WASHINGTON IDAHO OREGON 2021

Podczas tegorocznych wakacji zajęliśmy się eksploracją obszaru położonego mniej więcej na styku 3 stanów: Washington, Idaho i Oregon, wyciągając z tego terenu jak zawsze najpiękniejsze perełki przyrodnicze tj. jaskinie, wodospady, gorące źródła, malownicze górskie jeziora, spalone słońcem pustynie powulkaniczne i opuszczone miasteczka z epoki gorączki złota.

TERMIN: 29/07 – 15/08/21

TRASA: WASHINGTON (Seattle, Mount Rainier National Park: Skyline trail, Gifford Pinchot National Forest: High Rock lookout trail, Cora Lake Trail, Deer Lake trail, Leech lake, Clear Creek Falls; Yakima, OREGON (Wallowa Whitman National Forest: Van Pattern lake trail, Hoffer lake trail, Granite ghost town, Sumpter ghost town), Baker City, IDAHO (Sawtooth National Forest: Pine Flats Springs trail, Yankee Fort Gold Dredge, Custer ghost town, Lady Face Falls trail, Lily Pond and Redfish Lake Creek Falls, Redfish lake, Fishhook creek trail, Yellow Belly lake trail; Wild Rose (Milford) Natural Hot Springs, Craters of the Moon National Monument: Devil’s Orchard Nature trail, Inferno cone trail, Spatted Cones, Snow cones trail, Cave Area: Beauty Cave, Boy Scout Cave, Dewdrop Cave; Atomic city, Fort Hall Commemorative Trading Pocatello, Twill Falls, City of Rocks National Reserve: Geological Interpretive Trail, Window Arch Trail, Shoshone falls, Perrine Coulee falls, Perrine bridge, Balanced rock, Box canyon Springs, Tea Kettle cave, Boise Penitentiary Museum, Boise downtown), OREGON: John Day Fossil Beds National Monument: Sheep Rock Unit: James Cant Ranch, Flood of fire trail, Story in the stone trail, Island in time trail, Painted Hills Unit: Painted Rim trail, Leaf Hill trail, Red Scar Knoll trail, Clarno Unit: Geologic time trail, Trails of fossils, Clarno Arch trail; Antelope ghost town, Shaniko ghost town, White River falls State park, Mount Hood National Forest: Tamanawas falls, Ramona falls trail, Mirror Lake trail, Umbrella & Sahalie falls trail, Little Zigzag falls trail, River Hood) WASHINGTON (Gifford Pinchot National Forest: Curly Creek Falls, Lower Lewis Falls, Upper Lewis Falls trail, Iron Creek Falls, Bonney Lake Renaissance Fair Festival.

KOSZT CAŁKOWITY: $4,330

KOSZT WYPOŻYCZENIA AUTA: SUV 2019 Mitsubishi Outlander – $1,116

KOSZT BENZYNY: $385 (średnia cena benzyny $3.90/galon) = 2,900 mil (4,667 km)

KOSZT NOCLEGI: $1,433/14 nocy (hotele, airbnb i kempingi)

KOSZT PRZELOTU: $782/3 bilety Alaska Airlines (Chicago – Seattle/ Seattle Chicago)

SKŁAD ZESPOŁU: Mama Zuza, Jan lat 10, Basia lat 7

POGODA: Podczas tegorocznych wakacji ekstremalne upały dały się nam porządnie we znaki. Temperatury przekraczały niejednokrotnie nawet 40°C. Dochodziło do tego bardzo zanieczyszczone powietrze przepełnione gryzącym dymem pochodzącym z pożarów lasów. Paliło się najwięcej w Kalifornii, ale też i w Oregonie, Washingtonie i Idaho.

POŻARY: Lasy w tej części USA płonęły od zawsze i zjawisko to było uważane za normalne. Jednak z roku na rok pożary zaczęły się rozprzestrzeniać na coraz to większe obszary i wielokrotnie wymykać spod kontroli strażaków. Podczas naszego ponad dwutygodniowego pobytu na terenach wszystkich lasów państwowych (National Forests), które odwiedziliśmy, zarządzony był całkowity zakaz palenia ognisk, (a zagrożenie pożarowe zawsze pokazywane było na przydrożnych tablicach jako ekstremalne lub bardzo wysokie). Duży wpływ na taki stan rzeczy miały również ekstremalne susze i rekordowe upały nękające wyjątkowo dotkliwie cały obszar Northwestu i Kalifornii od wczesnej wiosny. Największy tegoroczny pożar w Oregonie – Bootleg Fire – rozciągał się na ponad 1,6 tys. km2, a w jego gaszenie zaangażowanych było ponad 2,2 tysiąca strażaków. Pożar ten był na tyle wielki, że wpływał na zmiany pogody w okolicy. Można było zobaczyć zjawiskowe flammagenitusy – chmury powstałe w wyniku silnego ogrzania wilgotnego powietrza przez pożar. W takich chmurach mogą tworzyć się burze, co grozi powstawaniem kolejnych ognisk pożarowych.

PRZEWODNIKI/MAPY: Benchmark atlasy: Washington, Idaho i Oregon, przewodniki z serii Falcon: „Hiking Waterfalls in Washington”, “Hiking Washington”, “Hiking hot springs in the Pacific Northwest” – Evie Litton, “Washington” (Moon) Matthew Lombardi, www.alltrails.com, www.oregonhikers.gov  

NATIONAL PARK PASS: uczniowie 4 i 5 klasy szkół podstawowych – darmowa karta wstępu do parków narodowych “Every kid outdoors”.

NATIONAL FOREST: do bezpłatnego wjazdu na teren lasów państwowych upoważnia National Park Pass.

PETARDY WYJAZDU:

WASHINGTON: Skyline trail (Mount Rainier National Park), Lower Lewis Falls.

IDAHO: Pine Flats hot Springs, Fishhook creek trail, Wild Rose (Milford) Hot Springs,

OREGON: Painted Hills (John Day Fossil Beds NM), Tamanawas falls, Ramona falls.

CIEKAWOSTKI:

WASHINGTON: Słynący z uprawy jabłek i produkcji wina jest siedzibą takich światowych potęg jak Boeing, Amazon, Starbucks, Costco, Microsoft czy T-mobile. Ale podróżniczo, stan ten kojarzy się przede wszystkim ze stożkami wulkanicznymi pasma Cascade, lodowcami (których jest tutaj aż 3 tysiące), wodospadami i …. deszczem. Ciekawy jest jednak fakt, że Seattle otrzymuje rocznie około 950 mm opadów, a Orlando znajdujące się na Florydzie aż 1,320 mm. Różnica polega jednak na intensywności … W Seattle średnio przez 150 dni w roku siąpi całymi dniami deszcz, natomiast na Florydzie po prostu gruchnie raz a porządnie po pół godziny dziennie (głównie podczas letnich miesięcy).    

IDAHO: Pomimo, że stan ten kojarzy się jednoznacznie z uprawą ziemniaków (30% produkcji w USA), znaleźć tu można znacznie ciekawsze miejsca niż tylko pola uprawne. Do Idaho przyjeżdżamy zobaczyć gorące źródła, wodospady, niezliczoną ilość jezior i rzek, głębokie kaniony oraz bardzo dużo opuszczonych miasteczek z epoki gorączki złota (ghost towns). Ciekawostką jest, że jedynym budynkiem rządowym w Stanach Zjednoczonych podgrzewanym w całości energią geotermalną pochodzącą z wnętrza ziemi jest właśnie capitol stojący w Boise – stolicy stanu. Aż 63% ziemi stanowej ma dostęp publiczny, co jest szczególnie istotne w przypadku gorących źródeł, z których dóbr możemy korzystać bezpłatnie. Dla fanów skoków spadochronowych nie lada atrakcją jest most Perrine w Twin Falls, z którego bez żadnych pozwoleń i licencji można skakać przez 365 dni w roku.

OREGON: W Oregonie nie możemy sami zatankować benzyny (chyba, że stacja znajduje się na bardzo słabo zaludnionym obszarze). Na każdej stacji jest obsługujący dystrybutor pracownik, który jako jedyny może „dotknąć” pompy paliwowej i wlać benzynę do naszego baku. Nasze wydatki podczas wakacji zostaną w znaczniej mierze obniżone, ponieważ podczas zakupów nie zapłacimy podatku stanowego (sales tax) dodawanego do każdego produktu w innych stanach. Przyrodniczo oczarują nas tu lasy (pokrywające aż 49% stanu), ośnieżone stożki wulkaniczne pasma Cascade Range, urokliwe rzeki, potężne wodospady raz olbrzymia ilość gorących źródeł.  

DZIEŃ 1 & 2

Nasz wieczorny lot odbył się bez żadnych zastrzeżeń, natomiast przy wypożyczaniu samochodu nastąpił nieoczekiwany problem, ponieważ firma Fox Car Rentals, (gdzie mieliśmy rezerwację) nie posiadała na stanie samochodów SUV …. Po krótkiej negocjacji otrzymaliśmy opcję możliwości odbioru SUV w dniu następnym …..co też uczyniliśmy (*a w zamian na ten pierwszy dzień otrzymaliśmy na miejscu osobówkę). Podczas obecnego sezonu turystycznego nastąpił wielki „boom” (w porównaniu z rokiem ubiegłym) i firmy wypożyczające auta dosłownie nie wyrabiają na zakrętach. Z powodu „martwego” sezonu w roku 2020 firmy wyprzedały znaczne ilości samochodów, a problemy z nabyciem nowych spowodowały znaczne uszczuplenie zasobów. Teraz ceny aut w stosunku do roku poprzedniego podskoczyły nawet o około 300%. Moja pierwsza rezerwacja zrobiona 4 miesiące wcześniej uratowała nasz skromny budżet, bo każde sprawdzanie cen przez ostatnie 3 miesiące prowadziło do uzyskania najniższej ceny $2,350 (za okres 16 dni). W całych stanach brakuje obecnie nowych aut i na razie nie zanosi się na znaczącą poprawę sytuacji. Chociaż tak naprawdę myślę, że to chciwość i nadrobienie zeszłorocznych strat w wypożyczalniach ma tu jednak największe znaczenie.

Po zamianie samochodów wyruszyliśmy najszybciej jak to było możliwe w kierunku Mount Rainier National Park (Paradise). Zjawiliśmy się na miejscu dopiero około południa i oczywiście zastaliśmy poustawiane wszędzie znaki, o braku miejsc parkingowych. Krążyliśmy jednak po głównej części parkingu (niedaleko Visitor Center) i trafiliśmy na idealny moment (opuszczania przez innego kierowcę) świetnej miejscówki. Około 12.30pm wychodzimy w końcu na szlak Skyline trail loop (długość 5,7 mili). To jeden z najpopularniejszych szlaków w parku, a może i nawet w stanie Washington. Grzeje okropnie – termometr wskazuje 36°C….. Stan Washington w tym roku odnotowuje rekordowe temperatury…. Szlak postanawiamy przejść w kierunku przeciwnym do wskazówek zegara, co jest nieco łagodniejszą opcją, (a przy tak wielkim upale robi to bardzo wielką różnicę). Aż 99% trasy prowadzi przez odsłonięte tereny, a te kilka drzew, które spotykamy na szlaku okupowane są przez upierdliwe gryzące muchy. Szlak Skyline trail loop wychodzi spod Visitor Center (które jest zamknięte z powodu pandemii) i dosyć stromo prowadzi początkowo po nawierzchni asfaltowej. Pierwszy punkt godny uwagi to wodospad Myrtle falls.

Żeby dojść do punktu widokowego trzeba na chwilę zboczyć z głównego szlaku i udać się stromo po schodkach w dół, gdzie następnie należy użyć nieco siły przeciskając się przez tłum i dobijając do barierki by przez kilka sekund pogapić się na spektakularny wodospad na tle góry Rainier połyskującej w słońcu. Po odejściu od wodospadu tłum znacznie się przerzedza, bo większość ludzi nie decyduje się na zrobienie całej 6 milowej pętli Skyline.

Przechodzimy mostek i dalej skręcając na wschód idziemy piękną okwieconą łąką zostawiając Rainiera za plecami.

Robimy kilka obowiązkowych postoi przy potoku, gdzie kapeluszami nabieramy wodę, która wylewamy następnie na głowy. Ilość płynów jaką konsumujemy jest ogromna… upał konkretnie daje nam dzisiaj „popalić”.

Przy skrzyżowaniu z 4th Crossing trail zaczynają pojawiać już połacia śniegu, co oczywiście jest super atrakcją dla dzieci. Ochładzamy się więc już nie tylko wodą ze strumienia, ale i śniegiem nacierając nim ciała 😊. Przy Sluiskin falls spotykamy pierwsze większe zbiorowiska chipmunków (polska nazwa to pręgowiec amerykański), wychylających się zza kamieni….. w celu wyżebrywania jedzenia od przechodzących turystów.

Ludzie masowo je karmią wszystkim co znajdą w plecakach, żeby tylko podchodziły bliżej i pozowały do zdjęć.

Tu też spotykamy pierwszego świstaka wylegującego się pod drzewem.

Następnie dochodzimy do przejścia przez rzekę, która w otoczeniu jaskrawo zielonej łąki wygląda wręcz zjawiskowo.

Basia ześlizguje się z kamieni do rzeki i do końca dnia chlupie już w mokrych butach……

Śniegu tu coraz więcej i krajobraz wokół nas zmienia się na bardziej surowy.

Z tego miejsca widzimy budynki Visitor Center i Lodge.

W zasadzie przez spory kawałek idziemy tylko w otoczeniu „gołych” skał.

Skrót prowadzący do Panorama point jest zamknięty z powodu zalegającej znacznej pokrywy śnieżnej.

Idziemy więc okrężną drogą….  co spotyka się z dużym protestem ze strony wymęczonych już znacznie dzieci……

Mijamy wielką na kilka metrów ścianę śniegu, która to ze względu na położenie na północnym zboczu nie zdążyła jeszcze się roztopić.

Jeszcze przed dotarciem do Panorama point, rozpościera się przed nami widok najpiękniejszej góry Washingtonu – opancerzonego w lodowce i białą śnieżną czapę.

Widoczne są również liczne wodospady wypływające z lodowców Rainier’a.

Ogólnie widok tej przepotężnej góry jest niesamowityi rzuca każdego na kolana!!! Wydaje się, że jest tak blisko nas….. Schodzimy niżej do punktu widokowego z panoramą na okoliczne góry i tu również piękno otoczenia rzuca na kolana.

Dzień się już powoli kończy więc i ludzi już nie ma tu zbyt wiele co oczywiście dodaje dodatkowego klimatu bo inaczej się odbiera otaczające nas piekno w zupełnej ciszy.

Większość przybywających do parku nie przechodzi jednak całego szlaku docierając jedynie do Panorama point lub tak jak my 2 lata temu do Glacier vista (wychodząc z parkingu Skyline trail zgodnie z ruchem wskazówek zegara). (podejście do Glacier Vista wychodzące z pod Visitor Center jest bardzo, ale to bardzo strome). Ale jak widać na zdjęciach poniżej nie było to żadnym problemem dla nowożeńców.

Schodzimy stromo w dół przechodząc wielokrotnie przez połącia śniegu. ……

i mijając jeszcze kilka świstaków, które czasami przebiegają nam dosłownie drogę przed samymi nosami.

Jesteśmy wymęczeni na potęgę….

Na parkingu jesteśmy dopiero o 8.15pm. Wyjeżdżamy z parku już o zmroku kierując się bezpośrednio na kemping w okolicy miasteczka Packwood.

Dzień 3

O świcie przejeżdżamy z powrotem przez Packwood, gdzie na boisku szkolnym dostrzegamy pasące się dość spore stado jeleni.

Kilka zdjęć i ruszamy dalej (drogami 52/84/8420) na północ skąd wychodzi szlak Big Creek trail (długość 1,2 mili) docelowo prowadzący do jeziora Cora. Jedziemy prawie półtorej godziny do wyjścia na ten szlak, który jest tak bardzo słabo uczęszczany, że nawet nie ma parkingu w miejscu, gdzie się zaczyna… (GPS źle pokazuje jego początek – trzeba jechać chwilkę dalej i wypatrywać wyjścia po lewej stronie drogi).

Znajdujemy się tuż przy południowej granicy parku narodowego Mount Rainier. Parkujemy dosłownie na drodze, która na szczęście jest bardzo słabo uczęszczana i prowadzi w zasadzie do nikąd. Wspinamy się stromo w górę wąską ścieżką wzdłuż strumienia, mijając po drodze kilka małych wodospadów.

To wręcz idealny szlak prowadzący cały czas przez gęsty las. Na miejscu witają nas krzaki oblepione borówkami i piękne górskie jezioro.

Jest to przepiękne miejsce na spędzenie kilku dni na łonie natury. Schodzimy ze szlaku i szutrowymi drogami dojeżdżamy następnie do wyjścia na kolejny szlak – High Rock Lookout trail (długość 3.6 mili). Wyjście na szlak znajduje się dosłownie na zakręcie drogi, gdzie na szczęście jest dosyć sporo miejsca do zaparkowania. Najważniejsza rzecz przydatna na szlaku to środek odstraszający komary i muchy i nakładana na głowę moskitiera.

Najgorsze z najgorszych są upierdliwie obsiadające każdego człowieka muchy……na które jedynym antidotum jest szybki ruch, bo żadne inne środki, w których posiadaniu jesteśmy nie działają. Szlak wiedzie bardzo stromo w górę i w połączeniu z upałem (dzisiaj 37°C) i tymi okropnymi muchami nie daje raczej dużego komfortu psychicznego i fizycznego. Generalnie cały czas idziemy przez las, osłonięci na szczęście od palącego słońca.

Dopiero na samej górze wychodzimy na otwartą przestrzeń, gdzie trzeba dosłownie wspiąć się do znajdującego się na szczycie starego budynku fire lookout, na którego dachu można odpocząć już bez obecności much.

Widok jaki rozpościera się z góry jest cudowny, ale niestety nie dzisiaj…. Z powodu pożarów lasów powietrze spowite jest gęstym dymem i widoczność nie należy do najlepszych.

Góra Rainier jest widoczna jak za mgłą….. Na szczycie trzeba bardzo uważać, w szczególności na dzieci, bo urwiska i strome spadki tuż obok budynku są bardzo niebezpieczne. Wracamy już dosłownie biegiem bez konieczności odpędzania się od much, bo powiew wiatru jaki robimy odpędza je sam 😊.

Szutrową drogą już bez „pomocy” GPSa (który pokazuje jakąś objazdową drogę) a kierując się jedynie mapą dojeżdżamy do Packwood na zasłużoną mega pizzę. Po wciśnięciu ostatniego kęsa jedziemy do Yakima, gdzie mamy zarezerwowany nocleg. Miasto Yakima nie należy raczej do miejsc turystycznych więc nie zamierzamy poświęcać mu ani chwili. Niebo cały czas zasnute jest gęstym żółtym dymem zawianym z płonących lasów.

Dzień 4

Wyruszamy o świcie kierując się na zachód do okolicy jeziora Rimrock. Tu jeżdżąc po szutrowych drogach wypatrujemy wyjścia na szlak, a w zasadzie wspinaczkę na górę Kloochman Rock Climb.

Dojeżdżamy do końca szutrowej drogi 1201, ale wyjścia na szlak nie znajdujemy. To ekstremalnie słabo uczęszczany szlak i kilka osób postowało na alltrails.com, że miało trudności z odszukaniem wejścia. Mimo wszystko sama przejażdżka tą drogą jest bardzo przyjemna.

Większość drzew iglastych jakie mijamy porośnięta jest jaskrawo zielonym mchem.

Zabieramy go trochę razem z patykami do naszej domowej kolekcji.

Przejeżdżamy następnie południową stroną jeziora Rimrock mijając Clear lake okupowane przez kempingujących tam turystów.

Mijamy nawet jakiś nie zaznaczony na mapie wodospad, ale droga jest bardzo wąska, a za mną jadą inne auta, więc nawet nie mamy możliwości się zatrzymać. Dojeżdżamy do głównej drogi numer 12 i skręcamy na zachód do punktu widokowego Clear Creek Falls (wysokość wodospadu 70 metrów).

Tu spaceruje się w zasadzie wzdłuż metalowego ogrodzenia rozciągniętego na całej długości ścieżki. Przepaść pod nami jest olbrzymia. Wodospad jest piękny, ale nie można go zobaczyć w całej okazałości ze względu na te barierki.

Po zrobieniu kilku zdjęć podjeżdżamy jeszcze kawałeczek na zachód do jeziora Leech.

To przepiękne dzikie jezioro, skąd wychodzi szlak prowadzący do jeziora Deer, ale przede wszystkim jest to część szlaku Pacific Crest Trail – najdłuższego szlaku w Stanach zjednoczonych, ciągnącego się od Meksyku aż po Kanadę i przecinającego Kalifornię, Oregon i Washington (długość 2,650 mil). Nasz szlak (Deer lake trail) rozpoczyna się kilkoma zawijasami prowadząc trochę stromo do góry, a następnie cała dalsza wędrówka odbywa się generalnie po małym nachyleniu terenu.

Najgorsze poza upałem są znowu te upierdliwe muchy!!! …. Nie da się wędrować bez moskitiery nasuniętej szczelnie na głowę. Nie da się też usiąść… bo za każdym razem kiedy przystajemy siadają na nas i podgryzają nasze niczemu winne ciała. Nad samym jeziorem do zestawu much dochodzą jeszcze komary!!! Tam nie możemy nawet na sekundę przystanąć, żeby odsapnąć!!!! Dosłownie jeden „rzut okiem” na taflę jeziora i ucieczka z powrotem na dół do parkingu…..

Biegniemy, bo wtedy nie trzeba odganiać się od tych potworów……Nie wiem czy są jakieś skutecznie działające spreje na muchy, ale te które mamy (na komary) nie działają. Wskakujemy do auta i wracamy umęczeni (ekstremalnym gorącem i muchami) do hotelu w Yakima, gdzie z wielką rozkoszą wskakujemy do basenu.

Dzień 5

Dziś wyruszamy w kierunku wschodniego Oregonu. Niebo cały czas spowite jest żółtawym dymem, a temperatura od samego rana bardzo wysoka. Pierwszy postój robimy w oddalonym o 20 mil od Yakima – Zilloh, gdzie jedyna atrakcją jest stuletnia niedziałająca już stacja benzynowa z budynkiem w kształcie czajniczka do herbaty – (Teapot Dome Service Station).

Do kolejnego punktu jedziemy nudnymi zadymionymi polami, po których poruszają się tylko wypełnione dobrami rolniczymi ciężarówki,

następnie przemierzamy rzekę Columbia (Welcome to Oregon!) i wskakujemy na autostradę nr. 84. Zamierzamy dzisiaj przejść 2 szlaki znajdujące się w Wallowa Whitman National Forest. Od razu po wzniesieniu się ponad dolinę, poziom zadymienia się zmniejszył i ujrzeliśmy piękne niebieskie niebo! Ruszyliśmy w górę szlakiem w kierunku Van Pattern lake (długość 2,8 mili), najpierw dosyć stromą starą szutrową drogą (chowając się co chwila w zacienionej jego części)

Po przejściu około 1 mili dochodzimy do końca drogi i szlak znacznie zwęża się prowadząc dalej pod równie znacznym nachyleniem. Szlak usłany jest granitowymi skałami, których to kilka sztuk ląduje w naszych plecakach.

Ścieżka jest bardzo słabo uczęszczana (spotkaliśmy tu tylko 3 inne grupki ludzi). Dochodzimy do jeziora, ale kierujemy się od razu do zacienionego miejsca położonego nad wypływającą z niego rzeczką.

Janek z Basią przez następną godzinę budują tamę, a mama relaksuje się wsłuchując w szum strumyka 😊.

Nie nękają nas tu żadne komary ani muchy! Zero insektów! Po zejściu ze szlaku przejeżdżamy kawałeczek na zachód do Anthony lakes. Wyjście na szlak prowadzący do Haffer lakes (długość 1 mila) znajduje się na parkingu przy południowo wschodniej części jeziora Anthony.

Jeśli spojrzymy na google map to widzimy drogę NF 300-172 otaczającą to jezioro, ale w rzeczywistości droga kończy się właśnie w punkcie skąd wychodzi szlak. Wędrujemy na wschód ścieżką wzdłuż jeziora Anthony aż do rozwidlenia ze szlakiem odchodzącym na prawo. Hoffer lake trail jest bardzo prostym i przyjemnym szlakiem prowadzącym do dwóch jeziorek i małego wodospadu.

Jest w zasadzie nieuczęszczany, przynajmniej w czasie, kiedy my po nim spacerujemy. Idzie się cały czas wzdłuż szemrzącego strumienia po lesie mijając wielkie głazy narzutowe.

Trzeba przekroczyć kilka drewnianych mostków.

Iście sielankowy szlak perfekcyjny dla dzieci. Po zejściu ze szlaku leśnymi drogami jedziemy do Granite ghost town, (przez które generalnie tylko przejeżdżamy) …..

i do Sumpter ghost town, znacznie ciekawszego już miejsca.

Parkujemy przed zamkniętym (na kłódkę😊) szlabanem kolejowym, który prowadzi do Sumpter Valley Dredge State Heritage Area. Muzeum jest już zamknięte, ale szybko przedzieramy się przez park, żeby zobaczyć słynną koparkę złota.

Pierwsza pogłębiarka do pozyskiwania rud złota w Sumpter Valley została zbudowana w 1912 roku i była wyposażona w 65 „wiader”. Pracowała z częstotliwością 21 wiader na minutę (wydobywając 7 m3 materiału na minutę). Wiadra wnosiły naładowaną złotem ziemię na szczyt pogłębiarki, gdzie następnie wrzucały ją do leja samowyładowczego. Stamtąd woda spłukiwała skały i ziemię dalej do obracającego się metalowego bębna, gdzie materiał był „przemywany”, a mniejsze cząstki spadały przez calowe otwory do specjalnych skrzynek, podczas gdy większy materiał płynął dalej w kierunku układarki, gdzie był przenoszony przez przenośnik taśmowy spadając z tyłu, i tworząc stosy odpadów poflotacyjnych. Trzy lata później zbudowano tu znacznie bardziej wydajny No. 2 Dredge, który możemy zobaczyć właśnie dzisiaj. W roku 1934, (kiedy to cena złota podskoczyła z $20 na $35 za uncję) koparki te pracowały 24h/dobę przez 7 dni w tygodniu, robiąc sobie tylko przerwę na Święto Niepodległości, Boże Narodzenie oraz 3 letnią ustanowioną odgórnie przez rząd przerwę podczas trwającej drugiej wojny światowej. Działalność wydobywcza została dopiero definitywnie zakończona w 1954 roku (stratą w wysokości 100 tysięcy dolarów).

Sumpter, przez które następnie przejeżdżamy, jest uroczym, klimatycznym, leżącym totalnie na uboczu miasteczkiem (nie obleganym przez turystów). Stare budynki w nieznacznym stopniu odrestaurowane nadają mu autentyczny charakter miejsca z epoki gorączki złota.

W roku 1897, kiedy to miasto zostało „połączone” koleją z resztą świata nastąpił wielki „boom” i zaczęło osiedlać się tu wielu spragnionych bogactwa górników. Pod koniec XIX wieku zamieszkiwało tu ponad 2,000 osób, na których potrzeby wybudowano nawet operę, browar i liczne bary…. a większość budynków miało dostęp do elektryczności. Po wielkim pożarze w 1917 roku wszystko niestety podupadło i nigdy nie wróciło do epoki wcześniejszej świetności.     

W strugach deszczu jedziemy do równie klimatycznego Baker city gdzie mamy zarezerwowany nocleg.

Dzień   6

Wstajemy o świcie i po superwytwornym śniadaniu serwowanym w naszym motelu wyruszamy na podbój IDAHO.

Przez pastwiska i łąki wypełnione wylegującym się bydłem, docieramy do Boise National Forest.

I dalej wzdłuż rwącej rzeki Payette, (na której to bardzo popularną formą rekreacji są spływy kajakowe i pontonowe), jedziemy do naszego pierwszego celu – gorących źródeł – Pine Flats Hot Springs.

Gorące źródła wypływają tutaj z górnej części skał tworząc geotermalne kaskady i napełniając wszystkie 4 małe baseniki. Ten znajdujący się najwyżej ma oczywiście najgorętszą temperaturę, ale żeby się tam dostać trzeba bardzo ostrożnie wdrapać się po śliskich porośniętych glonami skałach.

 

Kąpiel w gorących źródłach przy temperaturze otoczenia około 35°C nie jest jak się okazuje najlepszym pomysłem😊. Wytrzymujemy tam dosłownie 15 minut (temperatura wody to około 32°C) co chwilę schładzając stopy w lodowatej wodzie z South Fork Payette river (rzeka ma zbyt rwący nurt, żeby do niej w wchodzić w całości).

Znalezienie tych gorących źródeł nie jest trudne. Trzeba zaparkować na kempingu Pine Flat campground (jest mały dobrze oznakowany parking przy samym wyjściu nas szlak) i dalej podążać ścieżką (około 0,25 mili) wzdłuż rzeki. Dochodzimy do pierwszego baseniku, który znajduje się znacznie powyżej poziomu rzeki, ale moim zdaniem najlepsze są te umiejscowione dalej przy samej rzece. Piękne sielankowe miejsce, z przeznaczeniem na błogi relaks ale raczej na sezon jesienno zimowy niż na uparno letni…..  

Największą atrakcją turystyczną stanu Idaho są właśnie gorące źródła, których to znajduje się tutaj aż 340 sztuk, z czego 130 dopuszczonych jest to „wymaczania”. Najwspanialszą rzeczą jest fakt, że za większość z nich znajduje się na terenach publicznych i możemy swobodnie bez żadnych ograniczeń korzystać z ich zdrowotnych dóbr, ewentualnie płacąc tylko za parking $5 (jeżeli nie posiadamy National Park pass lub National Forest pass).

Prawie 90% gorących źródeł w Idaho jest „podgrzewana” pozostałością energii, która powstała po uderzeniu meteorytów w pobliżu linii uskoków 17 milionów lat temu, (które miało miejsce w dzisiejszym południowo-wschodnim Oregonie). Kolizja ta dramatycznie zmieniła niegdyś bujne, zalesione tereny w krajobraz pustynny, który widzimy dzisiaj, totalnie niszcząc również istniejące życie na pozostałym terenie dzisiejszego Oregonu i Washingtonu. Meteoryt znajduje się bardzo głęboko – tak głęboko, że północnoamerykańska płyta tektoniczna przesuwa się dosłownie nad nią. Gdy płyta powoli się porusza, gorące miejsce okresowo wybucha lawą wulkaniczną, co bezpośrednio możemy zaobserwować chociażby w Yellowstone, jak również tutaj w Idaho właśnie w postaci gorących źródeł. A ponieważ ziemia nad gorącym punktem nadal się przesuwa, Yellowstone w końcu będzie wyglądał jak teraz kratery w Craters of the Moon National Monument, (surowy krajobraz pogrążony w czarnej lawie aż po horyzont…. ). Co jednoznacznie oznacza, że ​​kiedyś kratery wyglądały jak dzisiejszy Yellowstone…

Gorąca woda źródlana często zawiera duże ilości rozpuszczonych minerałów. Pochodzą one oczywiście ze skał, przez które przepływa woda, a ponieważ jest ona gorąca rozpuszcza minerały w znacznie większym stopniu niż robi to zimna woda. Czasami przebywając w takich gorących źródłach możemy poczuć nieprzyjemna woń zgniłych jajek…. A w rzeczywistości jest to siarka wydostająca się z wnętrza ziemi razem z wodą. Niektóre źródła zawierają również dużo rozpuszczonego żelaza. Minerały wynoszone na powierzchnię w gorących źródłach często wynoszą też mikroorganizmy ekstremofili, przystosowanych do życia w ekstremalnych warunkach – w tym przypadku wysokich temperaturach.  

Ludzie od tysięcy lat wykorzystują gorące źródła do kąpieli, relaksu lub terapii medycznej. Jednak niektóre są na tyle gorące, że zanurzenie może być dla nas szkodliwe, prowadząc do poparzeń i nawet do śmierci. Odwiedzaliśmy w przeszłości takie gorące źródła, gdzie przed wejściem rekomenduje się wlanie kilku misek zimnej wody do baseniku by właśnie uniknąć „przegotowania”. A więc odwiedzając gorące źródła warto ze sobą zabrać np. wiadro).

Rozgrzani słońcem i kąpielą jedziemy zameldować się na kempingu w Stanley, mijajać nadpalone kikuty drzew.

A ponieważ dzień się jeszcze nie skończył jedziemy się powłóczyć trochę po Custer ghost town mijając malowniczą dolinę i miasteczko Stanley.

Przed miasteczkiem znajduje się zabytkowa koparka złota – Yankee Fort Gold Dredge (ostatnia wycieczka 4.30pm), którą to niestety możemy pooglądać tylko z zewnątrz…..  

Custer ghost town (znajdujące się na liście National Register of Historic Places) to odrestaurowane miasteczko, którego istnienie związane było oczywiście z gorączką złota. Założone w 1879 było stosunkowo słabo zaludnionym miejscem (maksymalna liczba ludności to 600), ale posiadającym własne więzienie, pocztę, szkołę, drużynę bejsbolową, a nawet „Chinatown”, zamieszkiwane przez 30 chińskich górników. W 1903 wszystko zaczęło podupadać i w ciągu kolejnych 7 lat Custer stał się ghost town.

Pod koniec lat 90-tych XX wieku miejscem tym zaopiekował się zarząd lasów państwowych i Departament Parków i Rekreacji odnawiając i rekonstruując większość budynków. My docieramy tu po godzinie 5pm i mijamy się z rangerami zamykającymi wszystkie pomieszczenia….

Wracamy do Stanley podziwiając sielskie doliny i pasące się na nich bydło na tle Sawtooth mountains. Rozstawiamy namiot i przygotowywujemy się do „mroźnej” nocy…. Temperatura spada do około 6°C. W ciągu dnia w dolinie temperatury osiągają ponad 30°C, natomiast w nocy w środku lata można nawet spodziewać się przymrozków.

Dzień 7

Wstaliśmy jak zawsze o świcie … chociaż wcale łatwo nie było wygrzebać się z ciepłych śpiworów…. Śniadanie zjedliśmy opatuleni w polary i czapki….

i rozgrzani gorącą herbatą ruszyliśmy na północ w kierunku Stanley Lake, skąd wychodził nasz szlak do wodospadu Lady Face falls (długość 4.6 mili).

Pierwsze 2 mile idzie się prawie po płaskim terenie,

następnie około 0,3 mili stromo pod górkę i w momencie jak będziemy już na znacznym wzniesieniu musimy zacząć rozglądać się za małym drewnianym znakiem umiejscowionym na pniu drzewa po prawej stronie ścieżki, a następnie skręcić w lewo i tu już momentami improwizując trzeba dostać się do koryta rzeki…. Miejscami jest naprawdę stromo, a jedyną naszą asekuracją są wystające korzenie czy gałęzie drzew. W dolinie wita nas niesamowicie orzeźwiająca bryza… idealna w tak upalne przedpołudnie. Siedzimy nad rzeką ponad godzinę racząc się przyjemnym chłodem.

Wodospad, a w zasadzie szereg kaskad na rzece może nie jest zbyt spektakularny, ale w tak suchym i gorącym klimacie daje orzeźwiającego kopa. Wspinaczka z powrotem do głównej ścieżki wysysa z nas ostatnie poty…. Wracamy tym samym szlakiem na parking, po drodze mijając już dziesiątki turystów podążających w kierunku wodospadu.

Jedziemy następnie nad jezioro Redfish, które jest miejscem nastawionym głównie na rekreacyjne spędzanie czasu. Można tu wynająć kajaki, łódki, motorówki, pontony albo tak jak my wykupić przejazd na południową stronę jeziora, by przespacerować się Lilly Pond and falls trail (długość 1,7 mili). Ponieważ nie mieliśmy pojęcia, gdzie znaleźć miejsce, z którego wypływają Boat shuttles, udaliśmy się po poradę do Redfish Ranger station. Poza tą informacją na każde inne pytanie dotyczące okolicznych szlaków nie uzyskałam, jak się okazało poprawnej odpowiedzi. Trzech zblazowanych młodocianych strażników parku nie miało pojęcia o szlakach znajdujących się w okolicy…. Wrrrr…. Zawsze mnie to wyprowadza z równowagi… jak można być strażnikiem w parku i nie posiadać wiedzy na temat tego co w tym parku się znajduje…… Pojechaliśmy zatem szybko na marinę znajdującą się przy Redfish Lodge, i odnaleźliśmy miejsce na molo, gdzie sprzedawane są bilety. (Cena w obydwie strony dla dorosłej osoby to $19, dla dziecka poniżej 6 roku – $8).

Łódki te odpływają w zasadzie na żądanie…. Jeśli zbierze się minimum 2 osoby. Gorzej jest z powrotem… Odbiór odbywa się tylko w godzinach 9am,12pm,3pm,5pm,7pm. Jeśli nie zdąży się na ostatni „pickup” to niestety trzeba drałować 5 mil pieszo. Łódka w zastraszająco szybkim tempie (miało być 11 minut… a w rzeczywistości było 7) przenosi nas na drugą stronę jeziora (Redfish Inlet transfer camp), skąd po wypełnieniu pozwolenia na maszerowanie w Sawtooth wilderness (wilderness permit) ruszamy na szlak. Idzie się ciężko, bo wysoka temperatura wysysa z nas ostatnie soki… Nikogo poza nami na szlaku nie spotykamy. Z tego miejsca wychodzą również inne długodystansowe szlaki oraz dojście do kempingu. Widok samego jeziorko Lilly nie powala na kolana – i jak sama nazwa wskazuje – porośnięte jest liliami ….  teraz jedynie liśćmi liliowymi, a tak naprawdę na pierwszy rzut oka wygląda jak zarośnięty staw 😊. Spektakularny jest natomiast wodospad (do którego trzeba podejść kolejne 0.25 mili), oglądany niestety z góry.

Nie ma możliwości, żeby zejść do jego podnóża. Wracamy wymęczeni do miejsca gdzie o 5pm ma nas odebrać łódka…..ale przed nami wyrasta kolejka około 30 osób i również za nami w dość szybkim tempie ustawia się kolejne 30. Pierwsza łódka, która się tu zjawia około 4.30pm zabrała 8 osób, więc czekaliśmy spokojnie dalej, druga łódka podobną ilość, ale dostaliśmy pocieszającą informację, że następna jaka przypłynie będzie większa i zdoła zabrać około 25 osób.

Tak też się stało i o 5pm płynęliśmy już znacznie bardziej komfortową skorupką z powrotem. Przez kolejne 2 godziny jakie spędzamy w komercyjnej części jeziora raczymy się kąpielą w lodowatej wodzie, wsuwaniem frytek i hamburgerów i słuchaniem muzyki dochodzącej z ustawionej na przyczepie ciężarówki sceny.

Wracamy na kemping by zakończyć dzień przyjemną biesiadą przy ognisku (kemping jest położony na prywatnym terenie, dlatego palenie ognisk jest dozwolone).

Dzień 8

W nocy poza niską temperaturą doświadczamy również całkiem intensywnego deszczu… a więc o poranku mamy wielką przyjemność składania mokrego namiotu…. Po rozgrzewającej owsiance ruszamy na pierwszy szlak znajdujący się również w okolicy Redfish lake. Fishhook trail (długość 4.5 mili) to chyba najłatwiejszy szlak, jakim idziemy podczas tegorocznych wakacji. Praktycznie idzie się po płaskim terenie w miarę szeroką ścieżką, pośród pachnących świerków.

Niestety na przeszkodzie stanęła nam tym razem burza z przerażającymi grzmotami i nie udało nam się dotrzeć do końca szlaku.

Kończymy go na granicy z Sawtooth wilderness, skąd mamy na szczęście cudowny widok na pasma górskie.

Przemoczeni wracamy do auta…. na które wcześniej położyliśmy namiot…żeby się wysuszył po deszczowej nocy…😊  Nie pozostaje nam nic innego jak wybrać się na lody… by nieco rozweselić wkurzone miny przemoczonych dzieci😊. Pomimo niepewnej pogody postanawiamy udać się na kolejny szlak – Yellow Belly lake (długość 5.1 mili) (wychodzący z Pettit lake campground).

Wychodzą stąd również inne szlaki, dlatego też pomimo dość sporej ilości miejsc parkingowych jest problem ze znalezieniem czegoś wolnego. Początkowa pierwsza mila szlaku jest dość ciężka – suniemy w deszczu stromo pod górę odpoczywając co kilka kroków… Deszcz na przemian z przypalającym słońcem nie jest zbyt komfortowy zważywszy na fakt ciągłego nakładania i zdejmowania workowych płaszczyków (kurtek przeciwdeszczowych nawet nie braliśmy, bo ugotowalibyśmy się w nich żywcem). Kiedy już dochodzimy do granicy lasu nachylenie terenu znacznie się zmniejsza by następnie po „zdobyciu” wzniesienia i długim odpoczynku w cieniu drzew … prowadzić nas w dół aż do samego jeziora Yellow Belly.

Po dojściu do skrzyżowania szlaków odbijamy w prawo i po pokonaniu 0,5 mili w końcu zasiadamy na malutkiej piaszczystej plaży. To jedyne dojście do jeziora i przez chwile dzielimy je z 3 jeźdźcami konnymi 😊.

W Idaho to bardzo popularna forma pokonywania szlaków i dość często spotykamy horsehikerów 😊. W stanie „zarejestrowanych” jest ponad 220 tysięcy koni, a więc na 1 konia przypada 8 mieszkańców…. Nic więc dziwnego, że gdziekolwiek pojedziemy zawsze widzimy konie 😊.   

 

Konie przez pół godziny stoją w jeziorze pijąc wodę…. nie tylko my jesteśmy wymęczeni gorącem…. Kilka groźnie brzmiących grzmotów przyśpiesza nasz powrót. Jakie jest nasze zdziwienie, kiedy po odejściu od jeziora zauważamy mały parking zapełniony autami. Zblazowane rangerki w odwiedzanym przez nas wczoraj Ranger station w Redfish lake nie wspomniały o tym ani słowem, a NFR 365 Road widoczna na mojej mapie topograficznej wyglądała raczej jak ścieżka niż przejezdna droga. OMG…Dzieci się delikatnie wkurzyly….. Poganiani przez groźnie brzmiące grzmoty i nadciągające ciemne chmury pomknęliśmy z powrotem.

Opuszczamy już piękne tereny Sawtooth National Forest wyjeżdżając ciągnącymi się zakrętasami.

Dzień 9

Dzisiaj niestety przez cały dzień będziemy spoglądać na niebo spowite brunatno-żółtym dymem, który przesłania znaczną ilość promieni słonecznych dając wrażenie wieczornego półmroku. Pierwszym naszym super miejscem są gorące źródła Wild Rose (Milford) Natural Hot Springs (do miejsca tego nie zaprowadzi nas ani GPS, ani mapa topograficzna ani żadne znaki drogowe). Źródła znajdują się na terenie prywatnym, ale wzdłuż głównej drogi # 26, dlatego łatwo je odnaleźć. Znajdują się dokładnie 15,1 mili na zachód od wjazdu do Crater of the Moon NM. Po północnej stronie drogi znajduje się dość spora zatoczka, gdzie należy zaparkować i podejść króciutką ścieżką do baseniku ulokowanego w czarnej lawowej skale. Ponieważ słońce przesłonięte jest gęstą warstwą dymu, temperatura jeszcze nie zdążyła wzrosnąć na tyle aby odmówić sobie kąpieli w gorącej wodzie….

Źródła te są wyjątkowe, na tyle głębokie, że można w nich pływać….

Po kilkudziesięciominutowym wymoczeniu jedziemy dalej na wschód do Crater of the Moon National Monument. Zaraz przy wjeździe po lewej stronie znajduje się Visitor Center, od którego zaczynamy. Dostajemy od rangerki zeszyty ćwiczeń potrzebne do zdobycia kolejnej odznaki Junior Rangera. Z powodu pandemii wygląda to trochę mniej rygorystycznie niż dotychczas… Rangerka od razu wręcza dzieciom odznaki, bez konieczności okazania wykonanych zadań. Cała odpowiedzialność przerzucona jest więc na rodzica, który musi/powinien/chce teraz dopilnować by te zadania były wykonane. Ponieważ zamierzamy trochę pokręcić się po jaskiniach musimy uzyskać odpowiednie pozwolenie (permit), który tak naprawdę jest pieczątką odbitą na naszej mapie parkowej. Po krótkiej rozmowie i upewnieniu się, że rozumiemy zagrożenie jakie niesie ze sobą „zespół białego nosa” (white nose syndrome) ranger stempluje nam mapę i jedziemy eksplorować rozpościerający się aż po horyzont iście księżycowy krajobraz. Uogólniając zasady – nie możemy wejść do żadnej z jaskiń na terenie parku, jeśli ostatnio przebywaliśmy w innej jaskini w ubraniu czy butach, które mamy obecnie na sobie. (Chodzi o to by nie przenosić śmiercionośnych grzybów, które zabijają nietoperze).  

Kratery Księżyca znajdujące się tutaj powstały w wyniku erupcji wulkanicznych, które rozpoczęły się zaledwie 15 tysięcy lat temu (ostatnia aktywność miała tu miejsce 2100 lat temu). Według geologów obszar ten pozostaje obecnie jako uśpiony wulkanicznie, a wybuchy mogą zdarzyć się jeszcze przez jedynie kolejne tysiąc lat. Znajdują się tu między innymi rozległe pola lawy (prawie każdej odmiany lawy bazaltowej) oraz jedne z najgłębszych znanych ryftów tektonicznych na Ziemi. Możemy odwiedzić kilka jaskiń lawowych (lava tubes) i wypatrzeć zagłębienia po korach drzew wypalone przez płynącą lawę (tree molds).

Zaczynamy od szlaku – Devil’s Orchard Nature trail (długość 0,5 mili).

To w zasadzie krótki spacer – pętla – po wyasfaltowanym chodniczku pomiędzy różnymi formami lawy. Wypatrujemy tutaj też małą jaskinię.

Podjeżdżamy do następnego punktu jakim jest Inferno cone (długość szlaku 0.4 mile). Strome podejście daje nam trochę w kość…

ale panoramiczny widok na szczycie wulkanu rekompensuje jak zawsze poniesiony wysiłek. 

Kolejny przystanek to Spatted cons i Snow cone – krótkimi chodniczkami podchodzimy do miniaturowych stożków wulkanicznych,

gdzie na dnie jednego z nich dostrzegamy zbrylony śnieg i lód.

Punktem kulminacyjnym są oczywiście jaskinie (Lava tubes): Indian Tunnel, Boy Scout, Beauty Cave. Spacerujemy długą wyasfaltowaną dróżką pomiędzy jaskiniami zaglądając do każdej z nich.

Są to naturalne tunele lawowe, które powstają, gdy lawa o niskiej lepkości zastyga na powierzchni, podczas gdy we wnętrzu wciąż trwa jej przepływ. Ściany tunelu pogrubiają się wraz ze stygnięciem skał, ale trwający przepływ może powodować topnienie skał położonych niżej, obniżając tym samym dno tunelu.

Penetracje jaskiń musimy niestety zakończyć przedwcześnie, bo Basia kaleczy sobie nogę ostrą krawędzią skały. Wyjeżdżamy z parku kierując się na wschód i przejeżdżając przez Arco (dziura zabita dechami) i Atomic city (totalna dziura zabita dechami). Były to pierwsze na świecie miasteczka zasilanie w pełni energią atomową. Niedaleko znajdował się eksperymentalny reaktor jądrowy, który zresztą wybuchł w 1961 zabijając 3 pracowników i napromieniowując cały ten obszar. Ofiary musiały zostać pochowane w ołowianych skrzyniach zalanych betonem w celu zmniejszenia wycieku radioaktywności jaką nabyły podczas wybuchu. Nudną i monotonną drogą docieramy do miasta Pacatello, gdzie odwiedzamy muzeum i replikę fortu (Fort Hall Commemorative Trading Post and museum). (3002 Avenue of the Chiefs, czynne od 10am do 4pm, wstęp $6/$3dziecko).

Fort zbudowano w tym miejscu w 1834 roku i pełnił on przez krótki okres czasu funkcję handlową. Przez jego teren przechodzili odkrywcy, traperzy, handlarze futrami, rdzenni Amerykanie, pionierzy i poszukiwacze złota.

Dzisiaj to jedynie replika, ale bardzo wiernie odtworzono cały jej układ. Jest bar (saloon), bank, sąd, kościół, szkolna sala (gdzie dzieciaki z wszystkich klas byli nauczani razem) i gabinet lekarski, gdzie lekarz za jedyne $0.75 nastawiał złamane kości 😊.

Ciekawostką jest fakt, że w 1948 roku burmistrz miasta Pocatello, (George Phillips), wydał „Rozporządzenie o uśmiechu” zakazujące nieuśmiechania się….. Ciężko dzisiaj jednak zauważyć tu ludzi, którzy tego prawa przestrzegają. Po zamknięciu muzeum opuszczamy miasteczko i wyjeżdżamy w kierunku Twin Falls.

Dzień 10

Dzisiaj wyruszamy na wycieczkę do City of Rock National Reserve (wstęp bezpłatny). Droga jest bardzo monotonna i przez około 1.5 godziny oglądamy głównie pola i pastwiska. Zaczynamy od odwiedzenia Visitor Center, gdzie dostajemy darmowe mapki parku i oglądamy krótki film o geologii terenu. Pierwszy i najciekawszy szlak w parku to Geology trail (długość 1,5 mili).

Jesteśmy generalnie na pustyni przy temperaturze około 35°C więc ciężko jest znaleźć solidną motywację u dzieci do wędrówki po odsłoniętym nagrzanym terenie….

Na szlaku poza nami spotykamy jeszcze tylko jedna osobę….. Przedzieramy się pomiędzy skałkami i zziajani wracamy do auta.

Kolejny ciekawy punkt to Window Arch,

do którego prowadzi bardzo krótka ścieżka i Register Rock z podpisami pierwszych pionierów wyrytymi na skale.

Resztę parku zwiedzamy z okien samochodu 😊…..

I znowu przez pola i pastwiska wracamy to Twin Falls……nudna półtoragodzinna droga…..

Główną atrakcją tego miasta jest 65 metrowy wodospad – Shawnee falls (wjazd $5/auto). Położony na terenie prywatnym, jest to tak naprawdę park miejski, gdzie możemy podejść na taras widokowy podgryzając kupionego obok w budce loda.

Takie łatwo dostępne atrakcje turystyczne jak się można domyśleć przyciągają tłumy. Robimy kilka zdjęć i uciekamy dalej….

W poszukiwaniu szlaku prowadzącego do Perrine Coulee falls korzystamy z jakiegoś błędnego opisu i lądujemy na wzniesieniu z widokiem na Perrine bridge 😊 – ósmy co do wysokości most w Stanach Zjednoczonych – (wysokość 149 metrów).

Jedyne miejsce w kraju, gdzie można skakać na spadochronie przez cały rok bez specjalnych pozwoleń. W lipcu 2006 roku pewien zapaleniec o imieniu Dan Schilling skoczył z mostu 201 razy w ciągu 21 godzin, aby zebrać pieniądze na cele charytatywne. Schilling był podnoszony na szczyt mostu przez dźwig po każdym skoku.

W końcu odnajdujemy miejsce (w zatoczce na jednym z zakrętów drogi), gdzie możemy zaparkować, żeby zobaczyć 60 metrowy wodospad Perrine Coulee.

Otaczamy wodospad przechodząc pod wyżłobioną skalną wnęką podziwiając jego piękno ze wszystkich stron. 

 

Dzień 11

Wyjeżdżamy rano z Twin Falls kierując się znowu przez te wszechobecne pastwiska do parku Balanced Rock.

Po drodze – na drodze zauważamy dowód na to, że nie tylko w Polsce robotnicy przychodzą nie w pełni trzeźwi do pracy 😊.

Balanced Rock ma 15 metrów wysokości i waży aż 40 ton. Stoi na piedestale o wymiarach 90 cm x 43cm.

Jest to formacja lawy ryolitowej, która powstała około 15 milionów lat temu w wyniku aktywności wulkanicznej. Ta „balansująca skała” została następnie wyrzeźbiona przez wiatr i wodę na przestrzeni milionów lat.

Jedziemy dalej przez łąki i pola w poszukiwaniu wodospadów umiejscowionych na rzece Snake River, ale jedyne co znajdujemy to betonowe tamy i hydroelektrownie ☹.

Całkiem ciekawą naturalną atrakcją jest natomiast Earl M Hardy Box Canyon Springs Nature Preserve.

Są to naturalne źródła o ekstremalnie olbrzymim przepływie ponad 180 tysięcy galonów (680 tysięcy litrów) na minutę, co czyni je 11 co do wielkości źródłem w Stanach Zjednoczonych. Ponieważ woda przepływa przez pęknięcia i szczeliny skały bazaltowej zawierającej warstwę wodonośną, woda jest bardzo czysta.

Podziwiając je z góry widzimy otaczające źródła jasnozielone rośliny. Są to Water Veronica, która jest wskaźnikiem „zdrowia” strumienia i źródła. Wyjeżdżamy dalej kierując się na północ.

Naszym celem jest jaskinia lawowa Tea Kettle cave….

Dotarcie do niej nie jest jednak takie proste…. Na naszej mapie topograficznej nie ma zaznaczonej w ogóle tej jaskini, więc jedynym naszym pomocnikiem staje się GPS…. Który niestety wyprowadza nas w przysłowiowe pole. Wjeżdżamy w polną drogę Canal Road (na wschód od wioski Bliss),

przejeżdżamy tory i dalej wiedzeni wzdłuż kanału nawadniającego jedziemy w miarę normalną szutrową drogą.

Nagle GPS stwierdza, że musimy skręcić w drogę, której nie ma. Widoczne są jedynie odciski kół tu i ówdzie…. oraz bujna roślinność umiejscowiona niejednokrotnie w centralnej cześci drogi…….

Ale jedziemy…. do momentu, kiedy to przed nami wyrasta zamknięta kolczasta brama…

Zawracamy więc do skrzyżowania z Canal Road i próbujemy szczęścia jadąc dalej wzdłuż kanału. Tu również po przejechaniu około 2 mil pojawia się ogrodzenie…… Wracamy więc do głównej asfaltowej drogi i jedziemy totalnie naokoło (przejeżdżając przez Gooding) i atakując od drogi numer 1400 South, a następnie Dead Horse cave Road. Droga szutrowa nienajgorszej jakości prowadzi nas do rozwidlenia z małym parkingiem. GPS pokazuje, żeby jechać dalej kolejne 2 mile, ale mi wyraźnie widzimy zejście do jaskini w miejscu, którym się obecnie znajdujemy.

Po zerodowanych schodach schodzimy do lava tube z latarkami na głowach….

Dochodzimy do końca głównej jamy i zawracamy bo Basia nie jest zdecydowanie fanką ciemnych pomieszczeń… przed wejściem do jaskini Janek znajduje całą garść łusek po nabojach z jakiegoś wielkiego karabinu…..Wracamy tą samą okrężną drogą i jedziemy bezpośrednio do stolicy stanu – BOISE.

Największą atrakcją tego miasta jest zdecydowanie Old Idaho Penitentiary museum (będące na liście National Register of Historic Places)(wstęp $6/$3 dziecko). Więzienie to zostało otwarte w 1872 roku z przeznaczeniem dla najbardziej niebezpiecznych przestępców z dzikiego zachodu.

Dzisiaj zwiedzać możemy tutaj 30 budynków m.in. bloki więzienne, izolatki, szubienicę, a także (co przykuło największą uwagę dzieci) potężną kolekcję zabytkowej broni.

Więzienie otoczone jest ponad pięciometrowym kamiennym murem (wykonanym z piaskowca pozyskanego przez więźniów z okolicznych kamieniołomów), a na jego głównym placu znajduje się obecnie przepiękny różany ogród.

W ciągu 101 lat działalności zakład karny przyjął ponad 13 tysięcy osadzonych, przy maksymalnej populacji nieco ponad 600 osób.

Najbardziej sławnymi więźniami byli Harry Orchard i Lyda Southard. Orchard zamordował byłego gubernatora Franka Steunenberga w 1905 roku, a Lyda była znana jako „Lady Bluebeard z Idaho” lub „Czarna wdowa” za zabicie 4 swoich mężów, szwagra i jego córki, aby wzbogacić się na ich polisach życiowych.

Do tego celu używała arszeniku, który pozyskiwała z lepu na muchy, piekąc na nim ciasto. W akcie zgonu pierwszego męża napisano, że śmierć nastąpiła w wyniku zatrucia salmonellą i duru brzusznego. Rok wcześniej zmarła córka Lydii z powodu zatrucia brudną wodą ze studni. Kolejne małżeństwo zostało zawarte przez Lydię 2 lata później … I tu kolejno znowu nastąpił podobny scenariusz. Najpierw w niewyjaśnionych okolicznościach zmarła 3 letnia córka, a następnie rok później mąż (przyczyna śmierci błonica i powikłania po grypie). Sześć miesięcy później poślubiła kolejnego bogacza, którego uśmierciła 4 miesiące później (przyczyna zgonu nieżyt żołądka i jelit). Pół roku później kolejny wybranek nieświadomy zagrożenia poprosił ją o rękę. Jego życie po ślubie trwało zaledwie 2 miesiące i zakończyło się śmiercią spowodowaną durem brzusznym. Sytuacja Lydii zaczęła się nico komplikować, kiedy to kuzyn pierwszego jej męża – chemik z Twin Falls zainteresował się „znikającymi mężami”. Po przeprowadzonej ponownie sekcji zwłok dwóch pierwszych denatów odkrył, że zostali oni otruci arszenikiem. Zgłosił sprawę do prokuratury, która to zarządziła sprawdzenie pozostałych ciał. Jak to było do przewidzenia wszyscy z nich zostali otruci przez panią Lydię. Posiadając fortunkę pochodzącą z wypłat z polis życiowych swoich wszystkich zmarłych mężów uciekła na Hawaje, gdzie nie zważając na krążący za nią list gończy poślubiła piątego męża – oficera marynarki wojennej. Kilka miesięcy później została jednak schwytana i ekstradowana do Idaho, gdzie została oskarżona o morderstwo drugiego stopnia i skazana na dożywocie. Dziesięć lat później uciekła z więzienia (wykorzystując do tego celu oczarowanego jej wdziękami strażnika) i zamieszkała w Denver, Colorado. Podjęła pracę kelnerki i pokojówki, a następnie po kilku miesiącach wyszła za mąż za bogatego stałego klienta restauracji, w której pracowała, a który zorientowawszy się z kim ma do czynienia pomógł w jej aresztowaniu. Czarna wdowa odsiedziała kolejne 10 lat w więzieniu, gdzie ostatecznie ułaskawiono ją w 1941 roku.

Po przeczytaniu kilku równie przerażających historii opuszczamy więzienie i jedziemy do centrum (downtown) Boise. Tu spacerujemy po bardzo kameralnym jego centrum odwiedzając Freak Alley z kolorowymi muralami…..

i Basque center……..

Boise jest centrum kultury baskijskiej w Stanach Zjednoczonych. W drugiej połowie XIX wieku ograniczone możliwości gospodarcze w Hiszpani skłoniły wielu Basków do emigracji ze swojej ojczyzny. Ci, którzy wyemigrowali na te tereny zajęli się głównie hodowlą i pasterstwem owiec oraz prowadzeniem hoteli i pensjonatów. Dzisiejsza stolica stanu szczyci się swoją własną małą dzielnicą (ulokowaną w samym centrum) zwaną Basque Block, gdzie głównym miejscem kulturalnym jest właśnie budynek Basque Center otoczony licznymi barami i restauracjami serwującymi dania z tego wspaniałego regionu Hiszpani.

Dzień 12

Dzisiaj opuszczamy już Idaho mknąc przez pastwiska, pola i lasy (przez około 4 godziny)…..

do geologicznej perełki OregonuJohn Day Fossils Beds National Monument. Park składa się 3 części, które oddalone od siebie o mniej więcej godzinę drogi. Jadąc od wschodu zajeżdżamy najpierw do Sheeprock Unit. Tu znajduje się Visitor Center z bardzo ciekawym muzeum o tematyce geologicznej i jest to jedyne miejsce w parku, gdzie można uzyskać odznakę „junior ranger”.

Czytamy więc wszystkie opisy i oglądamy skamieniałości, żeby uzupełnić ćwiczenia w zeszycie ćwiczeń, który otrzymaliśmy od strażnika parku.

Ze względu na pandemię jednak dzieci nie są przepytywane z wiedzy jaką nabyły i nie składają uroczystej przysięgi. (Ranger po prostu wręcza im odznaki). Zwiedzanie parku rozpoczynamy od zabytkowej farmy – James Cant Ranch Historic Home & Museum.

Nazwa tej farmy pochodzi od nazwiska pierwszych imigrantów ze Szkocji, którzy osiedlili się na tym terenie w roku 1910. Można sobie tylko wyobrazić jakie trudy musieli ponosić, żeby z takiej kamienistej i suchej ziemi wykrzesać jakiekolwiek plony. Spacerujemy pomiędzy maszynami farmerskimi i starymi drewnianymi zabudowaniami.

Ale prażące słońce szybko nas stąd wykurza. Jedziemy na północ do samego końca tego unitu – Foree Area, po drodze mijając połyskującą w słońcu Cathedral Rock (skałę – klif przypominającą kształtem budynek katedry).

Tutaj spacerujemy dwoma krótkimi szlakami – Flood of fire i Story in the stone (długość 0.5 mili). Obydwie ścieżki prowadzą pośród zielonkawych iłowców pokrywających wulkaniczne skały.

Iłowce to bardzo kruche skały osadowe które wykorzystywane są głównie w przemysłem ceramicznym i budowlanym.

Zawracamy jadąc z powrotem na południe …..

i zatrzymujemy się w Blue Basin Area. Stąd wychodzi najciekawszy chyba szlak tej części parku – Island in time trail (długość 1,3 mili) przedzieramy się pomiędzy niebiesko zielonymi iłowcami, do których w kilku miejscach przytwierdzono przezroczyste displeje z replikami skamieniałych kręgowców.

Skały znajdujące się w formacji Sheeprock pochodzą sprzed 95 milionów lat, natomiast liczne znalezione skamieniałości datowane są na około 33 – 7 milionów lat.

Wyjeżdżamy na zachód w stronę najbardziej chyba rozpoznawalnej części parku – Painted Hills. Jeszcze przed sktętem do tego unitu (2.4 mile przed wjazdem) po prawej stronie jest mała szutrowa zatoczka, gdzie parkujemy. Przed nami wyrastają ceglasto czerwone pagórki „wykonane” z popkornowatego iłowca.

Nie ma tu żadnych szlaków, ale widać kilka wydeptanych ścieżek. Chwilę spacerujemy, ale obszar ten nie należy do parku, a najprawdopodobniej do osób prywatnych, więc nie chcąć ryzykować utratą życia złapani przez właściciela terenu dosyć szybko się z niego ewakuujemy.

Painted Hills – ikona parku – najlepiej wygląda tu w godzinach późno popołudniowych, kiedy to ciepłe żółto pomarańczowe światło stwarza najlepsze warunki do zrobienia malowniczych zdjęć.

Zaczynamy od Painted hills overlook trail ….szybki spacerek z widokiem na malowane wzgórza…..

Szlak Painted Cove trail (długość 0,25 mili) zaczyna się przejściem po drewnianej kładce pomiędzy czerwono brązowymi wzniesieniami pokrytymi popcornowatym iłowcem. Następnie delikatnie wznosi się dając ciekawe panoramiczne widoki na okolicę.  

Leaf Hill trail (długość 0.25 mili loop) jest to szlak prowadzący dookoła wzgórza, z którego wydobyto tysiące skamieniałości (głównie liści sprzed ponad 33 milionów lat). Wzgórze otoczone jest ogrodzeniem a zbieranie jakichkolwiek skał i skamieniałości surowo zabronione.

Red Scar Knoll trail (0.25 mili) prowadzi do czerwonego iłowcowego wzgórza.

Po tych wszystkich geologicznych atrakcjach jedziemy do Mitchell, gdzie mamy zarezerwowany nocleg (Airbnb) w wielkiej chacie ze stołem ping-pongowym 😊…

Dzień 13

O świcie zaczynamy zwiedzanie trzeciego ostatniego już unitu należącego do – John Day Fossils Beds National MonumentClarno.

Znajdują się tu 3 krótkie szlaki, które najlepiej rozpocząć z wielkiego parkingu na picnic area.  

Geologic Time Trail (0,5 mili) to szlak łączący właśnie teren piknikowy i początek szlaku. Znaki po drodze odnotowują wydarzenia z ostatnich 50 milionów lat. Każdy nasz krok na szlaku reprezentuje 37 tysięcy lat.

Wzgórza Palisades, w kierunku których zmierzamy, górują ponad 46 metrów nad naszymi głowami. To wulkaniczne lahary (skały utworzone w wyniku spływu błotnego podczas wybuchu wulkanu), które powstały około 54 – 40 milionów lat temu. Wtedy było tu bujne tropikalne środowisko lasów deszczowych i naukowcy wykopali tu bardzo wiele skamieniałości roślinnych (należących aż do 173 gatunków). Trzeba bacznie się przyglądać mijając skały na szlaku, bo można w nich wypatrzeć „zatopione” skamieniałości liści i łodyg.  

Trail of Fossils (0,25 mili pętelka) to jedyne miejsce w parku gdzie możemy zobaczyć skamieniałości w skale wiekowane na 44 miliony lat.

Clarno Arch Trail (0,25 mili) Wspinaczka na wysokość 60 metrów prowadzi nas bezpośrednio pod naturalny wycięty w klifie przez erozję łuk. Skamieniałe kłody są dosyć dobrze widoczne na ścianie klifu.

Po tej solidnej dawce geologii i odnalezieniu współczesnych „skamieniałości” jakiegoś kręgowca……

ruszamy dalej na zachód w kierunku kilku opuszczonych miasteczek…..

Antelope – to wioseczka na środku pustyni zamieszkana obecnie jedynie przez 40 osób…. Ale na początku lat osiemdziesiątych ubiegłego wieku sytuacja wyglądała tu zupełnie inaczej. Do miasteczka zaczęli tłumnie przybywać wyznawcy ruchu Osho Rajneesh – hinduskiego guru. Osho, który swoją sławę zyskał jeszcze w Indiach miał też rzesze zwolenników na całym świecie, którzy tłumnie pielgrzymowali do Indii (szczególnie z USA i Europy) by wysłuchać jego wykładów na żywo. Kiedy w roku 1981 przyjechał do Stanów na leczenie (chorował na astmę, cukrzycę i przewlekłe bóle pleców), po krótkiej rekonwalescencji opuścił szpital i udał się na zakupioną przez swoich najwierniejszych uczniów rancho położone właśnie w okolicy miasteczka Antelope. Początkowo nikomu to nie przeszkadzało, ruch uznawany był za bardzo pokojową grupę ludzi głoszących przesłania miłości, wolności i równości. Mieszkańcy rozrastającej się wioski stworzyli idealnie funkcjonujący samowystarczający system. Ruch rósł w siłę i do miasta przybywało coraz to więcej i więcej młodych ludzi. Guru codziennie przejeżdżał przez wioskę jednym ze swoich licznych Rolls-Royców pozdrawiając wyczekującą przy drogach jego społeczność. Miasteczko rozrastało się w zastraszającym tempie osiągając liczbę ludności ponad 7,000 w przeciągu 2 lat. Miało już swoje lotnisko, straż pożarną, pocztę, system transportowy a nawet żołnierzy uzbrojonych w nowoczesne karabiny. Prawdziwy konflikt zaczął się w momencie, kiedy to wyznawcy Osho zaczęli wykupywać domy w Antelope i przejmować władzę w miasteczku. We wrześniu 1984 odbyło się głosowanie i po wygranych przez wyznawców Osho wyborach przemianowano je na Rajneesh. Do 1985 roku, po odkryciu, że kilku przywódców ruchu Rajneesh było zaangażowanych w zachowania przestępcze (w tym masowy atak zatrucia pokarmowego i przerwany spisek w celu zamordowania prokuratora USA), ich guru opuścił kraj w ramach wynegocjowanej ugody federalnej. Sekta Rajneesh upadła. 6 listopada 1985 r. miasto przegłosowało zmianę nazwy z powrotem na Antylope. Polecam bardzo ciekawy film dokumentalny na temat tej sekty zatatuowany „Wild wild country” dostępny m.in. na Netflix.

Kolejnym wymarłym miasteczkiem na naszej drodze jest Shaniko – niegdyś światowa stolica produkcji wełny. Największy dobrobyt przypadł tu na pierwszą dekadę XX wieku, kiedy to do miasta została podłączona kolej. Zyski pochodzące z produkcji wełny sięgały wtedy milionów dolarów. Niestety po 10 latach linia kolejowa została poprowadzona inną trasą i miasto zaczęło powoli podupadać zamieniając się pod koniec lat 50-tych XX wieku w ghost town.

W roku 2000 biznesman z Portland (Robert Pamplin) kupił hotel i kilka innych pozostałości budynków w Shaniko i w ciągu 8 lat wyremontował większość z nich z zamiarem przyciągnięcia tu turystów. Jednak w 2008 roku ówczesna rada miejska w porozumieniu z rządem stanu odmówiła mu licencji na możliwość korzystania ze studni głębinowych dostarczających wodę do miasteczka. Biznesman wystawił ghost town na sprzedaż (za cenę 3 miliony dolarów). Dzisiaj wszystkie sklepiki są zamknięte, a czynna jest tylko (i na szczęście 😊) toaleta miejska…

Spacerujemy pomiędzy obdrapanymi drewnianymi budynkami co chwilę skrywając się przed palącym słońcem.  

Przez pola i łąki ……

……..docieramy do następnej atrakcji – White River falls state park, gdzie krótką stromą ścieżką (wychodzącą z parkingu) dochodzimy do niezabezpieczonego żadną barierką punktu z widokiem na 28 metrowy wodospad.

Spływający z wielkim hukiem po bazaltowych skałach wodospad nazwany jest mini Niagarą Oregonu. Jest to miejsce pierwszej w Oregonie hydroelektrowni zbudowanej w 1910 roku dostarczającej energię do okolicznych miasteczek przez ponad 50 lat.

Naszym kulminacyjnym punktem dnia dzisiejszego jest wodospad Tamanawas położony na terenie Mount Hood National Forest.

Parking, gdzie znajduje się wyjście na szlak znajduje się przy głównej stanowej drodze nr 35, więc jak się można domyśleć zwiększa to znacznie popularność tego miejsca. Jesteśmy tutaj późnym popołudniem, a więc tłum już zdążył się ewakuować. Początkowo szlak (po przekroczeniu mostku (i skręcie w prawo w East Fork trail #650) wiedzie wznosząc się stopniowo wzdłuż drogi (#35), a następnie skręca w głąb lasu na zachód. Generalnie szlak (długość 4,2 mili) jest łatwy i prowadzi zacienionym lasem wzdłuż rzeki Cold Spring Creek. Przed samym wodospadem trzeba pokonać nieznaczne wzniesienie z wielkimi głazami narzutowymi i oczom ukaże się wtedy królowa lokalnych wodospadów Tamanawas spływająca z wielkim hukiem z bazaltowego klifu!!!  (wysokość wodospadu 34 metry).

Przepiękne to miejsce i takie sielankowe….

Dzień 14

Z River Hood, (gdzie nocujemy) wyjeżdżamy o świcie w kierunku Ramona falls trailhead (długość 7 mil). Droga zajmuje nam aż 1,5 godziny. Ostatnia cześć (około 1 mila przed parkingiem) jest bardzo wąska i podziurawiona, ale przejezdna również dla zwykłego samochodu osobowego. Parking jest olbrzymi – na około 100 samochodów i (jak się okazuje szlak bardzo uczęszczany)….. Przyjechaliśmy tutaj jedni z pierwszych, by jeszcze w komfortowej temperaturze zacząć naszą wędrówkę. Dzisiaj prognozowana temperatura na tym obszarze ma przekroczyć 41°C…. Pierwsza część szlaku prowadzi po płaskim zalesionym terenie. Po przejściu 0.3 mili dochodzimy do „punktu kontrolnego” – wilderness permit station (z ustawionym znakiem stop). Trzeba tu wypełnić formularz i wrzucić do drewnianej skrzynki (kara $100 za niewypełnienie pozwolenia). Po przejściu około 1.1 mili dochodzimy do brzegu rzeki Sandy River.

Dzisiaj jej stan jest stosunkowo niski i przejście po ułożonych kłodach nie stanowi żadnego problemu, stanowiąc przy tym sporą atrakcję dla dzieci.

Następnie wędrujemy ścieżką przez las łagodnie wznosząc się pod górę. Niestety część tej wędrówki odbywa się po otwartej przestrzeni o słabym zalesieniu, co w obecnych warunkach skwaru staje się bardzo trudne. Po dojściu do wodospadu, pod którym spędzamy ponad 1,5 godziny raczymy się jego przyjemnych chłodem i odświeżającą bryzą. Jest to bardzo sielankowe miejsce – woda spływa z umiarkowanym hukiem z 37 metrowej skały rozpływając się po mniejszych skałkach i wpadając do szemrzącego strumienia.

Podczas tego czasu przybywają tutaj tłumy hikerów i backpackerów.

Na dokładkę do dzisiejszego planu dorzucamy jeszcze Little Zigzag falls (długość szlaku 0,7 mili) – to bardzo łatwy i krótki szlak prowadzący do malowniczego wodospadu.

Żeby tu dojechać nie należy się posługiwać GPS-em, który pokazuje nieprawidłowy dojazd. Miejsce to w odróżnieniu od poprzedniego szlaku jest na szczęście słabo uczęszczane i przez większość czasu jesteśmy tu sami. Dzieci budują tamy na rzece i szałasy na brzegu.

Dzień 15

Kolejny dzień spędzamy w Mount Hood National Forest. Dziś zaczynamy od szlaku pętelki prowadzącego do Umbrella falls, a następnie do Sahale Falls (długość szlaku 4 mile).

Szlak zaczyna się na wielkim parkingu, gdzie poza zalaminowaną białą kartką A4 z napisem „trail to falls” nie zauważyliśmy żadnej innej wskazówki z wyjściem na szlak.

Idziemy ścieżką w dół i po 5 minutach wyrasta przed nami majestatyczny wodospad Umbrella.

Sielankowy to widok, mostek, wodospad, trochę otwartej ukwieconej przestrzeni i las, który w tak upalny dzień daje trochę wytchnienia wędrowcom. Idziemy dalej szlakiem przez las mijając wiele dziwnych leśnych narośli na drzewach…. Jest to nic innego jak zrakowacenie, czyli rak drzewa – jeden z objawów chorobowych roślin, wywoływany przez bakterie lub grzyby….

Takie twory powstają na skutek uszkodzenia kory lub wnikania w te miejsca grzybów patogenicznych.

Idąc na południe staramy się nie przeoczyć zejścia na Sahale falls. Próbujemy kilka ścieżek, ale bezskutecznie. W końcu znajdujemy właściwą – wiedzie ekstremalnie pionowo w dół … na szczęście jest dużo korzeni, dzięki którym możemy bezpiecznie dostać się na dół do podnóża wodospadu.

Jest tu bardzo mało miejsca dosłownie na kilka osób, ale szlak przynajmniej podczas naszego pobytu jest bardzo rzadko uczęszczany i ześlizgują się tu jedynie jeszcze 2 inne osoby.

Przyjemny chłodek pochodzący od spadającej wody… nie chce się nam stąd ruszać.

Wdrapujemy się przy pomocy korzeni z powrotem na górę i dalej szlakiem pętelką (by nie wracać tą samą drogą) idziemy podskubując co chwila owoce z borówkowych krzaczków.

Dochodzimy do innego wyjścia na szlak – drogi, którą przecinamy. Idziemy przez kwieciste łąki i przecinamy linię wyciągu narciarskiego. Wspinamy się do góry kończąc szlak przy zjawiskowym wodospadzie Umbrella.  

Zgodnie z planem jedziemy do wyjścia na kolejny szlak Mirror lake (długość 4 mile). Na końcu szlaku czeka na nas sekretna wiadomość i niespodzianka schowana pod kamieniem (w umówionym miejscu). Nadawcami są przyjaciele z Chicago, którzy odwiedzali jezioro tydzień wcześniej. Dostaliśmy odpowiednie wskazówki jak odnaleźć skarb i dzieci ruszyły jak z procy pokonując pierwszą milę dosłownie biegiem. A ja z wywieszonym jęzorem za nimi…. Tempo trochę zmniejszyły tylko z powodu spotkania na drodze 2 uroczych piesków, z którymi pokonujemy ostatnią część szlaku. Przesyłka została odnaleziona i sekretne miejsce odkryte!!! Misja zakończona sukcesem!!!

Figurka Naszego bohatera narodowego Roberta L. znalazła nowego właściciela.

Maszerujemy dookoła jeziora i wracamy na wschodnią część Mirror lake, by wykorzystać okazję i wykapać się w chłodnej wodzie. (Niektórzy nawet poszli o krok dalej i nad jezioro przytachali dmuchane kaczki).

Ciekawostką jaką odkrywam przez przypadek są małe raki chowające się pod kamieniami….

Widoczność nie jest dziś niestety zbyt dobra i Mt Rainiera stąd nie widzimy.

Wracamy na parking i zgłodniali udajemy się na porządny posiłek do przydrożnego obleganego przez tłumy baru ….Skyway Bar & Grill (71545 E US-26, Zigzag). Jesteśmy pół godziny przed otwarciem a parking zaczyna wypełniać się innymi zgłodniałymi 😊. Przez ostatnie 2 dni krążyliśmy po tej okolicy w poszukiwaniu jakieś restauracji, ale powiedziano nam, że niestety brakuje rąk do pracy i ciężko znaleźć coś otwartego w ciągu tygodnia. Dziś nastąpił ten dzień, kiedy w końcu możemy zjeść coś smaczniejszego niż chińska zupka 😊. Napełniamy brzuchy pysznymi kawałkami mięsa zagryzając prawdziwymi domowymi frytkami i wracamy do naszego hotelu.

Dzień 16

Opuszczamy ze smutkiem Oregon przeprawiając przez rzekę Columbia mostem Hood River Bridge ($2/auto). Tu po raz kolejny podczas sprawdzania dzisiejszej trasy na GPSie jeszcze przed wyjechaniem z hotelu ten mały cwaniak błędnie kierował nas do oddalonego o 25 mil na wschód miasteczka The Dalles gdzie znajduje się kolejny najbliższy most zupełnie pomijając opcje mostu, który znajduje się tu na miejscu w River Hood. Zaczęłam więc wyszukiwać w internecie jakiejkolwiek informacji na ten temat i nic nie znalazłam. Bez żadnego problemu przedostaliśmy się na drugą stronę rzeki do stanu Washington i skręciliśmy w lewo jadąc dalej na zachód wzdłuż rzeki Columbia. Niebo zasnute dymem…. nic się nie zmieniło od kilku dni… wszystkie dolinne części rejonu Mt. Hood w jakich ostatnio przebywaliśmy zasnute były gęstym dymem pochodzącym z pożarów na południu stanu i w Kalifornii. Naszym głównym dzisiejszym celem są wodospady Lower & Upper Lewis River falls (Gifford Pinchot National Forest). Od tego roku wprowadzono tu rezerwację na parkingi we wszystkich miejscach Receration Area. Trzeba ją zrobić wcześniej online (bo w lesie internet jest niedostępny) i wydrukować potwierdzenie, a następnie trzeba zostawić za szybą auta lub jeśli przed wjazdem na parking stoi ranger trzeba mu tą rezerwację pokazać (razem z National Park Pass). Ja zrobiłam 2 rezerwacje na części Lower i Upper ($2 sztuka). Wielu ludzi o tym nie wie i niestety musi wyjeżdżać w poszukiwaniu serwisu internetowego – zapewne daleko od wodospadów. Podczas wjazdu, a byliśmy tu jako pierwsi od razu zostaliśmy zaczepieni przez strażnika parku, by okazać dowod rezerwacji.

Punkt widokowy na Lower Lewis falls znajduje się bardzo blisko parkingu, ale przesłonięty jest on nieco gałęziami drzew.

Żeby dostać się niżej trzeba użyć liny przymocowanej do drzewa, po której schodzimy do koryta rzeki.

A następnie brzegiem wędrujemy w kierunku wodospadu zatrzymując się w klimatycznej jaskini porośniętej mchem i paprociami, która staje się naszą bazą przez następne 2 godziny.

Dzieci jak zwykle zaczynają ciężką pracę budując szałas i przyciągając kłody i patyki z całej okolicy. Przechodzą nawet na drugą stronę rzeki by uzupełnić swoją kolekcję o kolejne sztuki. W przeciągu godziny już zaczynają pojawiać się już kolejni zwolennicy wodnych zabaw a w momencie, kiedy opuszczamy już tą urokliwą miejscówkę przyjeżdża autobus pełen rozwrzeszczanych nastolatków.

Lewer Lewis falls są najbardziej obleganą częścią parku i tu też niestety przyjeżdżają mało rozgarnięci obywatele…. Pomimo wielu ostrzeżeń i zakazów wdrapują się na wodospad po wielkiej kłodzie a później skaczą z 15 metrowego klifu do wody, co nie rzadko kończy się śmiercią lub ciężkimi obrażeniami ciała.

Jedziemy do północnego parkingu (gdzie też musimy wylegitymować się wydrukowanym pozwoleniem na parking). Mamy około 0.75 mili do wodospadu górnego, gdzie spacerujemy w zupełnej samotności. Wysokie temperatury przegoniły gdzie indziej hikerów😊. Upper Lewis falls też są spektakularne, ale punkt widokowy nie należy do najbezpieczniejszych, szczególnie dla dzieci.

Ścieżka prowadzi przez cały czas przez las. Po drodze mijamy olbrzymie „wysypiska” draft wood naniesionego zapewne przez wiosenne powodzie. Po krótkim spacerze wyjeżdżamy z parku i kierujemy się na północ do wodospadu Iron Creek – naszego ostatniego punktu na dzisiaj.

Już po zmroku wjeżdżamy do Tacoma, gdzie mamy zarezerwowany hotel na naszą ostatnią wakacyjną noc.

Dzień 17

Jedyna atrakcja przewidziana na dziś to Midsummer Renaissance Faire odbywający się w Bonney Lake (bilet $22/dorosły, $11 dziecko). Jest to festyn zorganizowany w klimacie renesansowym, gdzie zarówno występujący jak i odwiedzający przebrani są w stroje z tej epoki.

Najciekawsze są zawsze walki rycerskie i występy akrobatów. Waszyngtoński festiwal różni się znacznie od tego w Bristol, Wisconsin, gdzie zawsze jeździmy i który jest około 4 razy większy powierzchniowo i przede wszystkim na zacienionym terenie… Tutaj wydaje się być 10 razy więcej kramów i stoisk z badziewkami niż miejsc gdzie można zobaczyć jakieś przedstawienie czy prezentację.

Słońce nie daje za wygraną i grzeje okrutnie….Jesteśmy przez cały czas na otwartej przestrzeni ….. Wytrzymujemy w takich warunkach około 5 godzin i wymęczeni upałem wyjeżdżamy na ożeźwiające lody, a następnie na lotnisko i ze łzami w oczach opuszczamy nasz ukochany Washington… Do zobaczenia za rok!

Dodaj komentarz

Blog na WordPress.com. Autor motywu: Anders Noren.

Do góry ↑