NEVADA i CALIFORNIA pustynnie

Pustynia, góry, słońce i nieograniczona przestrzeń dająca olbrzymi emocjonalny i wizualny oddech po mroźnej i długiej zimie. Sześć marcowych dni wypełnione od świtu do nocy wędrowaniem po kanionach w Dolinie Śmierci, powulkanicznych jaskiniach Mojave, gorących źródłach Nevady, łukach skalnych Alabama Hills i ghost town’ach, których na zachodzie USA nie brakuje.    

TERMIN: 20.III – 27.III.2021

TRASA: NEVADA: Las Vegas, Goldstrike Hot Springs Trail, Boulder City, Nevada State Railroad Museum, Nature Discovery Trail and Rock Garden, Nelson Ghost Town, Joshua Tree wilderness, CALIFORNIA: Nipton, Mojave National preserve (Cima, Kelso, Mojave Desert Lava tube trail), Baker, Barstow (Harvey House & Amtrak station (Western America Railroad Museum), Mojave River valley museum), Randsburg ghost town, Red Rock Canyon State Park (Hagen Canyon Nature Trail, Red Cliffs Trail), Indian Wells Brewery, Pearsonville, Fossil Falls Recreation Area trail, Cartago, Lone Pine, Alabama Hills (Miss Alabama, Mobius Arch Loop Trail, Shark Fin trail), Death Valley National Park (Mosaic Canyon trail, Charcoal Kilns, Darwin Falls Trail, Father Crowley Vista point, Mesquite Sand Dunes, Harmony Borax Works, Golden Canyon trail, Artists Palette, Devil’s Golf Course, Badwater, Zabriskie Point, Twenty Mule team canyon), NEVADA: Goldwell Open Air Museum, Rhyolite ghost town, Beatty, Gold Point Ghost town, Goldfield, International Car Forest, Tonopah, Warm Springs, Extraterrestrial Hwy, Oak Springs Trilobite site, Las Vegas.

KOSZT WYCIECZKI $1,735

KOSZT BENZYNY $190 (Mitsubishi outlander, średnie spalanie 22 mile/1gallon) – 1,158 mil

KOSZT WYPOŻYCZENIA AUTA: $297

KOSZT NOCLEGI: HOTELE $630/7 NOCY

KOSZT PRZELOTU: SPIRIT Airlines $320 – 3 OSOBY

SKŁAD ZESPOŁU: Mama Zuza, Jan lat 10, Basia lat 7

POGODA: Słonecznie od świtu do wieczora… po to w końcu pojechaliśmy na pustynię😊 w marcu. Temperatura wahała się pomiędzy 0 – 28°C w zależności od wysokości n.p.m.

PRZEWODNIKI/MAPY: Nevada – Benchmark Atlas, California – Benchmark atlas, www.alltraills.com , www.travelnevada.com, “Hiking Nevada Bruce Grubbs” (Falcon), “Ghost town of the West” Varney Philip. 

NATIONAL PARK PASS: uczniowie 4 i 5 klasy podstawówki – darmowy pass – “Every kid outdoors”.

PETARDY WYJAZDU: Gold Strike Hot Springs Trail, Nelson Ghost Town, Mosaic Canyon trail w Death Valley N.P., Red Rock Canyon State Park, Alabama Hills

Dzień 1/2

Naszą podróż rozpoczynamy w Boulder city (30 mil na SE od Las Vegas), z okolicy którego wyruszamy na super szlak Gold Strike Hot Springs (długość 6,5 mili). Wyjście na szlak znajduje się mniej więcej w miejscu, gdzie droga 93 łączy się z autostradą nr 11 biegnącą w kierunku Arizony (okolice Hoover Dam).

Szlak (niestety) jest obecnie bardzo popularny (szczególnie w weekendy). Jest jedynym w swoim rodzaju…. szczególnie interesujący dla lubiących wspinaczkę…. Prowadzi malowniczym kanionem Gold Strike docelowo do gorących źródeł, w których to z wielką radością możemy wymoczyć nasze zmęczone wędrówką ciała. Ale aby do nich dotrzeć, musimy zmierzyć się z 8 dość wysokimi przeszkodami z zawieszonymi linami, po których to trzeba zjechać w dół (a w drodze powrotnej na nich się wciągnąć). Po minięciu baseników – hot springs można, a nawet trzeba przedłużyć spacer o kolejne kilkaset kroków i dojść do rzeki Colorado. Poziom wody w rzece może się gwałtownie podnieść, ponieważ znajdujemy się w bezpośrednim sąsiedztwie tamy Hoover, z której to mniej lub więcej wody może być uwolnione w każdej chwili ……, a więc siedząc na plaży należy wsiąść na to poprawkę. Szlak ten zamknięty jest od 15 maja do końca września ze względu na ekstremalnie wysokie temperatury dochodzące tu do ponad 40°C. Cały szlak ma około 3 mil w jedną stronę i trzeba zaplanować minimum 3 godziny wędrówki w każdym kierunku by spokojnie i bezpiecznie dotrzeć do celu i z powrotem.

I chociaż trzęsienia ziemi w roku 2004 zmniejszyły znacząco przepływ wody w gorących źródłach Gold Strike, a gwałtowne powodzie rok później wypełniły piaskiem i żwirem najwyższe baseniki… to i tak z dużym powodzeniem możemy skorzystać z tych które pozostały. Przepływ wody niestety nadal spada i gorące źródła w górnej ich części są teraz chłodniejsze lub czasami w ogóle wyschnięte. Temperatura wody waha się w granicach 30-50 °C. Szlak zaczyna się przy tablicy informacyjnej i szlabanie nad drogą dojazdową,

którą idziemy około 0,5 mili, a następnie biegnie dalej w dół kanionu, który robi się coraz głębszy, ale początkowo dość przestronny. Na kolejnym zakręcie kanionu trasa przebiega pod jednym z przęseł międzystanowej autostrady nr 11.

Tu trzeba bacznie się porozglądać, bo na stokach skalnych powciskane są wraki samochodów, które spadły dawno temu do kanionu.

Wkrótce ściany kanionu stają się bardziej strome i kanion zwęża się.

Ostatecznie ściany kanionu stają się niemal pionowe.

Skały nas otaczające to skały wulkaniczne. Podczas naszej wędrówki możemy dostrzec miejsca, w których kiedyś płynęły gorące źródła.

Podczas wspinaczki zwróćmy też uwagę na roślinność i trzymajmy się z dala od Desert Stingbush (Rock Nettle) rosnącego na skalistych ścianach kanionu. Kontakt z tą rośliną powoduje swędzącą wysypkę podobnie jak po polskiej pokrzywie.

Pierwszy kontakt z linami mamy po przejściu 1,7 mili, dochodząc do ogromnego głazu, który blokuje przejście. Można go obejść po wykutych w skale schodkach.

Następnie wąski kanion nagle otwiera się na szeroką, otwartą przestrzeń. Wkrótce kanion znów się zwęża, ściany stają się bardziej strome i jest kilka głazów, które można pokonać przedzierając się pod i nad nimi.

Dzieciaki śmigają po linach jak zawodowi wspinacze… mi czasami znacznie większy ciężar ciała uniemożliwia zgrabne przemieszczanie się po skale…. co kończy się niegroźnymi otarciami….   

Około 0,5 mili dalej docieramy do zabudowanych gorących źródeł, Upper Gold Strike. Górne gorące źródła znajdują się w głębokim, wąskim odcinku kanionu, który jest zatkany głazami. Wolontariusze zbudowali tu murki z betonu i worków wypełnionych piaskiem aby stworzyć „wanny” w których zbiera się gorąca woda ze źródeł.

Dla większości ludzi ten obszar (dolne gorące źródła Goldstrike, inaczej Cave of Wonders) jest miejscem, w którym należy się zatrzymać i spędzić kolejną godzinę wymaczając tyłek. Baseny są stosunkowo małe, ale kanion je otaczający spektakularny. Iście sielankowy widok.

Przy ujściu kanionu, kilkaset metrów od rzeki, strumień wpada do gorących źródeł Nevada z kilkoma bardzo ładnymi basenikami, a nawet gorącym wodospadem wypływającym z boku kanionu, który zapewnia przyjemny prysznic.

Obok kapieliska na bokach kanionu można dostrzec nieustannie zasilane termalną wodą algi.

Ich kolory mienią się od zieleni, poprzez pomarańcz, fiotet, czerwień i brąz.

Kontynuując w dół, wychodzimy z wąskiego kanionu na małą żwirową plażę na skraju rzeki Colorado.

Tu należy wyjąć z plecaka kanapkę i podzielić się nią z zabiegającymi o każdy kęs kaczkami…..

Po wymoczeniu się w gorących źródłach (i dokarmieniu kaczek) wyruszamy w mozolną drogę powrotną…..

Droga powrotna jest nieco trudniejsza zważywszy na fakt, że idziemy teraz cały czas pod górę….

Ponieważ zostało nam jeszcze około godzinki do zachodu słońca zajeżdżamy do Nevada State Railroad Museum (601 Yucca St, Boulder City) i pomimo, że muzeum jest już zamknięte otrzymujemy od jednego z pracowników propozycję nie do odrzucenia…. darmową przejażdżkę kambuzem (caboose).

Kabuzy były używane kiedyś jako wagony mieszkalne dla załóg pociągów towarowych.

Zasiadamy więc dumnie na górnym poziomie wagonu wypoczynkowego i jedziemy (trąbiąc przez jakieś 20 minut) trasą kolejową po odbiór drezyn używanych przez turystów jako atrakcji.

Atrakcja ta nazywa się Desert Railbike Ride ($46/osoba) i daje możliwość pedałowania przez 4 mile drezynorowerem.

Następnie turyści odpoczywają w drewnianych fotelach rozstawionych przy torach i czekają aż podjedzie po nich zabytkowy pociąg by z powrotem dowieść ich do muzeum razem z podczepionymi drezynami.

My właśnie taką trasę pokonujemy w świetle zachodzącego słońca…. Ostatnie chwile już po zmroku spędzamy w nieopodal położonym Nature Discovery Trail and Rock Garden.

Jest to swoista perełka miasteczka – wśród kaktusów i wielkich głazów ukryte są wielkie rzeźby mieszkańców pustyni – skorpiona, węża, jaszczórki, królika ….

Szlak jest krótki (0,5 mili) i zaczyna się na parkingu Bootleg Canyon Park, gdzie spacerując zakręconą wyasfaltowaną ścieżką mijamy kolejno bohaterów życia pustynnego.

Wszystko to znajduje się w naturalnej pustynnej roślinności kaktusów i Joshua tree

 

Dzień 3

Zrywamy się oświcie i mkniemy na południe US 95.

wschód słońca w okolicy Nelson

Nasza pierwsza docelowa atrakcja dzisiaj to Nelson Ghost town (16880 State Highway 165, Nelson, www.eldoradocanyonminetours.com). Nie jest to tak naprawdę oryginalne ghost town (w dosłownym tego słowa znaczeniu) tylko miejsce, gdzie oprócz oryginalnych kilku budowli zgromadzono całą masę „antycznych” gratów i stworzono coś w rodzaju muzeum na otwartym powietrzu, gdzie fani zabytkowych staroci będą mieli prawdziwą ucztę. I tu nadmienię, że nie wolno przebywać na tym terenie poza godzinami otwarcia, czyli 8am – 6pm. Jest to teren prywatny i właściciel surowo zabrania pałętania się po jego posiadłości. Wszędzie rozstawione są „ostrzegawcze” tablice informacyjne. Cytuje: „bezpańskie dzieci i nastolatki zostaną rozstrzelane na miejscu” …… ☹

Kanion Eldorado, w którym się znajdujemy, był kiedyś uosobieniem Dzikiego Zachodu. Historia Nelson sięga roku 1859, kiedy to odkryto tu pokaźne zasoby złota i srebra, będące jednymi z największych w stanie Nevada. W ciągu kilku następnych lat zbudowano tu kilkanaście kopalni, a Nelson stał się miastem bezprawia, samowolki, przemocy…i nielegalnej produkcji bimbru. Ukrywali się tu najwięksi przestępcy i dezerterzy, ponieważ z uwagi na bardzo odosobnione położenie nikt nie był w stanie ich tu odnaleźć. W latach siedemdziesiątych XIX wieku najbliższy szeryf mieszkał w Pioche, 200 mil na północ, a więc dotarcie tu zajęłoby mu tydzień. Nic więc dziwnego, że nawet zabójstwo nie było wystarczającym powodem, żeby tu przyjechał.

Ze względu na bardzo bogate pokłady złota, srebra, miedzi i ołowiu największa z kopalni – Techatticup działała tu nieprzerwanie 87 lat (od 1858 aż do 1945), przynosząc miliony dolarów dochodu. Dzisiaj tą kopalnie można zwiedzać (15$/$10 dzieci: 9am, 12pm and 2pm) po zrobieniu wcześniejszej rezerwacji. Ówcześni właściciele tej posesji Tony Werly i jego żona Bobbie zakupili tą posiadłość w 1994 roku i odrestaurowali znajdujące się na niej budynki, sprowadzając przez kolejne lata dziesiątki starych samochodów, urządzeń i różnorakich konstrukcji.

Cała ta zbieranina artystycznie rozlokowana na olbrzymiej powierzchni powoduje, że miejsce to stało się popularnym tłem sesji zdjęciowych oraz filmowych. Nakręcono tu np. sceny do filmów „3000 Miles to Graceland” z 2001 (Kurt Russell, Kevin Costner i Courtney Cox), “Breakdown” z 1997 (Kurt Russell), National Geographic Channel’s “Brain Games.” i dziesiatki reklam.

Można też sobie wynająć kapliczkę i urządzić tu ślub razem z imprezą przy barbeque.

Właściciele prowadzą też wypożyczalnie kajaków i kanoe w dolinie rzeki Colorado….ale tam już niedotarliśmy.

Na miejsce dojeżdżamy o 7 rano, bo nie zdawaliśmy sobie sprawy, że został wprowadzony zakaz poruszania się po posesji w godzinach, kiedy to biuro/sklep jest zamknięte. I tak sobie czekaliśmy przed wejściem, bo informacja na tablicy przed wjazdem o tym, że błąkające się samowolnie dzieci zostaną rozstrzelane skutecznie nas wystraszyła 😊.

Po otwarciu sklepu zakupiliśmy bilet w wysokości $1 …. (który zapłaciłam tylko za siebie, bo właściciel powiedział, że dzieciaki wchodzą za darmo) ….i zaczęliśmy już legalne spacerowanie pomiędzy tymi wszystkimi starociami.

Są dwie ważne rzeczy, na które trzeba uważać podczas spaceru – grzechotniki i kaktusy cholla.

Igły tego kaktusa wbijają się w skórę i zaczepiają jak kotwice powodując okrutny ból…. wiem, bo nadepnęłam na to paskudztwo kilka lat temu…  Bardzo ciężko jest usunąć takie igły z ciała.   

Po 2 godzinach biegania pomiędzy starociami wskakujemy do auta i wyruszamy w długą drogę po pustyni w kierunku Mojave Desert znajdującej się już po stronie kalifornijskiej. Przejeżdżamy przez Joshua Tree wilderness….

Drzewa Jozuego (Joshua tree) tak naprawdę nie są drzewami (tylko gatunkiem juki)… ponieważ nie posiadają specyficznych dla każdego drzewa pierścieni wzrostu. Trudne też jest określenie ich wieku, choć ich żywotność określa się nawet na około 900 lat!!!. Tak długi okres życia jest spowodowany bardzo powolnym wzrostem, wynoszącym od 1 do 7 cm rocznie. (Mogą osiągać do 12 metrów wzrostu).

Przejeżdżamy kolejno przez Nipton, gdzie kompletnie nic się nie dzieje… a miasto wystawione jest na sprzedaż za cenę $2,75 mln… ale chętnych do jego zakupu niestety brakuje….

Skręcamy w Ivanopah Rd/Morning Star Mine Rd, która prowadzi nas przez wypalone pola joshua tree do Cima, gdzie również nic się nie dzieje.

Zatrzymujemy się dopiero w Kelso Depot Museum (prowadzony przez National Park Service). Zbudowany w 1924 roku dworzec kolejowy miał za zadanie stworzenie bazy dla turystów i obsługi kolejowej – hotelu, restauracji z ogrodem, stacji telegraficznej i zbiornika retencyjnego z wodą dla parowych lokomotyw. Taka oaza na środku pustyni.

Zamknięto go w 1985 roku i 10 lat później zarząd parków narodowych wykupił i odrestaurował dworzec otwierając tu muzeum (obecnie zamknięte z powodu pandemii), jednocześnie udaremniając zrównanie go z ziemią przez ówczesnego właściciela lini kolejowych Union Pacific.

Przed budynkiem stoi mała metalowa skrzynia używana jako więzienie…. Tylko można sobie wyobrazić w jakich temperaturach musieli być tu przetrzymywali więźniowie… Sądząc po warunkach jakie im tu serwowano zapewne szybko przyznawali się do winy… 😊

Następny przystanek to niesamowicie widowiskowa jaskinia – Mojave Desert Lava tube trail  (długość szlaku 0,5 mili). Żeby się tam dostać trzeba skręcić z Kelbaker Road (po przejechaniu 15 mil z Kelso) w szutrową bombiastą drogę Aikens Mine i przejechać 4,5 mili do rozwidlenia ze znakiem „lava tube” wybierając skręt w lewo.

I jeszcze przejechać około 0.25 mili do parkingu. Rekomendowane są tu samochody z napędem na 4 koła, ale zwykła osobówka swobodnie też sobie poradzi (jazda maksymalnie 10 mil/h). Jadąc mijamy stożki wulkaniczne idealnie wtopione w krajobraz pustynny.

Spacerujemy krótkim szlakiem do wejścia z metalową drabinką, która prowadzi nas w dół do tunelu lawowego uformowanego przez stygnącą lawę.

Uginając się w pół by nie zaliczyć strzału prosto w czoło, przez jakąś z wystających w przejściu skał dostajemy się do głównej sali gdzie strumień światła pada dwoma „nitkami” przez otwór jaskini dając spektakularny pełen magii klimat!

My byliśmy tu około 2pm i wciąż był to wspaniały widok (rekomendowana wizyta około godzin południowych).

Po tym widowiskowym spacerze uciekamy w dość szybkim tempie przed gorącem nagrzanej pustyni….

Zatrzymujemy się następnie w Baker – gdzie znajduje się najwyższy termometr na świecie.

Waży on 35 ton i zbudowany jest z betonu. Czterdziestojednometrowa (134 feet) budowla z 1991 roku pochłonęła koszt ponad $700,000. Zbudowany przez lokalnego biznesmena, który ustawił go przed swoją restauracją Bun Boy restaurant jako pamiątka pobitego rekordu ciepła na pobliskiej Dolinie Śmierci (Death Valley w 1903 roku – 134F ) – 134 stopy wysokości. Niestety wkrótce po oddaniu budowli do użytku silny wiatr wiejący z prędkością ponad 70 mil/h (113 km/h) złamał majestatyczny termometr w pół. Odbudowano go i 2 lata później porywisty wiatr rozhuśtał go tak bardzo, że powypadały z niego światełka….. Przebudowano wtedy konstrukcję wprowadzając do środka metalowe rusztowanie. Termometr następnie przechodził z rąk do rąk, aż w końcu w 2005 roku został wyłączony z prądu bo ówczesny jego posiadacz narzekał na ogromnie rachunki… dochodzące do $8,000 za miesiąc. Oficjalnie włączono go do prądu w 2014 roku, a obecnie znajduje się tam stacja ładowania samochodów elektrycznych ($12/ godzinę serwisu). Wskakujemy na autostradę (Hwy 15) i jedziemy w kierunku Barstow. Tu odwiedzamy Harvey House & Amtrack stationWestern America Railroad Museum, i oglądamy w zasadzie tylko lokomotywy i wagony z zewnątrz poustawiane pomiędzy wielkimi kaktusami.

Budynek muzeum i stacja są zamknęte.

Zamknęte jest również Mojave River Valley museum….

Postanawiamy więc po prostu pojechać na obiad a następnie prosto do hotelu. Barstow jest raczej mało turystycznie przyjaznym miastem, z bardzo dużą bezdomnych mieszkańców……

Dzień 4

Przed świtem wymykamy się z hotelu i tu niestety w strugach deszczu …. zakończonego spektakularną tęczą, jedziemy do Randsburg ghost town, małego klimatycznego miasteczka (przy historycznym Owl cafe (701 US-395) skręcamy w lewo).

Jest bardzo zimno, więc praktycznie nie wychodzimy z auta robiąc tylko kilka zdjęć z okna. Najciekawsze budynki to White house salon i general store.

Wyjeżdżamy z miasteczka Redrock Randsburg Road…

Jedną z petard dzisiejszego dnia jest Red Rock Canyon State Park i Hagen Canyon Nature Trail. Już przy samym wjeździe do parku witają nas różowo – czerwono, pomarańczowe klify połyskujące w porannym słońcu.

Bardzo łatwa wędrówka szlakiem Hagen Canyon Trail (długość 1 mila w obie strony) prowadzi nas przez bajecznie kolorowy krajobraz. Teren ten 10 milionów lat temu był całkowicie położony pod wodą, a kolorowe warstwy to osad spłukiwany ze starych gór Sierra, który osadzał się tu warstwami. Działanie czasu i ciśnienia zmieniło ten osad w warstwy skał, a zmieniające się ruchy płyt tektonicznych ostatecznie doprowadziły do obumarcia jeziora, a warstwy te zostały wypchnięte w górę. Z biegiem czasu wiatr i woda zerodowały powierzchnię tych warstw osadowych, odsłaniając piękne powierzchnie, które dziś widzimy.

Najbardziej charakterystyczną formacją skalną na tym szlaku jest Turk’s Turban.

Przejeżdżamy następnie przez Ricardo Camping – świetnie położona miejscówka, wręcz idealna na kemping.

Ponieważ pierwotnie przeoczyliśmy pierwszy wjazd do parku – cofamy się do Red Cliffs Trail, gdzie spacerujemy krótką milową pętelką z widokiem na czerwono pomarańczową skalną ścianę mieniąca się w słońcu.

I to w zasadzie 2 najważniejsze miejsca, które trzeba tu odwiedzić. Jedziemy dalej 395 – ką przez pustynie ….

zatrzymując się następnie w Indian Wells Brewery.

Założony w 1995 roku browar i rozlewnia gazowanej oranżady to miejsce prowadzone przez Indian, którzy korzystają wyłącznie ze źródlanej wody z „Wells spring”. O tym miejscu mówi się „największy, mały browar na świecie”. Produkuje się tu ponad 20 gatunków piwa i ponad 100 smaków oranżady. Dostajemy po darmowej butelce świeżutkiej mocno przesłodzonej oranżady – prosto z taśmy produkcyjnej……

Kolejny krótki postój na fotkę to Pearsonville

Następny punkt to Fossil Falls Recreation Area (długość szlaku 0.5 mili). Zaczynamy od krótkiej przejażdżki po wulkanicznej okolicy…..

To wyglądające nieziemsko miejsce powstało w wyniku interakcji rwącej wody z rzeki Owens (która w czasach prehistorycznych płynęła tu z wielką siłą) z lawą, która wypłynęła z pobliskich wulkanów… jakieś 20,000 lat temu. Rezultatem tego jest ta surrealistycznie wyglądająca, lśniąca w słońcu, „porozrzucana “czarna lawa.

Krótki szlak prowadzi nas do suchych wodospadów…  

Ale niestety nie dochodzimy do samego kanionu, bo odstrasza nas przeraźliwie porywisty wiatr i krążący nad naszymi głowami śmigłowiec wojskowy…..

oraz załoga ratownicza wydobywająca z przepaści ranną kobietę (która najprawdopodobniej przez ten właśnie porywisty wiatr została wepchnięta do kanionu).

W międzyczasie przelatują nad naszymi głowami ponaddźwiękowe samoloty wojskowe, mające w tej części Kaliforni swoją bazę treningową, największą tego typu w Ameryce północnej.  

Kolejny przystanek na zrobienie jedynie fotki to Cartago – Sponch Bob house (146 S Hwy 395).

Jedziemy przez tajemniecze pustkowia …jakiś solych jezior….

I wreszcie petarda dzisiejszego dnia – Alabama Hills – najwspanialsza na popołudniowe godziny, kiedy to miękkie światło słoneczne oświetla pomarańczowe bajecznie wyglądające skałki. Znajdujemy się u podnóża najwyższej góry kontynentalnej części Ameryki Północnej – Whitney peak 4,421 m n.p.m.

Zaokrąglone kontury Alabama Hills kontrastują z ostrymi groźnie wyglądającymi granitowymi strzelistymi stożkami Sierra Nevada na zachodzie.

Są tu odsłonięte są dwa główne rodzaje skał. Jednym z nich jest pomarańczowa, zwietrzała, metamorficzna skała wulkaniczna, której wiek datuje się na 150–200 milionów lat. Innym typem skał jest monzogranit (82 do 85 milionów lat), który widoczny jest jako duże głazy w kształcie ziemniaków 😊

Poza dziwacznie wyglądającymi skałkami główną atrakcją są tu łuki skalne – Mobius Arch, Lathe Arch, the Eye of Alabama and Whitney Portal Arch.

Wzgórza Alabama są popularnym miejscem kręcenia produkcji telewizyjnych i filmowych, zwłaszcza westernów… Przez ostatnie 100 lat nakręcono tu aż 400 filmów. Kiedy były to głównie westerny i kowbojskie filmy. Z naszej epoki kinematograficznej do najpopularniejszych zaliczyć można: Star Treck, Gladiator, Iron Man i Django Unchained.

Z miasteczka Lone Pine skręcamy w Whitney Portal Rd i „wspinamy się” mając cały czas na horyzoncie Whitney Peak. Po prawej stronie znajduje się mały zjazd, gdzie tablica informacyjna i mapy terenu dostarczają trochę niezbędnych informacji.

Po minięciu Miss Alabama skręcamy w prawo w szutrową Movie Road i ruszamy na szlak Mobius Arch. Jest to łatwy i krótki spacer (długość 0.6 mili loop), znacznie jednak utrudniony przez przeraźliwie porywisty i silny wiatr. Idąc szlakiem w oddali widzimy Heart Arch – „wykute” w skale serce.

Szlak dostarcza wielu możliwości do eksplorowania. Wystarczy wspiąć się na jedną ze skał i punkt postrzegania danej skały zupełnie się zmienia. Wyobraźnia dzieciaków pracuje na najwyższych obrotach. Wyszukują wiele ciekawych mini łuków i jaskiń bawiąc się w ganianego. Sam łuk Mobius jest wspaniałym plenerem fotograficznym, ująć w nim można w zależności od pory dnia albo Whitney Peak i inne strzeliste pasma Sierra Nevada,

albo jeśli ktoś przybędzie tu po popołudniu resztę wzgórzy Alabama Hills patrząc w kierunku wschodnim.

Przejeżdżamy autem po kilku szutrowych drogach, wszędzie dostrzegając niewiarygodnie ciekawe kształty skałek.

Na koniec wędrujemy jeszcze szlakiem Shark Fin Loop (długość 1,7 mili). Jest tak zimno i wietrznie, że z trudem udaje nam się wyjść z auta …. drzwi wydają się nie do ruszenia….

Idziemy wyznaczoną ścieżką w kierunku Sierra Nevada i zachodzącego słoń. Szlak musimy nieco skrócić z powodu niesprzyjających warunków – idąc pod wiatr praktycznie stoimy w miejscu …..

Wskakujemy do auta i jedziemy następnie dalej na zachód w kierunku szlaku prowadzącego na Mt. Whitney… aż do zamknięcia drogi.

A widoki stamtąd takie……

Po dzisiejszym dniu jesteśmy tak przewiani i skostniali z zimna, że w hotelu wypijamy po 4  kubki gorącej herbaty, żeby dojść do siebie.

Dzień 5

Wyjeżdżamy przed świtem z hotelu i w nagrodę witają nas fantastyczne widoki połyskujących w pierwszych promieniach wschodzącego słońca szczyty Sierra Nevada….

Dzisiejszy i jutrzejszy dzień przeznaczamy na zwiedzanie wyłącznie parku narodowego Death Valley…. Jest to najgorętsze, najsuchsze, najniżej położone miejsce w Stanach. Jest to również największy obszarowo park na terenie kontynentalnej części USA!!!!

Ciekawostką jest fakt, że Dolina Śmierci znajduje się tylko 76 mil od najwyższego punktu w kraju, Mt. Whitney, (który znajduje się na wysokości 4,421 m n.p.m). Innymi słowy, najniższe i najwyższe punkty w sąsiednich stanach są oddalone od siebie o mniej niż 100 mil!

Pomimo ekstremalnie niesprzyjających warunków, życie wręcz tu kwitnie! Park jest domem dla ponad 1,000 gatunków roślin (w tym 50 niespotykanych nigdzie indziej na świecie), 300 gatunków ptaków, 50 gatunków ssaków, i kilku gatunków płazów, gadów i ryb.

My naszą przygodę z parkiem zaczynamy od jednego z najbardziej ciekawych geologicznie szlaków Mosaic Canyon Trail (3.5 mile długości). Jesteśmy tu o 8.45 am i na parkingu poza nami jest tylko dwóch szykujących się do wędrówki hikerów. W drodze powrotnej będą nas już mijać dziesiątki, a może i setki ludzi. Jest to bardzo unikatowy szlak pod względem geologicznym, wymagający niewielkich umiejętności wspinaczkowych. W niektórych miejscach dla ułatwienia „objazdy” zaznaczone są strzałkami lub kopczykami z kamieni.

Z parkingu ruszamy w górę w kierunku kanionu.

W ciągu pierwszej 0,25 mili kanion gwałtownie się zwęża, a wokół nas znajdują się gładkie marmurowe ściany pokryte dolomitami (Noonday Dolomite).

Dawno temu częste i gwałtowne powodzie wypolerowały gładkie marmurowe ściany, które teraz nas otaczają.

Po przejściu mniej niż pół mili kanion otwiera się na rozległą żwirową dolinę……

Cały czas brniemy do góry i kiedy kanion ponownie się zwęża na jego ścianach dostrzegamy więcej ciekawych skał – zlepieńców.

Głazy „poustawiane“w poprzek kanionu blokują przejście, ale narysowana na skale strzałka kieruje nas na objazd, który prowadzi górną zachodnią częścią. Musimy trochę poprzeciskać się pomiędzy skałami,

….dochodzi też trochę wspinaczki, ale wszystko jest łatwe do ogarnięcia szczególnie przez dzieci.

Dochodzimy do suchego wodospadu lub jak ktoś woli do końca kanionu.

Ktoś z kamieni ułożył na ziemi napis „THE END?”

… Zawracamy więc i już w znacznie szybszym tempie (z górki) wracamy do auta.

Po zdobyciu mapy parku w malutkim Stovepipe Wells Ranger Station jedziemy do Charcoal Klins. Emigrant Canyon Road do nich prowadząca jest bardzo słabo uczęszczana i w końcowej części bardzo wąska z licznymi zakrętami. (Trzeba bardzo uważać na rowerzystów).

Po skręcie w Mohogany Flat Rd kończy się asfalt i zaczyna szutrowa droga, gdzie bardzo przydatny jest wyższy samochód z napędem na 4 koła. Im wyżej się wznosimy tym bardziej zmienia się krajobraz stając się mocno zadrzewiony przede wszystkim sosnami z gatunku pinion pines i jałowcami. Jest też bardzo zimno, bo znajdujemy się teraz na wysokości około 2,400 m n.p.m.

Charcoal Klins to 10 wielkich kopułowatych budowli w kształcie uli.

Były one używane do wypalania węgla drzewnego, którym zaopatrywano lokalne kopalnie srebra i rud ołowiu. Węgiel drzewny był najlepszym dostarczycielem ciepła w piecach kopalnianych, gdzie spalał się powoli i produkował więcej ciepła potrzebnego do rafinacji rud. Wypalarnie działały tylko przez 2 lata i dlatego są w tak znakomitym wręcz nienaruszonym stanie … 100 lat po ich wybudowaniu.

Wracamy ta samą drogą do skrzyżowania….

i skręcamy w lewo w szutrową zdegradowaną drogę Wildrose Canyon Rd. Droga na mapie oznaczona jest jako bardzo słaba jakościowo – szutrowa, ale po przejechaniu 1 czy 2 mil jakość jej znacząco się poprawia i można już śmigać nią pełną parą.

Dojeżdżamy do Panamint Valley Road i skręcamy w prawo dobijając do głównej drogi 190. Tu skręcamy w lewo na zachód i za chwilkę w szutrową (nieoznaczoną!) prowadzącą do wyjścia na szlak do Darwin Falls (długość 2 mile). To niesamowite, że w tak suchym miejscu, gdzie w zasadzie nie widzi się żadnej roślinności możemy cieszyć oko widokiem wodospadu i tętniącego wokół niego życia. Wodospad „działa” cały rok i jest niesamowicie przyjemnym miejscem szczególnie po spędzeniu kilku godzin w upalnej niżej położonej części parku. Po przejściu 0.7 mili kanion zwęża się i wkraczamy w soczyście zielone topolowo wierzbowe zarośla. Przez następne 0.3 mili kilkakrotnie przeskakujemy strumień, gdzie nie trudno o poślizg i mokrego buta 😊… by w końcu stanąć przed 6 metrowym wodospadem. Nie jest on oczywiście majestycznym rzucającym na kolana wodospadem, ale daje tyle przyjemności po wędrowaniu w skwarze, że naprawdę warto tu przyjć.

Prymitywnie skonstruowany z patyka… statyw ….. 30 secund na wdechu… i zdjęcie poszło.

No i jest to jedyny wodospad w Death Valley!!!  Po za tym można tu również spotkać śpiewające ptaki, ważki i rechoczące żaby…. co raczej było by trudne w pozostałej części parku. W rzece nie wolno się kąpać, ze względu na fakt, że płynąca tu woda przeznaczona jest do konsumpcji… a idąc wzdłuż szlaku cały czas naszej wędrówki dzielimy drogę w metalową, miejscami przeciekającą rurą.

Wracamy do auta i tą samą szutrową drogą dojeżdżamy do głównej 190-tki. Ostatnim punktem jest Father Crowley Vista Point. Z parkingu odchodzi szutrowa droga, którą to dojeżdżamy do najpiękniejszego panoramicznego widoku w parku. Do tego popołudniowe słońce pięknie wydobywa kolory pustyni. O dziwo nikt tu nie zajeżdża….

Wracając do hotelu w Lone Pine mieliśmy w zamiarze odwiedzenie Cerro Gordo ghost town…. opuszczonego miasteczka z epoki gorączki złota, które to zostało rok temu zakupione przez młodego gościa (o imieniu Underwood Brand) za kwotę 1,4 miliona dolarów i powoli powstaje z kolan by stać się atrakcją turystyczną regionu. (Youtube channel „Ghost Town Living„). Przy wjeździe na drogę prowadzącą do posiadłości stoi wielki znak, że jest to teraz teren prywatny i wstęp dozwolony jest tylko za wcześniejszym umówieniem…(ale nie ma podanego numeru telefonu….emaila czy jakiejkolwiek informacji jak się można umówić…)

Żeby było śmiesznie tuż przy tym znaku ustawiony był radiowóz z włączonym kogutem… a w środku drzemał słodziutko policjant… lub też po prostu zamknął oczy jak mnie zobaczył 😊….

Dzień 6

Dzisiejszy dzień zamierzamy znowu spędzić w Dolinie Śmierci. Zaczynamy od spaceru po wydmach Mesquite Flat Sand Dunes. Świetna miejscówka na wschód słońca i poranne godziny ze względu na odpowiednie światło do zrobienia wspaniałych zdjęć…. my niestety borykaliśmy się z częściowo zachmurzonym niebem…więc i zdjęcia wyszły częściowo wspaniałe 😊……

Nie ma tu żadnych wyznaczonych szlaków… więc wszyscy chodzą gdzie chcą. Żeby dojść do największych wydm trzeba przejść około 2 mil… my jednak krążymy w odległości jedynie około pół mili od parkingu… Dzieciaki mają niezły ubaw turlając się i skacząc z wydm.

Po wydmach …następnym przystankiem jest Harmony Borax Works.

Od razu po odkryciu złóż boraksu w dolinie w roku 1881 rozpoczęto jego wydobywanie. Zbudowano kopalnie i wydobyty minerał transportowano wozami zaprzęgniętymi w 20 mułów do najbliższej stacji kolejowej w Mojave.

Taki właśnie wóz możemy oglądać spacerując krótką ścieżką z parkingu. Spacerując dalej widzimy też ruiny rafinerii. Borax był nazywany białym złotem, a jego zastosowanie to głównie jako wybielacz w detergentach, środek czyszczący, dezynfekujący, który używany był też do produkcji szkła i ceramiki.

Kolejnym miejscem na naszej trasie jest Furnace creek Visitor Center otoczony palmami, gdzie dzieciaki składają uroczystą przysięgę Junior Rangera i otrzymują kolejne odznaki do swojej kolekcji.

Naszym następnym szlakiem jest Golden Canyon (długość 3 mile). Zbliża się 11 am. Jest już naprawdę gorąco.

Szlak prowadzi stopniowo pod górę przez skalny korytarz wysokich „złotych” ścian.

Kanion pozbawiony jest całkowicie roślinności i w zasadzie również cienia więc wędrówka w samo południe nie wydaje się najlepszym pomysłem.

Po mili marszu szlak rozwidla się i skręcamy w lewo podchodząc do Red Cathedral. Kilka małych wspinaczek i przejść pod masywnymi głazami

i lądujemy u podstawy 400-metrowych wyżłobionych ścian Czerwonej Katedry. Widok robi wrażenie.

Wymęczeni gorącem wracamy do auta wypijając całą zawartość wody jaką mieliśmy.

Kolejna atrakcja to jednokierunkowa droga – Artists Drive.

Jest to 9 milowa, chyba najbardziej widowiskowa trasa w parku.

Meandrujemy pomiędzy paletami fantastycznych barw, a najpiękniejsza część czeka na nas w połowie drogi– Artist Palette – tu wszystkie kolory jakie możemy spotkać w Death Valley mamy podane jak na talerzu w jednym miejscu.

Koniecznie trzeba tu zaparkować i wskoczyć na kilka wzniesień, żeby przyjrzeć się temu z bliska.

Kolory jakie tu widzimy pochodzą z utleniania metali i minerałów i paleta barw rozciąga sią od brązu, fioletu, zieleni, pomarańczy…po kilka odcieni szarości.

Devil’s Golf Course – tu szutrową drogą (0.5mili) podjeżdżamy do olbrzymiego solnego pola. Jest to krótki przystanek na wyjście z auta i przyjrzenie się z bliska wielkim solnym pokładom, ale spacer pomiędzy nimi może być nieco utrudniony ze względu na ostre i poszarpane wychodnie…. jak sama nazwa wskazuje – tylko diabeł mógłby tu grywać w golfa…..

Badwater – najniżej położone miejsce w parku i w ogóle w całej Ameryce. 85,5 metra poniżej poziomu morza… Nazwa Badwater została wymyślona przez pierwszych wędrowców, którzy próbowali poić tu swoje muły znajdującą się tu wodą. Zwierzęta jednak odmawiały ze względu na wysokie jej zasolenie… i stąd właśnie zła woda… Spacerujemy chwilkę po zasolonym białym podłożu razem ze zbitą masą ludzi…. Słona droga ciągnie się przez następne 5 mil… więc raczej niewielu śmiałków kończy swój spacer na jej końcu. Temperatura w tym miejscu jest około 30C i dzieciaki widząc odległy horyzont bez grama cienia po prostu odmawiają dalszej wędrówki.

Na wysokich skałach po przeciwnej stronie drogi można dostrzec napis „0 feet nad poziomem morza” czyli dokładnie 85,5 metra (280 stóp) powyżej naszych głów.

Wracamy do głównego skrzyżowania ze 190-tką i skręcamy w prawo do Zabriskie point i Twenty Mule Team Canyon, który przejeżdżamy autem jednokierunkową drogą. Zabriskie Point to ciekawe erozyjne formacje skalne (badlands) będące pozostałością po starożytnym jeziorze, które uformowało się tu około 9 milionów lat temu. W ciągu kilku milionów lat istnienia jeziora na dnie gromadziły się osady w postaci solnych mułów, żwiru z pobliskich gór oraz popiołów z czynnego wówczas pobliskiego wulkanu. Osady te połączyły się, tworząc coś, co dziś nazywamy formacją Furnace Creek. Za różnorodność reprezentowanych tu kolorów odpowiada również wietrzenie i zmiany spowodowane przez wody termalne.

Twenty Mule Team Canyon to przejażdżka piękną szutrową drogą poprzez kolorowe, zerodowane, pofałdowane wzgórza, przypominające krajobraz księżycowy.

To właśnie tutaj nakręcono sceny z Gwiezdnych wojen do części VI: Powrót Jedi. Nazwa kanionu pochodzi od zaprzęgów mułów i koni, które ciągnęły przyczepy pełne rud boraksu przez tereny Doliny Śmierci.  

Skręcamy w stronę Nevady skrótem Beatty cutoff i wyjeżdżamy z parku.

Przed dotarciem do hotelu zajeżdżamy jeszcze do Goldwell Open Air Museum (wstęp bezpłatny). Jest to mała galeria na wolnym powietrzu z kilkoma ciekawymi abstrakcyjnymi rzeźbami.

Najciekawsze są chyba odlewy zakapturzonych duchów „The Last Supper”oraz „Ghostrider” gotowy do drogi z rowerem…. mozaikowa ławeczka, „12 apostołów” wykonane w 1984 roku przez belgijskiego artystę o polsko brzmiącym nazwisku Albert Szukalski.

Galeria znajduje się tuż przed wjazdem do Rhyolite ghost town…. Jesteśmy teraz na wysokości 1,150 m n.p.m… i jest przeraźliwie zimno…. i wietrznie. Niewiele tu zostało do oglądania poza bogatą historią miasta.

Obecnie wszystkie budynki otoczono metalowymi ogrodzeniami…. Najciekawszy i najbardziej unikatowy z nich to Tom Kelly bottle house zbudowany z 50 tysięcy butelek po piwie, whisky i lekarstwach. Jest to najstarszy i najlepiej zachowany dom z butelek na terenie Stanów Zjednoczonych.

W roku 1904 odkryto w okolicznych górach Bullfrog Hills złoto, które to od razu zaczęło przyciągać spragnionych bogactwa górników. W ciągu 3 lat miasto miało już populację około 5,000 mieszkańców i jako pierwsze z niewielu w owych czasach zostało całkowicie zelektryfikowane. Miasto posiadało linie telefoniczne, betonowe chodniki, uliczne oświetlenie, własne gazety, wodociągi, szpital, dom publiczny, operę, szkołę z 250 uczniami i nawet fabrykę lodu…i aż 50 barów… po kilku latach, kiedy to najbogatsze złoża zostały wydobyte i nastąpił krach na giełdzie …. miasto równie szybko jak powstało zaczęło się wyludniać by do roku 1920 stać się całkowicie opuszczonym miejscem.

Tuż przez zmrokiem wjeżdżamy do miasteczka Beatty i jadąc w kierunku hotelu Basia zauważa stado dzikich osiołków…. o których opowiadał nam spotkany na szlaku w Death Valley hiker.

Podjeżdżamy bliżej by przyjrzeć się im dokładniej i jeden z nich wkłada głowę do naszego auta…. mam centralnie jego pysk przy mojej twarzy i nie bardzo wiem co mam zrobić…. osioł pyska nie wyjmuje czekając zapewne na jakąś przekąskę…. tej niestety nie dostaje, bo braki w zaopatrzeniu żywności nie zostały jeszcze uzupełnione….

Dzień 7

Plan na ten dzień całkowicie został zmodyfikowany. Zrezygnowaliśmy ze spędzenia trzeciego dnia w Death Valley i uderzyliśmy na północ by odwiedzić kilka ghost towns. Zaczynamy od Gold Point położonego na wysokości około 1,645 m n.p.m co jest oczywiście odczuwalne, jeśli chodzi o temperaturę powietrza.

Jest zimno i wieje przeraźliwie… chociaż siedząc w aucie i patrząc na cudownie oświetlone porannym słońcem wzgórza ma się wrażenie, że jest wręcz upalnie. Jest to żyjące i zamieszkałe ghost town, ale liczba rupieci i antyków zebranych w jednym miejscu przerasta moje oczekiwania.

W starych posklecanych domach zamieszkują ciągle ludzie, o czym informują tablice zakazujące wstępu i przechodzenia przez „podwórka”. Pierwotnie miasteczko nazwano Lime Point, ze względu na olbrzymie pokłady wapieni (ang. lime), które tu zaczęto wydobywać. Nazwę zmieniono następnie na Hornsilver, gdy odkryto bogate złoża srebra. Gdy i te złoża się wyczerpały i generalnie produkcja stała się mało opłacalna, odkryto złoto i nazwa została znowu zmieniona na Gold Point (1927 rok). W największym rozkwicie było tu 225 drewnianych domów, poczta, hotel, piekarnia i 13 barów… Podczas II wojny światowej rząd nakazał zamknąć wszystkie kopalnie złota i wszyscy górnicy z miasteczka zostali powołani do wojska. Po wojnie wydobycie przywrócono, ale na niewielką skalę. Dzisiaj stoi tu około 50 budynków i Gold Point zamieszkały jest jedynie przez 7 mieszkańców (chociaż ciekawy jest fakt, że przy wjeździe do miasteczka znajduje się 27 skrzynek pocztowych:)). Miasto zapewne nie było by tym co mamy szansę zobaczyć dzisiaj gdyby nie kilku dziennikarzy z Las Vegas, którzy to w latach 1970-tych wykupili większość budynków. Pieniądze na zakup rozpadającego się Gold Point pochodziły z wygranej w kasynie. Chłopaki razem z przyjaciółmi wyremontowali i odrestaurowali miasteczko. Teraz można tu wynająć pokoje …w których podobno straszy….  

My przyjechaliśmy tu o świcie i przez około 45 minut jakie tu spędziliśmy nie widzieliśmy ani żywej duszy…. ani nieżywego ducha.

Wracamy go głównej drogi (95) mijając co chwila stada byków na pastwiskach groźnie spoglądające w naszym kierunku…

Kolejna atrakcja dnia dzisiejszego to International car Forest of the Last Church (1111 East, Crystal Ave, Goldfield, wjazd bezpłatny).

Na dosyć sporym obszarze poustawiano lub raczej wkopano w ziemie 40 starych samochodów, autobusów i furgonetek, które następnie „ozdobiono” graffiti. Są mocno zakotwiczone w ziemi, więc z powodzeniem można się na nie powspinać i do nich wchodzić. Jest to podobne dzieło do Cadillac Ranch w Teksasie lub Carhenge w Nebrasce.

Nazwa instalacji „Międzynarodowy Las Samochodowy Ostatniego Kościoła” – została nadana przez jednego z artystów tego dzieła – Marka Rippie’go, który to w ten właśnie sposób zamanifestował swoją niechęć do każdej istniejącej zorganizowanej religii.  

Goldfield jest to jedno z największych miast w stanie Nevada związanych z gorączką złota.

Podczas boomu szczyciło się ono populacją ponad 30,000 mieszkańców, 5 banków, najdłuższym bar w całym stanie wymagającym aż 80 barmanów do obsługi tak licznej klienteli. Niezwykle dochodowe kopalnie złota, które tu działały doprowadziły Goldfield do bogactwa, o jakim możemy tylko śnić…. (przynosząc dochód 86 milionów dolarów w złocie). W rzeczywistości złoto było tutaj tak wartościowe, że górnicy zaczęli wykradać jego całkiem spore kawałki ukrywając je np. w przegródkach ubrań czy wydrążonych uchwytach do wytrychów lub nawet fałszywych obcasach do butów. W odpowiedzi na ten nielegalny przemyt gubernator miasta zwrócił się o pomoc do samego prezydenta Roosevelta aby ten wysłał na pomoc żołnierzy. Jak to z każdym kopalnianym miasteczkiem bywało z czasem żyła złota się wyczerpała i do 1910 roku wszystko już poważnie podupadło. Pożar w 1923 roku zdewastował miasto, które już nigdy nie wróciło do dawnej świetności. Dziś zamieszkuje tu mniej niż 200 osób…

Najbardziej wyróżniającym się budynkiem w mieście jest (podobno) nawiedzony hotel Golfield.

Pierwotnie otwarty w 1908 roku, był uważany za najbardziej luksusowy hotel między Chicago i San Francisco. Był ognioodporny, zasilany parowym systemem grzewczym, generowanym przez lokalną elektrownię, mieścił najszybszą windę na zachód od Mississippi i posiadał telefony. Mówi się, że w dniu otwarcia po schodach przed wejściem spływał prawdziwy szampan. Korytarz był bogato udekorowany mahoniowym drewnem, czarnymi skórzanymi meblami, kryształowymi żyrandolami, a lśniące, złote liście zdobiły wysokie sufity. Hotel jest obecnie zamknięty dla odwiedzających i poważnie zrujnowany, ale od czasu do czasu jest otwierany na różnego rodzaju imprezy, takie jak np. „Goldfield Days” – odbywające się co roku w sierpniu. Wkrótce po jego wielkim otwarciu hotel kupił magnat górniczy George Wingfield, który jako duch nawiedza go do dziś 😊. Charakterystyczny zapach dymu cygarowego, który towarzyszył mu na każdym kroku można podobno cały czas wyczuć w wielu pomieszczeniach hotelowych… Inne straszące tu duchy to kochanka Wingfielda i jego nieślubne dziecko, dwoje gości, którzy popełnili samobójstwo w hotelu, oraz „Stabber”- nożownik. Bez względu na to, czy duchy są prawdziwe, czy nie, wiele osób potwierdziło, że czują dziwną ich obecność w hotelu, a w pokoju numer 109 zainstalowane kamery w tajemniczy sposób przestają działać…. Hotel Goldfield pojawił się w wielu programach telewizyjnych i filmach dokumentalnych o nawiedzonych miejscach, a niejeden medium nazwał go bramą do innego świata.

Goldfield High School to również raj dla fanów zjawisk paranormalnych i popularne miejsce poszukiwaczy duchów, jest jednym z 10 przystanków podczas wycieczek duchów Goldfield Days, które co roku odbywają się w mieście.

Wycieczka obejmuje również przystanki w remizie strażackiej, kościele, biurze telegraficznym i chatach górniczych.

John Cushman (właściciel Goldfield Ghost Operations) dostarcza podczas wycieczki sprzęt wykrywający duchy 😊. Na siedzeniach ustawiane są lasery i wszystko filmowane jest kamerami noktowizyjnymi… co jak twierdzi przewodnik dostarcza niezbitych dowodów na istnienie duchów. Można też skorzystać z opcji kolacji z duchami lub wynająć pomieszczenia liceum na całą noc. Cały dochód z wycieczek przeznaczony jest na renowację szkoły.

Wyjeżdżamy z Goldfield i jedziemy dalej pustkowiami do kolejnego miasteczka – Tonopah.

Jeszcze przed centrum Tonopah zaglądamy na chwilę do Central Nevada Museum (1900 Logan Field Rd), małego tematycznego muzeum, którego wszystkie ekspozycje odwołują się do lat świetności z epoki gorączki złota.  

Tonopah to kolejne z zapomnianych już dzisiaj miasteczek, które wyrosło na gorączce złota i srebra. Legenda mówi o odkryciu srebra przez niejakiego Jima Butera, który szukał zaginionego osiołka na pustyni…. błąkał się w nocy i kiedy w końcu był tak zmęczony, że poszedł spać. Kiedy Butler odkrył zwierzę następnego ranka, podniósł pierwszy lepszy kamień i rzucił nim z frustracji w śpiącego nieopodal osła, zauważając przy tym, że kamień był niezwykle ciężki. Jednym słowem podczas tych poszukiwań natknął się na drugą najbogatszą żyłę srebra w historii Nevady (która w dzisiejszej walucie wynosiłaby ponad miliard dolarów).

Od końca XX wieku mieszkańcy Tonopah zatrudnieni byli na masową skalę na pobliskim wojskowym poligonie. Wojsko wykorzystywało okoliczne tereny jako miejsce do licznych testów bomb atomowych, poligon bombowy oraz jako bazę operacyjną dla odrzutowych samolotów bombowych F-117 Nighthawk. Samoloty te zostały w 2008 roku zmagazynowane i zakonserwowane w specjalnych hangarach zbudowanych specjalnie dla tego typu maszyn w Tonopah Test Range Airport i były utrzymywane w stanie gotowości przez wiele lat. Niestety z powodu wysokich kosztów utrzymywania z całego programu jednak częściowo się wycofano przekazując wiele egzemplarzy do muzeów. W latach 2016 – 2017 umieszczono też kilka z nich na Bliskim Wschodzie. Tylko jeden raz udało się strącić tego typu bombowiec i miało to miejsce podczas operacji „Allied Force” nad Kosowem. Samolot został wykryty z odległości 15 kilometrów (czyli takiej, na jaką została przewidziana „niewidzialność” przez jego konstruktorów). Pilota na szczęście uratowano, a szczątki samolotu można teraz oglądać w muzeum w Bagdadzie.  

Najbardziej spektakularnym budynkiem Tonopah jest Mizpah hotel i pobliski budynek Belvada, oba wysokie na pięć pięter, (do roku 1927 nosiły wspólną nazwę najwyższego budynku w Nevadzie.

Mówi się, że w hotelu Mizpah straszy… niejaka Lady in Red. Jest to duch prostytutki pobity i zamordowany na piątym piętrze hotelu przez jej zazdrosnego byłego chłopaka. Inna legenda głosi, że dama w czerwieni została przyłapana na zdradzie przez swojego męża w hotelu po tym, jak spóźnił się na pociąg. Zazdrośnik zabił ją z wściekłością z zazdrości. Historia „The Lady in Red haunting of the Mizpah” została opowiedziana w odcinku 2 sezonu 5 “Ghost Adventures” na Travel Channel.

Opuszczamy miasto (droga nr 6) z wielką przepyszną „homemade”pizzą (Hometown Pizza 222 Main Street) zmierzając w kierunku tajemniczej Extraterrestrial Highway ….

Jedziemy totalnymi bezludziami….

Dosłownie samotnie przemierzając pustynię. Na chwilkę zatrzymujemy się w miejscu zwanym Warm Springs – podupadłym i zabitym dechami byłym resortem z gorącymi źródłami.

Największa atrakcja – spory wybetonowany basenik z turkusową gorącą wodą jest otoczony wielkim płotem z napisem „no trespassing”… więc nawet nie próbujemy się tam przedzierać.

gorąca rzeka wypływająca z okolicznych gorących źródeł…..

Skręcamy w 375kę i tu właśnie zaczyna się Autostrada Pozaziemska.

Prowadzi ona przez tereny należące do Nellis Air force Range, gdzie przeprowadzano kiedyś testy jądrowe. Obszar zwany jako Area 51 to ściśle tajna baza. Przestrzeń powietrzną nad nią uznano za najlepiej i najdokładniej strzeżony obszar powietrzny w całych Stanach Zjednoczonych. W przybliżeniu jest ona wielkości Szwajcarii. Dokładne zdjęcia satelitarne wykazały, że znajduje się tam jeden z najdłuższych na świecie pasów startowych o długości 9,5 km. Baza powstała w 1951 roku dla Centralnej Agencji Wywiadowczej USA (CIA). Testowano tam przede wszystkim samoloty wojskowe. Najpopularniejsze teorie spiskowe związane ze Strefą 51 dotyczą przetrzymywania i badania pozaziemskich form życia pochodzących ze statku kosmicznego, który rzekomo rozbił się w 1947 roku w pobliżu Roswell (stan Nowy Meksyk). Częste są również spekulacje o samolocie hipersonicznym o nazwie Aurora, osiągającym kilkakrotną prędkość dźwięku. Oprócz tego twierdzono, że odbywają się tam badania poświęcone nowoczesnym broniom energetycznym, kontroli pogody, podróżom w czasie itd. Do roku 2001 rząd USA podtrzymywał, że Strefa 51 w ogóle nie istnieje i dopiero wtedy ówczesny prezydent George Bush wspomniał podczas przemówienia o „terenach operacyjnych” położonych przy jeziorze Groom. Miejsce to od dawna przyciąga entuzjastów zjawisk paranormalnych, zagorzałych ufologów i turystów poszukujących kiczowatych pamiątek o tematyce pozaziemskiej. W 1989 roku inżynier Bob Lazar twierdził, że pracował przy statkach kosmicznych obcych cywilizacji i oglądał loty testowe spodków (w dolinie Tikaboo), opowiadając swoją historię stacji telewizyjnej w Las Vegas, która została następnie wyemitowana jako wiarygodny raport 😊. Wiele książek i osobistych relacji zostało opublikowanych na temat pozaziemskich statków kosmicznych i działalności obcych w tym regionie.

Małe miasteczko Rachel, położone w pobliżu środka autostrady, „obsługuje” turystów, geocacherów i poszukiwaczy UFO prowadzących „badania” związane z kosmitami. W Hiko, gdzie autostrada się kończy znajduje się „naukowe centrum ufoludkowe” – Alien Research Center (100 NV-375, Hiko)

…My pędzimy jednak dalej przez pustynię do naszego docelowego miejsca Oak Springs Trilobite Area, gdzie znajdują się liczne skamieniałości trylobitów w złożach łupków.

Ponad 500 milionów lat temu obszar ten całkowicie zanurzony w wodzie. Teraz możemy odnaleźć szczątki tych zwierząt (przypominających skorupiaka ze złączonymi nogami i zdolnością do zwijania się w kłębek). Co ciekawe można sobie zatrzymać tak dużo skamieniałości jak tylko uda nam się znaleźć… My dłubiemy w łupkach przez około 1,5 godziny, ale niestety nic nie znajdujemy ☹.

Podczas naszej wcześniejszej wycieczki zdobyliśmy 2 kawałki łupków z odciśniętą częścią trylobita…zdobiącymi teraz naszą bogatą kolekcję minerałów. Następnym razem przybędziemy tu z porządną łopatą i powodzenie akcji będzie na pewno bardziej spektakularne…. Oak Springs to była już nasza ostatnia atrakcja pustynnej wyprawy.

Wracamy po zmroku do Las Vegas i następnego ranka wylatujemy do Chicago.

  

Jedna myśl na temat “NEVADA i CALIFORNIA pustynnie

Dodaj własny

Dodaj komentarz

Blog na WordPress.com. Autor motywu: Anders Noren.

Do góry ↑