TERMIN: 15/06 – 19/06/2022
Malownicze wybrzeże stanu Maine z uroczymi latarniami morskimi, homary i ostrygi oraz krwisto czerwony wschód słońca wyłaniającego się zza linii horyzontu oceanu Atlantyckiego, a do tego „najgorszy klimat na świecie” jakiego doświadczyłyśmy na szczycie góry Washington w New Hampshire, wspaniałe wodospady rozsiane w dolinach White mountains i łąki pełne pachnących kolorowych kwiatów to tylko kilka wspaniałości jakie czekały na nas podczas kilkudniowego czerwcowego wypadu do Nowej Anglii.
TRASA: Chicago – MAINE: Portland, Pemaquid Point Lighthouse, Rockland Breakwater Lighthouse, Bar Harbor, Acadia national park Cadillac mount overlook trail, Jordan pond, Beehive trail, Sand beach, Ocean Path trail, Thunder Hole, Ship harbor trail),Poland; NEW HAMPSHIRE: New Conway, Honeymoon cover bridge, Glen Ellis falls trail, Crystal cascade trail, Mt. Washington drive, Mount Washington Cod Railway, Washington Hotel, Arethusa Falls trail, Conway scenic railroad, Kancamagus scenic driveway, Saco covered bridge, Albany covered bridge, Lower Falls overlook, Sabbaday Falls trail, Georgiana falls trail, Flume George loop trail, Littleton, Bridesmaid falls, Artist bluff trail & Table mountain trail, Manchester, MAINE: York Beach, Nubble lighthouse, Portland Head lighthouse) – Chicago

CAŁKOWITY KOSZT WYCIECZKI: $3,324/3 osoby
KOSZT WYNAJMU AUTA: $658/5 dni
KOSZT BENZYNY: Toyota camry $127 – 881 mil
KOSZT PRZELOTU: $1,135/3 osoby ($378/bilet)
NOCLEGI: Hotele: $765/4 noce
PRZEWODNIKI/MAPY: Delorme Atlas New Hampshire and Vermont, Maine National geographic map, “New England waterfalls” – Greg Parsons, “Maine, Vermont, and New Hampshire” Jen Smith (Moon), www.alltrails.com
SKŁAD ZESPOŁU: Zuza, Magda, Paulina
CIEKAWOSTKI O MAINE:
Maine to najbardziej wysunięty na północny wschód stan położony bezpośrednio nad oceanem Atlantyckim. Właśnie stąd wyławiane jest corocznie ponad 90% wszystkich homarów w Stanach Zjednoczonych (ponad 50,000 ton). Nie ma więc w tym nic dziwnego, że homarem można posilić się w każdej lokalnej restauracji i przydrożnym barze.
Jeszcze nie tak dawno, bo w połowie XIX wieku homarami karmiono więźniów i niewolników…… Fale wyrzucały ich po prostu tak dużo na brzeg, że mówiono o nich ” karaluchy oceanu”. Służyły one również jako przynęta na ryby oraz nawóz. Posilali się nimi też najbiedniejsi mieszkańcy, rekompensując sobie tanim kosztem niedobór białka w codziennej diecie.
Dopiero po II wojnie światowej homar został uznany jako „przysmak” i mogli pozwolić sobie na niego tylko najbogatsi. Obecnie najbardziej pospolitą lokalną „potrawą” zawierającą tego skorupiaka jest lobster roll. Jest to nic innego jak kawałek nasączonej masłem hot-dogowej bułki, do której to środka wrzuca się kilka kawałków homara. Taka mała przekąska kosztuje $25.
Ciekawostką jest, że homary są kanibalami … złapane w klatki wyjadają się nawzajem…naukowcy zauważyli jednak takie zachowanie tylko wtedy gdy są one przetrzymywane w niewoli.
Homary gotujemy żywe i jest to sposób na zmniejszenie ryzyka zatrucia pokarmowego bakteriami żyjącymi w ich ciele i szybko rozmnażającymi się na martwych osobnikach. A więc do garnka z wrzątkiem wrzucamy żywego homara ….. i wsłuchując się w skrzeczący i nieprzyjemny dla ucha dźwięk…. czekamy 15 -20 minut, aż skorupka i ogon zmienią kolor na soczysto pomarańczowo-czerwony.

Ten nieprzyjemny dźwięk nie jest jednak błagającym o litość krzykiem homara a jedynie wywołany rozszerzającym się powietrzem wydostającego się z małych otworów w ciałach zwierzęcia. Homary nie mają strun głosowych, więc żaden dźwięk z ich „ust” wydobyć się nie ma prawa.

Poza homarami Maine kojarzymy jeszcze z olbrzymią populacją łosi (około 70 tysięcy), które to niestety są sprawcami wielu wypadków drogowych. Ponad 300 łosi rocznie doprowadza do wypadku na drogach stanu… powodując wielokrotnie śmierć kierowcy.

Wypadki z łosiami kończą się często tak, że zwierzę trzeba wyciągnąć z kabiny auta. Mają one bardzo długie nogi co powoduje, że przy zderzeniu przód auta je podcina, i wpadają do środka …przygniatając kierowcę i pasażerów… Niestety wyjęcie łosia wymaga nierzadko ciężkiego sprzętu, a nawet dźwigu. O ile pasażerów auta ratuje się możliwie szybko, o tyle jeśli łoś jest martwy, to wyciąganie go z pojazdu może trwać kilka godzin….. a zatem noga z gazu….
CIEKAWOSTKI O NEW HAMSHIRE:
Tu też grasują stada łosi, ale w znacznie mniejszej ilości niż w Maine (około 4,000 sztuk).
O New Hamshire mówi się „Szwajcaria Ameryki” ze względu na piękne górskie krajobrazy gór Białych (White Mountains). Góra Washington – najwyższy szczyt stanu (1,916 m. n.p.m) słynie z najgorszej pogody na świecie….i chociaż znajduje się w strefie klimatu umiarkowanego, a jego szerokość geograficzna jest taka sama jak w Hiszpanii, bardzo często panują na nim ekstremalne warunki pogodowe, podobne do tych w Arktyce!!!!
W 1934 roku zanotowano na jej szczycie wiatr wiejący z prędkością 231 mil/h (372km/h – 103 m/s).

Pasmo Prezydenckie, którego najwyższym szczytem jest właśnie Mount Washington, biegnie z północy na południe. W Stanach Zjednoczonych wiatry wieją z zachodu na wschód ….i wieją tak w zasadzie bez żadnych przeszkód przez tysiące kilometrów prerii. Dobiegając do wznoszącego się prawie 2,000 m n.p. m szczytu Washingtona napotykają na stromą przeszkodę.
Wiatr pędzi więc w górę i nad szczytem. A gdy powietrze przepływa nad szczytem, zostaje ściśnięte między nim a tropopauzą (która jest górną granicą troposfery). Tworzy się wtedy istna „mieszanka wybuchowa” (to tak jakby zatkać palcem końcówkę węża ogrodowego i puścić olbrzymi strumień wody….)
Wiatr wieje tak ekstremalnie szybko, że stacja meteorologiczna na górze Washington jest przytwierdzona do podłoża stalowymi linami, żeby nie odleciała z zabójczym kolejnym podmuchem…
Podmuchy wiatru o sile huraganu obserwuje się tutaj przeciętnie 110 dni w roku, a temperaturę powyżej 15°C notuje się jedynie średnio przez 2 tygodnie w roku. Przez mniej więcej pół roku szczyt jest pokryty chmurami, a niemal każdego miesiąca zdarzają się opady śniegu…. Nic więc dziwnego, że trenują tu himalaiści wybierający się na Mount Everest. Średnia temperatura oscyluje tu na granicy minus 2.5°C, co niestety nie sprzyja rozwojowi lokalnej roślinności. Granica drzew jest tu na wysokości około 1,300 metrów n.p.m ze względu właśnie na surowość klimatu. Poniżej tej granicy gałęzie i liście drzew znajdują się tylko po ich zawietrznej stronie co wynika z intensywnych wiatrów, wiejących z zachodu. Nad linią drzew, praktycznie nie ma też gleby, ponieważ zbyt surowy klimat nie pozwala, aby cokolwiek mogło przetrwać (poza porostami i mchami na nagim granicie).
DZIEŃ 1
Lot Chicago – Portland, jak to zwykle bywa w sezonie wakacyjnym odbył się z opóźnieniem…… przed samym startem okazało się, że jest jakiś problem z chłodzeniem kabiny…. i musimy przesiąść się do innego samolotu.

Lotnisko w Portland (Maine) jest bardzo małe i w ciągu kilku minut dochodzimy do wypożyczalni samochodów znajdującej się naprzeciwko głównego wejścia na terminal. (Rezerwacja zrobiona przez Costco travel dała nam dodatkowo możliwość dodania drugiego kierowcy bezpłatnie).
Ruszamy na północ Maine (Hwy 295/Rd 1) w kierunku parku narodowego Acadia.
Pierwszy punkt to latarnia morska Pemaquid Point Lighthouse (czynna 9am-5pm, $3/osoba) położona w okolicy miasteczka Bristol. Jest to jedna z najbardziej malowniczo położonych latarni w stanie Maine.



Była ona pierwszą zautomatyzowaną latarnią na wybrzeżu stanu (1934 rok). Wcześniej używano do jej rozpalania tłuszczu wielorybiego (pozyskiwanego z kaszalota).

Położona jest ona na bardzo ciekawych „chropowatych” granitowych skałach poprzecinanych pegmatytami. W słońcu połyskują powtykane w nie minerały kwarcu, miki i skalenia. Nachylone (w kierunku NW-SW) żyły w tej formacji skalnej wyglądają jakby ktoś rozciągnął cukierka toffi na płynne gorące skały i następnie je szybko utwardził.

Na dwunastometrową latarnię można wejść po bardzo wąskich metalowych schodkach. Na górze mieszczą się maksymalnie 3 osoby dorosłe.


Światło latarni (żarówka o mocy 1000 watów) widoczne jest na odległość 14 mil podczas ładnej pogody i w dalszym ciągu służy jako nawigacja dla lokalnych rybaków i przepływających statków migając dokładnie co 6 sekund.

Latarnia i przylegające do nie j budynki otoczone są pięknymi kwiatami, wśród których dominują bujne krzaki dzikiej róży, łubiny i rumianki.

Według informacji zawartej na przewodniku, miejsce to jest często nawiedzane przez duchy marynarzy, których statki roztrzaskały się o zdradzieckie skały niedaleko latarni, a w okolicy muzeum widuje się rudowłosą drżącą z zimna kobietę owiniętą w wielki szal, która podobno wciąż czeka na utraconą miłość….. Pojawiły się również doniesienia o nagłym zapalaniu się świateł oraz opisy niewyjaśnionych dźwięków od osób, które wynajmowały okoliczne domki letniskowe. 😊
Podróżując po Maine koniecznością jest skosztowanie homara…. Najbardziej jego dostępną wersją są słynne Lobster Rolls. Jadąc dalej na północ zatrzymujemy się w miasteczku Rockland, gdzie w przydrożnym food truck’u sprzedają lokalne przysmaki.

Trochę nas jednak rozczarowuje ubogość tego homar-rollsa…… gumowata nasączona masłem bułka, do której środka wrzucone jest kilka kawałków czerwonego mięsa homara. Jako jedyny dodatek do potrawy dokładana jest paczka chipsów……

Kolejny postój to Rockland Breakwater Lighthouse. Jesteśmy tu podczas odpływu, a więc spacerując po wybrzeżu dosyć intensywnie odczuwamy charakterystyczny smrodek unoszący się nad rozkładającymi się roślinami morskimi.


Grobla z granitowych skał prowadzi do samej latarni.



My podchodzimy tylko kawałeczek, bo opóźnienie lotu spowodowało, że nieco musiałyśmy zmodyfikować nasz dzisiejszy plan wycieczki.
Już po zmroku docieramy do Bar Harbor, tętniącego turystycznym życiem małego miasteczka, będącego bazą wypadową do parku narodowego Acadia. Krótki spacer nas zatokę … i łapiemy ostatnie chwile zachodzącego słońca.

Nocujemy w hotelu Atlantic Eyrie Lodge z widokiem na ocean…….
Dzień 2
Spektakl zaczyna się o 3.55am …..


……krwistą czerwienią na niebie wita nas kolejny dzień.


Przez kolejną godzinę kolory bledną i zza horyzontu wychodzi oślepiające słońce. Jedziemy bezpośrednio do ACADIA NATIONAL PARK ($30/auto lub National Park Pass $80/rok). Pierwszy punkt to Cadillac mountain overlook ($6/auto, konieczna wcześniejsza rezerwacja www.recreation.gov na określoną godzinę). Cadillac Mountain to najwyższy punkt w parku (1,530 m n.p.m) i zarazem pierwsze miejsce w Stanach Zjednoczonych gdzie w okresie od października do początku marca można obserwować wschód słońca.
Prawie czteromilowa asfaltowa droga prowadzi nas do wielkiego parkingu na szczycie góry, skąd wychodzi krótki (0,3 milowy) szlak – pętelka. (Droga ta jest zamknięta od grudnia do połowy kwietnia). Spacerujemy więc po szczycie betonową ścieżką oślepiani porannym słońcem, które o 7.30am jest już dosyć wysoko na niebie.


Widoki przepiękne! Najbardziej urzekające są gęsto zalesione małe wysepki „rozrzucone” po oceanie Atlantyckim.



Zjeżdżamy z góry Cadillac tą sama drogą i jedziemy nad Jordan pond.
Tu tylko podchodzimy do jeziora, żeby upewnić się, że ma ono nieskazitelnie krystalicznie czystą wodę, o której rozpisuje się każdy przewodnik…..


Wokół Jordan pond prowadzi 3 milowy łatwy szlak… ale na nas czeka trochę poważniejsze wyzwanie…..
Właśnie teraz jest czas na szlak petardę – Beehive loop trail !!!

Szlak ten jest ikoną parku Acadia i każdy kto chce poczuć trochę adrenaliny musi zdobyć się na odwagę i go przejść …lub raczej wspiąć się po jego pionowych skałach. Długość szlaku to jedynie 1,5 mili… ale jego nachylenie w części początkowej nie napawa optymizmem. Oznaczony jako „hard” na alltrails.com oddaje dosłownie znacznie tego słowa. Szlak wychodzi z parkingu Sand Beach, który zapełnia się bardzo szybko (od bardzo wczesnych godzin porannych) i naprawdę ciężko jest znaleźć tam miejsce nawet rano. Na szczęście zarząd parku pozwala parkować auta wzdłuż drogi… i to właśnie tam znajdujemy miejscówkę. Wchodzimy do lasu i początkowo spacer nie wymaga praktycznie żadnego wysiłku fizycznego. Dochodzimy do rozwidlenia i skręcamy w prawo, gdzie od razu wita nas ostrzeżenie o tym, że szlak prowadzi po pionowej skale i potrzebne są umiejętności wspinaczkowe…..

Nie jest on rekomendowany dla dzieci i ludzi borykających się z lękiem wysokości. Wysoka temperatura i spora wilgotność powietrza nie są dzisiaj naszymi sprzymierzeńcami, więc każdy kolejny krok nie należy do najłatwiejszych.




Dochodzi do tego jeszcze spora liczba osób pokonujących ten szlak. W ostatniej części pionowej skały stoimy w korkach….


…posuwając się dosłownie 2 kroki na minutę.
Widoki stają się coraz to piękniejsze w miarę wznoszenia się …


… ale możliwości wykonywania zdjęć są bardzo ograniczone… (ze względu na niebezpieczeństwo upadku lub ześlizgnięcia się ze skał). Trzeba naprawdę bardzo uważać i skupić się na przekładaniu rąk i stóp pomiędzy metalowymi poręczami w określonej kolejności.


Jeśli już zacznie się wspinaczkę to nie za bardzo można zawrócić, więc warto na wstępie zastanowić się czy nasze umiejętności i możliwości oraz siła woli „dadzą radę”…
Po wdrapaniu się na szczyt podziwiamy panoramiczne widoki…


i jeszcze przez kilkaset metrów spacerujemy po płaskim grzbiecie.

Zejście początkowo też jest całkiem strome i trzeba przytrzymywać się gałęzi i korzeni drzew.



Ale jest to nieporównywalnie prostrze i bezpieczniejsze niż wspinaczka na szczyt….

Po pokonaniu kilku stromych zejść z wielką satysfakcją wędrujemy dalej leśną scieżką zataczając pętle z powrotem do auta.

Po zejściu z Beehive trail odwiedzamy najsłynniejszą i największą parkową plażę Sand Beach….gdzie temperatura wody raczej nie zachęca do kąpieli…. (Najcieplejszą wodą cieszą się turyści przybywający tu w sierpniu – 12°C).

Zostawiamy auto zaparkowane przy drodze (w okolicy Sand Beach) i idziemy szlakiem Ocean path do kolejnej parkowej atrakcji Thunder Hole.

Jest to po prostu ścieżka poprowadzona wzdłuż głównej drogi (Park Loop Road) z kilkoma widokami na oceaniczne skały i ocean.

Rekomenduje się przybycie tutaj około dwie godziny przed maksymalnym przypływem… wtedy jest największa szansa, że usłyszymy charakterystyczne dźwięki przypominające pioruny i zostaniemy ochlapani wodą rozbijającą się o skały. Thunder Hole to naturalnie uformowana jaskinia, do której „wpływają” oceaniczne fale. Kiedy woda uderza w położone w dolnej części jaskini skały, powietrze i woda są wypychane na zewnątrz tworząc widowisko podobne do gejzera z charakterystycznym dźwiękiem grzmotu. Woda wyrzucana jest na wysokość około 12 metrów.

Thunder Hole niestety nie “wybucha” przed nami… obserwujemy jedynie dziesiątki usadowionych na granitowych schodach turystów oczekujących na spektakl….. na który trzeba poczekać jeszcze ze 3 godziny.

Z burczącymi brzuchami wpadamy do restauracji w Bar Harbor i zamawiamy kopiaste talerze wypełnione „fish and chips” i jak to przystoi na porządny „New England dinner” – ostrygi.


Wyjeżdżamy następnie do zachodniej części parku na szlak – Ship Harbor trail (długość 1.4 mili).



Szlak prowadzi nas „ósemką” po soczysto zielonym lesie, którego w podszyciu dominują paprocie i mchy.




W środkowej jego części dochodzimy do skalistego wybrzeża. Szlak jest bardzo prosty i przyjemny i co najważniejsze słabo uczęszczany.
Na terenie parku spotkać można dzikie indyki, które były tutaj introdukowane w 1978 roku, po wcześniejszym całkowitym ich wytępieniu przez myśliwych.

Wyjeżdżamy z Acadia national Park …niestety nie odwiedziwszy latarni morskiej Bar Harbor head lighthouse z powodu zbyt długiej kolejki samochodów…..czekającej na zaparkowanie. W miarę oddalania się od wybrzeża żegnamy się również ze wspaniałą bujną roślinnością na której czele stoją kwieciste wielkie krzaki rododendronów.


Ostatnim miejscem jakie odwiedzamy w Maine jest Polska !!!!

Poland to mała wioseczka, niedaleko granicy ze stanem New Hampshire, krórej nazwa nie pochodzi jednak od polskich osadników, jakby się można spodziewać, a od tytułu XVI wiecznej piosenki zatytułowanej „Poland”, którą to lubił nucić jeden z pierwszych osadników (Moses Emery). W 1768 roku założono tu rozlewnię wód mineralnych Poland Spring Water bottling plant, która działa do dzisiaj, a woda „Poland Spring” jest dostępna obecnie w każdym sklepie na wschodzie Stanów Zjednoczonych.

Nocujemy w miasteczku North Conway w New Hampshire.
Dzień 3
Z North Conway wyjeżdżamy na północ drogą numer 16. Przejeżdżamy obok krytego mostu Honeymoon covered bridge i docieramy do parkingu, skąd wychodzi szlak GLEN ELLIS Falls (długość 0.5 mili).

Parking położony jest na terenie White Mountains National Forest i jest płatny ($5 lub National Park Pass). Przechodzimy wąskim tunelem pod drogą NH16…..

I dalej wzdłuż rzeki wędrujemy szerokim szlakiem do wodospadu.



Wodospad obserwować możemy z 3 różnych punktów widokowych – górnego, środkowego i dolnego. Kazdy z nich pokazuje wodospad z innej ciekawej perspektywy……


Najbardziej spektakularnie wygląda z dolnej platformy widokowej…..

Jest to jednak miejsce skąd najtrudniej zrobić zdjęcie (ze względu na tryskającą wodę prosto na obiektyw aparatu).

Wodospad niesie ze sobą olbrzymie ilości wody spadającej z wielkim hukiem z wysokości 20 metrów.

Kolejny szlak to Crystal Cascade trail (długość 0.7mili).

Wychodzi on z olbrzymiego parkingu przy Joe Dodge Lodge/Pinkham Notch Visitor Center i szeroką leśną pełną stercząccyh korzeni ścieżką (wzdłuż rzeki Cutler) prowadzi nas stopniowo do góry.


Przechodzimy przez drewniany most… i tu pokonać musimy bardzo strome, ale krótkie podejście …… a w nagrodę przed nami ukazuje się przepiękny rozświetlony słońcem wodospad.



Schodzimy ze szlaku i jedziemy w kierunku Mt. Washington. Generalnie jest klika opcji, żeby dostać się na jego szczyt. Można wejść szlakiem turystycznym, wjechać samochodem (opłata $39/auto plus każda osoba dorosła znajdująca się w aucie $14), busem ($45/osoba) lub nadal czynną (pierwszą na świecie) kolejką zębatą Cog Railway ($99/osoba). Wybieramy opcję wjazdu samochodem (9am-6pm) (policzono nas $67) i na kierowcę ochotnika zgłasza się Magda 😊. Zaczynamy mozolne wspinanie się do góry … początkowo zwykłą leśną drogą….ale adrenalina znacząco rośnie w momencie kiedy przekraczamy granicę drzew i samochód zaczyna, momentami balansować nad przepaściami….. dochodzi do tego gęsta mgła….. i siąpiący deszcz.

Corocznie na tej właśnie trasie odbywają się wyścigi samochodowe……w sierpniu 80 wyścigowych rajdówek co minuta opuszcza linię startu wjeżdżając 7.5 milową drogą na szczyt góry….. Rekordzista zrobił to w 5 minut i 29 sekund… My wjeżdżałyśmy „z sercem na ramieniu” w pół godziny…. Przedzieramy się w tym czasie przez 3 strefy klimatyczne. parkujemy na szczycie i wielkimi drewnianymi schodami wdrapujemy się na punkt widokowy…….



Widoczność jest tu bliska zeru… a porywisty wiatr nie pozwala utrzymać równowagi……

Trzeba się mocno powysilać, żeby zrobić sobie pamiątkowe zdjęcie ze znakiem Mt. Washington….. (trzymając się go uporczywie by nie odfrunąć 😊)

Na górę Washington wjechała właśnie kolejka Cog Railway…. którą ledwo dostrzegamy w gęstej mgle.


Zjeżdżamy w strugach deszczu bardzo powoli w dół zatrzymując się na chwilkę na niewielkim płaskowyżu, skąd wychodzi szlak Alpine Garden trail (znajdujący się na wschód od szczytu, na wysokości około 1,600 metrów n.p.m).



Jest on niezwykły ze względu na endemiczne gatunki roślin tu występujące, które są zwykle szeroko rozpowszechnione w środowisku arktycznym. Pogarszająca się bardzo szybko pogoda jednak przegania nas z tego unikalnego miejsca……
Na wysokości około 1,300 metrów n.p.m na chwilkę mamy szansę ujrzeć panoramę okolicznych gór….


A na samym dole jakby nigdy nic pogoda wspaniała i świeci słońce….
Jedziemy „16-tką”na północ i odbijamy na zachód do drogi # 2. Skręcamy w Valley Road i przed nami wyrasta niesamowita usłana fioletowymi łubinami łąka!!! Tysiące kwiatów pokrywają teren aż po horyzont!




Dalej jedziemy na skróty szutrową drogą – Jefferson Notch Road prowadzącą przez gęsty las, i podjeżdżamy do stacji kolejowej Cog Railway.

Kolejka zębata Mount Washington Cog Railway to wyjątkowa atrakcja turystyczna.

Przewozi ona ludzi na górę Waszyngtona nieprzerwanie od sierpnia 1868 roku. Pokonanie całej trasy zajmuje 65 minut w górę i 40 minut w dół. Była to pierwsza na świecie górska kolejka zębata.

Malownicza przejażdżka pociągiem pozwala podziwiać widoki rozciągające się wzdłuż Białych Gór pod warunkiem, że warunki pogodowe na to pozwalają😊. Nachylenie stoku, gdzie poprowadzono tory ma średnio 25% …. I w jednym miejscu na moście kolejowym dochodzi nawet do 37% co jest największym nachyleniem po jakim przejeżdża pociąg na świecie.
Kilka mil dalej na zachód znajduje się najsłynniejszy hotel w New Hampshire – Omni Mount Washington Hotel.


Ceny noclegów zaczynają się tutaj od $370/dobę. Hotel zbudowany był przez najlepszych i najbardziej utalentowanych włoskich „kontraktorów” ponad 120 lat temu i (zawiera 350 pokoi) i w tamtych czasach był to najbardziej ekskluzywny hotel w Stanach Zjednoczonych.
Kolejny nasz punkt to szlak Arethusa falls trail (długość 2.8mil) (parking płatny $5/auto)- Wodospad typu „must see”.

Jest to jeden z najczęściej odwiedzanych wodospadów w White Mountains. Mierzy prawie 50 metrów.
Szlak wychodzi z najwyższego parkingu znajdującego się tuż przy torach kolejowych. Przechodzimy te tory mijając po prawej stronie prywatną rezydencję. Tuż po ich przekroczeniu mijamy znak z nazwą szlaku. Wznosimy się stopniowo po raczej mało stabilnym terenie manewrujc pomiędzy korzeniami i wielkimi kamieniami.


Po przejściu 1 mili przechodzimy 2 drewniane mostki i później przez kolejne 0.2 mili wspinamy się stromo do góry…….

……a następnie 0,2 mili stromo w dół…… i jest – wspaniały Aretusa Falls w całej okazałości.

Przy niskim stanie wody można podejść blisko pod sam wodospad.



Idąc w stronę wodospadu Magda omal nie została przygnieciona przez spadającą suchą gałąź drzewa…….która dosłownie runęła tuż przed jej nosem……

W drodze powrotnej bacznie rozglądałyśmy się na boki analizując stan jakościowy mijanych drzew…😊 Wdłuż ścieżki można wypatrzeć kilka okazów Pink Lady’s Slippers (w dosłownym tłumaczeniu różowe damskie kapcie 😊)

Jest to trująca roślina należąca do rodziny orchidei ….. może powodować zapalenie skóry w przypadku dotknięcia i ewentualnie podrażnienie jamy ustnej w przypadku posmakowania…….
Po zakończeniu szlaku wracamy do hotelu w New Conwey.
Nad miasteczkiem góruje wielka granitowa skała – Cathedral ledge, na której szczycie znajduje się punkt widokowy, ale niestety droga dojazdowa do niego jest już zamknięta (9am-6pm)… a po obfitym obiedzie żadnej z nas nie chce się już wdrapywać szlakiem pieszym (długość szlaku 2,8 mili).

Przed dotarciem do hotelu zaglądamy jeszcze na stację kolejową Conway scenic Railroad.




Dzień 4
Jedziemy Kancamagus Highway na zachód (Droga #112), która jest określana jedną z najbardziej widowiskowych tras w stanie New Hampshire. Droga prowadzi nas wzdłuż rzeki Swift, gdzie ulokowane są liczne łatwo dostępne punkty widokowe.
Zaczynamy od XIX wiecznego Saco River Cover Bridge.

Jest to jeden z wielu krytych mostów w okolicy. Głównym celem „przykrywania” mostów była oczywiście ich ochrona przed kapryśną pogodą, ale czasami stanowiły one jedyny większy zadaszony obszar w całej okolicy, dzięki czemu wykorzystywane były do organizowania wszelkiego rodzaju zgromadzeń społecznościowych, a nawet przyjęć weselnych. Tradycyjne mosty drewniane bez pokrycia zwykle wytrzymywały około 20 lat, narażając swoją odporność na zmiany pogodowe, natomiast żywotność mostów zadaszonych wielokrotnie przekraczała okres 100 lat. W Stanach Zjednoczonych zbudowano około 14,000 takich mostów głównie w latach 1825 – 1875. Do dziś pozostało ich około 1,000 i możemy je głównie spotkać na terenie wschodniej części USA – właśnie między innymi na terenie Nowej Anglii. W samym New Hampshire pozostało ich 54 sztuki.
I mijamy kolejny kryty most – Albany Bridge……

Zatrzymujemy się na parkingu przy Lower Falls overlook ($5/parking lub National Park pass). Jest to bardzo popularne miejsce do pływania i piknikowania podczas letnich miesięcy. Całkiem przyjemny krótki spacer prowadzi nas wzdłuż rzeki, gdzie podziwiamy małe kaskady.

Następny punkt to Rocky George gdzie krótka ścieżka doprowadza nas do mostu, skąd mamy doskonały widok na rzekę Swift i łowiących w niej ryby wędkarzy.

No i petarda numer 1 dnia dzisiejszego – Sabbaday Falls – (długość 0.7 mili) (parking $5 lub NP pass).

Szlak wychodzi z centralnej części parkingu i prowadzi nas szeroką, lekko wznoszącą się ścieżką wzdłuż rzeki. Po dojściu do skrzyżowania skręcamy w lewo i dochodzimy na pięknego okrągłego baseniku o krystalicznie czystej wodzie (pływanie zabronione).

Następnie trochę strome podejście do góry po schodkach i jest – cudowny, niepowtarzalny Sabbaday Falls spadający z wielkim hukiem niemalże prosto na nas.


Wodospad składa się z dwóch części i mierzy łącznie 11 metrów. Główne koryto rzeki było wyrzeźbione ponad 10 tysięcy lat temu przez olbrzymią ilość wody, piasek, żwir i głazy pochodzące z topniejącego lodowca.



Kolejna perełka regionu to Georgiana falls (długość 1,6 mili) (parking bezpłatny na końcu Georgiana Falls Road w Lincoln).

Szlak początkowo prowadzi tunelami pod dwoma pasmami autostrady nr 93. Nie jest on zbyt często uczęszczany. Po przejściu tuneli szlak rozszerza się znacznie i stopniowo choć początkowo bardzo łagodnie wznosi się, by w końcowej części zmusić dolne kończyny do powspinania się po wielkich głazach. Wystarczy trzymać się blisko rzeki i dojdziemy cali i zdrowi do celu. W niektórych miejscach namalowane są też czerwone znaczki na kamieniach. Po drodze mija się kilka ciekawych kaskad.

Miejscami trochę trzeba improwizować i poprzeciskać się pomiędzy tymi głazami…..


Kolejny nasz szlak to Flume George. (Franconia Notch State Park).

Żeby dostać się na miejsce trzeba niestety zapłacić za bilet wstępu znacznie wyższą kwotę niż na poprzednich szlakach ($18/ osobę bilet zakupiony online, $23/osobę na miejscu). Przechodzimy obok budki (check-in booth), gdzie pani rangerka skanuje nasze zakupione na internecie bilety i zaczynamy 2 milową wędrówkę do „ikony” New Hampshire.
Przechodzimy przez jeden z najstarszych krytych mostów w stanie – Pemigewasset River covered bridge

…. i dalej wspinamy się pod górkę do Table Rock falls – wygładzonej granitowej wielkiej skały (długość 150 metrów, szerokość 20 metrów), po której płynie wąską strugą rzeka Pemigewasset.

Następnie wchodzimy po schodkach na drewniany pomost, który prowadzi nas wąskim granitowym kanionem (o długości 250 metrów) dalej w górę rzeki ……



do wodospadu Avalanche falls, spływających z wielkim hukiem z 15 metrowej półki skalnej. Tu kończy się najbardziej widowiskowa część szlaku, (która jest najczęściej odwiedzanym miejscem w całej Nowej Anglii). Wodospad Avalanche uformował się podczas wielkiej powodzi w 1883 roku.

Ulewne deszcze w czerwcu 1883 roku spowodowały osuwisko, które zmiotło wielki głaz z jego pierwotnego miejsca. Ta sama burza pogłębiła wąwóz i utworzyła wodospad.
Kanion Flume George zaczął formować się około 200 milionów lat temu, gdy wulkaniczna skała zaczęła ostygać głęboko pod ziemią. Erozja stopniowo odsłoniła granitowe skały, który pod wpływem słabnącego ciśnienia zostały przełamane tworząc równoległe poziome pęknięcia. Woda wdarła się do szczelin i zaczęła tworzyć to co widzimy dzisiaj. Granit, który tworzy ściany wąwozu o wysokości od 20 do 27 metrów jest specyficznym, lokalnym różowawym typem – granitu Conway, który zawiera w sobie radioaktywny pierwiastek – tor. Zawartość jego jest jednak na tyle niewielka, że bezpiecznie możemy wędrować w jego otoczeniu bez możliwości napromieniowania.
Kolejnym punktem na szlaku jest Liberty Cascade falls (wysokość 20 metrów), który ogląda się z platformy widokowej.

Następnie basenik – The pool (głębokość 12 metrów) „ulokowany” w rzece Pemigewasset (pływanie zabronione)


Następnie szlak prowadzi przez Sentinel Pine Covered Bridge, z którego można podziwiać wspaniały widok na rzekę Pemigewasset.



ostatnią mijaną atrakcją jest Wolf’s den czyli wilcza jama. Jest to wąski przesmyk w pękniętej skale, który jeśli chcemy przejść musimy pokonywać na kolanach…

Ten widowiskowy dwumilowy szlak kończy się w Visitor Center.
Kolejny punkt to Bridesmaid Falls trail (długość 1 mila). Wędruję już samotnie wąskim zarośniętym szlakiem do raczej mało spektakularnego wodospadu ….niestety w siąpiącym deszczu…..

Szlak zaczyna się na końcu drogi Deer Pass Road. Idąc wąską dróżką dochodzę do rozwidlenia dróg i skręcam w prawo. Następne rozwidlenie to skręt w lewo. Charakterystycznym punktem jest tu kamień z namalowanymi czerwonymi kwadratami i właśnie w tym miejscu należy skręcić w lewo. Na http://www.alltrails.com mapa szlaku jest trochę niedokładna – pokazują po prostu prostą linię bez żadnych skrzyżowań.
Dobrym pomysłem są tu przymocowane do drzew liny, które bezpiecznie pomagają pokonać strome nachylenie terenu w środkowej części szlaku.

Wodospad Bridesmaid jest raczej mało widowiskowy ze względu na małą ilość wody i ogólną aurę ponurości…..


Ostani już na dzisiaj szlak – Artist Bluff prowadzący na szczyt Bald mountain (I-93 Exit 34C, off Route 18 Franconia Notch) jest krótki (długość 1,5 mili) ale bardzo stromy szczególnie w końcowej jego części. Są dwa wejścia, które doprowadzą nas do szlaku. To bardziej wysunięte na zachód znajduje się na olbrzymim parkingu (należącym do Cannon mountain sky resort).

Idąc cały czas przez las nachylenie stopniowo zwiększa się by przy samym końcu postawić nas przed pionowo wyrastającymi głazami….. Umiejętności wspinaczkowe są tu zatem bardzo pomocne.

Droga oznaczona jest czerwonymi strzałkami namalowanymi na skałach, więc nie ma możliwości żeby się zgubić, nawet w gęstej mgle.


Jest to bardzo popularny szlak widokowy – ze szczytu widać wielką dolinę z jeziorem Echo i otaczające wyrastającej ponad nas góry… ale niestety nie dzisiaj.

Mgła i siąpiący deszcze praktynie redukują widoczność do kilku metrów. Wysokość Bald mountain to tylko 682 m n.p.m i nie jest ona może imponująca…. ale przy dobrej pogodzie wystarczy by zauroczyć się panoramicznym widokiem. I na tym puncie kończy się nasza wspaniała wycieczka po szlakach.
Jedziemy na południe do miasta Manchester, gdzie mamy zarezerwowany ostatni nocleg.
Dzień 5
Dzisiaj w zasadzie nie mając detalicznego planu podróży przejeżdżamy tylko przez kilka ciekawszych miejscówek (w drodze na lotnisko w Portland, skąd wylatujemy o 2pm do Chicago).
Pierwszy postój to latarnia morska Nubble Lighthouse w York i spotkanie z Queen of England spacerującą po kamienistym wybrzeżu…..w atłasowej chustce w lamy 😊.


Miasteczko York, gdzie znajduje się latarnia jest jednym z najstarszych w stanie (założono je w 1642 roku) a słynie z długich piaszczystych plaż i pól golfowych no i oczywiście z latarni morskiej.

I na sam koniec wycieczki pogoda niestety już totalnie odmawia nam posłuszeństwa …niebo robi się coraz bardziej zachmurzone i zaczyna padać deszcz…. A więc zwiedzanie latarni morskiej w Portland odbywa się już w ekspresowym tempie.

Przed samym lotniskiem przejeżdżamy jeszcze przez downtown i tu kończymy naszą krótką przygodę z tym jakże ciekawym wschodnim kawałkiem Stanów.
Dodaj komentarz