TERMIN: 10.X – 12.X.2020
Indiana miło nas zaskoczyła swoimi małymi cudami natury, które mieliśmy w zasięgu ręki od tak dawna…. ale nigdy nikomu jakoś nie przyszło do głowy, żeby wziąść na poważnie wycieczkę do sąsiedniego stanu, słynącego podobnie zresztą jak Illinois z uprawy kukurydzy. A tu proszę – okryta jesiennymi kolorami mieniącymi się od soczystej czerwieni po pomarańcze, brązy i odcienie złota dosłownie rzuciła nas na kolana. Zwiedziliśmy kilka parków stanowych pełnych piaskowcowych wąwozów i kanionów, zatopionych w kolorach jesieni, odwiedziliśmy stare młyny i zadaszone mosty „covered bridges”, zabytkowe farmy, i ledwo „dyszące” (po ekstremalnie suchym w tym roku lecie) wodospady. Poznaliśmy też typowo wiejską stronę Indiany pełną starych rozpadających się stodół i pól kukurydzy, której wyschnięte lśniące w słońcu liście dodawały smaczku całemu otoczeniu. Zdecydowanie kolejna nasza jesień bedzie znowu należała do Indiany!
TRASA: Chicago – INDIANA (Buckley Homestead County Park, Lowell, Williamsport falls, Rob Roy Covered bridge, Portland Arch Nature Preserve, Cox Ford Cover Bridge, Turkey Run State Park, Crawfordsville, Shades State Park, Pine Hills Nature Preserve, Mansfield Roller Mill, Crawfordsville, McCormick’s Creek State Park, Cataract Falls, Poland, Bridgeton Grist Mill) – Chicago.
KOSZT BENZYNY: $43 (622 mile/1001km)
NOCLEGI: hotel Comfort Inn, Crawfordsville 2 x noce $204/2=$102
CAŁKOWITY KOSZT: $174
PRZEWODNIKI: Atlas topograficzny Indiana (DeLorme), Hiking Indiana (falcon guides) Phil Bloom, Indiana State parks Nathan D. Strange.
STATE PARKS PASS: Jednorazowy bilet wstępu kosztuje $9 (możemy w tym dniu odwiedzić dowolną liczbę parków stanowych w Indianie). Całoroczny pass dla nierezydentów stanu $70 (ważny od momentu zakupu do końca roku kalendarzowego).
SKŁAD ZESPOŁU: mama Zuza, mama Renia, mama Justyna + 6 dzieci
Dzień 1
Naszym pierwszym punktem wycieczki jest Buckley Homestead County Park w Lowell. (3606 Belshaw Road, wjazd bezpłatny). Farma zastała założona przez Irlandzkich imigrantów ponad 170 lat temu, a głównym jej celem było dostarczanie mleka dla mieszkańców niedaleko położonego Chicago. Obecnie jako zabytek😊, (znajdujący się na liście National Register of Historic Places) zamieszkana jest jedynie przez zwierzęta domowe i pana Hawk’a, który wraz z żoną wybudował sobie tutaj małą drewnianą kabinkę w stylu pierwszych pionierów.
Parkujemy przy Visitor Center, (które jest niestety zamknięte) i spacerujemy ścieżką kilkaset metrów na południe w kierunku zabudowań farmerskich.
Powitani przez rozwrzeszczane gąsiory omijamy szerokim łukiem ich zagrodę …..
……i kierujemy się prosto do kurnika😊.
W pierwszej części farmy znajdują się ogród, sad, zagrody z drobiem i wozownia. Przechodząc przez Belshaw Road na drugą stronę oczom naszym ukazuje się pokaźna wręcz majestatyczna śnieżnobiała stodoła, (którą często nowożeńcy wybierają jako tło sesji ślubnej),
… dojarnia, pomieszczenie z narzędziami, spichlerz i chlew. Przed stodołą rozkłada swoje skarby jeden ze sprzedawców rękodzieła. Można zakupić sobie kawałek wyprawionej skóry czy noże lub też zestaw strzał.
Przechodząc obok głównej stodoły zostajemy zaczepieni przez pana Hawk’a, który słysząc nasz dźwięczny słowiański akcent zaczyna opowieści o swoich przodkach.
Akcentem polskim w jego rodzinie jest babcia małżonki, od której nauczyli się słowa „kluski” 😊…. i to w zasadzie cała jego wiedza na temat naszego dziedzictwa narodowego. Pan Hawk każdemu napotkanemu obcokrajowcowi zadaje te same pytania, a kiedy usłyszy, że najgorszym doświadczeniem jakie spotkało nas w Stanach Zjednoczonych jest jedzenie… wybałusza z niedowierzaniem oczy. W dniu dzisiejszym na terenie farmy będzie odbywał się festyn, ale nasz plan wycieczki niestety tego nie przewidział, więc po krótkim obejściu wszystkich zagród z kozami, krowami i świniami oraz szybkim przelocie po starych chatkach schowanych w lesie (część farmy zwana „1850 Pioneer Farm”) ruszamy dalej na południe.
Punkt numer 2 dzisiejszej trasy to Williamsport Falls, jak się okazuje wyschnięte do ostatniej kropli….Wodospad znajduje się w środku miasteczka, ale schodząc do jego podnóża nie widać na szczęście otaczających go budynków, co daje uczucie delikatnej dzikości😊. Na wiosnę można podziwiać spadający z wysokości 27 metrów słup wody, który tworzy najwyższy wodospad w stanie Indiana. Do podstawy wodospadu można dostać się bardzo stromym skótem,
który odbija od razu w prawo (zaraz po wejściu na szlak) i dzięki temu po 3 minutach jesteśmy już na dole stojąc przed piaskowcową półką.
U podstawy wodospadu znajduje się kilka olbrzymich głazów porośniętych jaskrawozielonymi glonami.
Wszędzie rozsypane są już jesienne żółto czerwone liście …..
W tym miejscu dołączają do nas kolejne superhikerki z Chicago i dalej już razem 3 samochodowym korowodem przemieszczamy się do kolejnych miejsc. Przejeżdżamy przez centrum miasteczka Williamsport, który aż kipi od jesiennych barw….
i jadąc dalej na południe 41-ką zatrzymujemy się przy moście Rob Roy Covered Bridge (z 1860 roku).
Historia krytych mostów w Indianie sięga roku 1835. Blisko 600 takich mostów było zbudowanych w tym stanie. Do dziś pozostało ich jedynie 98. Głównym celem „przykrywania” mostów była oczywiście ich ochrona przed kapryśną pogodą, ale czasami stanowiły one jedyny większy zadaszony obszar w całej wiosce, dzięki czemu wykorzystywane były do organizowania wszelkiego rodzaju zgromadzeń społecznościowych, a nawet przyjęć weselnych. Tradycyjne mosty drewniane bez pokrycia zwykle wytrzymywały około 20 lat, narażając swoją odporność na zmiany pogodowe, natomiast żywotność mostów zadaszonych wielokrotnie przekraczała okres 100 lat.W Stanach Zjednoczonych zbudowano około 14,000 takich mostów głównie w latach 1825 – 1875. Do dziś pozostało ich około 1,000 i możemy je głównie spotkać na terenie wschodniej części USA – w New England, Iowa, Indianie, Pennsylvani czy stanie Ohio.
Zjeżdżamy z 41-ki na drogę W 650N i jadąc na zachód przez pola wyschniętej kukurydzy dojeżdżamy do wyjścia na szlak North trail w Portland Arch Nature Preserve (długość 1 mila). Szlak – pętla jest bardzo łatwym (w zasadzie bez większej zmiany elewacji) i przyjemnym spacerem po lesie.
Spring creek wyrzeźbił tu w piaskowcowej skale otwór nazwany Portland Arch.
Zaraz po przejściu pod łukiem skalnym naszym oczom ukazuje się betonowa konstrukcja przypominająca miniaturowy zamek 😊….. będąca niestety jedynie pozostałością po tamie.
Idziemy dalej wzdłuż piaskowcowej ściany po drewnianej kładce.
Spoglądamy na smętnie płynącą rzekę po prawej stronie i aż trudno uwierzyć, że tak malutki strumień jest odpowiedzialny za wyrzeźbienie całej tej wielkiej doliny.
Jadąc dalej na południe (drogą #41) zaglądamy na chwilkę do jednego z najładniejszych okolicznych mostów – Cox Ford Cover Bridge,
i kierujemy się do ostatniego docelowego dziś punktu – Turkey Run State Park ($9/auto). Najbardziej charakterystycznym elementem parku są wąwozy wyrzeźbione w piaskowcowych skałach kilka tysięcy lat temu przez polodowcowe strumienie, piękne liściaste lasy i przepływająca przez park rzeka Sugar Creek. Nazwa parku pochodzi od … uciekających indyków…. Dzikie indyki licznie zamieszkujące te tereny podczas zimniejszych dni gromadziły się w wąskich kanionach, by ogrzać się nieco i osłonic od wiatru. Wykorzystywali to myśliwi, którzy masowo je wyłapywali…..a biedne indyki poprostu uciekały z kanionów w popłochu. Sugar Creek – jedna z najczystszych i najpiękniejszych rzek Indiany – jest bardzo popularnym miejscem spływów kajakowych podczas lata i wczesnej jesieni. Kilka prywatnych firm stacjonujących poza parkiem oferuje ich wynajem lub zorganizowane wycieczki. Ceny za wynajem kajaka zaczynają się już od $17 za 3,5 milową wycieczkę (czas trwania do 1,5 h), za canoe musimy zapłacić trochę więcej bo $22. Jeśli interesuje nas trochę dłuższe wiosłowanie to możemy wybrać dystans 15 milowy (maksymalnie 7 godzin) i wtedy cena za kajak to $26, a za canoe $34. Podcas naszego pobytu poziom wody jest ekstremalnie niski i zainteresowanie tą formą rekreacji praktycznie minimalne.
Z parkingu przechodzimy najpierw do budynku Turkey Run Inn, następnie do punktu widokowego Sunset Point i drewnianej chatki Lieber Cabin (część szlaku #6).
Cofamy się (ścieżka #1) w kierunku wschodnim…..
…do zawieszonego mostu (suspended bridge) – po którym z sercem na ramieniu przechodzimy na drugą stronę rzeki. Most jest tak bardzo zatłoczony i rozhuśtany, że w naszych głowach rodzą się nieprzyjemne myśli o nadchodzącej tragedii….
Mostem tym przechodzi się do większości parkowych szlaków (jest ich tu aż 11). Po jego przejściu skręcamy w lewo. (na zachód) i wdrapujemy się na wielką formację skalną …… (stojąc w 5 minutowej kolejce… ). Cały czas idziemy po wysokiej półce skalnej ponad doliną rzeki Sugar creek. Początkowo jest to szlak #3. Mijamy Ice Box, którego nazwa pochodzi od niskich temperatur panujących w jej wiecznie zacienionym wnętrzu. Idąc dalej szlakiem #5 dochodzimy do rozwidlenia ze szlakiem #9 i przechodzimy przez Falls Canyon porośnięty mchem i paprociami i podążąmy dalej przedzierając się przez Boulder Canyon.
Szlak # 9 zakręca o 180 stopni i znowu dochodzimy nim do 5, która to kryje w sobie główną atrakcję parku – wielkie drewniane drabiny, z których pomocy musimy skorzystać by dostać się na dno kanionu.
Pętelka z powrotem doprowadza nas do szlaku numer 3. Tu idąc chwilkę schodzimy na brzeg rzeki by móc sfotografować jeden z piękniejszych widoków w parku – mieniące się jesiennymi kolorami choiny, dęby, orzechowce i jawory w otoczeniu wolno płynącej rzeki Sugar creek.
Z powodu braku czasu musimy na tym punkcie w zasadzie zakończyć dzisiejsze zwiedzanie parku. Przeszliśmy jedynie około 2 – 2.5 mil. Kolejnym razem przyjedziemy tu na cały weekend bo wiele form geologicznych i zakamarków wschodniej części parku pozostało przez nas nieodkrytych.
Na nocleg jedziemy do hotelu Crawfordsville.
Dzień 2
Dzień zaczynamy od zwiedzania parku stanowego Shades (wjazd $9) zatopionego w porannej mgle.
Pomino, że park położony jest na znacznie większym terenie niż Turkey Run notuje się tu 6 razy mniej odwiedzających. Nazwa parku – pierwotnie „Shades of Death” („Odcienie śmierci”) została zmieniona ze względu na dość niesmaczny wydźwięk. Legenda głosi, że na początku XIX wieku młoda osadniczka zabiła tu siekierą swojego nikczemnego męża…a czyn ten później uznano jako obrona własna. W 1816 roku w głębokich wąwozach parku odkryto mineralne źródła, które stały sie od razu docelowym miejscem rekreacji okolicznych mieszkańców. Kiedy sekret wyszedł na jaw terenem zainteresowała się prywatna spółka, która w 1887 wybudowała tu sanatorium. W 1948 roku oficjalnie sprzedano ziemie zarządowi parków stanowych. Fundusze na ten cel ($262,000) pochodziły tylko i wyłącznie od mieszkańców Indiany. Samym dzieciakom z okolicznych podstawówek udało się uzbierać aż $11,000. Sprawa była tak bardzo nagłośniona przez wszystkie media, że na ceremonię otwarcia przybyło ponad 10,000 ludzi. Była to wielka społeczna inicjatywa zakończona sukcesem, z którego teraz wszyscy możemy czerpać korzyści 😊.
Zatrzymujemy się na parkingu (Hickory Parking Lot) skąd wychodzi szlak #4, którym to dochodzimy do rzeki Sugar Creek.
Dalej zataczając pętelkę wracamy do punktu wyjścia przez wąwóz Frish Ravine wdrapując się po wielkich drabinach,
by następnie szlakiem # 5 znowu zrobić kolejną pętelkę, tym razem przez wąwóz Kintz Ravine. Przez obydwa te wąwozy przedzieramy się po bardzo błotnistym podmokłym podłożu, miejscami wdrapując się na zbocza gdy stan wody jest podwyższony.
Ze szlaku wychodzimy bezpośrednio na plac zabaw otoczony potężnymi dębami….. i magicznym drzewem…..
Tu chwilę odpoczywamy obtrzepując tony błota z butów i bierzemy kolejną ścieżkę, którą zaczynamy właśnie z placu zabaw. To szlak numer 1 prowadzący do Devil’s Punch bowl – jednego z najbardziej charakterystycznych obiektów parku, a będącego okrągłym głębokim piaskowcowym kanionem wyrzeźbionym przez liczne polodowcowe strumienie.
Zchodzimy na samo dno tego potężnego kanionu i później jego podłożem dochodzimy do ledwo dyszących wodospadów Silver Cascade Falls,
….a następnie wdrapujemy się po schodach na Ispiration point i Prospect point, skąd z zawrotami głowy spoglądamy pionowo w dół na wijący się w dolinie Sugar Creek. Łącznie przeszliśmy około 3 mil. Wracamy do parkingu i przejeżdżamy do wyjścia na kolejny szlak (parking oznaczony na mapie jako B – Dell Parking). Stąd szlak # 2 prowadzi nas do Lover’s Leap – punktu widokowego ulokowanego około 60 metrów powyżej Sugar creek. Wracamy do punktu wyjścia i skręcamy w lewo dochodząc do mostu, a następnie dochodząc do rozgałęzienia szlaku #2 wybieramy kierunek zgodny ze wskazówkami zegara, co wydaje się bardziej rozsądną opcją ze względu na 180 stopniowe schody, którymi schodzimy w dół do wąwozu (zamiast się później po nich wdrapywać). Zatrzymujemy się na odpoczynek nad rzeką przy Steam Boat Rock.
Upał i duchota znacząco osłabiły nasze hikingowe umiejętności, więc wymoczenie nóg w zimnej wodzie daje duże ukojenie szczególnie najmłodszym. Następnie wąwozem Pearl Ravine idziemy na połunie dochodząc do rozwidlenia i wracamy tą samą drogą na parking.
Zostaje nam jeszcze do spenetrowania jedna wschodnia część parku (w zasadzie część znajdująca się poza granicą parku) – Pine Hills Nature Preserve. Są to olbrzymie kaniony uformowane przez dopływy rzeki Indian Creek. Większość obszaru jest porośnięta przez różne gatunki sosen (White, Scotch i Jack pines) i stąd pochodzi właśnie nazwa parku. 1,8 milowa ścieżka (szlak #10) prowadzi nas (początkowo po płaskim terenie) do wspaniałych skalnych formacji. Przekraczamy drogę #234 i wchodzimy na teren Nature Preserve.
Najbardziej charakterystyczne i unikalne formy skalne tutaj to Devil’s backbone, Honeycomb rock, Woolen Mill i Mill Cut. Mamy przed sobą jeden z najwspanialszych przykładów głębokowciętych meandrów rzecznych we wschodniej części USA. Rzeki Clifty creek i Indian creek wyrzeźbiły tu 2 głębokie kaniony, których 30 metrowe ściany widzimy teraz po obu stronach. Honecomb to forma piaskowaca w kształcie plastra miodu i właśnie w tym miejscu spotykają się dwa strumienie wpadając dalej do Sugar creek.
W 1850-tych latach prowadzono tu zintensyfikowaną wycinkę drzew wspomaganą ulokowanym nieopodal tartakiem. Inwestycja okazała się jednak mało dochodowa i młyn opuszczono po kilku latach. Część szlaku – Devil’s Backbone jest bardzo stroma i niebezpieczna – przejście 1,5 metrowej szerokości groblą z 30 metrowymi przepaściami po obu stronach zostawiamy dla tych najodważniejszych 😊… my z dzieciakami musieliśmy zawrócić… Panika była tu jak najbardziej uzasadniona. Upadek z takiej wysokości daje raczej małe szanse na przeżycie. Krążymy trochę po częściowo wyschniętym korycie rzecznym i z powrotem wdrapujemy się po drewnianych schodkach już ledwo dysząc, bo gorąco i wilgotność powietrza sięga dziś granic wytrzymałości. Ostatnią naszą atrakcją na dzień dzisiejszy jest zabytkowy młyn Mansfield Roller Mill State Historic Site (6087 Mill Rd, Carbon) ulokowany nad Big Racoon Creek.
Miasteczko Mansfield powstało właśnie dzięki działalności tego młynu, zbudowanego tu w 1875 roku.
Wracamy przez pola kukurydzy do hotelu w Crawfordsville.
Dzień 3
Dzień rozpoczynamy od odwiedzenia McCormick’s Creek State Park ($9/auto). W mieniących się kolorach jesieni wjeżdżamy szeroką aleją do parku.
Pierwszy mini szlak to ścieżka prowadząca do ledwozipiących wodospadów – zchodzimy schodkami stromo w dół (na mapie parkowej oznaczenie C) i skacząc z kamienia na kamień podchodzimy do wodospadu… (niektórzy z nas kończą spacer wpadając do wody…).
Wracamy do auta i przemieszczamy się na główny parking (Canyon Inn). Parkujemy przy CCC Recreation Hall. Stąd (szlakiem #2) zwykłą leśną ścieżką dochodzimy do starych kamieniołomów (Old Quarry).
Następnie przechodzimy przez prawie całkowicie wyschnięte koryto rzeki Mc Cornmick Creek i zmieniamy szlak na #7.
Dochodzimy do potężnej rzeki White River. Następnie odbijamy w bok by dojść do punktu widokowego, ale nic poza zadaszonym shelterem niestety tu nie znajdujemy. Przechodzimy obok kempingu i zmieniamy szlak na #10 i tu trochę wszystko się nam miesza, bo mapa parkowa jest bardzo niedokładna. Schodzimy po stromych drewnianych schodach do doliny rzeki, gdzie spędzamy chwilę mocząc nogi w strumieniu. Zaczynamy strome podejście jakąś dziką słabowydeptaną ścieżką i wychodzimy na wprost camp McCormick Group camp (swoją drogą przesuperowe miejce na kolonie czy oboz dla dzieciaków) całe zasypane złotymi liśćmi.
Stąd przedzieramy się po lesie i wychodzimy bezpośrednio na leśny amfiteatr. Wyjeżdżamy z parku i udajemy się do petardy dnia dzisiejszego – parku stanowego Cataract Falls. Znajdują się tu 2 wodospady – Lower o wysokości 6 metrów i 5 metrowy Upper będące największymi wodospadami Indiany – jeśli bierzemy pod uwagę ilość przepływającej wody. Zaczynamy od części – Upper i spacerujemy wzdłuż rzeki.
Renia – przewodniczka naszego stada zajmuje się przez godzinę dziećmi brodząc z nimi w rzece i skacząc po kamieniach, a ja w tym czasie pstrykam kilka zdjęć.
W części „niższej” parku – Lower Cataract Falls znajduje się plaża – super miejscówka na letnie upały – dzisiaj w zasadzie pusta.
Z tej właśnie plaży podziwiamy spływający powolnie wodospad w otoczeniu jesiennych liści. Nie mamy szansy pobyć tu dłużej bo nadciąga załamanie pogody i zaczyna padać deszcz, który szybko zamienia się w ulewę…. przerywając nasze zwiedzanie. W strugach deszczu przejeżdżamy przez Poland – malutką mieścinę z jednym skrzyżowaniem i kilkoma starymi domami.
Ostatnia atrakcja wycieczki odwiedzona jest niestety przelotem w siąpiącym deszczu…. Bridgeton Grist Mill (8104 Bridgeton Rd, Bridgeton).
Zabytkowy budynek młynu komponuje się tu idealnie z czerwonym „Covered Bridge”.
Jest to jeden z najsłynniejszych krytych mostów w Indianie. Jego długość to 80 metrów. W 2005 roku całkowicie spłonął, ale dzięki lokalnej społecznej inicjatywie został w ciągu roku odbudowany z zachowaniem wszystkich szczegółów i detali i teraz znowu jest prawdziwą perełką okolicy.
Pod mostem na rzece znajduje się tama tworząc tzw “Dam waterfalls”.
Przez polne szutrowe drogi przedzieramy się do cywilizacji mijając po drodze czarną bryczkę z zaprzęgniętym czarnym rumakiem…… i uśmiechniętą Amiszką w jej środku.
Widok taki jest dość częsty, jeśli tylko zjedziemy z głównych dróg….. Amisze to społeczność religijna zamieszkująca tereny wiejskie między innymi w Indianie. Są to ludzie żyjący bez elektryczności i dzisiejszych nowinek technologicznych. Zajmują się przede wszystkim rolnictwem i stolarstwem. Nie płacą podatków, nie służą w wojsku… a ich edukacja kończy się na 8 klasie. Generalnie są samowystarczalni utrzymując się z tego co sami wytworzą. Noszą charakterystyczne stroje, które sami szyją – kobiety długie suknie i fartuchy oraz czepki na głowach, a mężczyźni spodnie na szelkach. Są bardzo religijnymi i spokojnymi ludźmi i nie lubią jak ktoś obcy wkracza w ich progi …. szczególnie z aparatem w ręku. Deszcz w końcu przestaje padać i na chwilę wychodzi słońce dając piękne ciepłe pomarańczowe światło padające na mijaną przez nas farmę wiatraków.
Takie wiatrowe turbiny instalowane są w wietrznych miejscach, tam gdzie notuje się dużą liczbę dni wietrzynych z ponadprzeciętną prędkością wiatru by mogły być opłacalne ekonomicznie. Aby warunki dotyczące wietrzności były spełnione, turbiny powinny być odpowiednio wysokie (powyżej 45 metrów). Farma przez którą przejeżdżamy w Benton County liczy sobie aż 315 wiatrowych turbin i jest jedną z największych tego typu w Indianie. Całościowa liczba wiatraków to 1,237 sztuk, co daje około 6% produkowanej energii w stanie wykorzystywanej głównie przez gospodarstwa domowe. I tym ekologicznym akcentem kończymy naszą miniwycieczkę do pobliskiego stanu wjeżdżając do wiecznie zakorkowanego Chicago.….


































































































Dodaj komentarz