CALIFORNIA ŚRODKOWA – WAGARY 2021

To był nasz krótki kilkudniowy wyjazd (na wagary 😊) do środkowej Kalifornii, by złapać jeszcze kilka ostatnich przyrodniczych uniesień zanim znikniemy pod śniegiem na kolejne długie miesiące. Większość zaplanowanych przez nas szlaków pozostawała jednak zamknięta z powodu aktualnie występujących pożarów (Sequoia N.P.) lub też zniszczeń po tegorocznych i zeszłorocznych pożarach (m.in. Los Padres N.F., Pfeiffer Big Sur S.P., Limekiln S.P., Henry Cowell Redwoods S.P.). To co wybraliśmy to kwintesencja naturalnych i historycznych atrakcji tego terenu, które były w czasie naszego pobytu dostępne. Były więc malownicze plaże z zachodami słońca, jaskinie, pustynie, ledwo zipiące już o tej porze roku wodospady i stare misyjne kościoły. Dzieciom wagary przypadły do gustu … za rok planują już więc kolejne 😊.


TERMIN: 6.X-11.X.2021

TRASA: Los Angeles, Old Mission Santa Barbara, Chumash Painted cave SHP, Cold Spring Tavern, Lizard’s Mouth trail, Cold Spring Canyon Arch Bridge, Solvang, Ostrichland, La Purisima State Historic Park, Dinosaur Caves Bluff Trail, Pismo Beach (Dinosaur Caves Park playground), San Luis Obispo, Montana De Oro state park: Hazard Reef trail, Spooner’s Cove, Morro Rock, Elephant seals viewing area, Sand Dollar Beach, McWay Falls, Partington Cove trail, Pfeiffer beach, Seaside, Pinnacles National Park: Balconies cave trail, Mission Soledad, Palo Colorado Road, Andrew Molera State park: Creamery Meadows trail, Garrapata State Beach, Mission San Miguel Arcangel, Mission San Luis Obispo de Tolosa, Los Padres National Forest: Rose Valley Falls trail, Mission Basilica San Buenaventura, Bass Rock Beach, Los Angeles

CAŁKOWITY KOSZT WYJAZDU: $1,775

KOSZT BENZYNY: $139 (963 mile =1550 km) (średnia cena benzyny $4.50/galon)

KOSZT PRZELOTU: $358/3 bilety SPIRIT AIRLINES (Chicago – Los Angeles, Los Angeles – Chicago)

KOSZT WYNAJMU AUTA: AVIS – subaru outback $360 (stanowczo odradzam korzystanie z usług firmy AVIS, ze względu na obciążanie klientów przedziwnymi rachunkami: Po powrocie do domu otrzymaliśmy list z karą $450 za pozostawiony na podłodze auta piasek!! Jak widać Avis nadrabia zeszłoroczne straty stosując zagrania, które w innych wypożyczalniach miejsca nie mają). (W takich przypadkach poza rozmową z przedstawicielem firmy najskuteczniejsze jest złożenie zażalenia na stronie Better Business Bureau).

BILETY WSTĘPU: plaże $10-$12, parki stanowe $6- $10/auto,

NOCLEGI: motele $582/5 nocy

SKŁAD ZESPOŁU: mama Zuza, Basia (8 lat), Janek (11 lat), Mama Magda, Lenka (5 lat), Luka (8 lat)

PRZEWODNIKI/MAPY: California atlas topograficzny Benchmark, Coastal California – Lonely Planet, California Hiking – Moon, www.alltrails.com,  

Dzień 1/2

Do Los Angeles docieramy tuż przed północą i po wypożyczeniu auta od razu wyjeżdżamy z metropolii w kierunku zachodnim (do miasteczka Camarillo, gdzie mamy zarezerwowany nocleg) (50 mil od lotniska). Dzięki temu posunięciu rano rozpoczynamy zwiedzanie spokojnie i bezkorkowo.

Punkt pierwszy – to Old Mission w Santa Barbara.

Misję i otaczające ją przeogromne kaktusy oglądamy tylko z zewnątrz, bo budynek jest jeszcze zamknięty.

„Królowa Misji” została założona przez franciszkanów w 1786 roku (w święto św. Barbary), jako kolejna dziesiąta już misja na rzecz religijnego nawracania rdzennych mieszkańców na chrześcijaństwo.

W 1769 roku, kiedy to Junipero Serra założył w dzisiejszym San Diego niewielką misję, rozpoczął tym samym potężną akcję kościoła katolickiego, która prawie całkowicie zniszczyła kulturę i tradycje lokalnych Indian. Do 1804 roku wzdłuż tak zwanej Drogi Królewskiej – El Camino Real – powstaje razem 21 misji, z których każda położona jest w odległości jednego dnia drogi (jadąc konno) od sąsiedniej. Misje te ukształtowały stricte katolicki charakter tego regionu, nadając często od imion świętych nazwy pasmom górskim, miastom, a nawet ranczom. Do dzisiaj przetrwała większość z tych hiszpańskich misji w Kalifornii. Celem zakonników było wychowanie nowych pokoleń Indian zgodnie z kanonami kultury europejskiej, co często wiązało się ze stosowaniem przymusu. I chociaż z drugiej strony zakonnicy uczyli Indian nowych umiejętności takich jak uprawa ziemi, tkactwo, budowa domów (w stylu europejskim), gra na instrumentach czy posługiwanie się bronią, to jednak głównym ich celem było całkowite wyniszczenie tożsamości lokalnych mieszkańców przekształcając ich w zagorzałych chrześcijańskich niewolników.

Przed przybyciem zakonników na tym terenie żyli wyłącznie Indianie, zajmujący się zbieractwem i łowiectwem. Ich rytm życia wyznaczała przyroda, a świat duchowy pełen był wierzeń z pogranicza magii i spirytualizmu. Początkowo lokalna ludność była oczarowana przybyciem misjonarzy, którzy nawet przynosili na teren misji chore dzieci, w nadziei, że po chrzcie wyzdrowieją. Inni przychodzili z powodu panującego głodu lub po prostu z ciekawości. Było tu bezpiecznie i dużo żywności. Ale nie wszyscy dobrowolnie dołączali do misji. Z czasem wojsko pacyfikowało całe indiańskie wioski i siłą zapędzało Indian do pracy na farmach i ci „nawróceni” stawali się po prostu źródłem taniej siły roboczej. Misje były w zasadzie rodzajem przedsiębiorstwa rolniczego wykorzystującego system niewolniczy. Próby ucieczki były surowo karane, (opornych Indian bito, a nawet pozbawiano życia), a najbardziej popularną karą było 50 batów na gołe plecy, przy czym w identyczny sposób egzekwowano tą karę również na kobietach. Istniał też system donosicielstwa tzw. służba indiańska, która odpowiednio motywowana nagrodami donosiła na swoich braci do księży. Poza tym dodatkowym problemem były choroby przyniesione tu z Europy, które wielokrotnie dziesiątkowały populację lokalnych społeczności (łącznie z brakiem higieny i zatłoczeniem). Dużym problemem było też wyniszczanie przez hodowane bydło łąk pełnych ziół i dzikich traw, z których to dobrodziejstw korzystali Indianie od tysięcy lat. Inwazyjne chwasty z czasem zaczęły całkowicie wypierać lokalną florę i tym samym pozbawiać ludność ich naturalnych lekarstw i pożywienia. Szacuje się, że przez pierwsze 65 lat od utworzenia pierwszej misji na ich terenach zmarło około 37 tysięcy Indian, z czego około 15 tysięcy śmierci związane było bezpośrednio z chorobami sprowadzonymi” przez białych osadników (m. in. odrą i ospą).     

W roku 1988 papież Jan Paweł II kanonizował franciszkanina Junipero Serra, co wywołało liczne protesty przedstawicieli społeczności potomków plemion Ohlone, Amah Mutsun, Chumash i Mono. Reprezentanci Indian zbierali się pod domami zakonników w San Carlos Borromeo, misji Dolores w San Francisco i w misjach Santa Barbara i San Juan Batista, aby wyrazić swój sprzeciw wobec decyzji papieża. Według zachowanych przekazów święty Junipero własnoręcznie biczował tubylców nieposłusznych zasadom panującym w założonych misjach.

Wyjeżdżamy z Santa Barbara drogą #154 na północ, skręcając następnie w jednopasmową pozakręcaną i bardzo stromą Painted Cave Road

……prowadzącą nas przez kaktusową dżunglę do Chumash Painted Cave State Historic Park (wejście bezpłatne). Jest to mała piaskowcowa jaskinia ozdobioną sztuką naskalną przypisywaną ludowi Chumash. Parkuje się tu w zasadzie przy samej jaskini, do której prowadzą kamienne schodki. Czerwone i czarne wzory malowideł możemy podziwiać z pewnej odległości, gdyż są schowane za metalową siatką, chroniącą je przed potencjalnymi wandalami.

Antropolodzy spekulują, że jeden z ciemnych kręgów na ścianie jaskini może przedstawiać zaćmienie słońca, które miało miejsce w 1677 roku, ale tak naprawdę nie wiadomo, kiedy powstały malowidła jaskiniowe ani jakie może być ich znaczenie. Wiemy, że artystami byli Indianie Chumash – ludzie, którzy żyli w tej okolicy od tysięcy lat. Byli prawdopodobnie szamanami lub kapłanami, którzy przybyli do tej jaskini w poszukiwaniu mocy lub duchowej siły. Do malowania używali węgla drzewnego, czerwonej ochry i sproszkowanych muszli, ale znaczenie tworzonych przez nich obrazów zostało utracone wraz ze zniszczeniem ich stylu życia. Jedziemy dalej Painted Cave Road, która w tej części staje się jeszcze bardziej stroma i zakręcona.

Wspaniałych wrażeń dodają pogrążone w mgle rozłożyste gałęzie drzew (m.in. eukaliptusów). Przecinamy główną drogę nr. 154 i dalej wąską, ale już dwupasmową Stagecoach Road dojeżdżamy do Cold Spring Tavern.

Jest to jedna z 5 najstarszych ciągle działających restauracji w Kalifornii. Powstała jako przystanek dyliżansów w 1865 roku i była po prostu stacją wymiany koni serwującą tanie posiłki. W latach 60-tych XX wieku planowano tędy poprowadzić drogę 154, co wiązałoby się z totalnym zrównaniem z ziemią tawerny (a w zasadzie zasypaniem terenu na którym się znajduje). Na szczęście ten pomysł był zbyt drogi i ostatecznie droga i most Cold Spring zostały zbudowane nieco dalej na północ (za jedyne 2 miliony dolarów w 1963 roku). Zeszłego lata szybko poruszający się i trwający kilka dni pożar Whittier pojawił się w odległości jednej mili od drzwi wejściowych Cold Spring Tavern, ale na szczęście strażakom udało się go powstrzymać przed spaleniem tego zabytkowego miejsca.

Jest to niesamowicie klimatyczne miejsce, gdzie na każdym kroku czujemy powiew historii.

Jedzenia niestety tu nie próbowaliśmy, bo lokal był jeszcze zamknięty (otwierają go dopiero o 11.30am), ale w menu wypatrzyliśmy potrawy z dziczyzny, żeberka wieprzowe i steki z frytkami.

Zawracamy i krętymi lokalnymi dróżkami (Stagecoach Rd/Kinevan Rd/ W Camino Cielo),

mijając zaszyte w gęstych zaroślach małe domki i stare obdrapane przyczepy (mobile homes) dojeżdżamy do wyjścia na szlak Lizard’s Mouth Rock. Przez ostatnie dwie milewznosiliśmy się coraz wyżej, a mgła stawała coraz gęstsza, ograniczając praktycznie widoczność do kilku metrów.

Tu spotykamy się z kolejnym zespołem badawczym pod przewodnictwem Magdy M. Wilgotność powietrza jest tak duża, że w przeciągu kilku minut zaczyna cieknąć nam z nosów skroplona woda. Idziemy co chwila zastanawiając się czy nie zabłądziliśmy w labiryncie piaskowcowych skał.  

Chociaż istnieje kilka nakładających się na siebie ścieżek, to i tak generalnie wszystkie prowadzą do tego samego miejsca. My jednak z powodu bardzo ograniczonej widoczności mamy problem ze zlokalizowaniem Jaszczurzej skały.

Jak się w międzyczasie okazuje staliśmy na jej czubku przez chwilę 😊.

Jeśli pogoda byłaby bardziej sprzyjająca moglibyśmy zachwycać się (jak sugeruje przewodnik) najpiękniejszą panoramą gór Santa Inez oraz cudownym widokiem Santa Barbara i Pacyfiku. Jednak klimat jaki tworzy otaczająca nas mgła nadaje temu miejscu niepowtarzalny czarodziejski charakter.

Spotykamy tutaj też kilku wspinaczy skałkowych, dla których jest to doskonałe miejsce do treningu. Jest to również wspaniałe miejsce dla dzieci, które wykorzystując liczne jaskinie i szczeliny w skałach mają doskonałą szansę na znalezienie perfekcyjnej kryjówki bawiąc się w chowanego. Roślinność, jaką tu spotykamy jest typowa dla tego terenu – agawy, kaktusy prickly pear, jeżówki, dęby, manzanita, Coastal sage scrub i Chaparral.

Jedyną i zarazem paskudną cechą tego szlaku są wulgarne graffiti na wielu skałach znajdujących się wydłuż ścieżki, włączając w to samą Lizard’s Mouth Rock.

Po zejściu ze szlaku jedziemy już tym razem na dwa auta znowu do Cold Spring Tavern, przejeżdżamy następnie pod majestatycznym mostem Cold Spring Canyon Arch Bridge, który jest obecnie najwyższym mostem łukowym w stanie Kalifornia i jednym z najwyższych mostów w Stanach Zjednoczonych.

W najwyższym punkcie pokład mostu znajduje się 400 stóp (122 m) nad dnem kanionu. Do 2012 roku most był miejscem popełnienia 55 samobójstw….. Aby zapobiec tego typu nieprzyjemnym incydentom, Departament Transportu Kalifornii zainstalował barierę o wysokości 3 metrów w formie zakrzywionej do wewnątrz, co kosztowało podatników 3,2 miliona dolarów.

Następnie przejeżdżamy przez Solvang – duńską stolicę Ameryki. Założone przez duńskich imigrantów w 1911 roku, Solvang szczyci się autentyczną architekturą z tradycyjnymi wiatrakami. W mieście znajdują się liczne piekarnie, cukiernie i restauracje oferujące typowe duńskie potrawy. Jedną z atrakcji jest kopia słynnej kopenhaskiej Syrenki, jak również popiersie sławnego bajkopisarza Hansa Christiana Andersena. Docelową atrakcją tej okolicy jest Ostrichland (610 E Hwy 246, Solvang, wstęp $7/$3 dzieci) – ogromna farma strusi i emu. Kupujemy po metalowej łopatce wypełnionej karmą ($1/porcja) i ruszamy na spotkanie z tymi olbrzymimi ptaszyskami.

Farmy tego typu nazywane są farmami przyszłości, ze względu na wysoki potencjał zysku związany z dużą różnorodnością pozyskiwanych produktów.

Strusie tutaj hodowane są ze względu na mięso, skóry i pióra. Dodatkowo dochodzi tu jeszcze „kilka groszy” pochodzące z kieszeni turystów chcących przez chwilę popatrzeć na te wspaniałe ptaki.

Cena „na skupie” dorosłego strusia może wynieść nawet i $10,000. Młody miesięczny pisklak to cena nieco powyżej $500. Przy czym cena podwaja się, gdy pisklak osiąga wiek 3 miesięcy. Cena utrzymania jednego strusia waha się od $1,200 do $2,500 na rok.

Najbardziej dochodowym produktem jest jajo strusia ($30-$100/sztuka), a takich jaj dorosła strusica w warunkach sztucznych (czyli na farmie) może znieść nawet 130 rocznie (średnio 60 sztuk/rok). Jeśli chodzi o mięso strusia to porównywane jest ono do mięsa wołowego (chociaż jest znacznie od niego zdrowsze i mniej kaloryczne), a jego koszt sprzedaży to $10-15 za funt (pół kg) mielonego i około $25 za funt fileta.

Takiego mięsa z jednego strusia możemy pozyskać około 75-130 funtów. Strusie są ubijane powszechnie na mięso w wieku 14 miesięcy. Skóra strusi (uważana za najbardziej luksusową skórę na świecie ze względu na miękkość i trwałość) jest powszechnie stosowana do produkcji butów, kurtek czy torebek.

Przeciętny ptak produkuje około 1,5 metra kwadratowego skóry.

Najmniej dochodowy produkt postrusiowy to pióra (około 1,5 kg/1 ptak), które są używane głównie w przemyśle modowym, a których cena w skupie wynosi około $100 za kilogram.

Poza strusiami hoduje się tu również Emu.

W odróżnieniu od strusi, które posiadają 2 palce, emu mają po 3 palce na każdej stopie (i to najbardziej istotny detal, który pomaga nam je odróżnić 😊).

Hoduje je się przede wszystkim dla mięsa, oleju i skór. Zaraz po strusiach są drugimi co do wielkości ptakami na świecie. Ich jaja są nieco tańsze niż strusie i kosztują pomiędzy $25-$50 za sztukę.   

Kolejnym punktem na naszej trasie jest La Purisima State Historic Park ($6/auto).

Pierwotny kompleks misji został zniszczony przez trzęsienie ziemi w 1812 roku, a misja została następnie odbudowana kilka mil na północny zachód od oryginalnego miejsca, gdzie znajduje się do dzisiaj. Zbudowana w 1787 roku misja spełniała podobną rolę jak ta znajdująca się m.in. w Santa Barbara.

Indianie z plemienia Chumash byli tu wykorzystywani do ciężkiej pracy w gospodarstwach rolnych pod pozorem chrystianizacji i niesienia pomocy lokalnym społecznościom. Tak jak w przypadku innych misji oczekiwano, że każda z nich stanie się samowystarczalną osadą rolniczą tak szybko, jak to tylko możliwe. Kapłani więc od samego początku wykorzystywali Indian do ciężkiej pracy w rolnictwie, hodowli zwierząt, budowie budynków i przy pracach domowych. Oficjalnie Indianie byli uważani za „ludzi bez powodu”, czyli ludzi niecywilizowanych, a Franciszkanie nie widzieli nic złego w zmuszaniu ich do pozostania w misjach, chrzcząc ich, wykorzystując fizycznie, a następnie trzymając w niewoli do końca życia. Oficjalnie ochrzczeni Indianie stawali się niewolnikami należącymi do Hiszpańskiego królestwa i w przypadku jakiejkolwiek ucieczki czy oddalenia się z misji bez pozwolenia byli ścigani jako uciekinierzy i często surowo karani. Kary, takie jak chłosty, były również wymierzane za różne przewinienia lub nawet jako kaprysy znudzonych lub „urażonych” żołnierzy.

 W roku 1824 roku doszło tu nawet do buntu, na skutek którego Indianie przejęli władzę w misji. A stało się to po tym jak Meksyk wygrał meksykańską wojnę o niepodległość w 1823 roku, co automatycznie zakończyło hiszpańskie finansowanie wszystkich misji franciszkańskich. Żołnierze, którzy przestali być opłacani zaczęli wyładowywać swoje frustracje na bezbronnej lokalnej ludności Czumaszów. Po wielokrotnych przypadkach ciężkich pobić w końcu Indianie rozpoczęli bunt, który stłumiony został dopiero po przybyciu dodatkowej jednostki żołnierzy z Monterrey ponad miesiąc później. Wielu Indian po tym wydarzeniu uciekło zaszywając się w pobliskich górach.

Dziś Misja La Purisima jest jedynym przykładem kompletnego kompleksu misyjnego w Kalifornii i dzięki staraniom CCC (Civilian Conservation Corps – Cywilny Korpus Ochrony Przyrody) odrestaurowano wszystkie budynki i oryginalny system wodny, przywracając dawny charakter tego miejsca, który widzimy podczas naszego pobytu.   

Znajduje się tu dużo zabudowań gospodarskich z żywą zwierzyną (konie, krowy z wielkimi rogami – Longhorn steers, świnie, kury i indyki) dokarmianą przez strażników parku, którą to czynność z wielkim zainteresowaniem obserwują dzieciaki.

Spotykamy też osły w skarpetkach, które (jak powiedziała nam wolontariuszka) mają je chronić przed natarczywymi muchami, które podgryzają ich kończyny.

Z oddali obserwujemy Longhorn steers długowłose krowy o imionach „Pismo” and „Adobe”.

W przeszłości bydło było ważną częścią działalności „biznesowej” misji (mięso, łój i surowe skóry były cennymi przedmiotami handlowymi). W 1820 roku w La Purisima było około 12,600 sztuk bydła głównie z gatunku Longhorn.

Kolejny i zarazem ostatni punkt na naszej dzisiejszej trasie to: szlak Dinosaur Caves Bluff (długość 1.2 mili).

Znajduje się on w miejscowości Pismo Beach i jest w zasadzie spacerem wzdłuż klifu z główną atrakcją w postaci niezliczonej ilości ptaków odsiadujących wszystkie okoliczne skały.

Najbardziej spektakularne są pelikany, które tłoczą się razem z kulikami, czaplami, sieweczkami, mewami i kormoranami ……

W miejscu, gdzie zaczyna się szlak (i gdzie parkujemy) znajduje się plac zabaw Dinosaur Caves Park – świetne miejsce dla dzieci z kamiennymi delfinami, fokami i jajami dinozaurów, gdzie kończymy dzisiejszy dzień napawając się ostatnimi promieniami zachodzącego słońca. Nocujemy w San Luis Obispo.

Dzień 3

O świcie wyjeżdżamy z San Luis Obispo kierując się bezpośrednio do Montana de Oro State park (wjazd bezpłatny).

Jest to jeden z największych powierzchniowo parków stanowych w Kalifornii, obejmując swym zasięgiem aż siedmiomilową linię wybrzeża zarówno z piaszczystymi plażami jak i stromymi klifami o które z wielkim hukiem rozbijają się oceaniczne fale. Nazwa tego parku w języku hiszpańskim oznacza „górę złota”, ale złoto to pochodzi od koloru kwitnących tu na wiosnę dzikich kwiatów, a nie od kruszców wydbywanych kiedyś w pobliskich górach Sierra Nevada. Wjeżdżając do parku od razu zauważamy olbrzymie gaje eukaliptusowe (Tasmanian Blue gum z podgatuneku (Eucalyptus globulus).

Obdrapane miejscami z kory wyglądają jakby przetrwały potężne tornado. Ale te zwisające i zalegające pod drzewami olbrzymie pasy kory są ekstremalnie łatwo palne. Olejek eukaliptusowy w nich zawarty wydziela palne opary w podobny sposób (choć oczywiście w mniejszym stopniu!) jak benzyna, a opary te mogą zostać podpalone przez przypadkową iskrę czy niedopałek papierosa, lub też wysoką temperaturę powietrza powodując dosłowny wybuch drzewa – tak jak iskra na zewnątrz zbiornika benzyny może ją zapalić i eksplodować w zbiorniku.

Drzewa te osiągają wysokość nawet 70 metrów i są tutaj gatunkiem inwazyjnym, pochodzącym z Australii i Tasmanii. Kiedy to w okresie gorączki złota wylesianie stało się poważnym problemem i zapotrzebowanie na drewno rosło w zastraszającym tempie zaczęto szukać szybkich i tanich rozwiązań. Od 1868 roku usilnie zachęcano rolników i przedsiębiorców do sadzenia eukaliptusów obiecując im olbrzymie zyski. Eukaliptusy rosną w dość szybkim tempie (około 1,5 metra na rok) co zachęciło wielu z nich do zainwestowania w to przedsięwzięcie. Pewien biznesman o nazwisku Havens zasadził osiem milionów drzew eukaliptusowych w pasie o długości 14 mil (w okolicy od Berkeley do Oakland) i wybudował olbrzymi młyn w nadziei, że inwestycja szybko mu się zwróci. Jakież było jego rozczarowanie, kiedy to po kilku latach zaczął ścinać drzewa, którego drewno okazało się jednak jakościowo bardzo słabe i podatne na wyginanie i pękanie kurcząc się po wysuszaniu. I chociaż prawdą jest, że drzewa eukaliptusowe w Australii mogą wytwarzać doskonałe drewno, ale dopiero po kilkudziesięciu a nawet stu latach od momentu zasadzenia. Młode drewno nie nadawało się nawet do produkcji słupków ogrodzeniowych ani podkładów kolejowych, które po prostu zbyt szybko gniły. Mogło być jedynie sprzedawane tylko opał, ale i tą opcję wkrótce zastąpiona została tanią energią elektryczną i gazową. Na początku lat dwudziestych XX wieku zdano sobie również sprawę, że olejek eteryczny z kalifornijskiego eukaliptusa nie jest tak dobrej jakości jak ten wyprodukowany w Australii. Do 1950 roku drzewa eukaliptusowe były uprawiane głównie w Kalifornii jako rośliny ozdobne lub wiatrochrony. Po czym zdano sobie również sprawę, że stały się gatunkiem inwazyjnym wypierającym rodzime rośliny. A ich łatwość adaptacji nawet w trudnym terenie np. po górniczym stwarza poważne niebezpieczeństwo dla lokalnej flory. Rozrastają się bardzo szybko tworząc wielkie zagajniki o bardzo silnym systemie korzeniowym i są ekstremalnie trudne do usunięcia. Poza tym wypijają dużo wody powodując wysychanie lokalnych studni głębinowych. Jedyną nadzieją na powolne ich obumieranie są zmiany klimatu jakie obserwujemy w Kalifornii od kilkunastu lat. Ekstremalne susze na pewno wpłyną na starzejące się gaje eukaliptusowe, które nie mając wystarczającej ilości wody, zaczną powoli umierać.

Ponieważ większość drzew eukaliptusowych została wyhodowana z nasion pochodzących z Australii, nie mają tu one w zasadzie żadnych wrogów w postaci owadów czy zwierząt, które żywiłyby się jego liśćmi. Ponieważ liście i kora eukaliptusa są trujące, australijskie zwierzęta, które się nimi żywią, musiały wykształcić mechanizmy radzenia sobie z tymi toksynami. Kalifornijskie ssaki czy owady nie zjedzą jego liści. Ogólnie rzecz biorąc, skutkuje to niewielkim stopniem różnorodności gatunkowej gajów eukaliptusowych. I rzeczywiście patrząc na taki zagajnik widać tylko eukaliptusy w otoczeniu innych eukaliptusów……

Drzewa te łatwo rozpoznać po woskowatych niebieskich liściach i szarawej korze, która odsłania gładką, kontrastującą żółtawą powierzchnię, gdy kora „zdziera się” długimi pasami. Drewno eukaliptusowe jest nadal stosowane w produktach medycznych (w tym antyseptykach, kroplach na kaszel, słodyczach, perfumach, pastach do zębów, rozpuszczalnikach przemysłowych i papierosach mentolowych).

Dzisiejszą wędrówkę rozpoczynamy szlakiem Hazard Canyon Reef, który prowadzi nas piaszczystą wąską ścieżką bezpośrednio na wybrzeże. Po pokonaniu półmilowego odcinka dochodzimy do skalnej zatoki otoczonej piaszczystymi klifami.

Skalista linia brzegowa w parku, podzielona na zatoki, łuki i cyple, z wieloma stosami skalnymi (sea stacks) tuż przy brzegu. Podłoże skalne jest osadowe, utworzone z wielu cienkich, równoległych warstw, nachylonych przez uskoki geologiczne, a następnie wyrzeźbionych przez wodę w najróżniejsze formy, zarówno kanciaste, jak i zaokrąglone.

Warstwy skalne są nachylone i cienkowarstwowe; najbardziej charakterystycznym przykładem erozji jest uformowanie długich, cienkich rożków prostopadłych do brzegu, z wąskimi wlotami pomiędzy nimi. Kolor skał osadowych – łupków waha się od prawie białego do pomarańczowego i jasnobrązowego.

Najbardziej charakterystycznym miejscem w parku jest Spooner’s Cove Beach – urocza plaża, przy której wejściu wita nas czapla śnieżna wpatrzona w horyzont……

Idziemy chwilę wydłuż strumienia (Islay Creek), który wpada bezpośrednio do oceanu tuż obok wielkiego łuku skalnego, który jest najbardziej charakterystycznym miejscem tej zatoki.

Jaskinia, która również stanowi dużą atrakcję, jest niestety niedostępna z powodu zbyt wysokiego stanu wody (przypływ) uniemożliwiającego wejście do jej środka (wejście jest od strony oceanu). Na północ od tego miejsca rozciągają się piaszczyste szerokie wydmy, natomiast na południe strome klify.  

Podjeżdżamy na chwilkę do Morro Rock – wulkanicznego neku o wysokości 177 metrów. To strome wzniesienie o urwistych stokach, zbudowane jest z odpornych na procesy erozji law zakrzepłych w kominie wulkanicznym, a nek stanowi jedynie pozostałość skał (twardziel) powstałych jako wypełnienie komina dawnego wulkanu.

Są one dużo bardziej odporne na erozję niż słabo skonsolidowane skały piroklastyczne budujące stożek wulkaniczny. Indianie Salinan i Chumash uważali Morro Rock za świętą skałę i dwa razy w roku wspinali się na nią, by uczcić przesilenie letnie i zimowe (dziś wspinanie jest surowo zabronione!). Od roku 1889 to 1969 (z przerwami) zaczęto „wydobywać” z niej materiał do budowy falochronu w Morro Bay i ulepszeń w porcie Port San Luis. W 1966 r. W 1968 roku Stowarzyszenie Historyczne Hrabstwa San Luis Obispo i miasto Morro Bay nakłoniło rząd do ustanowienia Morro Rock Kalifornijskim Zabytkiem Historycznym. Jeśli przyjrzymy się bliżej zobaczymy, że skała ta jest domem dla sokołów, kormoranów, pelikanów i mew, które licznie rezydują na jego szczycie.

Ruszamy dalej na północ do Elephant Seals viewing area (The Piedras Blancas Rookery) – miejsca, gdzie swobodnie możemy poobserwować wylegujące się na plaży słonie morskie.

Populacja ta obecnie liczy sobie około 17,000 sztuk. Dla porównania w 1970 roku było ich tu zaledwie 20. W XIX wieku polowano na te zwierzęta ze względu na cenny tłuszcz, i wtedy też znalazły się one na granicy wymarcia. W XX wieku w wyniku programu ochrony tych ssaków ich liczebność znacząco się podniosła, a ich istnienie nie jest już na szczęście zagrożone. Widok jest po prostu obłędny – dziesiątki wielkich, tłustych, ryczących i wylegujących się na plaży ssaków, tworzy niepowtarzalny widok!!! Samce tworzą sobie haremy liczące od 30 do 100 samic i rzeczywiście na plaży widoczne są przede wszystkim „panie”. Taki Alfa „szczęściarz” w ciągu swojego życia może dorobić się nawet 500 sztuk potomstwa. Zadziwiający jest fakt, że słonie morskie w pewnych warunkach potrafią poruszać się szybciej niż człowiek…. Jeśli ustawimy obydwu zawodników na wydmie piaskowej, to tonowe zwierzę poradzi sobie lepiej niż przeciętny homo sapiens.

Słonie morskie spędzają cały rok na plażach w pobliżu San Simeon, przechodząc przez różne fazy swojego cyklu życia. W szczytowym okresie na brzegach San Simeon przebywa do 17,000 zwierząt. Istnieją takie trzy szczytowe pory roku, w których populacje słoni są największe – styczeń, kwiecień i październik. Od listopada na brzeg zaczynają przybywać dorosłe samce słoni morskich, którzy będą walczyć o prawa do „krycia” od grudnia do stycznia. Byki słoni morskich mogą osiągnąć 5 metrów długości i ważyć ponad 3 tony. Oglądanie tych ogromnych zwierząt walczących o dominację to nie lada widowisko. Od grudnia do marca samice słoni morskich przybywają na plażę, aby rodzić. Narodziny zwykle następują kilka dni po przybyciu. Szczenięta słoni morskich zwykle rodzą się w nocy i ważą około 30 kilogramów. W ostatnim tygodniu karmienia szczeniąt (około 24 dni) samica skojarzy się z bykiem alfa. Po skojarzeniu samica zazwyczaj wyrusza w morze i zostawia szczenię, które musi nauczyć się pływać i samo znaleźć pożywienie. Większość szczeniąt jest gotowa do wypłynięcia w morze w marcu i kwietniu. Od kwietnia samice i młode słonie morskie wracają na brzeg, by się linieć (zrzucać skórę). Okres linienia trwa od czterech do sześciu tygodni. Większość samic i osobników młodocianych wraca do wody pod koniec maja. W czerwcu przybywają dorosłe samce, aby rozpocząć linienie. Brzeg ma najmniej zwierząt w sierpniu, a większość zwierząt obserwowanych późnym latem to duże dorosłe samce. Od września do października samice i osobniki młodociane przybywają na brzeg, i ten okres to kolejny szczyt zwierząt na plaży.

Tu rozstajemy się z Magdą i jej zawodnikami 😊, którzy podążają w bardzo szybkim tempie do San Francisco, a my znacznie spokojniej, jadąc również na północ, zatrzymujemy się w wybranych wcześniej atrakcjach.

Pierwszą z nich jest Sand Dollar Beach ($10/auto, nie akceptują już tutaj National Park Pass i National Forest pass). Nazwa tej plaży pochodzi od występujących tu sand dollars czyli jeżowców – morskich bezkręgowców. „Dolary piasku” są bliskimi krewnymi innych morskich stworzeń, takich jak rozgwiazdy i ogórki morskie. Kiedy żyją mają barwę fioletową, a nie białą, z jaką je najczęściej kojarzymy i pokryte są elastycznym włosiem i kolcami, które ukrywają ich gwiaździsty wzór. Kiedy umierają, ich szkielet zostaje wybielony przez słońce, a małe kolce znikają. Żywe mogą przetrwać poza oceanem tylko przez kilka minut. Biały jest kolorem, w jaki zamieniają się ich muszle po śmierci. Szkielety z gwiazdami piaskowych dolarów są powszechnie poszukiwanymi znaleziskami na plaży. Wiek piaskowego dolara można określić po jego pierścieniach – podobnie jak słoje na pniu drzewa, które symbolizują każdy rok życia, tak samo dzięki takim słojom na płytkach dolara piaskowego możemy określić ich wiek (średnia długość życia 6 do 10 lat).

Schodzimy stromymi schodkami na plażę i wąskim pasem tuż przy klifie spacerujemy na północ, gdzie plaża jest już znacznie szersza i możemy rozbić tymczasowy obóz.

Plaża poza złotym piaskiem „wypełniona” jest szarymi wielkimi otoczakami, z których budujemy wieżyczki.

Dzieciaki serfują na przytachanej z plaży kłodzie drewna. Spędzamy tu wspaniałą relaksującą godzinkę praktycznie sami.

Jadąc dalej na północ zatrzymujemy się w jednym z najbardziej charakterystycznych miejsc wybrzeża Big SurMcWay Falls położonego na terenie Julia Pfeiffer Burns State Park (parking $10/auto).

Ścieżka prowadząca do wodospadu prowadzi tunelem pod drogą i ma długość około 1 mili. Niestety punkt widokowy jest zamknięty z powodu zniszczeń wywołanych pożarem i osunięciem się ziemi. Z miejsca, do którego dochodzimy widok wodospadu nie należy do najlepszych.

Poza tym słonce świeci prosto na nas uniemożliwiając zrobienie dobrego zdjęcia. Wodospad McWay ma wysokość 24 metrów i wpada bezpośrednio do zatoki McWay Cove połączonej z oceanem Spokojnym dając najbardziej spektakularny widok w godzinach późno popołudniowych, kiedy to oświetlany jest ciepłym pomarańczowym słońcem.

Podjeżdżamy 2 mile na północ, skąd wychodzi szlak Partington Cove trail (długość 1 mila). Parking znajduje się bezpośrednio przy głównej drodze #1 na poboczu (nie ma tu żadnych oznaczeń) Przechodzimy na drugą stronę „Jedynki”, następnie obok zamkniętej metalowej bramy i szeroką szutrową ścieżką schodzimy stromo w dół do małego zagajnika.

Droga rozdziela się i najpierw wybieramy tą w prawo dochodząc do wybrzeża ze skalistą plażą i mini wodospadem, a następnie wracamy do rozgałęzienia dróg i przechodząc przez mostek i mijając 20-metrowy tunel…

dochodzimy do cudownej zatoczki, gdzie można przysiąść sobie na starej podniszczonej ławce z widokiem na ocean.

Wracając już znacznie wolniej, (bo stromo pod górkę) zauważamy koliberka krążącego niedaleko polnych kwiatów.

Kolejny i ostatni już punkt na dzisiaj to Pfeiffer Beach (wjazd $12/auto). Znalezienie tej plaży bez GPSa czy mapy może okazać się nieco trudne. Wjazd jest nieoznaczony i my pomimo posiadania mapy topograficznej pojechaliśmy za daleko. Dwumilowa Sycamore Canyon Road, która do niej prowadzi jest bardzo wąska, miejscami dość stroma i powykręcana i do tego tylko w 5 miejscach umożliwiająca wyminięcie innego samochodu. Ze względu na bezpieczeństwo ustanowiono tu całkowity zakaz poruszania się po niej pieszych. Po dojechaniu na parking pan z drewnianej budki kasuje od nas $12 i informuje, że mamy tylko czas do zachodu słońca by nacieszyć oko tym cudownym miejscem.

Jest to bardzo popularna plaża wśród fotografów szczególnie tych ślubnych, a największa ich ilość przybywa tu w grudniu i styczniu, kiedy to istnieje jedyna szansa na zrobienie zdjęcia zachodzącego słońca widzialnego przez łuk skalny.

Dziś dużo z nich czyha na zachód słońca 😊……

Wieje dosyć spory wiatr i temperatura spada drastycznie z godziny na godzinę, ale dzielnie wytrzymujemy do zapadnięcia piekielnych ciemności by już jako ostatni ewakuować się z plaży.

Ciekawostką tego miejsca jest fakt, występowania tu fioletowego odcienia piasku. Kolor ten pochodzi z wymywanych podczas deszczu minerałów (granatu manganowego) znajdującego się w okolicznych klifach.  W totalnych ciemnościach wyjeżdżamy z dzikości i bardzo późnym wieczorem docieramy do hotelu w okolicy Monterrey.

Dzień 4

Gwoździem dzisiejszego programu jest Pinnacles National Park. Docieramy tam raczej mało krajobrazowymi drogami… od momentu opuszczenia miasta Monterrey przemieszczamy się wyłącznie przez tereny farmerskie. Chociaż światło wschodzącego słońca nadaje polom i otaczającym je wzgórzom malowniczego uroku……

Następnie wąską jednopasmową pozakręcaną drogą #146 docieramy do bramki wjazdowej do parku. Droga 146 jest bardzo malownicza, ale nie ma ani skrawka pobocza, gdzie można by się zatrzymać, żeby zrobić zdjęcie.    

Park Pinnacles podzielony jest na część wschodnią i zachodnią i połączony tylko szlakami pieszymi. My odwiedzamy tym razem wyłącznie część zachodnią.

Najpopularniejszym szlakiem jest tutaj Balconies cave trail (pętla o długości 2.4 mili).

Szlak ten oferuje wspaniałe widoki i przechodzi przez jaskinię typu tulus, utworzoną ze spadających olbrzymich głazów narzutowych, które zaklinowały się w szczelinach kanionu pozostawiając otwartą przestrzeń poniżej. Jest to jedna z największych i najłatwiej dostępnych tego typu jaskiń na świecie.

Żeby wejść do tej jaskini musimy zaopatrzyć się w latarkę – najlepiej czołową, aby mieć wolne ręce, którymi będziemy przytrzymywać się skał schodząc w dół.

Z 23 gatunków nietoperzy zamieszkujących Kalifornię aż 14 z nich występuje w jaskiniach parku Pinnackles. Są to jedyne latające ssaki, których przysmakiem sa komary i inne równie nieprzyjemne dla człowieka owady. Takich komarów w ciągu jednej nocy potrafią zjeść nawet kilka tysięcy sztuk.

Tereny parkowe są również głównym siedliskiem sokołów preriowych i miejscem wypuszczania kondorów kalifornijskich, które wykluły się w niewoli. Kondory są gatunkiem zagrożonym i dzięki staraniom wielu instytucji trwają próby przywrócenia ich populacji między innymi w Pinnackles National Park.

Szczyty, od których nazwano park, są pozostałościami wulkanu sprzed 23 milionów lat. Położona wzdłuż uskoku San Andreas połowa wulkanu została przeciągnięta 195 mil na północny zachód, gdy płyta tektoniczna, na której się znajduje, przesunęła się. Obecne skaliste wychodnie zostały zniszczone do około jednej trzeciej pierwotnej wysokości wulkanu, ale nadal oferują strome podejścia dla przybywających tu tłumnie wspinaczy.

W drodze powrotnej do wybrzeża zajeżdżamy jeszcze „rzucić okiem” na Mission Soledad.

Została ona wybudowana w 1791 roku jako kolejna trzynasta misja, której głównym celem było (jak w każdej innej misji) nawracanie Indian na wiarę katolicką i hodowla bydła, owiec i koni. Od roku 1828 co 4 lata misja była sukcesywnie zalewana przez powodzie i uległa zniszczeniu.

W 1954 roku rozpoczęto jej odbudowę i w wersji zrekonstruowanej funkcjonuje do dziś jako kościół katolicki dla lokalnej Meksykańskiej społeczności rolniczej Salinas valley.

Resztę dnia zamierzamy spędzić na wybrzeżu oceanu.

Jedziemy na początek odwiedzić pewną nietypową drogę… Palo Colorado Road – miejsce tajemnicze …. Pośród olbrzymich redwood’ów rozmieszczone są małe chatki, w których zamieszkują trolle😊.

A tak na serio to uroczo mroczne miejsce… dzikie i mało dostępne. Małe domki, z wiecznie zapalonym sztucznym oświetleniem, bo wielkie konary drzew zabierają całe słoneczne światło. Przejeżdżamy kilka pierwszych mil i zawracamy do jedynki. Żeby prawdziwy klimat tego miejsca trzeba tu przyjechać podczas zachmurzonego nieba a najlepiej w deszczowy dzień. Wtedy naprawdę można tu spotkać trolle….

Podjeżdżamy kawałek dalej na południe do Andrew Molera State park ($10/auto), skąd wybieramy się na spacer nad ocean szlakiem Creamery Meadows. Szlak wychodzi z parkingu prowadząc szeroką drogą wzdłuż zabudowań gospodarskich, a następnie odbija na południe. Przechodzimy po tymczasowym mostku na powoli płynącą rzeką Big Sur. A następnie szeroką „polną” drogą dochodzimy do malowniczej pełnej turystów plaży Molera Beach.

Szlak ma długość 2.3 mili i prowadzi praktycznie bez zmiany elewacji po płaskim terenie. Plaża jest kamienisto piaszczysta z wieloma wybudowanymi tu szałasami z dryft wood.

Ciągnie się 2,5 mili….., więc pomimo dużego zainteresowania turystycznego można oddalić się nieco od głównej jej części i nacieszyć samotnością do woli.  

Dwie ostatnie godziny tego wspaniałego dnia spędzamy na Garrapata State Beach. Parkujemy na poboczu tuż po przejechaniu mostu (Garrapata creek bridge). Prowadzi stąd ścieżka bezpośrednio do plaży, do której schodzi się po schodach.

Plaża jest piaszczysta, zakończona porośniętymi gęstą niskopnącą roślinnością klifami, a z oceanu wystają liczne skałki (sea stacks).

Ludzi jest tu stosunkowo niewiele, co bardzo nam odpowiada….

Plaża jest wręcz bajkowa, chociaż do tej bajki nie pasuje zdecydowanie wyrzucona na brzeg martwa foka.

Już po ciemku wracamy do auta i jedziemy do hotelu w Monterrey.

Dzień 5

Dzisiejszy dzień będzie w zasadzie dniem tranzytowym – wieczorem musimy być w Los Angeles skąd następnego dnia rano mamy wylot do Chicago. Pierwszym punktem po przejechaniu ponad 100 mil rolniczego terenu jest Mission San Miguel Arcangel.

Misja została ufundowana w 1797 roku, ale wkrótce pochłonął ją pożar. W ciągu pierwszych 9 lat do momentu zniszczenia misja zdążyła już „przygarnąć” i nawrócić ponad 1000 Indian Salinans, którzy bardzo ciężko na to swoje nawrócenie pracowali. W 1821 roku zakończono odbudowywanie misji i funkcjonowała ona przez kolejne 12 lat, aż do momentu, kiedy to Meksyk uzyskał niepodległość. Wtedy nastąpiła sekularyzacja – zmiana jednostki nadzorującej działalność misji z kościoła hiszpańskiego na administrację meksykańską. Indianie opuścili misję wracając do swoich pierwotnych siedzib a wszystkie budynki sprzedano. Rodzina Reed, która zakupiła całą posiadłość misyjną została wkrótce (w 1848 roku) zamordowana przez 3 Irlandzkich dezerterów, którzy uciekli ze statku. Kościół i budynki zostały następnie przekształcone na hotel, restauracje i sklepy. W 1859 roku rząd zwrócił misję Franciszkanom i znowu przekształcono ją w kościół katolicki. Unikalną cechą tej misji jest to, że jej wewnętrzne malowidła ścienne, pierwotnie namalowane w XIX wieku przez Indian Salinan, nigdy nie były retuszowane ani przemalowywane.

Teren tej misji rozciągał się 18 mil na północ i południe, 66 mil na wschód i 35 mil na zachód. Tak duże nadania ziemi były konieczne, aby misja mogła uprawiać zboża, sadzić winnice, hodować bydło, owce konie oraz muły i funkcjonować jako dochodowe przedsiębiorstwo rolnicze. W 2003 roku miało tu miejsce silne trzęsienie ziemi, które spowodowało duże zniszczenia i zamknięcie misji. Dopiero po gruntownej renowacji trwającej aż do roku 2009 otwarto ją dla zwiedzających.

Kolejny przystanek na naszej trasie to Mission San Luis Obispo de Tolosa. Powstała ona w 1772 roku i była piątą w łańcuchu misyjnym (założoną przez księdza Junípero Serra). Sam Serra był znany z zastraszania i kontrolowania rdzennych poddanych, a po „ochrzczeniu” nie pozwalał Czumaszom na opuszczanie misji. Chumasze na samym początku powstawania misji zostali zmuszeni do budowy palisad, które miały służyć jako tymczasowe budynki dla Mission San Luis Obispo de Tolosa. Jednak Indianie podpalili te budynki w akcie oporu przeciwko europejskiej kolonizacji.

Kiedy to w 1850 roku Kalifornia stała się częścią Stanów Zjednoczonych, Misja ta stała się pierwszym sądem i więzieniem w hrabstwie San Luis Obispo.

W roku 2020 pod wpływem nacisku społeczności Czumaszów usunięto z placu misyjnego pomnik Junipero Serry, uważanego przez nich jako kontrowersyjną postać związaną z ludobójstwem rdzennej ludności w obu Amerykach. Posąg został przeniesiony do magazynu na terenie misji.

Przez kolejne 2,5 godziny pokonujemy dystans 135 mil jadąc monotonną pustynno – farmerską drogą (nr. 166) i docieramy do drogi nr 33, która prowadzi nas do Los Padres National Forest. Serpentynami wznosimy się coraz wyżej i wyżej i krajobraz staje się znacznie ciekawszy. Dojeżdżamy do Rose Valley campground, skąd wychodzi szlak Rose Valley Falls trail (długość 1 mila). Trzeba zaparkować przed wjazdem na kemping, żeby uniknąć opłaty $10/auto. Jest to wodospad sezonowy i na początku października ilość wody jest już znikoma. Z piaskowcowego 30 metrowego klifu porośniętego paprociami i mchem spływają teraz jedynie strużki wody.

Jest to idealnie prosty szlak w zasadzie bez zmiany elewacji. Idziemy wąską ścieżką wzdłuż strumienia, który wcześniej musimy pokonać przechodząc po kamieniach. Mnie osobiście najbardziej urzekły tu wijące się pod nogami korzenie drzew…… układające się w niesamowicie artystyczne komopozycje.

Kolejny przystanek to Mission Basilica San Buenaventura w miasteczku Ventura.

Misja ta była jedyną misją, która miała drewniane dzwony. (Te dzwony dzwoniły tylko w tygodniu poprzedzającym Niedzielę Wielkanocną). Misję oglądamy ze znacznej odległości, bo plącze się tu za dużo gadających do siebie bezdomnych ludzi, a my nie mamy już za bardzo czasu…..i musimy pędzić w kierunku miasta Aniołów.

Na zachód słońca jedziemy do Bass Rock Beach.

Jest to plaża znajdująca się tuż przy Jedynce.

Parkujemy w dość szerokiej zatoczce i zniszczonymi betonowymi schodami schodzimy na plażę. Jesteśmy tu praktycznie sami. Plaża nie należy do najczystszych i najprzyjemniejszych …. dużo tu graffiti na skałach i na „pokruszonych” stopniach schodów…..

Ten zachód słońca to już ostatnie nasze wakacyjne uniesienie i tu też….. żegnamy się z Kalifornią.…..  

Z sercem na ramieniu jedziemy w zupełnych ciemnościach do Los Angeles, hamując co chwilę, bo w miarę zbliżania się do miasta zwiększa się liczba samochodów i wyskakujących na drogę ludzi, wracających z plaż. Dojeżdżamy do hotelu i o świcie dnia następnego wylatujemy do naszego ukochanego Chicago 😊.

Dodaj komentarz

Blog na WordPress.com. Autor motywu: Anders Noren.

Do góry ↑