalną zwaną monolitem. Kopuły takie (charakterystyczne dla całego obszaru pasma górskiego Sierra Nevada) tworzą się stopniowo w procesie zwanym eksfoliacją. Jest to rodzaj wietrzenia fizycznego, polegający na „łuszczeniu się” przypowierzchniowych części skał. Najintensywniej proces taki zachodzi na obszarach o dużych dobowych wahaniach temperatur, prowadząc do tworzenia się zaokrąglonych form skalnych takich jak między innymi Moro Rock. W skale mają miejsce naprężenia wywołane wielokrotnym nagrzewaniem i ochładzaniem się skały (wietrzenie termiczne), rozwój kryształów soli (wietrzenie solne) i zamarzanie wody w szczelinach (wietrzenie mrozowe). Pod wpływem nasłonecznienia, wskutek małego przewodnictwa cieplnego skał, powierzchniowa część skały szybciej się ogrzewa i rozszerza niż część wewnętrzna, a przy spadku temperatury — szybciej się oziębia i kurczy. Powoduje to powstawanie pęknięć równoległych do powierzchni skały, wzdłuż których odpadają płytowe odłamki. Złamania, które powstają podczas takiego „złuszczania”, mają tendencję do „podcinania” rogów, co daje w efekcie zaokrągloną, kopulastą formę.

Schodzimy, a w zasadzie zbiegamy ze szczytu w przeciągu 5 minut….

Jadąc dalej tą samą wąską drogą zatrzymujemy się na chwilę przy sporym zagajniku sekwoi zwanej Parker Group.

Gigantyczne sekwoje rosną na średnich wysokościach geograficznych wzdłuż zachodniego zbocza pasma Sierra Nevada. Chociaż nie są to najstarsze drzewa na świecie, to wiadomo, że osiągają wiek nawet do 3,400 lat. Są to drzewa olbrzymy, które są bardzo wytrzymałe na zmiany klimatu, działanie ognia, susze, insekty czy zabójcze dla innych gatunków drzew – grzyby. Ale zbyt częste pożary, zbyt intensywny opad śniegu czy też silny wiatr mogą znacznie osłabić ich płytki system korzeniowy…doprowadzając do upadku i niechybnej śmierci.

Niektóre z największych okazów są ogrodzone drewnianymi płotkami w celu właśnie zabezpieczenia systemów korzeniowych przed intensywnym deptaniem przez turystów. Sekwoje rosną całe życie – najszybszy ich wzrost obserwuje się w fazie początkowej i jest to nawet dwa metry na rok. Żeby w ogóle sekwoja zaczęła swój żywot musi czekać aż z szyszki wysypią się nasiona….. a dochodzi do tego tylko podczas pożaru lub bardzo wysokich temperatur powietrza. Tak więc ogień i ekstremalne ciepło odgrywa kluczową rolę w gigantycznym ekosystemie tych olbrzymów.

Pod koniec lata i wczesną jesienią tutejsze warunki pogodowe sprzyjają licznym pożarom, a burze z piorunami nie są tu również rzadkością. Dokłanie rok temu cały park narodowy był zamknięty z powodu licznych pożarów na jego terenie. Naukowcy badając sekwoje odkryli w słojach drzew liczne „blizny” nawet sprzed 2,000 lat. Pokazuje to, że rozległe pożary występowały na tym terenie naturalnie w przeszłości w odstępach od 6 do 35 lat.

Kolejny punkt to Tunnel log.

W 1937 roku olbrzymia sekwoja runęła tu prosto na drogę (podobno z przyczyn naturalnych)…

Następnego roku pracownicy leśni wycięli w nim dziurę w której z powodzeniem mieścił się duży samochód, a zrobili to by przyciągnać w to miejsce więcej turystów. W momencie kiedy drzewo sie przewróciło miało 84 metry wysokości i 6.5 metra średnicy u podstawy.

Wyjeżdzamy z Crescent Meadow Road i parkujemy w niewielkiej odległości od Giant Forest museum, gdzie dzieci po krótkim pisemno-ustnym egzaminie zdobywają swoją kolejną odznakę Junior Ranger’a.

Kilka ciekawostek jakie można wyczytać ze znajdujących się tutaj tablic informacyjnych to między innymi to, że średniej wielkości pień sekwoi waży tyle co 10 wielorybów lub, że powalone drzewo zajmie całą długość boiska piłkarskiego.

Historia życia gigantycznej sekwoi zaczyna się od bardzo małego nasionka, wielkości ziarna płatków owsianych – 91,000 nasion sekwoi waży zaledwie 1 funt (czyli w przybliżeniu pół kg)! Aby wykiełkować i przetrwać, nasionko musi spaść na żyzną glebę mineralną z dużą dostępnością światła słonecznego. Zarówno wiewiórki, jak i chrząszcze mogą również uwalniać nasiona z szyszek, ale jeśli nie spadną one na gołą ziemię oczyszczoną przez ogień, nie mogą kiełkować. Całkowity sukces zależy od wystarczającej ilości światła słonecznego, wilgoci i dobrej jakościowo gleby. Ciekawostką jest to, że nasiona mogą przetrwać w zamkniętych szyszkach przez około 20 lat. Według naukowców – sukces reprodukcyjny gigantycznych sekwoi wymaga jedynie, aby każde drzewo wydało jedno dojrzewające potomstwo w ciągu swojego życia wynoszącego kilka tysięcy lat 😊.

Czerwono-pomarańczowa kora sekwoi bardzo rożni sie od szarej i brązowej kory innych drzew. I własnie ta charakterystyczna dla tego gatunku kora zazwyczaj chroni drzewa przed znacznymi uszkodzeniami. Gruba (do 45 cm) i wyjątkowo włóknista kora nie tylko jest odporna na spalanie, ale także izoluje drzewo przed ciepłem ognia. Jeśli ogień przeniknie do kory i zabliźni żywą tkankę, nowy przyrost może wyleczyć taką bliznę.

Kolejnym punktem (po opuszczeniu muzeum) jest szlak prowadzący do General Sherman Tree. Z  dosyć pojemnego parkingu schodzimy stopniowo do doliny pokonując około półmilowy odcinek.

General Sherman, którego waga szacowana jest na około 1,500-2,000 ton, czyni je największym żywym organizmem na ziemi.

Jego wymiary to wysokość 84 metry, średnica pnia u podstawy 11 metrów, (średnica najgrubszej gałęzi 2 metry)! A wiek około 2,500 lat! Powierzchnia tego drzewa wynosi więcej niż masa drewna ze świerków rosnących na powierzchni 1 hektara!

Z lekką zadyszką wdrapujemy się spowrotem na parking …., skąd wyjeżdżamy już w kierunku Kings Canyon National Park.

Kolejny nasz szlak to Buena vista point trail o długości 2 mil. Szlak nie jest jakoś specjalnie trudny i prowadzi wdłuż wielkich głazów narzutowych i miejscami nadpalonych wysokich sosen.

Atrakcją są tu „porozrzucane” gdzie niegdzie gigantyczne szyszki cukrowe (sugar pine cones) (największe szyszki na świecie!!!).

Szyszki te należą do gatunku Sosna Lamberta zwanej potocznie sosną cukrową, z powodu słodkiej żywicy, która jest przez to drzewo wydzielana. I rzeczywiście po dotknięciu szyszek pozostawiają na naszych dłoniach i ubraniach lepkie niedające się wyczyścić kawałki białej żywicy. Szyszki te mogą ważyć nawet 2 kg i osiągać długość 50 cm. Ich słodka żywica była chętnie jedzona przez rdzennych Amerykanów, ale można ją spożywać tylko w niewielkich ilościach, ze względu na właściwości przeczyszczające☹.

Na samym końcu szlaku  – płaskim grzbiecie górskim – dostajemy wspaniałą nagrodę za poniesiony wysiłek – 360 stopniową panoramę na otaczające nas lasy i góry Sierra Nevada.

Uwagę naszą przykuwają też jaskrawo zielone porosty owijające pnie i gałęzie sosen. Jest to Jaskrota wilcza, wystepująca również pod nazwą porost lisi (ang. wolf lichen), zawierająca silnie trujący kwas wulpinowy, z którego dawniej sporządzano trutki na dzikie zwierzeęta, (głównie dla lisy i wilki).

Jadąc dalej na północ mijamy wielkie połacia spalonych lasów….

Jadąc dalej malowniczym Kings Canyon Scenic byway zatrzymujemy się kilka razy w punktach widokowych.

Piękne granitowe skały mienią się wieloma kolorami oświetlane mocnym popołudniowym słońcem.

Co zakręt to kolejny wspaniały pocztówkowy „obrazek”. Ruch turystyczny jest dzisiaj w zasadzie znikomy, ale w lecie podróżni muszą się niestety zmagać tu z częstymi korkami.

Kings Canyon jest najgłębszym kanionem w Stanach Zjednoczonych (głębszym niż Grand Canyon!!!) Spoglądając w dół na jednym z postoi aż kręci się w głowie. Głębokość kanionu dochodzi do 2,500 metrów.

Nie zostało nami już wiele czasu na zwiedzanie tej części parku, postanawiamy więc przejść się tylko 3 krótkimi szlakami. Pierwszy z nich to Grizzly Falls trail (długość 0,1 mili). W zasadzie nie jest to tak na prawdę szlak, a przebiegnięcie kilkunastu kroków z parkingu do widoku na wodospad (wysokość 23 m).

Kolejny szybki spacer prowadzi nas do Roaring River Falls Trail (długość 0,3 mili).

Wyasfaltowanym chodniczkiem dochodzimy do małego, ale bardzo spektakularnego wodospadu spływającego do małej niecki otoczonej przez wielkie głazy narzutowe.

 Na sam koniec serwujemy sobie najbardziej ikoniczny szlak w dolinie –  Zumwalt Meadow Trail (długość 1,5 mili).

Zgodnie stwierdzamy, że to najbardziej widowiskowy szlak dnia dzisiajszego.

Pierwotnie szlak był poprowadzony jako pętla, ale w 2019 roku obfite opady śniegu (a w konsekwencji olbrzymia ilość wody jaka dostała się do doliny z jego roztopienia) doprowadziły do ​​znacznego podwyższenia poziomu wody i zalania części szlaku położonego w najniższej jego części (takżę część „łąkowa” jest wyłączona z ruchu turystycznego). Zaczynamy z parkingu w otoczeniu niewielkiej ilości wkurzających małych muszek……

Mijamy drzewo – przypominające kaktusa saguaro i następnie przechodzimy po zawieszonym moście nad rzeką Kings River.

Schodzimy na chwilę na malowniczą piaszczystą plażę. Woda w rzece jest krystalicznie czysta.

Następnie rozkoszujemy się pięknym widokiem malowniczej łąki i granitowych stromych szczytów górskich.

Wędrujemy pomiędzy wielkimi głazami i dochodzimy do punktu, gdzie oryginalny szlak się kończy (przy nadpalonym drzewie).

…..i nie chcąc kontynuawać „nowej” pętli wyznaczonej asfaltową drogą, zawracamy łapiąc ostatnie promienie zachodzącego słońca.

I chociaż jest to ta same ścieżka …. .

widoki w drodze powrotnej wydają się jeszcze piękniejsze.

Powrót do hotelu zajmuje nam prawie 3 godziny……. przez pomyłkę wybieramy najgorszą z możliwych dróg wyjazdowych z parku (#245)– serpentyny, zakręty, serpentyny, zakręty… i to wszystko w totalnych ciemnościach. A pomiędzy tymi zakrętami wyskakujące co chwila na drogę małe szare lisy…. które jeszcze dodatkowo podnoszą poziom stresu poprzez nagłe hamowanie.   

Dzień 3

Pobudka o 5 rano, szybkie śniadanie i o 6.15 wyruszamy w drogę w kierunku parku narodowego Pinnacle (część wschodnia). Jedyne co „podziwiamy” po drodze to farmy, sady i wyschnięte na wiór zaorane pola. Jest bardzo gorąco……Na szczęście po godzinie jazdy krajobraz zmienia się znacząco…

… teraz mijamy wypalone słońcem pożółkłe pagórki i droga zaczyna się bardziej zakręcona i ciekawsza.

Ku naszemu niezadowoleniu odwiedzamy tylko część wschodnią parku… bo najpiękniejszy szlak po stronie zachodniej (Balkonies Cave trail) jest zamknięty z powodu zniszczeń zrobionych przez wandali, którzy pomalowali farbami skały wewnątrz jaskini. Rangerka powiedziała nam, że prace naprawcze rozpoczną się dopiero w następnym roku ze wzgledu na wzmożoną aktywność nietoperzy, którym używanie silnych środków chemicznych na pewno zakłóciło by spokój.

(Park Pinnacles podzielony jest na część wschodnią i zachodnią i jest połączony tylko szlakami pieszymi). Parkujemy więc po stronie wschodniej (na dodatkowym parkingu) i całą wesołą brygadą powiększoną (o wujka Ivo i Evana) idziemy szlakiem Moses Spring trail do Bear Gulch Reservoir.

Idziemy dość łatwą ścieżką i na pierwszym skrzyżowaniu odbijamy w lewo w kierunku jaskiń.

Przechodzimy przez tunel wykuty w skale.

Mijamy ciekawe formy skalne i dochodzimy do wejścia do jaskini.

Po stromych schodach wdrapujemy się do górnej jej części.

W okresie wiosennym dodatkową atracją jest tu spływający z wielkim hukiem wodospad. Jaskinia po której wędrujemy należy do jaskiń typu tulus, utworzoną ze spadających olbrzymich głazów narzutowych, które zaklinowały się w szczelinach kanionu pozostawiając otwartą przestrzeń poniżej.

Jest to jedna z największych i najłatwiej dostępnych tego typu jaskiń na świecie!

Z 23 gatunków nietoperzy zamieszkujących Kalifornię aż 14 z nich występuje w jaskiniach parku Pinnackles. Są to jedyne latające ssaki, których przysmakiem są komary i inne równie nieprzyjemne dla człowieka owady. Takich komarów w ciągu jednej nocy potrafią zjeść nawet kilka tysięcy sztuk. Nie udaje nam się jednak wypatrzyć ani jednego nietoperza podczas wędrówki po jaskini….

Szczyty, od których nazwano park, są pozostałościami wulkanu sprzed 23 milionów lat. Położona wzdłuż uskoku San Andreas połowa wulkanu została przeciągnięta 195 mil na północny zachód, gdy płyta tektoniczna, na której się znajduje, przesunęła się. Obecne skaliste wychodnie zostały zniszczone do około jednej trzeciej pierwotnej wysokości wulkanu, ale nadal oferują strome podejścia dla przybywających tu tłumnie wspinaczy, których udaje nam się wypatrzeć w kilku miejscach parku.

Dochodzimy do zbiornika Bear Gulch Reservoir.

Słońce pali okrutnie….

Po krótkim odpoczynku w cieniu skał ruszamy dalej wspinając się po Rim trail, który kieruje nas z powrotem do parkingu, ale inną znacznie trudniejszą drogą. Cały szlak ma długość około 3 mile.

Tereny te są głównym siedliskiem sokołów preriowych i miejscem wypuszczania kondorów kalifornijskich, które wykluły się w niewoli.

Kondory są gatunkiem zagrożonym i dzięki staraniom wielu instytucji trwają próby przywrócenia ich populacji między innymi w Pinnackles National Park.

Zakończony spacer uwieńczamy nie byle jakim piknikiem …. 😊

Uciekamy z pustyni kierując się do Mission San Juan Bautista (czynna 10-4pm) połączonej praktycznie z San Juan Bautista State Historic Park (czynny 10-4.30pm). W miasteczku jest wiele ciekawych “zabytkowych” budynków na które warto zwrócić uwagę (m.in. Plaza Hotel, Jose Castro Adobe, Plaza de San Juan, Rosas House).

Ufundowana w 1797 roku misja franciszkańska to obecnie kościół misyjny, dzwonnica i szereg przynależnych do niego budynków z urządzonymi komnatami oraz dziedziniec z pięknym ogrodem, w którym dominują przeogromne palmy i kaktusy.

Misje Franciszkańskie powstawały jedna za drugą wzdłuż wybrzeża Kalifornii (wzdłuż tak zwanej Drogi Królewskiej – El Camino Real), a ich głównym celem było nawracanie rdzennych mieszkańców na chrześcijaństwo.

Do 1804 roku wybudowano w Kalifornii 21 misji, z których każda położona jest w odległości jednego dnia drogi (jadąc konno) od sąsiedniej. Misje te ukształtowały stricte katolicki charakter tego regionu, nadając często od imion świętych nazwy pasmom górskim, miastom, a nawet ranczom.

Celem zakonników było wychowanie nowych pokoleń Indian zgodnie z kanonami kultury europejskiej, co często wiązało się ze stosowaniem przymusu. I chociaż z drugiej strony zakonnicy uczyli Indian nowych umiejętności takich jak uprawa ziemi, tkactwo, budowa domów (w stylu europejskim), gra na instrumentach czy posługiwanie się bronią, to jednak głównym ich celem było całkowite wyniszczenie tożsamości lokalnych mieszkańców przekształcając ich w zagorzałych chrześcijańskich niewolników.

Przed przybyciem zakonników na tym terenie żyli wyłącznie Indianie, zajmujący się zbieractwem i łowiectwem, a rytm ich życia wyznaczała przyroda i świat duchowy pełen wierzeń z pogranicza magii i spirytualizmu. Początkowo lokalna ludność była oczarowana przybyciem misjonarzy, którzy nawet przynosili na teren misji chore dzieci, w nadziei, że po chrzcie wyzdrowieją. Inni przychodzili z powodu panującego głodu lub po prostu z ciekawości. Było tu bezpiecznie i dużo żywności. Ale nie wszyscy dobrowolnie dołączali do misji. Z czasem wojsko pacyfikowało całe indiańskie wioski i siłą zapędzało Indian do pracy na farmach i ci „nawróceni” stawali się po prostu źródłem taniej siły roboczej. Misje były w zasadzie rodzajem przedsiębiorstwa rolniczego wykorzystującego system niewolniczy. Próby ucieczki były surowo karane, (opornych Indian bito, a nawet pozbawiano życia), a najbardziej popularną karą było 50 batów na gołe plecy, przy czym w identyczny sposób egzekwowano tą karę również na kobietach. Istniał też system donosicielstwa tzw. służba indiańska, która odpowiednio motywowana nagrodami donosiła na swoich braci do księży. Poza tym dodatkowym problemem były choroby przyniesione tu z Europy, które wielokrotnie dziesiątkowały populację lokalnych społeczności (łącznie z brakiem higieny i zatłoczeniem). Dużym problemem było też wyniszczanie przez hodowane bydło łąk pełnych ziół i dzikich traw, z których to dobrodziejstw korzystali Indianie od tysięcy lat. Inwazyjne chwasty z czasem zaczęły całkowicie wypierać lokalną florę i tym samym pozbawiać ludność ich naturalnych lekarstw i pożywienia. Szacuje się, że przez pierwsze 65 lat od utworzenia pierwszej misji na ich terenach zmarło około 37 tysięcy Indian, z czego około 15 tysięcy śmierci związane było bezpośrednio z chorobami sprowadzonymi” przez białych osadników (m. in. odrą i ospą).

Zadziwiający jest fakt, że w miejcu, które powinno choć częściowo przedstawiać smutną historię rdzennej ludności nie ma żadnej wzmianki, żadnej tablicy informacyjnej, gdzie zwiedzający mogli by dowiedzieć się jakie były prawdziwe początki takich kościelnych przedsiębiorstw.     

Opuszczamy mury misji i biegniemy na druga stronę do parku stanowego, na którego zwiedzenie zostało nam dosłownie 10 minut.

Przejeżdżamy przez Gilroy – światową stolicę czosnku i pędem udajemy się do ostatniejgo dzisiejszego punktu Mission San José (czynna 10am-3pm, 43300 Mission Blvd Fremont).

Misja jest już zamknięta, a jedyne co nam pozostaje to zrobić sobie pamiątkową fotkę przed jej wejściem i jechać do hotelu na zasłużony odpoczynek. (Nocujemy w okolicy Oakland).

Dzień 4

Wyjeżdżamy godzinę przed świtem i mkniemy autostradą by przywitać dzień z widokiem na Golden Gate Bridge…. Podjeżdżamy na jeden z lepszych do tego celu punktów widokowych (Golden Gate View point po stronie północno zachodniej)… ale niestety po godzinie oczekiwania jedyne co możemy zobaczyć to niesamowicie gęsta mgła.

Zmieniamy położenie najpierw na umiejscowiony niżej Headlands Parking, ale i tutaj też nic poza bielą nie jesteśmy w stanie dostrzec. Jedziemy więc do części północno -wschodniej – Point Cavallo i tu zostajemy przez kolejne 2,5 godziny…. oczekując aż mgła opadnie. Niestety jedyne co przez ten czas udaje nam się dostrzec to niewielkie odcinki mostu wyłaniającego się z gęstej bieli….,

kilka wielkich tankowców,

wycieczkowe statki i kajakarzy…

Golden Gate Bridge łączy zatokę San Francisco z Oceanem Spokojnym, dlatego też często można tu zobaczyć przepływające pod nim olbrzymie statki transportujące „dobra” prosto z Chin, leżących po drugiej stronie Pacyfiku.

(Jego jaskrawo pomarańczowo – czerwony kolor został celowo zaprojektowany właśnie ze względów bezpieczeństwa – jest on bardziej widoczny w gęstej mgle przez nadpływające statki). Uroczyste otwarcie twarcie mostu nastąpiło w 1937 roku (był wtedy najwyższym i najdłuższym zawieszonym mostem na świecie) i od tego czasu stał się on ikoną San Francisco. W 1987 roku w 50-tą rocznicę jego budowy most zamknięto dla ruchu samochodowego, a udostępniając go tylko pieszym, których stłoczyło się tutaj około 750 tysięcy (szacowano, że zjawi się jedynie 50 tysięcy) co spowodowało spłaszczenie i obniżenie się mostu o ponad 2 metry…. i znaczne zakrzywienie łuków w konstrukcji….  

W oczykiwaniu na opadnięcie mgły niesamowicie zainspirowały mnie przelatujące nad naszymi głowami pelikany…..

Pelikany to jedne z największych ptaków na świecie i jedne z najbardziej rozpoznawalnych dzięki ogromnym dziobom, workowi na gardło i stopom.

W Kaliforni występuja dwa ich gatunki – (White Pelican i Brown Pelican).

Chociaż są one dosyć sporych rozmiarów, są bardzo lekkie i mają kieszenie powietrzne umiejscowione w szkielecie i skórze, co znacznie pomaga im unosić się na wodzie, a ich długie skrzydła pomagają im szybować podczas lotu.

Te charakterystyczne „zwisające” worki przy dziobie są używane do łapania ryb i spuszczania wody przed ich połknięciem.

Dajemy sobie ostatnią szansę na zobaczenie mostu z jeszcze innej perspektywy i przejeżdżamy na jego południowo wschodnią stronę do Fort Point National Historic Site.

Wjeżdżając do San Francisco jakimkolwiek mostem musimy mieć na uwadze, że każdy z nich jest płatny. (możemy zapłacić na przejazd do 48 godzin po jego przejechaniu lub nawet zalogować się wcześniej i wyznaczyć datę i przedział godzinny kiedy to zamierzamy przez jakikolwiek most przejechać – w przeciagu kolejnych 30 dni (www.bayareafastrack.org). W przypadku kiedy poruszamy się wypożyczonym samochodem sytuacja się trochę komplikuje, ponieważ większość aut z wypożyczalni ma zamontowane transmitery i opłata jest pobierana bezpośrednio właśnie z ich konta pomimo prawidłowej rejestracji na stronie Fastrack. Po około 3 tygodniach otrzymamy więc list bezpośrednio z wypożyczalni, że nasza karta kredytowa zostanie wkrótce obciążona opłatą za przejechane mosty plus opłata $15 za każdy przejechany most. Jeśli mamy potwierdzenie ze strony Fastrack’a (nawet jeśli Fastrack nie pobrał nam żadnej kwoty) to trzeba złożyć odwołnie (despute) i karne opłaty $15 (za każdy most) zostaną anulowane, a wypożyczalnia policzy nas tylko dokładnie tyle ile kosztuje opłata za jego przejechanie). Podjeżdżamy do kolejnego punktu widokowego z nadzieją na ujrzenie Golden Gate Bridge w trochę lepszej odsłonie ale niestety…. widoczność z południowej strony zatoki wcale nie jest lepsza…..

Z dość dużym opóźnieniem wyruszamy więc na przejażdżkę po centrum San Francisco.

Jak się okazuje poruszanie się po miejście w sobotnie południe nie należy do najprzyjemniejszych.

Spory ruch i brak parkingów powoduje, że musimy znacznie zmodyfikować nasz plan.

Przejeżdżamy najbardziej zakręconą uliczką miasta – Lombard Street (pomiędzy Hyde i Leavenworth) o mało nie wjeżdżając w wylewający się ze wszystkich stron tłum amatorskich fotografów, którzy nie widzą żadnej różnicy pomiędzy chodnikiem a ulicą.

Przez następne 45 minut jeździmy po mieście „z sercem na ramieniu”… stromość uliczek – podjazdy i zjazdy po nich często zablokowanych przez inne auta lub pędzące tramwaje, powoduje, że raz na zawsze odechciewa nam się zwiedzania tego miasta kierując mułowatym minivanem.

Miejsce do zaparkowania udaje nam się znaleść dopiero przy parku Alamo Squere obok Painted Ladies (Steiner Street &, Hayes Street).

Te malownicze wiktoriańskie domy, stojące „ramię w ramię” na łagodnym zboczu ulicy Steiner Street, nazywane są Malowanymi Damami. Obecna ich wartość rynkowa dochodzi nawet do 5 milionów!!! Ciekawostką jest fakt, że w jednym z nich nakręcono sceny do pierwszego sezonu znanego serialu „Pełna chata” (ang. „Full House”). Dom ten został sprzedany w 2020 roku za kwotę 3,5 miliona dolarów. Kolejna atrakcja na naszej przejażdżce po mieście to Misión San Francisco de Asís & Mission Dolores widziane z okien samochodu, bo parkingu niestety nie udaje nam się znaleść.

Przejeżdżamy też obok najpiękniejszych według mnie murali w San Francisco, zdobiących budynek Women’s Building (3543 18th Street).

Na koniec kilka fotek ze słynnej Balmy Alley (24&25 street) i uciekamy czym prędzej na południe ku wybrzeżu…..

Zatrzymujemy się przy Montara State Beach, gdzie robimy sobie krótki piknik.

Następnie na nieco bardziej malowniczej Pascadero State Beach (Cabrillo Hwy S parking).

Zbocza przybrzeżnych klifów porośnięte są tutaj Carpobrotus edulis zwaną potocznie ice plant (czyli rośliną lodową).

Roślina lodowa łatwo się rozprzestrzenia i stała się rośliną inwazyjną w przybrzeżnej Kalifornii. Nazywa się ją rośliną lodową, ponieważ znajdujące się na jej powierzchni włoski odbijają i załamują światło w sposób, który sprawia wrażenie, że mienią się jak kryształki lodu. Kiedy zadomowi się w danym miejscu, tworzy dużą, grubą powierzchnię, która „dławi” wszystkie inne rodzime rośliny i zmienia skład gleby w środowisku uwalniając do niej sól, której poziom podnosi się na tyle wysoko, że hamuje działanie innych nasion roślin (zwłaszcza traw).

Na koniec lekcja biologii…… zwiedzamy baseniki pływowe (tide pools) wypełnione rozgwiazdami, ślimakami morskimi, ukwiałami i muszlami przyczepionymi do skał. Baseniki te zalewane są codziennie na parę godzin w trakcie przypływu. Żyjące w nich organizmy muszą przetrwać działanie fal, prądów oceanicznych i promieni słońca. Jak widać są one strefą bardzo bujnego życia.

Ukwiały – Giant green anemone są zwierzętami osiadłymi. Wszystkie żyją pojedynczo, najczęściej przytwierdzone „podeszwą” do podłoża, zazwyczaj mogą się na niej przesuwać. W Kalifornii występują w kolorze jaskrawo zielonym.

Rozgwiazdy (starfish): czasami ciężko je dostrzec, bo chowają się w szczelinach i zakamarkach skał. Są to kolorowe drapieżniki morskie najchętniej polujące na małże i ślimaki. (Siła mięśni rozgwiazdy jest tak duża, że bez problemu otwierają muszle. Następnie wpuszczają do ich środka soki trawienne, które rozpuszczają ciało ofiary, i które następnie zostaje wessane w strawionej postaci przez rozgwiazdę. Taki posiłek trwa około 10 godzin. Część rozgwiazd kruszy muszle ślimaków i małży, inne połykają całe zwierzę i wypluwają potem pustą muszlę.

Wpatrujemy się też w setki dreptających po plaży mew……

Mewy śniade (Heermann’s gull) podobnie jak wiele innych mew, często kradną pożywienie innym ptakom („kleptopasożytnictwo”) i atakują pelikany brunatne dlatego zwane są piratami morskimi. Najczęściej spotkać je możemy na piaszczystych plażach i w grzędach wodorostów tuż przy brzegu.

Końcowy przystanek to Greyhound Rock County park, gdzie z wielką nadzieją wypatrujemy chociaż kilku promieni słońca, które mogło by w końcu wyjść zza gęstych chmur by zauroczyć nas następnie swoim zachodem…

Po lekcji biologii czas na lekcje pływania…….czy raczej morsowania……

Wracamy przemoczeni i zziębnieci do samochodu i jedziemy do miasteczka Marina na nocleg.

Dzień 5

Wyjeżamy oczywiście przed wschodem słońca, by nie zmarnować ani chwili na dojazd do pierwszego punktu – Garrapata State Park.

W 2016 roku miał tu miejsce jeden z największych pożarów w Kalifornii. Ogień został zapruszony przez nielegalnie rozpalone ognisko na parkowej plaży i palił się nieprzerwanie przez 2 miesiące. Spłonęło wtedy prawie 54 tysiące hektarów wybrzeża i lasów, a straty poniesione w wyniku tego pożaru wyniosły 260 milionów dolarów (najdroższy pożar w historii USA w tamtym czasie).

Parkujemy na poboczu i spacerujemy niesamowicie malowniczym szlakiem Bluff Trail.

Zbocza klifów pokryte są jaskrawo czerwoną i pomarańczową roślinnością – głównie Carpobrotus edulis zwaną potocznie ice plant.

Szlak Bluff trail rozdziela się na samym początku – najpierw skręcamy w prawo do punktu widokowego w części północnej, a następnie nieco dłuższą ścieżką przechodzimy po moście, pod którym spływa mały wodospad – Soberanes Creek Falls….

….  i idziemy dalej do punktu Painters point. Obydwie odnogi szlaku są oczywiście warte zobaczenia.

Podjeżdżamy niecałe 3 mile na południe i parkujemy na poboczu po prawej stronie (przed mostem Garrapata creek bridge)  (google map nazywa to miejsce „Garrapata Beach Public Bathroom” 😊)

To jedna z moich ulubionych kalifornijskich plaż – Garrapata State Beach.

Prowadzi stąd ścieżka bezpośrednio do plaży, do której schodzi się po schodkach.

Plaża jest piaszczysta, z porośniętymi gęstą niskopnącą roślinnością klifami, a smaczku dodają wystające z oceanu liczne skałki (sea stacks).

Dzieciaki szaleją na plaży wielokrotnie wpadając do lodowatej wody ……

Kolejna atrakcja to przejazd Palo Colorado Road… czyli Aleją Trolli 😊.

Jest to bardzo wąska uliczka wijąca się pomiędzy wysokimi redwoodami. Przy wjeździe wita nas znak „Road closed”, który stoi tu chyba od zawsze. Wjeżdżamy mijając początkowo rozłożyste eukaliptusy z mocno nadszarpiętą korą.

Mijamy co chwila małe chatki, w których przez całą dobę tli się słabe sztuczne światło, ponieważ wielkie konary drzew przysłaniają prawie całkowicie słońce. Przejeżdżamy kilka pierwszych mil i zawracamy spowrotem do Jedynki.

Zatrzymujemy się co jakiś czas zauroczeniem widokiem klifów i oceanu.

Kolejny – dość ważny punkt na naszej trasie to Elephant Seals viewing area (The Piedras Blancas Rookery).

Są to przeurocze lwy morskie wylegujące się na piaszczystej plaży…… Cała ich populacja obecnie liczy około 17,000 sztuk.

Dla porównania w 1970 roku było ich tu zaledwie 20. W XIX wieku polowano na te zwierzęta ze względu na cenny tłuszcz, i wtedy też znalazły się one na granicy wymarcia. W XX wieku w wyniku programu ochrony tych ssaków ich liczebność znacząco się podniosła, a ich istnienie nie jest już na szczęście zagrożone. Setki wielkich, tłustych, ryczących i wylegujących się na plaży ssaków, tworzy niepowtarzalny widok!!! Samce tworzą sobie haremy liczące od 30 do 100 samic i rzeczywiście na plaży widoczne są przede wszystkim „panie”. Taki Alfa „szczęściarz” w ciągu swojego życia może dorobić się nawet 500 sztuk potomstwa. Zadziwiający jest fakt, że słonie morskie w pewnych warunkach potrafią poruszać się szybciej niż człowiek…. Jeśli ustawimy obydwu zawodników na wydmie piaskowej, to tonowe zwierzę poradzi sobie lepiej niż przeciętny homo sapiens.

Słonie morskie spędzają cały rok na plażach w pobliżu San Simeon, przechodząc przez różne fazy swojego cyklu życia. W szczytowym okresie na brzegach San Simeon przebywa do 17,000 zwierząt. Istnieją takie trzy szczytowe pory roku, w których populacje słoni są największe – styczeń, kwiecień i październik. Od listopada na brzeg zaczynają przybywać dorosłe samce słoni morskich, którzy będą walczyć o prawa do „krycia” od grudnia do stycznia. Byki słoni morskich mogą osiągnąć 5 metrów długości i ważyć ponad 3 tony. Oglądanie tych ogromnych zwierząt walczących o dominację to nie lada widowisko. Od grudnia do marca samice słoni morskich przybywają na plażę, aby rodzić. Narodziny zwykle następują kilka dni po przybyciu. Szczenięta słoni morskich zwykle rodzą się w nocy i ważą około 30 kilogramów. W ostatnim tygodniu karmienia szczeniąt (około 24 dni) samica skojarzy się z bykiem alfa. Po skojarzeniu samica zazwyczaj wyrusza w morze i zostawia szczenię, które musi nauczyć się pływać i samo znaleźć pożywienie. Większość szczeniąt jest gotowa do wypłynięcia w morze w marcu i kwietniu. Od kwietnia samice i młode słonie morskie wracają na brzeg, by się linieć (zrzucać skórę). Okres linienia trwa od czterech do sześciu tygodni. Większość samic i osobników młodocianych wraca do wody pod koniec maja. W czerwcu przybywają dorosłe samce, aby rozpocząć linienie. Brzeg ma najmniej zwierząt w sierpniu, a większość zwierząt obserwowanych późnym latem to duże dorosłe samce. Od września do października samice i osobniki młodociane przybywają na brzeg, i ten okres to kolejny wzrost zwierząt na plaży.

Po kilkunastominutowej obserwacji lwów morskich pędzimy do La Purisima Mission (2295 Purisima Road, Lompoc, czynne 9-5pm).

Pierwotny kompleks misyjny został zniszczony przez trzęsienie ziemi w 1812 roku, ale została ona odbudowana kilka mil na północny zachód od oryginalnego miejsca, gdzie znajduje się do dzisiaj. Zbudowana oryginalnie w 1787 roku La Purrisima Mission spełniała podobną rolę jak każda inna tego typu placówka…… oczekiwano, że każda z nich stanie się samowystarczalną osadą rolniczą tak szybko, jak to tylko możliwe.

Indianie z plemienia Chumash byli tu wykorzystywani do ciężkiej pracy w gospodarstwach rolnych pod pozorem chrystianizacji i niesienia pomocy lokalnym społecznościom. Kapłani więc od samego początku wykorzystywali rdzenną ludność do ciężkiej pracy w rolnictwie, hodowli zwierząt, budowie budynków i przy pracach domowych. Oficjalnie Indianie byli uważani za „ludzi bez powodu”, czyli ludzi niecywilizowanych, a Franciszkanie nie widzieli nic złego w zmuszaniu ich do pozostania w misjach, chrzcząc ich, wykorzystując fizycznie, a następnie trzymając w niewoli do końca życia. Oficjalnie ochrzczeni Indianie stawali się niewolnikami należącymi do Hiszpańskiego królestwa i w przypadku jakiejkolwiek ucieczki czy oddalenia się z misji bez pozwolenia byli ścigani jako uciekinierzy i często surowo karani. Kary, takie jak chłosty, były również wymierzane za różne przewinienia lub nawet jako kaprysy znudzonych lub „urażonych” żołnierzy. W roku 1824 roku doszło tu nawet do buntu, na skutek którego Indianie przejęli władzę w misji. A stało się to po tym jak Meksyk wygrał meksykańską wojnę o niepodległość w 1823 roku, co automatycznie zakończyło hiszpańskie finansowanie wszystkich misji franciszkańskich. Żołnierze, którzy przestali być opłacani zaczęli wyładowywać swoje frustracje na bezbronnej lokalnej ludności Czumaszów. Po wielokrotnych przypadkach ciężkich pobić w końcu Indianie rozpoczęli bunt, który stłumiony został dopiero po przybyciu dodatkowej jednostki żołnierzy z Monterrey ponad miesiąc później. Wielu Indian po tym wydarzeniu uciekło zaszywając się w pobliskich górach. Dziś Misja La Purisima jest jedynym przykładem kompletnego kompleksu misyjnego w Kalifornii i dzięki staraniom CCC (Civilian Conservation Corps – Cywilny Korpus Ochrony Przyrody) odrestaurowano wszystkie budynki i oryginalny system wodny, przywracając dawny charakter tego miejsca.

Znajduje się tu dużo zabudowań gospodarskich z żywą zwierzyną (m.in. krowy z gatunku Longhorn steers), dokarmiane przez strażników parku.

W przeszłości bydło było ważną częścią działalności „biznesowej” misji (mięso, łój i surowe skóry były cennymi przedmiotami handlowymi). W 1820 roku w La Purisima było około 12,600 sztuk bydła głównie z gatunku Longhorn.

Kolejna atrakcja na naszej trasie to Solvang Ostrich Land (610 E Hwy 246, Solvang, wstęp $7/$3 dzieci, czynne 9am-6pm) – ogromna farma strusi i emu.

Farmy tego typu nazywane są farmami przyszłości, ze względu na wysoki potencjał zysku związany z dużą różnorodnością pozyskiwanych produktów.

Strusie tutaj hodowane są ze względu na mięso, skóry i pióra. Dodatkowo dochodzi tu jeszcze „kilka groszy” pochodzące z kieszeni turystów chcących przez chwilę popatrzeć na te wspaniałe ptaki.

Cena „na skupie” dorosłego strusia może wynieść nawet i $10,000. Młody miesięczny pisklak to kwota nieco powyżej $500. Przy czym cena podwaja się, gdy pisklak osiąga wiek 3 miesięcy. Cena utrzymania jednego strusia waha się od $1,200 do $2,500 na rok.

Najbardziej dochodowym produktem jest jajo strusia ($30-$100/sztuka), a takich jaj dorosła strusica w warunkach sztucznych (czyli na farmie) może znieść nawet 130 rocznie (średnio 60 sztuk/rok).

Jeśli chodzi o mięso strusia to porównywane jest ono do mięsa wołowego (chociaż jest znacznie od niego zdrowsze i mniej kaloryczne), a jego koszt sprzedaży to $10-15 za funt (pół kg) mielonego i około $25 za funt fileta. Takiego mięsa z jednego strusia możemy pozyskać około 75-130 funtów. Strusie są ubijane powszechnie na mięso w wieku 14 miesięcy. Skóra strusi (uważana za najbardziej luksusową skórę na świecie ze względu na miękkość i trwałość) jest powszechnie stosowana do produkcji butów, kurtek czy torebek. Najmniej dochodowy produkt postrusiowy to pióra (około 1,5 kg/1 ptak), które są używane głównie w przemyśle modowym, a których cena w skupie wynosi około $100 za kilogram.

W odróżnieniu od strusi, które posiadają 2 palce, emu mają po 3 palce na każdej stopie (i to najbardziej istotny detal, który pomaga nam je odróżnić.

Hoduje je się przede wszystkim dla mięsa, oleju i skór. Zaraz po strusiach są drugimi co do wielkości ptakami na świecie. Ich jaja są nieco tańsze niż strusie i kosztują pomiędzy $25-$50 za sztukę. 

Przeciętny ptak produkuje około 1,5 metra kwadratowego skóry.

Po dokarmieniu wszystich strusi na farmie jedziemy do miasteczka Solvang, gdzie nocujemy.

Solvang po duńsku znaczy „Słoneczne Pole” W mieście znajdują się liczne piekarnie, cukiernie i restauracje oferujące typowe duńskie potrawy. Architektura miasta jest w typowym, tradycyjnym duńskim stylu. Jedną z atrakcji jest kopia słynnej kopenhaskiej Syrenki, jak również popiersie sławnego duńskiego bajkopisarza Hansa Christiana Andersena. Wiele scen z filmu „Sideways”, (który w 2004 roku otrzymał Oscara), zostało sfilmowane właśnie w Solvang. Jest to bardzo popularne miejsce wśród turystów, których przybywa tu około 1,7 mln rocznie.

Dzień 6

Dzisiejszy dzień przeznaczony jest w zasadzie na dojazd do lotniska. Wybieramy nieco okrężną drogę – Stage Coach Road – by przejechać obok Cold Spring Tavern.

Jest to jedna z 5 najstarszych ciągle działających restauracji w Kalifornii. Powstała jako przystanek dyliżansów w 1865 roku i była po prostu stacją wymiany koni serwującą tanie i dobre posiłki.

W latach 60-tych XX wieku planowano poprowadzić tędy drogę #154, co wiązałoby się z totalnym zrównaniem z ziemią tawerny (a w zasadzie zasypaniem terenu na którym się znajduje). Na szczęście ten pomysł był zbyt drogi i ostatecznie droga i most Cold Spring zostały zbudowane nieco dalej na północ.

Zeszłego lata szybko przemieszczający się i trwający kilka dni pożar Whittier pojawił się w odległości jednej mili od drzwi wejściowych Cold Spring Tavern, ale na szczęście strażakom udało się go powstrzymać przed spaleniem tego zabytkowego miejsca.

Przejeżdżamy na drugą strone drogi # 154 i jedziemy El Camilo Cielo skręcając w klimatyczną Painted Cave Road.

Znajduje sie tu Chumash Painted Cave historic park. Jest to mała piaskowcowa jaskinia ozdobioną sztuką naskalną przypisywaną ludowi Chumash.

Parkuje się tu w zasadzie przy samej jaskini, do której prowadzą kamienne schodki. Czerwone i czarne wzory malowideł możemy podziwiać z pewnej odległości, gdyż są schowane za metalową siatką, chroniącą je przed potencjalnymi wandalami. Antropolodzy spekulują, że jeden z ciemnych kręgów na ścianie jaskini może przedstawiać zaćmienie słońca, które miało miejsce w 1677 roku, ale tak naprawdę nie wiadomo, kiedy powstały malowidła jaskiniowe ani jakie może być ich znaczenie. Wiemy, że artystami byli Indianie Chumash – ludzie, którzy żyli w tej okolicy od tysięcy lat. Byli prawdopodobnie szamanami lub kapłanami, którzy przybyli do tej jaskini w poszukiwaniu mocy lub duchowej siły. Do malowania używali węgla drzewnego, czerwonej ochry i sproszkowanych muszli, ale znaczenie tworzonych przez nich obrazów zostało utracone wraz ze zniszczeniem ich stylu życia.

Jedziemy dalej Painted Cave Road…….

….. która w tej części staje się jeszcze bardziej stroma i zakręcona prowadząc nas do Santa Barbara, której nie mamy już niestety czasu odwiedzić bo zostało nam niewiele czasu do dotarcia do lotniska w Los Angeles.

Przez samym odlotem wpadamy jeszcze tylko na hamburgery do legendarnej sieciówki „In and out” i żegnamy się z Kalifornią kończąc tym samym kolajne wspaniałe wagary. 😊

Dodaj komentarz

Blog na WordPress.com. Autor motywu: Anders Noren.

Do góry ↑