Kilkudniowy wyjazd ze zmrożonego styczniowego Chicago do najsłoneczniejszego o tej porze miejsca w Stanach okazał się całkiem przyjemną miniwycieczką, podczas której skupiliśmy się na pokonaniu kilku najciekawszych szlaków w okolicy geologicznie idealnej Sedony, odwiedzeniu Tonto Bridge – największego trawertynowego łuku skalnego na świecie, poganianiu pomiędzy kaktusami saguaro na pustyni Sonora i poszukiwaniu śladów pozostawionych przez Indian Sinagua.
TERMIN: 04.01-09.01.2022
TRASA: Phoenix, Sedona (Boynton trail, Subway trail, Cathedral Rock Trail, Birthing Cave trail), Jerome (Gold Kind mine & ghost town), Sedona (Bell rock trail), Montezuma castle National Monument, Tonto Natural Bridge National Monument, Payson, Young, Road 288, Globe, Tonto National Monument (Lower Cliff trail), Theodore Roosevelt Dam, Tonto National Forest (Hieroglyphic trail), Goldfield ghost town, Phoenix.

CAŁKOWITY KOSZT WYJAZDU: $1,315
KOSZT PRZELOTU: Chicago-Phoenix/Phoenix-Chicago: $410/3 bilety
KOSZT BENZYNY: $69 – 638 mil (1,027km)
KOSZT WYNAJMU AUTA: Toyota Rav4: $240/4 dni (roadside service wliczone)
BILETY WSTĘPU: parki stanowe $7/$4, ghost town $10/$7, National Park Pass (dla uczniów czwartych klas szkół podstawowych bezpłatny pass, upoważniający do darmowego wjazdu całej towarzyszącej mu rodziny), Red Rock pass $5/auto – (automaty na karty kredytowe/debetowe na parkingach) jeśli nie posiadamy N.P. pass.
NOCLEGI: hotele $342/4 noce
PRZEWODNIKI/MAPY: Atlas topograficzny Benchmark, Arizona Lonely Planet, www.alltrails.com, www.arizonaruins.com,
POGODA: Niesamowicie przyjemna odskocznia od mrozu panującego w Chicago (minus 20°C) … Temperatury w okolicach Phoenix około 20°C podczas dnia, przy Sedonie w dzień około 12-14°C, w nocy poniżej 0°C. Według danych statystycznych w Sedonie – średnia najwyższa temperatura w styczniu to 14°C, średnia najniższa to −1 °C.
SKŁAD ZESPOŁU: mama Zuza, Basia (8 lat), Jan (11 lat)
VORTEX: Hmmmm 😊 Tu zacytuję…… „Uważa się, że są one wirującymi ośrodkami energii, które sprzyjają uzdrawianiu, medytacji i samopoznaniu. Są to miejsca, w których Ziemia wydaje się szczególnie ożywiona energią…. Wiele osób czuje się zainspirowanych, naładowanych energią lub podniesionych na duchu po wizycie w vortexie”. Szczerze mówiąc uważam, że przybywający tu ludzie czerpią moc z energii wypalanych skrętów… których zapach unosi się na szlakach turystycznych…. Sedona to bardzo komercyjne miejsce, otoczone pięknymi czerwono-pomarańczowymi piaskowcami, do którego zjeżdżają ludzie mający niewiele wspólnego z prawdziwym trekkingiem. Przemysł „vortexowy” napędza tu corocznie około 3 milionów turystów…. Organizatorzy słono płatnych wycieczek są tu zajęci na okrągło…. (https://www.sedona.net/vortex-tours).
Chociaż cała Sedona jest uważana za vortex, istnieją określone miejsca, w których ta energia „trzeszczy” najbardziej. Cztery najbardziej znane wiry znajdują się w Airport Mesa, Cathedral Rock, Bell Rock i Boynton Canyon — każdy z nich jak wieść niesie „promieniuje” swoją szczególną energią.
Historia dotycząca wirów zaczęła się tutaj na początku lat 60-tych ubiegłego wieku. Poszukiwacze duchowi na czele z Page Bryant’em zaczęli opowiadać wszystkim dookoła o niesamowitych miejscach medytacyjnych połączonych z wybitnie wysoką energią. I tak narodził się tu przemysł turystyczny bazujący na tej właśnie mocy. Sam Page Bryant (1943-2017) był „wybitnym” mistykiem New Age i byłym mieszkańcem Sedony, który swoje nauki pobierał u Sun’a Beara, samozwańczego szamana pochodzenia Ojibwe. Jednak ów szamapn nie miał żadnego duchowego przywództwa w swojej własnej rdzennej społeczności, a jego „rekolekcje duchowe” za $500 na osobę były często potępiane przez organizację American Indian Movement. Poza Sun Bear’em żaden rdzenny Amerykanin nie pomagał w prowadzeniu tych duchowych rekolekcji, więc wiry nie są najprawdopodobniej związane z żadnymi wierzeniami Indian. Niech każdy sam oceni, czy czuje tu coś nadzwyczajnego wspinając się na któryś z vortexów…..
Dzień 1 &2
Późnowieczorny lot z Chicago do Phoenix (pomimo setek odwołanych i opóźnionych lotów kilka dni wcześniej) przebiegł bez żadnych zastrzeżeń i po wylądowaniu i szybkim załatwieniu samochodu wyruszyliśmy na północ stolicy Arizony na 3 godzinny nocleg w zarezerwowanym wcześniej motelu. Rano po szybkich zakupach spożywczych i po pokonaniu 120 mil znaleźliśmy się już w naszym docelowym miejscu – Sedonie. Opowiadając o tym miejscu nie sposób wspomnieć o geologii terenu….

Sedona otoczona jest przez zerodowane wiatrem i deszczem czerwono-pomarańczowe piaskowce i wapienie. I właśnie ta majestatyczna sceneria czerwonych skał i wiecznie zielona roślinność to dwa prawdziwe powody wyjątkowej energii Sedony. To tu możemy podziwiać (jak głosi przewodnik) jedne z najbardziej spektakularnych i malowniczych kanionów i stoków na całym świecie.
Dawno, dawno temu…. (ponad 330 milionów lat temu) …. obszar ten znajdował się na dnie morskim, a muszle stworzeń tam żyjących utworzyły warstwę wapienia, która leży obecnie pod tym obszarem, (nazywana wapieniem Redwall ze względu na swój kolor, powstały w wyniku osadzającego się w skałach tlenku żelaza – hematytu, pospolicie znanym jako rdza).
Stromość tego terenu wynika z faktu, że górne warstwy składają się z bazaltu (czyli skały wulkanicznej) i wapienia, i są twardsze niż leżący pod nim piaskowiec. Kiedy woda spływająca z krawędzi skarpy „wyżera” niższe warstwy, tworzą się urwiska i kaniony o stromych pionowych skałach. W końcu zwietrzały wystarczająco miękki materiał, który podcina warstwę górną, odrywa się i wpada do kanionów.
Najwyżej „panującą” warstwą skalną w okolicy Sedony jest tzw. wapień Kaibab.
Warstwy te są twardym, odpornym na erozję wapieniem o kremowym lub szarobiałym kolorze, powstałym od 240 do 260 milionów lat temu ze szczątków wodnych gąbek. Jest to najwyższa warstwa występująca z jakąkolwiek regularnością w rejonie Sedony i może mieć do 90 metrów grubości. Jest to ta sama warstwa, która znajduje się na południowym skraju Grand Canyon i zawiera skamieniałości ramienionogów, mięczaków i ryb.
Formacja Toroweap znajdująca się poniżej wapienia Kaibab to mieszanka odmian skał, w tym piaskowców, wapieni, gipsów, mułów i dolmitów. W większości miejsc o grubości od 60 do 90 metrów różne podwarstwy powstały w wyniku okresowego pogłębiania się i wycofywania płytkiego morza 262 miliony lat temu. Warstwy wapienia reprezentują czasy, gdy morze było stosunkowo głębokie, podczas gdy piaskowiec i mułowiec reprezentują czasy, gdy region znajdował się nad poziomem morza lub był pokryty płytką wodą.
Toroweap ma podobny kolor do wapienia Kaibab znajdującego się nad nim, choć zwykle jest nieco ciemniejszy (od żółtego do szarego). Ma tendencję do erozji, tworząc pochyłe zbocze, w przeciwieństwie do Kaibab (powyżej) i Coconino (poniżej), które często tworzą prawie pionowe klify. To zbocze stanowi oparcie dla sosen i krzaczków manzanit, a warstwę tę można czasem rozpoznać z daleka dzięki zielonej linii, która biegnie poziomo wzdłuż boków niektórych płaskowyżów.
Piaskowiec Coconino to warstwa kremowego lub złotego piaskowca o grubości od 150 – 300 metrów, utworzona po ostatecznym wycofaniu się morza około 265 milionów lat temu. Warstwa składa się z ułożonych krzyżowo, nawianych wiatrem piaskowców – zasadniczo skamieniałych wydm piaskowych o długości do 5 metrów – co wskazuje, że warstwa ta utworzyła się na suchym lądzie.
Formacja Schnebly Hill to ciemnoczerwony piaskowiec o grubości od 240 do 300 metrów, który jest głównym składnikiem czerwonych skał Sedony. W przeciwieństwie do Coconino, piaskowiec Schnebly Hill jest ułożony w poziomych warstwach płaskodennych, przeplatanych wieloma cienkimi białymi warstwami konglomeratu wapienia. Zarówno warstwy płaskie, jak i wapień są wskaźnikami powstania warstwy pod wodą. Jednak mikroskopijne badania ziaren kwarcu, z których składa się piaskowiec, pokazują, że są one oszronione i zużyte oraz mają stałą wielkość, co jest wyraźnym wskaźnikiem pochodzenia naniesionego przez wiatr. Wniosek jest taki, że region ten był poddawany okresowym „najazdom” morza, które przerabiały nawiane wiatrem wydmy w warstwy poziome. Dalej na północny zachód warstwa ta jest skrzyżowana podobnie do Coconino, co wskazuje, że obszar ten nie był zanurzony.
Miasto Sedona jest zbudowane w pobliżu szczytu formacji Hermit Shale (formacja pustelnika). Warstwa ta zawiera skamieniałości roślin lądowych, takich jak paprocie i drzewa iglaste, z okazjonalnymi skamieniałymi owadami, norami robaków i tropami bezkręgowców.
Choć często określana jako łupek, „formacja pustelnika” w rzeczywistości składa się z różnych miękkich, łatwo ulegających erozji skał osadowych, takich jak mułowce, mułowce i piaskowce, a także łupki. Utworzony 270 milionów lat temu, ma zwykle ciemnordzawy kolor z powodu zabarwienia tlenkiem żelaza i ma około 90 metrów grubości w obszarze Sedona. W pobliżu wierzchołka warstwy znajdują się pęknięcia błotne, głębokie na kilka metrów, wypełnione Coconino Sanstone. Wskazuje to, że piaski Coconino pokrywały tą warstwę, podczas gdy ten ostatni był nadal w znacznym stopniu nasycony wodą. Kolejne suszenie spowodowało otwarcie pęknięć, co pozwoliło piaskom Coconino przefiltrować się z góry. Utworzony między 300 a 340 milionami lat wapień Redwall jest najniższą warstwą widoczną w regionie Sedona. Ma ciemnobrązowy kolor, do 90 do 180 metrów grubości i może zawierać skamieniałości ramienionogów, małży, ślimaków, ryb i trylobitów.
Ruszamy !!! Jedyny szlak jaki mamy zaplanowany na dzisiejszy dzień to Boynton trail i odchodzący od niego Safeway Cave. Łączna jego długość to 8.3 mili (ścieżka do Subway to prawie 1 mila w obie strony) (do samego Subway jest 5.3 mili).

Parking, skąd wychodzi szlak jest stosunkowo mały i płatny (National Park pass lub $5/auto). Kiedy zjawiamy się tutaj tuż przed godziną 11am oczywiście wszystkie miejsca parkingowe są już zajęte. Parkowanie na poboczu (za skrzyżowaniem przy Boynton Pass Road) jest dozwolone….i to daje nam jedyną szansę na znalezienie miejscówki.

Wciskamy się tu w jakąś małą lukę pomiędzy gęsto poustawianymi autami.

Jeśli chodzi o parkowanie w rejonie miasta Sedony jest to poważny problem. Parkingi są małe, z reguły na kilka lub kilkanaście samochodów, a parkowanie poza wyznaczonymi miejscami zabronione, przy czym prawo to jest tu na prawdę przestrzegane i na forach podróżniczych można poczytać o wlepionych „z zimną krwią” mandatach….
Szlak Boynton nie jest jakoś wybitnie trudny, szczególnie w pierwszej jego części…..


Idziemy dość szeroką ścieżką pośród czerwonych piaskowców i bujnej krzaczastej roślinności, początkowo wzdłuż zabudowań resortu. Temperatura na przewidziana na dzisiaj to maksymalnie 12°C, ale wędrując po otwartej przestrzeni w silnie grzejącym słońcu ma się wrażenie jakby było z pewnością ponad 25°C. Dla chcących „złapać” najlepsze fotograficzne światło w jaskini Subway najbardziej korzystnym czasem jest środek dnia i popołudnie. Rano słońce zdecydowanie nie sprzyja w robieniu zdjęć świecąc prosto w obiektyw aparatu. Idąc ścieżką rozglądamy się za aligator juniper tree, służacej jako drogowskaz do odejścia od Boynton trail w kierunku jaskini.



Jest kilka drzew, które sugerują, że może to właśnie to właściwe, ale „aligator – drogowskaz” jest po prostu o wiele większe niż te pozostałe rozsiane wzdłuż ścieżki i nie da się przejść obok niego obojętnie…..

Stoi po lewej stronie (zdjęcie zrobione w czasie drogi powrotnej….) i jak tylko je zobaczymy musimy odbić w prawo (nie ma żadnego kierunkowskazu). Drzewo to stoi mniej więcej 2 mile od wyjścia na szlak. (Chodzi tędy tak dużo ludzi, że na pewno ktoś nam pomoże wskazać odpowiedni kierunek jeśli będziemy mieli wątpliwości). Jeśli pójdziemy za daleko to od razu zorientujemy się, że coś jest nie tak… roślinność drastycznie się zmieni i otoczeni zostaniemy wysokimi sosnami… Jeszcze przed dojściem do aligator tree wchodzimy w cień rzucany przez pasmo górskie (należące do Red Rock Secret Muntain Wilderness) co oznacza znacznie niższą temperaturę otoczenia. Po skręcie w prawo ścieżka znacznie się zwęża i po przejściu suchego koryta rzecznego – dry wash – wznosimy się już stromo do góry. Idziemy teraz głównie w otoczeniu kaktusów prickly pear, juk i agaw.




Samo wejście do jaskini jest najtrudniejszą technicznie częścią tego szlaku. Stajemy przed bardzo stromym wąskim pęknięciem skalnym o dużym nachyleniu, które w jakiś sposób musimy pokonać by dostać się na samą górę.



Jest kilka wystających korzeni za które możemy złapać i podciągnąć się wyżej. Po krótkiej obserwacji otoczenia można wywnioskować, że długie paznokcie raczej tu nie pomogą… Czekaliśmy dość długo z zejściem, bo pani turystka nie dawała rady wdrapać się na górę pomimo pomocy swojego chłopaka… a przeszkadzały jej właśnie zbyt długie tipsy… popłakała sobie i zsunęła się z powrotem na dół…. Nie zdobywając niestety głównego celu wyprawy. Jak już się wdrapiemy na górę i odwrócimy o 180 stopni to ujrzymy Subway cave w całej okazałości!!!

Są dwie półki skalne po których możemy przejść (Bardzo ostrożnie!) dalej, by ktoś mógł nam zrobić „to” wspaniałe zdjęcie. Nie jest to jednak do końca bezpieczne, dlatego nie zabieram tam dzieci … Skruszona skała pomimo dobrych trekkingowych butów może okazać się zdradziecka, a o poślizg bardzo łatwo…


Dochodząc na miejsce do pozowania do zdjęcia pod stopami mam kilkunastometrową przepaść …. Strona prawa wydaje się być bardziej stabilna do przejścia niż lewa, która sprawia wrażenie jakby była zbyt stromo nachylona do środka …

Jeśli ktoś ma ochotę można przejść ta półką skalną dalej w prawo kierując się do ruin indiańskich. My jednak schodzimy w dół i później już znacznie bezpieczniejszą drogą – (bardzo stromą, ale bezpieczną)…

… wdrapujemy się do poziomu subway’a i po skręcie w lewo docieramy do kolejnych ciekawych form geologicznych – zagłębień jaskiniowych oraz „ruin” domostw indiańskich ułożonych z drobnych odłamków piaskowcowych skał.


Ta wersja ścieżki dotarcia do ruin jest w miarę bezpieczna a widoki stąd wspaniałe.

Uwagę naszą przykuwają zabarwione na odcień purpurowy powyginane gałęzie zeschnietych drzew…



Kiedy wracamy do rozwidlenia szlaków skręcamy w prawo (kierując się na północ) i tu już maszerujemy praktycznie do samego końca w cieniu, spacerując pomiędzy połaciami śniegu i „gruchającymi” soplami, które spadając ze skał roztrzaskują się o podłoże z wielkim hukiem….

Jest naprawdę zimno więc sople zaczynają również pojawiać się pod naszymi nosami 😊. Wełniane czapki, niesione do tej pory w plecaku okazują się teraz bardzo przydatne. Zwiedzeni palącym słońcem nie wzięliśmy zbyt dużo ciepłych ubrań … wiec nie ma mowy o nawet kilku minutowym postoju w tej części szlaku.

Pomimo zalegającego wszędzie dookoła śniegu, ścieżka jest wydeptana – bez białego zimowego nalotu.

Spotykamy tu tylko 3 osoby, z czego jasno wynika ze olbrzymia większość ludzi tu przybywających wybiera tylko Subway cave, po którego „zaliczeniu” wraca na parking. Dzięki temu spacer w tej cześci szlaku jest bardzo przyjemny i można w końcu w spokoju (poza wrzaskami własnych dzieci) nacieszyć się cudowności przyrody. Las tu pachnie… pomimo zimowej pory… a może to rozpierająca radość, że znowu jesteśmy otoczeni przyrodą sprawia, że nasze zmysły węchu są nadmiernie pobudzone….😊 Końcówka szlaku jest bardzo stroma …. Skały są tu bardzo śliskie i niestabilne…. z gliniastym lepkim podłożem.

Osobiście nie rekomenduję wdrapywania się wyżej za tabliczką z napisem „End of trail”… Zresztą przyznać muszę, że sił już nam trochę zabrakło by eksplorować tą wyższą dziką cześć ….




Postaliśmy chwilę przy znaku i napawaliśmy się pięknem otaczających nas pionowych klifów i bujnej roślinności.

Wracamy w zasadzie bez przystawania, by zdążyć przed zachodem słońca.


Brzuchy nam trochę już marsza grają …a wyobrania podpowiada co by tu wrzucić na ząb:)


Dzień 3
Dzień zaczynamy od zeskrobywania szronu z zamrożonych szyb w samochodzie….

A ponieważ wypożyczalnia nie zaopatrzyła nas w skrobaczki musimy poradzić sobie z tym w inny sposób 😊
Jeszcze przed wschodem słońca docieramy do parkingu, skąd wychodzi szlak na Cathedral Rock. Parking jest płatny i jeżeli nie posiadamy National park Pass (który trzeba zostawić w widocznym miejscu w samochodzie) to musimy wykupić jednorazowy bilet ($5/auto) w znajdującym się tu automacie (na karty kredytowe i debetowe).

Kilka minut po siódmej opuszczamy parking kierując się na południe. Na alltrails.com szlak oznaczony jest jako trudny… i jest w tym trochę prawdy, bo chociaż jego długość to jedynie 1,4 mili w obie strony to pokonanie tego dystansu szczególnie idąc stromo w górę do najłatwiejszych nie należy. Po opuszczeniu parkingu przechodzimy przez częściowo suche koryto rzeki – dry wash……

i szeroką wyznaczoną ścieżką idziemy w kierunku Catherdal Rock, początkowo pokonując niewielkie nachylenie terenu. Kiedy wychodzimy na bardziej otwartą przestrzeń naszą drogę „prowadzą” metalowe kosze wypełnione kamieniami, które nie sposób nie zauważyć i które to wiernie kierują nas prawie do końca szlaku.


Tu zaczyna robić się coraz stromiej i stromiej… Miejscami potrzeba wręcz całkiem sporych umiejętności wspinaczkowych, bo pokonać większe głazy. Dzieci skaczą jak sarenki… u mnie ta sytuacja wygląda trochę inaczej. Najlepsza pora dnia do odwiedzenia tego miejsca to wschód i zachód słońca, przy czym wstając przed świtem mamy większe szanse na znalezienie wolnego miejsca parkingowego niż poszukując go tuż przez zachodem słońca. Są tu dostępne 2 parkingi, ale i to nie wystarcza by sprostać zapotrzebowaniu…

Najtrudniejszą częścią szlaku jest pokonania pionowego pęknięcia w bardzo stromej skale.



Tu przy pomocy zagłębień w skale i kilku wystąpień możemy w ogóle pokonać ten odcinek podciągając się w większości na rękach. Idąca przed nami para turystów zrezygnowała… chyba dość łatwo z dalszej wspinaczki…. Ponieważ dla dzieciaków tego typu szlaki … są pokonywane w dość szybkim tempie, nie mając wyboru muszę pędzić za nimi…. A popycha mnie tylko adrenalina pompowana przez strach, by tylko nie stracić ich z oczu….



Po pokonaniu całego szlaku w nagrodę dostajemy wspaniały widok doliny, nad która unoszą się w oddali balony napędzane ogrzanym powietrzem.

Rzucamy plecaki przy znaku „End of trail” i podchodzimy do końca półki skalnej po prawej stronie. To miejsce jednak szybko ginie w cieniu….. i niepowtarzalna okazja zrobienia dobrego zdjęcia znika bezpowrotnie…..




Przy schodzeniu w dół mijamy już dziesiątki ludzi sunących powoli ku górze ( jest to dość popularny szlak ze względu na występujący tu vortex 🙂

Po zejściu nie mogę opanować trzęsących się nóg…. zapewne z powodu ekstremalnego wysiłku włożonego we spinaczkę.
Kiedy dochodzimy do parkingu nie ma już żadnego wolnego miejsca – jest godzina 9 am.
Jedziemy w ekspresowym tempie do następnego parkingu, skąd wychodzi szlak Long Canyon trail prowadzący do Birthing Cave. Działający (akurat) GPS prowadzi nas do wjazdu do prywatnego zamkniętego osiedla rezydencji, skąd zostajemy grzecznie zawróceni przez stróża stojącego na bramce wjazdowej. Zakręcamy więc i parkujemy przy olbrzymiej zamrożonej błotnej kałuży, gdzie poza naszym stoi tylko jeszcze jeden inny samochód. Aż nie mogę w to uwierzyć… Szlak jest również bardzo popularny i o 9.30 rano powinno tu być o wiele bardziej tłoczno. (Nie ma tu żadnych oznaczeń przy drodze wskazujących, że jest to wyjcie na Birthing Cave trail.
Jeśli nie ma już dostępnych miejsc parkingowych (można parkować tu również na poboczu przy parkingu) to można cofnąć się kawałeczek do poprzedniego parkingu, skąd wychodzi szlak Moscal trail i z stamtąd (nadrabiając około 0.5 mili w jedną stronę) można zacząć wędrówkę. Po zaparkowaniu i wyjściu na szlak mijamy tablicę informacyjną z mapami okolicznych szlaków. Wyruszamy na dwumilową wędrówkę szeroką piaszczystą ścieżką otoczoną krzaczastą roślinnością. Jest w miarę płasko. Po przejściu 0.6 mili trzeba skręcić w lewo. Jest dość wyraźny znak na ziemi – ułożone grube gałęzie sugerujące wręcz nakaz skrętu. Tu ścieżka znacznie się zwęża. Idziemy chwilkę do kolejnego rozwidlenia dróg…. Jeśli zobaczymy drewniany kawałek płotu po prawej stronie to automatycznie musimy odbić w lewo…..

Do celu mamy z tego miejsca około 0.4 mili. Idziemy teraz w kierunku pomarańczowych klifów.

W miarę zbliżania się do nich ścieżka robi się bardziej stroma i musimy troszkę się powspinać.

Meandrując pomiędzy kaktusami dochodzimy w końcu do niszy skalnej o prawie pionowych ścianach.

W dużej niszy jest umiejscowione małe zagłębienie, do którego według legendy wspinały się ciężarne kobiety by urodzić tam dziecko. Jest to tylko legenda, bo każdy kto tu zawędruje zobaczy, że dostanie się tam dla dorosłego człowieka jest ekstremalnie trudne … dzieciaki oczywiście pokonują pionową skałę z rozbiegu zasiadając w zagłębieniu jak na tronie.


Ja próbowałam trzykrotnie, ale za każdym razem zsuwałam się po skale w dół… I może próbowałabym dalej, ale światło które padało bezpośrednio na nas i tak uniemożliwiało zrobienie z niszy dobrego zdjęcia… więc dałam spokój. Jeśli ktoś bardzo chce to na pewno da radę tu wejść popchnięty przed drugą osobę o silnej ręce. Ja nie chciałam też ryzykować roztrzaskania o skały aparatu fotograficznego.


Naszym kolejnym celem jest szlak Soldier Pass (prowadzący do kilku geologicznych wspaniałości –Soldier’s arch /Devil’s Kitchen/ Seven secret pools), ale znalezienie tu parkingu o tej porze jest niemożliwe. Jest to prywatny parking czynny w godzinach 8am-6pm. Żeby się tu dostać trzeba przyjechać około godziny 7 rano i stać w kolejce zanim otworzą bramę. Mieści się tu tylko 14 samochodów. Jeśli spóźnimy się i na parking trafimy po 6pm to samochód możemy sobie odebrać dnia następnego…. Parking jest ulokowany pośród prywatnych rezydencji i wszędzie jest zakaz parkowania, także jeśli nie załapiemy się na miejscówkę na parkingu to nie mamy żadnej szansy, żeby zostawić auto w okolicy. Na alltrails znalazłam post jakieś osoby, która ogłasza się i podwozi do wyjścia na szlak, ale nie znam szczegółów. (“I am Debbie – The shuttle driver with the red Van and I am available for rides if you cannot find parking at Soldier pass trail My phone number is 928 592 2011 If you have a large group or dogs, please drop them off at the trail head and then you can park at Posse grounds park and then look for me! I pick up near the rest rooms across from the skateboard park or you can call me when you’re ready. I am back-and-forth all day long”) .
Nie chcąc dalej krążyć w poszukiwaniu parkingów na kolejne szlaki postanawiamy wyjechać z Sedony…..Jedziemy na wschód przez miasteczko Jerome…


do Gold King Mine & Ghost town (wstęp $11/$7dzieci)…..



Jest to olbrzymia graciarnia pełna wspaniałych skarbów z epoki gorączki złota i czasów znacznie późniejszych.






Dla dzieci dodatkową atrakcją są żywe zwierzęta – kozy, kury, świnie i osły, które możemy troszkę podkarmiać kupionymi za dolara ziarenkami.


Jest tu „prawdziwy” kurnik, gdzie możemy wejść i podpatrzyć wysiadujące jajka kury (jajka są tu na sprzedaż).

Dodatkowego smaczku dodaje chlupiące pod butami błoto…. 😊


Małe drewniane rozsypujące się domki wystylizowane są na pralnie, drukarnie, sklepiki, gabinet dentystyczny itp.



Dwie godziny biegamy po tym błocie dookoła zauroczeni klimatem tego miejsca.

Podczas cieplejszej pory roku można też pobawić się w poszukiwaczy złota przepłukując ziarenka piasku w przygotowanym do tego miejscu.


Pełni wrażeń wracamy do Sedony … podjeżdżając jeszcze na chwilkę pod Chapel of the Holy Cross…..

a następnie kierujemy się na parking (płatny $5/auto lub National Park Pass), skąd wychodzi szlak do Bell Rock (długość 0.8 mili). Szlak prowadzi nas początkowo szeroką ścieżką do podnóża Bell Rock. Potem pojawiają się metalowe kosze wyznaczając dalej kierunek wędrówki.

Można przejść dookoła szlakiem Courthouse Butte and Bell Rock Loop liczącym 3.9 mili. My z powodu braku czasu wybieramy opcję wspinaczki ….. Jest to tak naprawdę improwizacja.

Pomimo poustawianych koszy z kamieniami służącymi jako drogowskazy większość ludzi znajduje swoje własne wejścia i zejścia.

My wdrapujemy się czasami po ekstremalnie trudnych do pokonania skałach.
Dochodzimy do punktu, gdzie dalsza droga wydaje się już zbyt niebezpieczna …. Zresztą zachodzące słońce daje znak, że czas już zawracać.


Wracamy ześlizgując się na tyłkach ze skał … czasami wspomagani przez zamarznięte strumyki 🙂



Dzień 4
O świcie wyjeżdżamy z Sedony. Dzisiejsze zwiedzanie zaczynamy od Montezuma Castle National Monument (National Park pass). Dojeżdżamy 10 minut przed otwarciem automatycznej bramy (7.50am).

Punkt 8.00 rano wrota się otwierają tuż przed maską naszego auta i asfaltową drogą zjeżdżamy stromo w dół do Visitor Center. Wejście na szlak znajduje się w Visitor Center. (Tu musimy zapłacić za bilet lub pokazać National Park pass). Wybetonowana ścieżka prowadzi nas pośród niesamowicie pięknych jaworów (o wręcz artystycznie obdrapanych pniach)….




do podnóża wapiennego klifu, w którym osadzony jest zamek Montezumy.


Ten pięciopiętrowy budynek „zawieszony” 24 metry nad doliną zawierał około 20 pokoi. W gorące i suche lata schowane głęboko pod klifem domostwa były przyjemnie schłodzone i osłonięte przed żarem płynącym z nieba.

Patrząc w górę nasuwa się pytanie jak w ogóle można było zaadoptować tam miejsce do zamieszkania …. Około 1000 lat temu Indianie Sinagua w skalnym urwisku zbudowali kilku piętrowe domostwa. Zajmowali się oni głównie zbieractwem (orzechów, jagód, owoców kaktusowych, szarłatu) i łowiectwem polując między innymi na antylopy, niedźwiedzie króliki i kaczki. Uprawiali również kukurydzę, fasolę i dynie usprawniając rolnictwo w systemy nawadniania. Zajmowali się też handlem wymiennym z innymi plemionami oferując za muszelki, sól czy barwniki swoje wspaniałe utkane kosze, wyroby garncarskie czy ubrania. Indianie ci zniknęli nagle z tego terenu około roku 1400, a powody do końca nie są znane. Uważa się, że mogło to wyczerpanie zasobów żywieniowych z powodu przeludnienia lub też konflikt pomiędzy różnymi grupami plemiennymi.

Wyruszamy dalej do kolejnego wspaniałego miejsca – Tonto Bridge State Park (wstęp $7/$4 dziecko).
Zaczynamy od odwiedzenia dwóch punktów widokowych umiejscowionych na samym końcu parkingu (punkt 3 i 4). Przepaść nad którą stoimy budzi grozę….. głęboko w dole widać pomost prowadzący pod Tonto bridge nad którym to się obecnie znajdujemy.


Najważniejszą atrakcją tego parku jest zejście stromą ścieżką w dół kanionu i przejście pod tym trawertynowym mostem (szlakiem Pine creek trail). Szlak wychodzi z końcowej części parkingu i prowadzi początkowo stromo w dół.


Następnie po dojściu do doliny rzecznej wdrapujemy się na metalowy podest dochodzący do wielkiego „łuku”.


Możemy zakończyć oglądanie tego cudu przy końcu tego pomostu, ale znacznie ciekawszą opcją jest wędrówka pod nim i dalej wzdłuż strumienia w kierunku północnym.


Jest to największy trawertynowy most na świecie, a dla urozmaicenia ozdobiony jeszcze delikatnym wodospadem ….. Długość całego tunelu to 120 metrów. (Maksymalna szerokość 46 metrów. Maksymalna wysokość 56 metrów).


Niezależnie od pory roku konieczne są tu dobre trekkingowe buty i jakieś kijki, którymi możemy utrzymywać równowagę przechodząc wielokrotnie przez strumień po mokrych, śliskich kamieniach.




Żółte strzałki narysowane na skałach prowadzą nas pomiędzy tymi wielkimi głazami i mini jaskiniami wyżłobionymi w trawertynie. Trawertyn (inaczej nazywany martwicą wapienną) jest porowatą skałą osadową składającą się głównie z kalcytu i aragonitu. Jego kolor zwykle jest biały, czasami poprzeplatany żółtymi lub czerwonymi uwarstwieniami. Chociaż wyglądem zbliżony do marmuru, to jest on bardziej porowaty i wykazujący większą miękkość… (a w życiu codziennym najczęściej możemy go spotkać w postaci płytek łazienkowych 😊).


Pine creek trail prowadzi nas przez cały czas dalej wzdłuż potoku. W pogoni za dziećmi, które z niesamowitą sprawnością przemieszczały się pomiędzy skałami byłam zmuszona wykrzesać z siebie naprawdę dużo siły by za nimi nadążyć……


Po przejściu pod mostem dochodzimy do malutkiego wodospadu.

W końcowej części znowu jest trochę wdrapywania i wspinaczki na wielkie głazy (żółtych prowadzących strzałek jest tu coraz mniej). I na koniec przekraczamy potok skacząc z kamienia na kamień i dochodzimy do schodków prowadzących w górę na parking (po prawej stronie ścieżki).
Na koniec zaglądamy jeszcze do punktu zwanego po prostu „Waterfall”, ale po zejściu po schodkach dochodzimy w zasadzie do sączącej się delikatnie wody spływającej po gęsto zarośniętej paprociami skale.



Wyjeżdżamy z parku i kierujemy się generalnie na południowy wschód przejeżdżając przez miasteczko Payson. Po przejechaniu kilku mil za miastem ruch zaczął stopniowo zwalniać aż w końcu wszystkie auta stanęły…. GPS wskazywał na 20 minutowe opóźnienie i wypadek … no i tak staliśmy sobie podjeżdżając co kilka metrów w międzyczasie. Po godzinie dowlekliśmy się do stojącego przy drodze pana drogowca który zawracał każdy samochód każdemu powtarzając te same słowa: ”Droga została zamknięta na kilka godzin”. Nie było wiadomo dlaczego…. Przed nami rozpościerały się 2 puste pasy prowadzące na południe. Jedyną informacja jaką dysponował „kierujący ruchem” pan to to, że może za 4 godziny ją otworzą … ale on nic tak naprawdę nie wie. Nie potrafił też wskazać na mapie jaki objazd można wziąć by dotrzeć do wyznaczonego przez nas docelowego miejsca. GPS nie pokazywał żadnej innej możliwości … Analizując mapę topograficzną zdecydowaliśmy się na (bardzo okrężną) szutrową drogę prowadzącą przez miasteczko Young. Droga na mapie wyglądała jakby w większości była drogą asfaltową, jak się jednak okazało najnowsza mapa Arizony (firmy Benchmark) ma jednak błędy. Jest to o tyle istotne, że w zimie droga taka może być nieodśnieżana i trochę niebezpieczna do pokonania… Nie było jednak innego rozwiązania i zdecydowaliśmy się na tą opcję z możliwością zawrócenia, jeśli taka okoliczność mogłaby wystąpić. Czekanie przez minimum 4 godziny na otwarcie drogi nie miało dla nas najmniejszego sensu. Wjazd na szutrową drogę okazał się początkowo trochę przerażający ze względu na olbrzymie pokłady śniegu zalegające w otaczającym nas lesie (wysokość około 1,900 m.n.p.m). W miarę jazdy jednak trasa okazała się wcale nie taka straszna i jakoś to wszystko szło. Z powodu licznych zakrętów i śliskiej powierzchni trzeba było jednak utrzymywać prędkość nie więcej niż 20 – 25 mil/h. Mijaliśmy bajecznie zaśnieżone polany leśne, zjeżdżając praktycznie cały czas w dół, śniegu w miarę przemieszczania się w niższe elewacje ubywało, ale błotnista nawierzchnia pozostawała praktycznie cały czas. Ruch na tej drodze był dosłownie zerowy. Jak już znaleźliśmy się w wiosce Young to naszym oczom ukazała się…. typowa dziura zabita dechami … jakieś zaniedbane domy z rupieciarniami dookoła. Minęliśmy miasteczko i automatycznie droga zaczęła się wznosić dość stromo do góry. Asfalt się skończył…. Dużo zakrętów, dużo błota, i zmiana roślinności na wysokososnową znowu.

Otaczał nas cudny iglasty zielony las. Trochę mniej śniegu niż w części pierwszej naszej trasy. Kiedy pojawiały się widoki nie było za bardzo, gdzie zatrzymać, żeby zrobić zdjęcie. W tej części ruch był trochę większy i co chwilka ktoś siedział nam na ogonie. Zjechaliśmy z gór (ubłoceni po dach) i automatycznie otaczająca nas przyroda zmieniła się w typowo pustynny krajobraz z olbrzymimi kaktusami saguaro rozsianymi po wszystkich otaczających nas wzgórzach.

Kompletnie inny botanicznie świat !!!!





W oddali ujrzeliśmy też jezioro Roosevelta. Do naszego noclegu w Globe dotarliśmy około 7pm jadąc ostatnią godzinę już w ciemności.
Dzień 5
Wyjeżdżamy z Globe o świcie kierując się na północ w kierunku Theodore Roosevelt lake.


Poranne promienie słoneczne oświetlają surowe pasma górskie wyrastające kolejno przed nami.



Przed samym wjazdem do Tonto National Monument znajduje się punkt widokowy, na którym warto się zatrzymać na minutkę.

Następnie skręcamy w lewo i wjeżdżamy dość stromo pod górkę zatrzymując się na parkingu przed Visitor Center. Mamy tu do dyspozycji dwa szlaki – Dwa puebla – dolne i górne. Oba wtulone w skalne klifowe nisze. Do Upper pueblo można dostać się tylko z przewodnikiem po wcześniejszej rezerwacji. My takowej nie posiadamy, wiec pozostaje nam stromo prowadząca ścieżka do dolnego puebla – Lower Cliff Dwelling trial (długość 0.5 mili, szlak czynny od 8am do 4pm) wychodzący bezpośrednio z budynku Visitor Center. Wybetonowany chodniczek wije się pośród potężnych kaktusów saguaro nieustannie do góry doprowadzając nas do wciśniętych w klif skalny ruin pueblo.





Stoi tu na straży rangerka pilnująca, by ktoś z odwiedzających nie wpadł na pomysł, żeby np. zrobić sobie grafiiti na pamiątkę…..


Roślinność jaka nas tu otacza to przede wszystkim kaktusy należące do gatunków: Saguaro, Teaddy bear cholla i prickly pear.

Około 10,000 lat temu pojawili się tu pierwsi osadnicy – głównie łowcy i zbieracze. Około 2,500 lat temu ludność zaczęła wykorzystywać system nawadniania do uprawy kukurydzy, fasoli i bawełny. Pojawiły się wtedy zadaszone domy zakopane w ziemi budowane wzdłuż Salt River.
Około 1300 roku mała społeczność ludu Salado zbudowała dwa „mieszkania” w płytkich jaskiniach z widokiem właśnie na rzekę Salt, która jest obecnie jeziorem Roosevelta. Zajmowali się oni głównie garncarstwem i wytwarzaniem tkanin, które następnie były wymieniane z innymi ludami na muszelki, biżuterie czy sól. Jako myśliwi, zbieracze i rolnicy Salado w pełni wykorzystywali okoliczne zasoby pustynne. Zbierali rośliny pustynne, uprawiali bawełnę, kukurydzę, fasolę i dynie, polowali na drobną zwierzynę. Ludzie kultury Salado cieszyli się generalnie dobrym zdrowiem. Szczątki szkieletowe znalezione na tym obszarze wykazują niewiele dowodów na poważne, długotrwałe niedobory często spotykane w prehistorycznych społeczeństwach rolniczych.

Pomiędzy 1350 a 1450 rokiem, region ten stał się bardziej suchy, charakteryzujący się opadającym poziomem wód gruntowych i klimatycznym wzorcem naprzemiennych powodzi i susz. Zmieniający się klimat negatywnie wpłynął oczywiście na rolnictwo. Zmniejszyła się liczebność ważnych roślin i zwierząt. Życie Salado stało się trudniejsze i bardziej stresujące. Ludzie opuścili swoje małe wioski i skonsolidowali się w większe społeczności. Pod koniec XIII wieku wyczerpywanie się zasobów nasiliło się, a populacja spadła. Katastrofalne powodzie spiętrzonych kanałów irygacyjnych, sprawiły, że większość gruntów rolnych stała się bezużyteczna. Do roku 1450 ci, którzy jeszcze tu pozostali, zaczęli wyprowadzać się z niegdyś owocnego basenu Tonto. Dziś ustne historie kilku powiązanych plemion mówią, że ta migracja z dorzecza zaprowadziła ich przodków w wielu kierunkach….,gdzie przyłączali się do innych plemion.


Końcowy punkt w Tonto to pisemny i ustny egzamin, po którego zaliczeniu uczniowie otrzymują odznaki Junior Ranger’a….

Podjeżdżamy na chwilkę do tamy – Theodore Roosevelt Dam i zawracamy spowrotem w kierunku miasteczka GLobe, bo szutrowa droga numer 88 prowadząca na sktóty do Phoenix jest zamknięta z powodu zerwania mostu.

Półtorej godziny spędzamy na dotarciu do następnego szlaku znajdującego się w okolicy Phoenix/ Mesa jadąc totalnie naokoło.
Hieroglyphic trail (długość 2.8 mili) jest to na prawdę wspaniały szlak, którego główną atrakcją są petroglify i niesamowicie orzeźwiający strumyk z małym wodospadem.

Przez całą drogę prowadzą nad kaktusy – wielkoludy, czyli saguaro, których wysokość dochodzi nawet do 18 metrów. Rekordowe okazy mogą osiągać obwód do 2 metrów!!! Saguaro zakwita po raz pierwszy w wieku około 75 lat i wtedy pojawiają się też pierwsze rozgałęzienia. Kwiaty zapylane przez nietoperze i owady otwierają się nocą i są zamykane po popołudniu.
Saguaro rośnie bardzo powoli – Po 10 latach ma tylko około 15 cm wysokości. Ciepłolubny występuje głównie na południowych zboczach. W czasie deszczu pobiera bardzo szybko wodę, którą magazynuje w łodydze na okres suszy. Średnia długość życia takiego wielkoluda to 150 lat (a rekordowo dochodzi nawet do 200 lat). Może ważyć nawet i 6 ton…. Po śmierci saguaro jego zdrewniałe żebra można wykorzystać do budowy dachów, ogrodzeń i części mebli.

W stanie Arizona zniszczenie lub usunięcie saguaro jest nielegalne bez odpowiedniego pozwolenia wydawanego przez Arizona Department of Agriculture. Czyn taki zagrożony jest nawet pozbawieniem wolności do 25 lat!!!! Koszt usunięcia z własnej posiadłości kaktusa waha się w granicach od $300 do $2,500. Jeśli np. zechcemy w kolei zasadzić sobie saguaro w ogródku, to zakup też nie jest tani – za 1 stopę, czyli 30 centymetrowy kawałek saguaro zapłacimy około $100. A więc za 3 metrowy kawałek będzie to około $1,000. Niestety w Chicago zasadzić go nie możemy, bo są one bardzo wrażliwe na niskie temperatury i mróz.



Petroglify, których jest tu naprawdę sporo zostały wykonane przez Indian Hohokam około 1,500 lat temu. Żeby się do nich dostać trzeba wspiąć się na kilka skał i przejść przez strumień. Po przyjrzeniu się im z bliska robimy sobie zasłużony odpoczynek rozkładając się na nagrzanych słońcem skałach wsłuchując w szum płynącej wody.


Na koniec dnia – bo niestety do zachodu słońca została nam już tylko godzinka udajemy się do Goldfield ghost town – komercyjnego miejsca wypełnionego po brzegi głównie rodzinkami z dziećmi.




Jedyną atrakcją dla dzieci na którą się zdecydowaliśmy jest zakup dwóch woreczków piasku, do którego zostały włożone kolorowe szklane kamyki i kilka minerałów …. Cena za te dwa woreczki $25.




Cała „impreza” trwa 5 minut – dzieci wysypują piasek do sitek, przepłukują wodą i po chwili napełniają woreczki kilkoma świecidełkami. Idea biznesowa wspaniała 😊.




W drodze na lotnisko korzystamy z oferty myjni samochodowej ($10) (samochód po przejechaniu szutrową drogą dzień wcześniej był naprawdę wybłocony). Nauczeni problemami z poprzedniej wycieczki do Kaliforni, kiedy to zostaliśmy obciążeni przez firmę AVIS Rental kwotą $450 za pozostawiony piasek na podłodze. Sprawa została załatwiona, ale kosztowało nas to trochę nerwów i czasu).

I tym to właśnie akcentem kończymy nasz zimowy wypad do krainy słońca. Za rok w styczniu zjawimy się tu ponownie.
Dodaj komentarz