Termin: 30.07 –17.08.2020
WASHINGTON w kolejnej odsłonie powitał nas ponownie dostojnymi stożkami wulkanicznymi Cascade Range, gęstymi lasami pełnymi dzikich jeżyn, najpiękniejszymi wodospadami Northwest’u, a nawet kangurami, których to farmę odwiedziliśmy przez zupełny przypadek. Pomimo wszechobecnej pandemi i niedostępności wielu bardziej komercyjnych atrakcji udało nam się spędzić wspaniałe 17 dni na łonie natury, codziennie wędrując górskimi szlakami, czasami w zupełnej samotności. Nie mam pojęcia ile razy trzeba tu przyjechać by odwiedzić wszystkie ciekawe miejscówki, ale podczas kolejnych wakacji zamierzamy również intensywnie ekslorować tę część Ameryki, by wycisnąć jeszcze i jeszcze więcej …… nieustannie zadowalając nasze wiecznie nienasycone gusta podróżnicze.
TRASA: [Chicago – Seattle], WASHINGTON: Bellingham, Mount Baker Snoqualmie National Forest (Chain Lakes trail), Fort Casey State Historic Park, Ebey’s Landing wayside, Fort Ebey State Park, Deception Pass State Park, Concrete, Mount Baker Snoqualmie National Forest (Park Butte trail, Sauk Mountain trail, Shadow of the Sentinels trial, Mt. Baker Lake), Rockport, North Cascade National Park (Hidden lake trail), Outback Kangaroo Farm, Mount Baker Snoqualmie National Forest (North Fork Falls trail), Wallace Falls State Park, Bridal Veil falls trail, Iron Goat interpretive Site, Wenatchee, Leavenworth, Cashmere, Red Top Mountain trail, Liberty ghost town, Roslyn, Okanogan Wenatchee National Forest (Franklin Falls trail, Talapus lake and Olallie Lake trail), Snoqualmie Falls, North Bend, Olallie Twin Falls State Park, Rattlesnake Lake, Mount Rainier National Park (Spray falls trail, Tolmie Peak trail), Orting, Elbe – Mt. Rainier Scenic Railroad, Gifford Pinchot National Forest (Covel Creek & Angels Falls trial, Council Bluff trail, Guller Ice Cave, White Salmon, Panther Creek Falls trail, Falls Creek Falls trail, Lower Lewis Falls trail, Beacon Rock State Park – Pool of the winds falls trail, Fort Vancouver HNS; OREGON: Fishhawk Falls trail, Seaside, Cannon Beach, Hug Point State Recreation Area, WASHINGTON: Fort Columbia SHP, Olympia, [Seattle – Chicago].
KOSZT CAŁKOWITY WYCIECZKI: $3,375
PRZELOT: Chicago – Las Vegas – Seattle i z powrotem: Spirit $379 + flight insurance $52 = $431/3 osoby
AUTO: $602/17 DNI – compact SUV Mitsubishi outlander 2019
KOSZT BENZYNY: $194 – 2,042 mile (3,286 km); średnie spalanie 27 mil/galon
NOCLEGI: Airbnb + hotele $1,456/16 noclegów (średnia cena $91/nocleg)
SKŁAD ZESPOŁU: Mama Zuza, Jan lat 9, Basia lat 7
PRZEWODNIKI: Atlas topograficzny Washington Benchmark maps, przewodniki z serii Falcon: „Hiking Waterfalls in Washington”, “Hiking Washington” “Washington” (Moon) Matthew Lombardi, alltrails.com, wta.org.
POGODA: Pierwsza połowa sierpnia okazała się po raz kolejny świetnym wyborem na zorganizowanie wyjazdu. Jeden dzień średniodeszczowy, kilka dni z upałami rzucającymi tym razem na kolana. Średnia temperatura podczas dnia wahała się pomiędzy 20 – 25°C. W wyższych partiach górskich mieliśmy też przyjemność obcowania ze śniegiem, przez który to trzeba było się „poprzedzierać” by zakończyć szlak.
NATIONAL & STATE PARK PASS: W tym roku wykorzystaliśmy opcję darmowej wejściówki do parków narodowych (Every kid outdoors – 4th grade), którą to używaliśmy głównie w National Forest, oraz Discover State Pass – z poprzedniego roku ($30).
CORONAVIRUS: zamknięte Visitor Centers w parkach narodowych i stanowych, nieczynne muzea, skanseny, niedziałający „Junior Ranger” program parku narodowego dla dzieci.
ORGANIZACJA: Nasz plan wycieczki zakłada codzienne pobudki pomiędzy 4 a 5.30 rano. I jest to najważniejszy wymóg do jakiego musimy się dostosować, by zrealizować czasami bardzo napięty harmonogram dnia. Ponieważ 90% atrakcji naszego wyjazdu to szlaki górskie, a wybierając się na nie z dziećmi, trzeba być przecież przygotowanym na wiele różnych scenariuszy. Po pierwsze pakowanie plecaków musi odbywać się wg. tzw. listy każdego dnia wieczorem. Dużo cennych informacji na temat warunków na szlakach i prowadzących do nich dróg można znaleść na alltrails.com, gdzie na bieżąco hikerzy postują swoje porady. Wydaje się to może dla niektórych oczywiste, ale przy wędrowaniu z dzieciakami, trzeba ciężar ich plecaków rozplanować tak, by jak najmniej jęczały i strajkowały. Gdzie zabrać croksy, a gdzie raki, czy potrzebyny jest sprej na komary, płaszcz przeciwdeszowy, jaka ilość wody na głowę, ile paczek gumisi, czy bedzie potrzebny polar, czy „walking sticks” są rzeczywiście niezbędne, i który aparat, filrty i obiektywy zabrać. Wcześniejsza analiza każdego szlaku i ogólnie merytoryczne przygotowanie każdego dnia pozwala uniknąć wielu niepowodzeń. Dlatego przygotowywanie takiego wyjazdu zajmuje mi około 3 miesiący. To taka moja inwestycja gwarantująca powodzenie akcji 😊. Następnie MAPY – to temat, który zawsze poruszam w swoich relacjach. Najważniejszy element wycieczki. Mapy topograficzne National geographic i atlasy topograficzne Benchmark (ewentualnie DeLorme) – bez nich w wielu miejscach podróżowanie jest niemożliwe. I nie mówię tu o przejażdżkach autostradami, bo tu akurat przydaje się jedynie umiejętność czytania znaków drogowych, ale to drogach bocznych często szutrowych, którymi docieramy do perełek podróżniczych, a na których coś takiego jak nawigacja GPS nie funkcjonuje. Po trzecie – NOCLEGI – podróżująć przez 2 ostanie lata osobówką wszystkie noclegi mam wcześniej zarezerwowane głównie przez Airbnb, a tylko w miejsach gdzie jest to nieosiągalne hotele czy kempingi. Jeżdżąc kamperem noclegów nie rezerwuję ze względu na większą swobodę podróżowania i wybieranie miejsc bezpłatnych głównie w lasach należących do National Forest i BLM.
PETARDY WYJAZDU:
SZLAKI: Hidden Lake, Chains Lakes, Sauk Mountain, Park Butte.
WODOSPADY: Panther Falls, Lower Lewis Falls, North Fork River Falls.
DLA DZIECI: Kangaroo Farm, Leavenworth, dzikie jeżyny, bunkry w Casey Fort, Liberty ghost town.
Dzień 1/2
Upchanym do ostatniego miejsca samolotem międzylądujemy w Las Vegas, gdzie następnie po spędzeniu nocy i 3 godzinnym opóźnieniu kolejnego lotu do Seattle w końcu stawiamy stopy na naszej wakacyjnej ziemi obiecanej. Po dotarciu do wypożyczalni samochodów okazuje się jednak, że nasza rezerwacja na „intermidiate SUV” jest nieaktualna, i musimy zadowolić się soczyscie czerwonym Mitsubitshi outlanderem, który niestety nie za bardzo nadaje się na górskie szutrowe drogi pełne wertepów i dziur. Z powotu opóźnienia lotu odpada nam zwiedzanie bunkrów i w zasadzie zostaje tylko trochę czasu na zakupy i dojazd na miejsce noclegowe do Bellingham, skąd o świcie wyruszamy na podbój okolic góry Baker (3,286 m n.p.m). Jest to jeden z wielu aktywnych wulkanów należących do pasma Cascade Range. Podczas tej wycieczki będziemy kręcili się jeszcze wokół gór Rainier, Saint Helen, Adams i Hood. Wszystkie z nich są imponującymi stożkami wulkanicznymi wywyższającymi się ponad pozostałymi partiami gór. Obite w czapy śniegu stanowią niesamowitą ozdobę krajobrazu, rzucając na kolana nawet typowych niedzielnych turystów plażowych 😊. Ostatnia erupcja Bakera miała miejsce w 1880 roku, ale sejsmolodzy bacznie monitorują ten drugi pod względem aktywności wulkan Washingtonu. Ostatni raz na poważnie odezwał się w 1975 roku w postaci wielkiego pióropusza pary unoszącego się nad stożkiem. Ewakuowano wtedy wszystkie kempingi wzdłuż jeziora (a w zasadzie sztucznego zalewu) Baker i obniżono poziom jego wody, by w razie uderzenia laharu (spływająca ze zbocza wulkanu w zastraszająco szybkim tempie masa błota, skał i wyrywanych z korzeniami drzew) nie spowodowała olbrzymiej fali powodziowej i mogła „zająć wolne miejsce” w zbiorniku. Dwa lata temu też zaobserwowano lekkie dymki i na razie na tym się na szczęście skończyło.
Dzień 3
Zaczynamy jak zawsze o świcie naszą wielką przygodę ze stanem Washington. Droga Mount Baker scenic byway (#542) jest na szczęście otwarta (chciaż nie do samego końca, ze względu na olbrzymie połacia śniegu zalegające w najwyżej położonej jej części). Dojeżdżamy do parkingu przy Heather Meadows Base Area (zamiast Heather Meadows Visitor Center). Przy drodze widoczny jest znak informujący, że droga jest zamknięta za 0.7 mili. Nie przyszło mi jakoś wtedy do głowy, żeby podjechać dalej przez co dodaliśmy sobie ponad 1.5 mili pieszej wędrówki….. Byliśmy tak zaoferowani widokami dookoła, że poprostu zaparkowaliśmy na pierwszym możliwym miejscu, spakowaliśmy manatki – (jak się później okaże zbyt duże) i ruszyliśmy z kopyta na pętelkę Chain Lakes.
Szlak ma ogólną długość 6,5 mili i oznaczony jest jako średnio trudny z czym bym trochę polemizowała, szuflatkując go raczej jako trudny. My dodatkowo w końcowym rozliczeniu musimy sobie jeszcze dodać około 1,5 mili ze względu na zaparkowanie na dalszym parkingu (więc nasz total to 8 mil wcale niełatwego wędrowania). Szlak zaczynamy wyjściem na Bagley Lakes Loop – otaczając jezioro Lower Bugley od zachodu.
Idziemy w kierunku przeciwnym do kierunku wskazówek zegara, co jest według porad innych hikerów najlepszym rozwiązaniem. Pięknie kwitnące na różowo wrzosy po obu stronach naszej ścieżki cudownie kontrastują z krajobrazem górskim.
Ponieważ jest to nasz pierwszy poważny szlak w tym sezonie wakacyjnym tuż po przejściu półmilowego kawałka dzieciaki rządają postoju i sporej dawki słodyczy, włączając przy tym powoli tryb marudzenia. Po przejściu kolejnego skrawka trasy urządzamy sobie kolejny postój nad małym wodospadem, połączony z wymaczaniem nóg w lodowatej wodzie strumienia……
Początek szlaku jest generalnie łatwy i prowadzi po płaskim terenie.
Mijamy kamienny mostek łączący szlak Bugley w pętelkę i wyjście z Visitor Center do szlaku Chain Lakes.

Mija nas snowbordzista tachający deskę, którego później z podziwem obserwujemy śmigającego po resztkach śniegu zalegającego na zboczu Table mountain. Na naszej trasie też pojawiają się miejscami czapy zbrylonego śniegu.
Widok odbijającej się Table mountain w krystalicznie czystej wodzie jeziora Bugley rzuca nas na kolana.
Pierwsza część szlaku poprostu zachwyca i zachęca do dalszej wędrówki…
… aż do momentu kiedy to zaczynają się strome podejścia i serpentyny i każdy krok staję się kolejnym wielkim wyzwaniem.
Upał już na dobre zaczął uprzykszać nam wspinaczkę. (nie ma w zasadzie miejsca gdzie możemy schować się od słońca). Mijają nas duże grupy backpackerów z wielkimi plecakami, udającymi się zapewne na któryś z kempingów położonymi nad jeziorami. Po wspięciu się po tych morderczych serpentynach docieramy do przełęczy (Herman pass),
…..położonej na wysokości 1,646 m npm (5,400 ft), najwyższym punkcie naszego dzisiejszego szlaku.
Widoki stają się jeszcze ciekawsze, a zalegająca dosyć spora pokrywa śniegu daje dzieciakom możliwość porzucania się śnieżkami i wytarzania aż do całkowitego przemoczenia.
Mamy stąd świetny widok na górę Baker, w którego zasięgu pozostaniemy przez kolejne kilka dni.
Szczerze mówiąc zaczynam zdawać sobie dopiero sprawę, że wybór tak trudnego szlaku na początku wakacji nie był najlepszym pomysłem, bo wszyscy troje jesteśmy wykończeni, a nie przeszliśmy nawet jego połowy. Wyjątkowo wysoka temperatura też raczej nie pomaga w hikingu.
Schodzimy stromo w dół z przełęczy mijając jeziorka Hayes i Iceberg, nad którymi położone są kempingi okupowane już przez przybyłych wcześniej backpakerów.
Miejsce jest iście sielankowe – następnym razem i my powinniśmy wybrać się tu z namiotem. Mijamy kolejne urocze jeziorko Mazama lake i wśród różowo kwitnących krzaczków wrzosu suniemy dalej…..
Wspinamy się po śniegu, którego jest tu znacznie więcej niż na poprzedniej przełęczy. Szlak jest zatarty i nie bardzo wiadomo gdzie iść.
Pełno śladów w śniegu prowadzących w różnych kierunkach. Dopiero po pokonaniu przełęczy dostrzegamy ścieżkę.
Tu już zataczmy się z wycieńczenia….. Kondycja widać typowo plażowa….. 😊. Dookoła nas skaczą chipmanki i słyszymy charakterystyczne nawoływania świstaków, których jednak nie udaje się nam wypatrzeć pomiędzy skałami. Po tej stronie gór jest znacznie więcej kolorowych kwiatów, które upiększają widoki. Po lewej stronie otaczamy Mt. Table. Z tyłu zostaje Mt. Baker i w oddali przed nami widać już Mt. Shuksan.
Pod nami Swift Creek i dolina Rainbow. Idziemy teraz po najbardziej płaskim odcinku szlaku (około 1,2 mili).
Po dojściu do okolicy Artist Point wtaczamy się w czapę śniegową, która pokrywa olbrzymi obszar.
W dali dostrzegamy przysypany białym puchem do połowy budynek kibelka….
Tysiące krzyżująch się śladów nieźle nas zakręcają.
W końcu inni hikerzy wskazują nam prawidłowy kierunek szlaku. Zjeżdżamy na dupskach w kierunku wyłaniającej się miejscami drogi.
I na przełaj dalej również po śniegu brniemy w poszukiwaniu dalszej części szlaku.
Niektórzy nie mogąc go znaleść wybierają powrót serpentyną drogi, która w większości pokryta jest jeszcze śniegiem. My szlak znajdujemy i dalej ekstremalnie stromymi schodkami schodzimy dalej patrząc ze współczuciem na ludzi którzy pokonują go w odwrotnym kierunku. (Właśnie dlatego zdecydowanie najlepszą opcją przy wyborze kierunku szlaku jest opcja przeciwna do wskazówek zegara). To schody killery inaczej bym ich nie nazwała. Mnóstwo tzw. niedzielnych turystów w addidasach próbuje bezskutecznie dostać się do Artist point, ale ze względu na śnieg, podłoże ich butów odmawia posłuszeństwa. Bardzo pomocne są tu kijki, które pomagają utrzymać równowagę. Mamy też w plecaku „microspikes” czyli małe raki ale jesteśmy tak wykończeni, że po prostu nie chce nam się nawet zatrzymać żeby je przypiąć do butów.
Ostatni kawałek drogi (0.7 mili) pokonujemy asfaltową drogą bo wydaje nam się to już najkrótszą wersją dojścia do auta, zresztą nie bardzo wiemy jak znaleść zejście do szlaku z parkingu przy Visitor Center. Daliśmy sobie nieźle w kość i marzymy tylko o szybkim prysznicu i łóżku. Mimo tak potwornego zmęczenia satysfakcja jest ogromna – widoki w głowie pozostaną na długo. Szlak petarda inaczej bym tego nie ujęła.
Jeśli za rok się tu zjawimy (co mamy w planie) do pokonania zostanie nam wspięcie się na Table Mountain, na którą szlak jest niestety w chwili obecnej zamknięty. Generalnie przez cały dzień wędrowaliśmy po odsłoniętym terenie, a palące słońce i brak kremu przeciwsłonecznego zaczął dopiero dawać o sobie znać w postaci piekącej spalenizny.
Dzień 4
Ze względu na tzw. „nieprzeciąganie struny” funduje dzisiaj dzieciakom (i sobie) dzień leniwcowy😊. Z powodu opóźnienia naszego samolotu musieliśmy pierwszego dnia zrezygnować z odwiedzeina bunkrów, co postanawiamy nadrobić właśnie dzisiaj. Jedziemy bezpośrednio do parku stanowego Casey ($10/bilet 1 dniowy lub całoroczny Discovery Pass $30), w którym to już o 9 rano stawiamy się w pełnej gotowości. Dwie godziny biegamy razem z jelonkami po pozostałościach obronnych, których tu nie brakuje.
Miejsce, w którym się znajdujemy uznano za ekstremalnie strategiczne (nazywając je „triangle of fire„) i dlatego pod koniec ubiegłego wieku (1890 r.) ulokowano tu 3 forty obronne – Casey, Flagler i Warden (ten ostatni odwiedziliśmy rok temu – petarda!!!). Strategia militarna oparta była na teorii, że znajdujące się bardzo blisko siebie 3 forty w 3 różnych miejscach zatoki są w stanie udaremnić każdą próbę inwazji od strony Pacyfiku. Do militarnych spięć tu jednak nie doszło, a fort posłużył jedynie jako miejsce szkoleniowe dla żołnieży wysyłanych do Europy podczas obydwu wojen światowych. Po II wojnie fort opuszczono i zajęli się nim lokalni wandale, i dopiero w 1955 roku zarząd parków stanowych postanowił utworzyć tu park historyczny, który możemy dzisiaj z przyjemnością penetrować.
Po przeszukaniu wszystkich pomieszczeń fortu podjeżdżamy dosłownie ćwierć mili na północ do kolejnego parkingu, z którego wyruszamy na krótki spacer do latarni morskiej – Admiralty Head Lighthouse, będącej jedną z najmniejszych latarni w Washingtonie (mierzy zaledwie 9 metrów).
Jest odnowiona i obecnie mieści się w niej muzeum. Spacerujemy na północ przedzierając się poprzez obwieszone soczystymi owocami krzaki dzikich jeżyn do punktu widokowego na cieśninę Juana de Fuca.
Drogą Engle i następnie Hill Road podjeżdżamy do lokalnej plaży (Ebey’s Landing wayside), gdzie dzieciaki mogą chwilę potaplać się w piachu i poprzekładać kamienie i kłody drzew wyrzuconych przez sztormowe fale. W przeciągu 30 minut na plaży powstaje „super spa” …. w nagrodę za morderczy trud jaki wczoraj ponieśli na szlaku, dzieci serwują mamie akupunkturę z patyków i masaże pleców wielkimi otoczakami, po którym to obolała mama ledwo wstaje z miejsca.
Podjeżdżamy następnie do Parku stanowego Fort Ebbey (wjazd bezpłatny), który w zasadzie oferuje jedynie małociekawy szlak „po słomie”, a w temperaturze powyżej 30°C wędrowanie po polu zapyloną drogą zabiera nam tylko drogocenną godzinę, którą mogliśmy wykorzystać w znacznie ciekawszym parku Deception Pass.
I w zasadzie to zwiedzamy tu tylko pustą drewnianą chatę i zamknięty budynek gospodarski. Park utworzono „ku chwale” pierwszych osadników, którzy przybyli tutaj w latach 1850-tych wykurzając rdzenną ludność indiańską (Skagit People), którą to przesiedlono do sztucznie stworzonych rezerwatów. Jedyną zaletą tego szlaku są obwieszone krzaki jeżyn, którymi to częstujemy nasze podniebienia. Deception Pass State Park (wjazd $10 lub całoroczny pass na parki stanowe $30) do którego następnie wjeżdżamy to najbardziej oblegany park stanowy w stanie Washington. W sumie brakuje nam czasu na jakiś poważniejszy szlak, więc decydujemy się tylko na odwiedzenie zachodniej jego części (West Point), okupowanej głównie przez tzw. niedzielnych turystów. Wybieramy się krótkim szlakiem (a w zasadzie jego częścią) po lesie (Pacific NW trail) wdłóż poszarpanego wybrzeża z kilkoma malutkimi zatokami i dochodzimy do dosyć sporej plaży (North beach) z widokiem na Deception Pass Bridge.
Zabalować tu długo nie możemy bo czeka nas ponad godzinna jazda do hotelu w Concrete, gdzie za kilka godzin zjawią się również Justyna z Zosią – 2 superhikerki z Chicago😊. Wjeżdżamy do miasteczka powitani przez majestatyczny silos z napisem „Welcome to Concrete”.
Napis ten w 1993 roku został tu specjalnie umieszczony podczas zdjęć do filmu „This boy’s life” („Chłopięcy Świat”), którego większość scen kręcono właśnie w Concrete. Główne role zagrali tu Robert de Niro i Leonardo Di Caprio. Sto lat temu znajdowały się tu olbrzymie cementownie, przez co lokalni mieszkańcy nazwali je poprostu „Cement City”. Niestety poza hollywodzką przeszłością i sypiącym się silosem obecnie nic się tu nie dzieje……
Dzień 5
W powiększonym 5 osobowym składzie wyruszamy o poranku na szlak Park Butte. Dojazd do szlaku nie należy do najprzyjemniejszych – droga numer 12, a następnie 13 jest szutrowa i pełna dziur, także średnia prędkość jaką rozwijamy to około 5 mil na godzinę. Sam dojazd do wyjścia na szlak zajmuje nam ponad godzinę. Poza tym GPS źle nas kieruje, chcąc wyprowadzić w przysłowiowe pole. Po zjechaniu z głównej drogi Baker lake Road w lewo, ani jedna z szutrowych dróg nie jest w żaden sposób oznaczona więc niezastąpioną pomoc niesie oczywiście mapa topograficzna. Po wjechaniu na FR 12 jedziemy 3,7 mili i następnie skręcamy w FR 13 w prawo i jedziemy kolejne 5.3 mili. Parking jest całkiem spory, na około 40 aut i już pomimo tak wczesnej pory w około 25 % zajęty. Przed wejściem na szlak można wyczytać dużo informacji i na wielkich drewnianych tablicach zamieszczone są mapy terenu.
Szlak wedlug alltrails.com ma długość 6.5 mili, ale wiele osób pisze w relacjach, że wg. ich pomiarów to 8 mil.
Wychodzimy z parkingu i początkowo idziemy przez las po płaskim terenie, czasami nasza ścieżka zamienia się w drewniane kładki, zapewne bardzo pomocne podczas wędrowania podczas roztopów.
Przechodzimy przez Sulphur Creek, mijając Schrieber’s Meadow. Las jest przepiękny i pachnący, mijamy mały staw na którego powierzchmi unoszą się żółte lillie wodne.
Dookoła rosną kwitnące na różowo i biało wrzosy. Jednym słowem istna sielanka 😊.
Przechodzimy następnie przez Rocky Creek, nad którym rozstawiony jest tymczasowy metalowy mostek.
Pod naszymi stopami, stąpającymi ostrożnie po wąskiej kładce, płynie rwący potok…..
Nasza sielanka kończy się w zasadzie po przejściu tego mostku……w momencie gdy ścieżka zaczyna się robić stroma. Wspinaczka po wijących się serpentynach daje się dzieciakom mocno we znaki. Gumimisie, którymi je karmimy przestają działać. Poziom ich energii spada w zastraszającym tempie ze względu na upał, który staje się jeszcze bardziej nieznośny po wyjściu z lasu na otwartą przestrzeń Morovitz Meadow. Ale przepiękne widoki okolicznych gór a przede wszystkim Mt. Baker rzucają dosłownie na kolana…. to dodaje nam sił. Mijamy skrzyżowanie z odchodzącym na prawo szlakiem Railroad Grade, prowadzącym do lodowca Easton Glacier, a używanym dość często przez wspinaczy wdrapujących się na górę Baker. My trzymamy się lewej strony wznosząc się na Bell Pass,

mijając po drodze podmokłe łąki z resztkami zalegającego śniegu. Im wyżej jesteśmy tym potężniejsza wydaje się góra Baker…..
W oddali dostrzegamy wędrujących po lodowcu Kautz wspinaczy.……Jeśli planujemy wspinaczkę na Mt. Rainier musimy zaopatrzyć się w climbing permit i zapłacić climbing cost recovery Fee ($51). Jeśli chcemy skorzystać z komercyjmej wyprawy w zdobyciu szczytu, za 6 dniową techniczną wyprawę (południową stroną – Kautz Route) z przewodnikiem zapłacimy $2,447 od osoby. Opcja 4 dniowa klasyczną (najłatwiejszą) drogą to koszt $1,222 za osobę.
Przedzieramy się przez gęsto porośnięte choiny (hemmlock) i jodły górskie (subalpine fir) ku finałowej bardzo stromej wspinaczce do chatki – fire lookout (1,661 m npm – 5,450 ft).
Stąd widoki pomimo średnio zachmurzonego nieba są przepiękne.
Fire lookouts (zwane też fire watchers) są pozostałością po zamierzchłych czasach, kiedy to jedyną możliwością zlokalizoawania pożaru był baczny obserwator z lornetką, zamieszkujący przeważnie na stałe taką właśnie chatkę, umiejscowioną na szczycie góry. W roku 1953 na terenie Washingtonu było ich aż 685, obecnie pozostało jedynie 93 sztuki.
Na północy obok Bakera – Black Buttes, Lincoln i Colfax w szaroburych chmurach, południowy zachód to Twin Sisters i dolina rzeki Nooksack.
Odpoczywamy w chatce razem z 3 innymi backpakerami, którzy spędzili tu noc.
Można tu „zamieszkać” (za darmo) – liczy się tylko kto danego dnia pierwszy tu trafi i „zaklepie” sobie nocleg.

Zapewne trzeba przybyć tu o świcie żeby sobie załatwić miejscówkę, bo chętnych na taki nocleg nie brakuje. Zachód słońca z tego miejsca powala zapewne z nóg. Ze szlaku schodzimy już 3 razy szybciej niż zajęło nam wdrapywanie się tutaj.
Po dotarciu do cywilizacji nagradzamy się zasłużonymi lodami😊. Żegnamy się też z Justyną i Zosią, gratulujc sobie wspaniale spędzonego dnia i każdy z nas rusza w swoim kierunku ku kolejnym przygodom.
Dzień 6
Dziś w planie mało popularny szlak – Sauk Mountain (długość 4.2 mili), który okazuje się istną petardą krajobrazową. Szutrową droga – Sauk Mountain Road – (prowadząca do parkingu skąd wychodzi szlak) ma 7.5 mili długości, a ostatni jej finiszowy odcinek jest pokryty tak olbrzymimi dziurami, że koła mojego samochodu kotłują się wielokrotnie, podnosząć znacznie poziom adrenaliny. W końcu nie jestem kierowcą terenowym…… (W drodze powrotnej zauważamy, że dużo aut zaparkowanych jest przed tymi dziurami i w sumie jest to najrozsądniejszy pomysł). Droga jest generalnie przejezndna dla osobówek właśnie do tego końcowego maksymalnie wyboistego odcinka. Sam parking na końcu drogi może pomieścić około 10 samochodów, także trzeba przyjechać tu bardzo wcześnie żeby zaklepać sobie miejscówkę.
Już z samego parkingu mamy możliwość podziwiania pięknej panoramy okolicy. Wznosząc się coraz to wyżej i wyżej po niekończących się serpentynach, widoki stają się jeszcze wspanialsze.
Warto pamiętać też o bardzo istotnym fakcie – szczególnie podczas lata – najtrudniejsza, najbardziej stroma część szlaku znajduje się po zachodniej stronie gór. Docierająć więc tu bardzo rano mamy szansę przejścia tej części w całkowitym zacienieniu, co jest dużym udogodnieniem szczególnie w taki upał jak dzisiaj. My śmigamy szybciej niż kozice górskie – po 2 trudnych szlakach jakie pokonaliśmy w poprzednich dniach – ten wydaje się jedynie spacerkiem, chociaż strome serpentyny wiją się w nieskończoność.
Wspinaczkę upiększają niesamowicie różnorodne kwitnące kwiaty i pachnące zioła takie jak: fireweed, valerian, penstemon, paintbrush, czy scottish bluebell. Widok z serpentyn mamy na doliny rzek Skagit and Sauk.
Chwilami szczególnie, kiedy wchodzimy do lasu napadają na nas komary. W partii wyższej szlaku napotykamy na śnieg przykrywający miejscami ścieżkę, ale raki nie są tu potrzebne.
Po prawej stronie szlaku połyskuje w dolinie Sauk Lake.

Widoczność jest dzisiaj idealna – ze szczytu mamy cudowny widok na oświetlaną przez słońce śnieżną czapę góry Baker na tłe błękitnego nieba.
Szlak, pomimo tak wspaniałych widoków nie jest oblegany przez hikerów, a sam szczyt okupowany jest jedynie przez stada chipmanków, które obwąchują każdy zakamarek w poszukiwaniu resztek jedzenia pozostawionych przez turystów.
Wracamy do auta dosłownie w podskokach obwąchując przyścieżkowe kwiatki…..
i jedziemy w kierunku jeziora Baker, żeby trochę się schłodzić po trudach szlaku. Patrząc do góry już z głównej drogi (nr 20) – góra Sauk wydaje się wręcz nie do zdobycia! Wow! Jeszcze przed dotarciem na plażę przebiegamy tylko półmilową scieżkę Shadow of the Sentinel Trail, meandrują pomiędzy wielkimi kilkusetletnimi drzewami Douglas-fir (daglezja zielona) i Western red cedars (żywotnik olbrzymi).
Najbliższą plażą obok tego szlaku jest ta znajdująca się przy kempingu Horseshoe Cove (National Forest pass lub National Park pass wymagany lub $5/dzień) i tu też zatrzymująmy sie na chwilowy relaksik plażowy.
Na nocleg jedziemy do Rockport – do super domku w stylu koloni letnich😊
Wieczorkiem właściciel posesji rozpala nam ognisko w stylu amerykańskim ….czyli wlewa wiadro śmierdzącej podpałki do dołka 3 kawałkami drewna, i tak jak prawdziwy harcerz rozpala jedną zapałką 😊.
Płomienie ogniska sięgają prawie gwiazd i fantastycznie walą paliwowym smrodem. Aromaterapia na najwyszym poziomie😊.
Dzień 7
Dziś wielki dzień – ruszamy na Hidden lake – szlak oznaczony jako „hard” na alltrail.com. To, że szlak jest trudny to mało powiedziane. Przejście tego szlaku zajęło nam prawie 12 godzin i żaden inny szlak nie spanachał nas tak bardzo jak ten. Szlak ma długość 8.5 mili w dwie strony. Aż 6,5 godziny zamuje nam dotarcie do przełęczy (saddle), skąd mamy widok na to urocze schowane głęboko w górach jezioro.
Paradoksalnie to zabrzmi, ale na prawdę jego widok warty jest każdego kroku …Pierwsza część szlaku około 1 mili prowadzi przez las, gdzie niestety komary dają trochę popalić. Polecam więc wrzucenie mocnego spreju do plecaka. W wielu miejscach porobione są tu drewniane kładki ułatwiające wędrówkę. Przed wędrówką trzeba też sprawdzić czy w górnych partiach nie zalega śnieg. Pomimo faktu, że przecież jest już sierpień mieliśmy do pokonania spore kawałki szlaku pokrytego zbrylonym wyślizganym śniegiem. Tu dzieciaki użyły „micro spikes” czyli mini-raków, co stanowiło dla nich po pierwsze wielką frajdę, a po drugie powód do dumy…. Zaraz po wyjściu z lasu zaczynamy przedzierać się przez bardzo wąską niekończącą się ścieżkę porośniętą (przerośniętym) pasternakiem krowim, wierzbówką i innnymi zaroślami sięgającymi ponad czubki naszych nosów.
Ta część jest najmiej przyjemna. Nie ma się jak zatrzymać na odpoczynek bo ścieżka jest zbyt wąska i wije się serpentynami w nieskończoność.
Na szczęście w miarę wznoszenia roślinność staje się coraz niższa i szlak zaczyna być bardziej przyjazny dzieciom.
Zaraz po wyjściu z lasu przechodzimy też przez kilka strumyków (po kamieniach i kłodach).
Po prawej stronie spływają 2 długie wodospady ponad którymi nedługo się znajdziemy. Udaje nam się też wypatrzeć jednego świstaka. Szlak ten jest bardzo popularny pomimo stopnia trudności i dzisiaj mijają nas dosyć spore grupki hikerów.
Wznosząc się wyżej zmienia się też drastycznie roślinność. Teraz są tu już tylko różowe i białe wrzosy i karłowate sosny.
Przy końcu szlaku po mozolnej wspinaczce stajemy przed ogromnymi połaciami śniegu.
Kiedy ostatkiem sił wdrapujemy sie w mini-rakach na siodło widok jeziora powala nas na kolana.
Całe siodło pokryte jest grubą warstwą śniegu i dosłownie ciężko jest znaleść miejsce na odpoczynek, żeby nie przemoczyć tyłka…
Schodzimy trochę w dół w kierunku jeziora i zasiadamy na podgrzanych przez promienie słoneczne kamieniach. Raczymy się stąd widokiem na pasma North Cascades: Hidden Lake peaks, The Triad, i Mount Forbidden.
Nad nami znajduje się firelookout do którego prowadzi ekstremalnie stroma ścieżka po surowych skałach. Ze względu na brak czasu musimy sobie jednak odpuścić tą wspinaczkę. Po półgodzinnym odpoczynku i zjedzeniu resztek gumisi zaczynamy mozolny powrót.
I pomimo, że cały czas idziemy z górki to zmęczenie i trud jaki włożyliśmy we wdrapanie się na górę daje o sobie poważnie znać.
Dosłownie powłóczymy nogami……

Najwspanialszą nagrodą jaką umęczony hiker może sobie wymarzyć w takiej sytuacji to z pewnością relaks w „hot tubie”… Nasz nocleg airbnb daje nam taką szansę 😊, z której to korzystamy przez ponad godzinę wymaczając umęczone mięśnie w gorącej wirującej wodzie. Jesteśmy znowu pełni sił i energii na kolejne wędrówki. Wspomnę tu jeszcze o jakości drogi prowadzącej do wyjścia na szlak Hidden Lake – NF 1540 jest drogą szutrową, która już na samym początku pokazuje swoje trudne do zdobycia oblicze. Ja zawieszam się przy pierwszej dziurze – koła auta kotłują się kilka razy, ale udaje mi się po kilku próbach jakoś wydostać …..w wielkim smrodzie palonych opon.
Z powodu wzrostu adrenaliny dałam sobie kilka minut na odetchnięcie, kiedy to w międzyczasie pojawił się inny samochód, któremu udało się pokonać te wjazdowe doły. Więc i ja tym razem z wielkim rozpędem i zamkniętymi oczami rzuciłam się na żywioł. Przejechałam, ale sama nie mogłam uwierzyć w powodzenie tej akcji. Droga zniechęca na samym początku i dużo ludzi rezygnuje właśnie w tym miejscu. Drugi trudny kawałek drogi jest przy około 1,1 mili przed jej końcem – kolejne zawroty głowy i serce w gardle. Całkowita długość telepawki to 4,6 mili. Parking może pomieścić ze 20 samochodów i znajduje się na nim tablica z informacją i mapą szlaku. Nie widziałam natomiast żadnej informacji o płatnym parkingu, ale w razie czego zostawiłam w widocznym miejscu nasz National Park Pass.
Dzień 8
Pogoda nam się dzisiaj niestety trochę popsuła, w związku z tym zrezygnowaliśmy ze szlaku i zdecydowaliśmy się na komercyjną atrakcję dla najmłodszych – Outback Kangaroo Farm (10030 State Rte 530 NE, Arlington). I zapewne tylko dlatego, że farma należy do osób prywatnych była normalnie otwarta i prowadziła wycieczki dla turystów. Ze wględu na koronawirus wszelkiego typu atrakcje dla dzieci, łącznie z muzeami, skansenami, parkami rozrywki, basenami itp. są zamknięte. Tu po zakupieniu biletów ($20/osoba dorosła, $15/dziecko) mamy możliwość (przez 40 minut) poprzebywania w obecności kangurów, strusi emu, lam, lamurów, kucyka, pawi, kogutów i dostojnie stąpającej kaczki.
Z powodu niesprzyjających warunków pogodowych poza nami jest jeszcze tylko jedna trzyosobowa grupka osób, a standardowo według informacji podanej przez przewodniczkę na jedną wycieczkę przypada ich około 50.
Jeśli ktoś chciałby sobie sprawić kangura np. jako prezent urodzinowy może zakupić go za jedyne $2,000 (osobnik męski) lub $3,000 (osobnik żeński). Należy jednak pamiętać, że stan w którym zamieszkujemy musi wydać potrzebną licencję na posiadanie tego zwierzęcia. W niektórych miejcach Stanów jest to jednak zabronione. Musimy też pamiętać o fakcie, że kangury lubią skakać i to do wysokości aż 3 metrów, co należałoby uwzględnić przy budowie płotu otaczającego naszą posiadłość. Poruszają się one też dosyć szybko, zwykle w tempie od 32 do 40 kilometrów na godzinę.
Ciekawostką jest, że kangury podczas skakania na lądzie używają jednocześnie dwóch tylnych łap i ogona. Nie potrafią chodzić bo ich tylne stopy nie mogą poruszać się osobno. Nie potrafią (podobnie jak emu) poruszać się też do tyłu. Są natomiast świetnymi pływakami osiągając zawrotną prędkość do 40 km/h. Pomimo, że mogą wydawać się sympatycznymi stworzeniami, jednak w rzeczywistości lubią pouprawiać trochę kickboxingu (np. rywalizując o partnerkę). Jak można się było tego spodziewać najwiekszą atrakcją tej farmy są oczywiście kangury – na pierwszy rzut oka ich ryjki przypominają to złudzenia buźki saren i generalnie od saren odróżniają je tylko skaczące nogi 😊.
W Australii skąd pochodzą, kangury odpowiadają za ponad 80% kolizji drogowych, a szansa na wypadek jest tak duża, że większość polis ubezpieczeniowych na wynajem samochodu nie pokrywa kosztów podróży między zmierzchem a świtem na terenach niezabudowanych.
Przemieszczamy się zgrabnie od zagrody do zagrody dokarmiając wszystkie stworzenia ziarnami i trawami, dostarczonymi przez przewodniczkę. Jest też tu spora brygada lam, które osaczają nas ze wszystkich stron od razu po wejściu do ich zagrody.
Spragnione pożywienia wpychają swoje pyszczki do wiadra pełnego pokarmu, które trzyma przewodniczka.
Trzeba bardzo uważać żeby takiej lamy nie zdenerować…..bo kiedy czuje się zagrożona to pluje….nawet na odległość 5 metrów. Lamy jednak nie plują śliną, tylko cuchnącą wydzieliną z żołądka, a najgorsze jest to, że lama stara się trafić w oczy przeciwnika. W razie oplucia trzeba natychmist usunąć wydzielinę z twarzy czy ciała, bo zawarte w niej bakterie mogą okazać się dla nas toksyczne. Lamy poza tym, że są wykorzystywane jako zwierzęta pociągowe (dźwigają na swoim ciele ciężar do 45 kg), to również dzieki temu, że są bardzo przyjazne i towarzyskie stały się bardzo pomocne przy terapiach z osobami upośledzonymi umysłowo (tzw. comfort animals).
Jakoże podczas naszego spaceru po farmie natężenie deszczu znacznie się zmiejszyło postanawiamy wyruszyć na szlak…. Podjeżdżamy do drogi NF4020 prowadzącej do Bear lake trail, ale tuż przy samym wjeździe witają nas głębokie kałuże pełne wody. Ponieważ trudno jest oszacować głębokość tych kałuż, postanawiam po pierwszym zakotłowaniu kół spokojnie wycofać się do głównej drogi (Mountain Loop hwy). Koszt holowania zapewne byłby spory i raczej niekoniecznie potrzebny. Pojechaliśmy więc nieco dalej na wschód (droga nr 20/49) do naszego ulubionego wodospadu w tej części Washingtonu North Fork falls (długość szlaku 0.6 mili). W tym roku niestety nie udało nam się zejść do jego podnóża ze względu na znaczącą dewastację szlaku i wysoki poziom wody w rzece.
Urok tego miejsca podziwialiśmy więc tym razem z pierwszego punktu widokowego, do którego dojście też nie było łatwe ze względu na zerwane drewniane schodki.
Osiemnastometrowej wysokości wodospad wpada z wielkim hukiem do rzeki North Fork, i od razu zakręca ostro w lewo kotłując tysiące galonów wody w kierunku kolejnego wodospadu Lower North Fall (do którego nie ma niestety oficjalnego szlaku).
Jest to bardzo urokliwe i odosobnione miejsce, jedno z moich ulubionych w tej części Washingtonu. Wybłoceni wracamy w kierunku cywilizacji zatrzymując się w Monroe, by w Safewayu wsunąć trochę ryżu z kurczakiem i corndoga. I na koniec jedziemy so naszego supernoclegu airbnb, który dzisiaj bedzie miał miejsce w przyczepie kempingowej. Sam wjazd na posesję, (gdzie ulokowana jest ta przyczepa) jest nieco przerażający….. gęsta dżunglowa roślinność odgranicza ją od cywilizacji, a przede wszystkim jakichkolwiek sąsiadów. Jedziemy chwilę świeżo wykarczowaną szutrową drogą by spędzić w dziczy jedną, na szczęście spokojną noc.
Dzień 9
Jedziemy drogą numer 2 w kierunku naszego pierwszego szlaku w Wallace State Park, mijając po drodze niezłą rupieciarnię, w której to pierwotnie mieliśmy zarezerwowany nocleg z airbnb, (ale niestety właściciel nie zgodził się ze względu na dzieci, dla których zagrożeniem bylyby zapewne bardzo strome schody prowadzace do pokoju gościnnego na poddaszu).
Jak leszcze dajemy się też złapać na reklamy o pysznych czereśniach za $2, które sprzedają przy drodze…. 10 sztuk czereśni w takiej cenie wydaje się jednak nieco przepłacone. Po dotarciu na dosyć spory parking parku stanowego, pakujemy manatki i wyruszamy na szlak (jednorazowy wjazd $10 lub Discovery park pass).
Zaczynamy go szeroką drogą porośniętą obficie jeżynami, co oczywiście spowalnia nasz start, bo po nieudanym zasmakowaniu czereśni brzuchy trzeba napełnić innymi owocami.
Słońce już daje czadu pomimo wczesnej godziny. Wchodzimy do lasu i idziemy wzdłuż rzeki North Fork Wallace wznosząc się stopniowo do góry.
Ścieżka rozdziela się i wybieramy kierunek na prawo by kontynuować szlak nad wodospady.
Trochę się wspinamy i po przejściu 2 mil dochodzimy do picnic area nad Lower Wallace falls. Wodospad jest podzielony na dwie części widoczne z tego samego punktu widokowego.
Widczek niczego sobie, ale na kolana nie rzuca. Jeszcze 0.5 mili do góry i dochodzimy do Middle Wallace Falls – najbardziej spektakularnej części tego szlaku. Długa nitka wodospadu jest niestety słabo widoczna z punku widokowego, również niekorzystne jest o tej porze dnia oświetlenie.
Robimy kilka fotek i zbiegamy z powrotem na parking. Upper falls są dostępne po przejściu bardzo stromej części wijacymi się serpentynami. Dzieci strajkują, więc odpuszczam, tym bardziej, że według opisu najbardziej spektakularny jest Middle falls. Zostawiamy siły na kolejne dzisiejsze wyzwania. Pomimo szybkiego marszu (a nawet biegu w drodze powrotnej) szlak zajmuje nam aż 4 godziny. Drugi szlak przewidziany na dzisiaj okazał się dużo bardziej spektakularny. Jadąc dalej (na wschód 11 mil) dojeżdżamy do parkingu skąd wychodzi ścieżka do wodospadu Bridal falls (długość 3,7 mili). Parking o tej porze jest już załadowany po brzegi bo i wodospad przyciaga swoim pięknem rzesze niekoniecznie hikerów. Tu po raz pierwszy w życiu miałam okazję obserwować panią turystkę, która zużyła chyba całą różową szminkę przy obfotografowywaniu się na tle wodospadu. Banda azjatyckich starszych pań dosłownie okupowała punkt widokowy unimożliwiając innym zrobienie zdjęcia. Dwa razy w tym czasie pani wpadła do wody, ale dalej uporczywie wracała i razem z 4 innymi koleżankami w tysiącu pozach kazała sobie robić zdjęcia szczerząc doszminkowywane usta. Mieliśmy z dzieciakami ubaw!!! Szlak generalnie nie jest trudny i prowadzi na początku szeroką starą drogą, która w miarę wzrastania wysokości zwęża się do rozmiarów standardoej ścieżki. Później trochę wspinaczki i końcowe 0.5 mili (które rozpoczynają się w miejscu rozwidlenia szlaków z Lake Serene trail) to prawdziwe wyzwanie – schody, schody i schody – konkretna wspinaczka z zadyszką. Sam wodospad jest ekstremalnie widowiskowy.
Z pionowej skały o wysokości 30 metrów spływają na całej jej szerokości „wypłaszczone” strugi wody falując jak welon panny młodej.
Z lekkością piórka schodzimy w podskokach na parking i wyruszamy dalej na wschód drogą nr 2. Przejeżdżamy przez Leavenworth, do którego wrócimy jutro rano, kiedy to jeszcze turyści nie zdążą wyjść z hoteli na poranną kawę i miasto będzie wolne od tłumów. Miasteczko jest niewątpliwie niezwykłą atrakcją ze względu na unikalną na skalę amerykańską architerkturę. Wszystkie budynki są zbudowane lub przeształcone na styl bawarski, łącznie z toaletami publicznymi, McDonaldem czy nawet spożywczakiem. Wszystko to przybrane jest pięknymi kwitnącymi na różnobarne kolory kwiatami. Najśmieszniejszy jest fakt, ze początki całej historii miasteczka z Bawarią nie mają nic wspólnego. W latach 60-tych ubiegłego wieku w wyniku przeniesienia kolei do Wanachee i załamania się przemysłu drzewnego ekonomia miasteczka potrzebowała dużego zastrzyku finansowego by podnieśc się z kryzysu, który doprowadził je prawie do totalnego wyludnienia i zamiany w przysłowiowe „ghost town”. Dwóch biznesmenow z Seattle postanowilo wzorując się podobnym miasteczkiem z Kaliformi – (Solvang – styl duński) storzyć miejsce, które swoim unikalnym stylem przyciągnęłoby rzesze turystów z tłustymi portfelami. Pierwszym budynkiem przemodelowanym na styl bawarski był Chikamin Hotel, którego nazwę zmieniona na Edelweiss, (co oznacza po niemiecku szarotkę alpejską, która z kolei jest symbolem Bawarii). Później już lawinowo całe downtown przeobraziło się w „autentyczną” bawarską wioskę, gdzie na każym rogu serwowane było niemieckie piwo i sznycle. Jak widać był to strzał w dziesiątkę, bo każdego roku przyjeżdża tu ponad 2 miliony turystów przyciagane nie tylko urokliwym wizerunkiem alpejskiego miasteczka, ale także wieloma festiwalami, z których chyba najsłynniejszym jest grudniowy Christmas–lighting ceremony i (największy poza granicami Niemiec) Octoberfest. Dzisiejszy nocleg mamy zarezerwowany w Wanachee – nazywanej światową stolicą jabłek i tak właśnie podążamy. Miasto położone jest w dolinie rzeki Columbii i słynie z wielkich owocowych sadów. Rzeka Columbia to potęga nad potęgami. Prawie połowa energii elektrycznej produkowanej w amerykańskich hydroelektrowniach przypada właśnie na tą nią. Dzięki wybudowaniu licznych tam suche niegdyś obszary wschodniej części stanu takie jak chociażby dolina Wanachee zostały sowicie nawodnione. (Woda z rzeki nawadnia około 2,000 km² ziemi). Niegdyś w tej części stanu można było uprawiać jedynie sucholubne gatunki pszenicy, a dziś uprawia się najlepsze i najbardziej soczyste jabłka w całych Stanach Zjednoczonych.
Dzień 10
O świcie wyruszamy (drogą nr 2 na zachód) na podbój parku stanowego Peschastin Pinnacles State Park, który niestety wita nas zamkniętą bramą.
Szkoda, że informacja o zamknięciu nie figurowała na stronie parku… na pewno zaoszczędziła by czas wielu podróżnym. Jedziemy więc przywitać się z Lavenworth. Znalezienie parkingu o tak wczesnej porze nie stanowi tu na szczęście większego problemu i można skorzystać z wersji bezpłatnej (zatrzymując $10 na coś bardziej przydatnego).


Generalnie przez około godzinkę spacerujemy pomiędzy budynkami i hotelami obfotografowywując je ze wszystkich stron.
Słynne Nutcracker Museum – czyli muzeum dziadków do orzechów jest zamkniete z powodu koronawirusa, a sklepiki jeszcze nie otwożyły się ze względu na wczesną porę.
Tylko przed kawiarniami pojawiają się pierwsi dobudzający się turyści.
Około 3 mile za Lavenworth (jadąc na wschód) znajduje się Smallwood’s Harvest farm & Petting zoo – z lamami, strusiami, baranami, kozami, kucykami, pawiami, potężnymi świniami i kurami.
Za $2 od osoby można sobie spacerować do woli pomiędzy zagrodami, dokarmiając kupioną wcześniej karmą wszystkich chętnych….
A chętnych jest tu nie brakuje…. Po 1,5 godzinnym pobycie wśród zwierzyny jedziemy dalej na wschód do miasteczka Cashmere. Odwiedzamy tu Cotlets & Aplets – fabrykę słynnych galaretek – dziś niestety nieczynną (jeśli chodzi o wycieczki).
Czynny jest tylko przyfabryczny sklepik, w którym można obejrzeć filmik o produkcji tych łakoci i zakupić coś niecoś na ząb. Inna atrakcja miasteczka – skansen (Cashmere museum & Pioneer Village) zamknięte jest niestety z powodu pandemii. Ale moja potrzeba zobaczenia kilku starych chatek jest tak wielka, że przechodzę przez płotek i pstykam kilka fot na pamiątkę.
Uwielbiam takie stare sypiące się chatki. Jak dla mnie miejsce petarda!!! Ponieważ zostaje nam jakieś pół wolnego dnia i nie chcemy zmarnować takiego cennego czasu decydujemy się na zrealizowanie części planu z dnia jutrzejszego. Drogą numer 97 jedziemy na południe i skręcamy w prawo na szutrową FR 9738, następnie skręt w lewo w 9702 i po 7 milach dojeżdzamy do całkiem sporego parkingu, skąd wychodzi szlak na Red Top mountain (długość 1,5 mili).
Ciężko nazwać go szlakiem – jest to o prostu wspięcie się na górę na której szczycie znajduje się niestety zamknięty na cztery spusty „fire lookout”. Wieje tak cholernie, że trudno utrzymać się na ścieżce w końcowej jej części. Widoki powalają na kolana…. 360 stopniowa panorama daje możliwość zobaczenia Stuart Range, Teanaway Ridge, Chelan i Entiat Mountains, Mount Rainier, i nawet Mount Adams.
Obok domku zainstalowano sporej wielkości panel słoneczny, zasilający nadajniki radiowe w tak oddalonym od cywilizacji terenie. Dokładnie 9 mil od wyjścia na szlak Red Top znajduje się małe urocze miasteczko Liberty. Można go nazwać „living ghost town”, bynajmniej sprawia wrażenie opuszczonego…..chociaż w kilku domach zdecydowanie ktoś zamieszkuje i nie są to duchy….
Stare chatki, resztki maszyn rolniczych, bibliotekokibelek, zabytkowa straż pożarna i rozpadający się spychacz to wizytówka tego miejsca.
Liberty uważane jest za jedno z najstarszych miast górniczych w Washingtonie. W 1867 roku znaleziono tu po raz pierwszy złoto, które występuje tu między innymi w postaci krystalicznej tzw. „wire gold”. To najrzadziej występująca forma złota na świecie, wyglądem przypominająca malutkie posklejane ze sobą powykręcane żyłki. Do dnia dzisiejszego przybywają tu spragieni bogactwa poszukiwacze tego kruśca przeczesując Swauk creek i skały w górnej części potoku. Jednym z nich jest zawodowy górnik Rob Repin, kopiący tu od ponad 20 lat. Jego zachwycającą kolekcję różnego rodziaju złota można zobaczyć na youtube wpisując „Liberty gold mine, Washington State, Crystalline Wire Gold”. Swoje znaleziska sprzedaje główne kolekcjonerom przez internet, bo jak twierdzi można wtedy wynegocjować najlepszą cenę. A w przypadku „wire gold” tworzącymi każdorazowo unikalne dzieła natury, ich zakup to jak inwestycja w sztukę najwyższej jakości. Po odwiedzeniu tego magicznego miejsca wracamy do Wanachee na nocleg.
Dzień 11
W pięknym wschodzącym słońcu wjeżdżamy do urokliwego małego miasteczka Roslyn.
Początki jego istnienia to rok 1886, kiedy to odkryto tu potężne pokłady węgla, który zaczęto wydobywać na ogromną skalę ze względu na ówczesne olbrzymie zapotrzebowanie transporu kolejowego. Pomimo ze wydobyto tu ponad 2 miliony ton do roku 1910, to w dalszym ciągu ponad 80% złóż pozostało nienaruszone, czekając na lepsze czasy, które już niestety nie wróciły. Parowe lokomotywy zastąpiono w latach 20-tych XX wieku lokomotywami spalinowymi i kopalnie zaczęto sukcesywnie zamykać, kończąc całkowicie wydobycie w roku 1963. Miasto zaczęło podupadać, ale na ratunek ruszył przemysł turystyczny, z którego to wpływu udało się uratować i przywrócić świetność z przed lat. Wybudowano nowe domy służące jako siedziby letniskowe bogatszej klienteli z Seattle. Otwarto pola golfowe, które są nieodzownym elementem ich biznesowego życia. Zainwestowano w odrestaurowanie starych budynków w centrum, gdzie dopieszczone do przesady witryny sklepowe kuszą teraz jedynie poszukiwaczy upominków czy drogiego sprzętu sportowego.
Jakoś klimat tego miejsca nie za bardzo mi odpowiada, a więc po zrobieniu kilku zdjęć wynosimy się stąd by jak najszybciej powrócić na łono natury.
Naszym kolejnym punktem jest szlak prowadzący do wodospadu Franklin Falls (długość 2.3 mile) (Northwest Forest Pass, National Park Pass lub jednorazowy bilet $5).
Szlak jest bardzo popularny i pomimo tak wczesnej pory parking jest już cały zajęty. Ze względu na ogromną popularność zasady ruchu drogowego zostały tu zmienione i dostać się tu można tylko zjeżdżając z autostrady (nr 90) na exit 47. Później jednokierunkową drogą jesteśmy pokierowani do wjazdu # 53, skąd wjeżdżamy z powrotem na autostradę (nr 90). Wstyd się przyznać, ale zabłądziliśmy i skierowaliśmy swe kroki na szlak obok – Wagon Road trailhead, myśląc, że oznaczenia na szlaku to choinki a nie strzałki – tłumaczę to typowym rozumowaniem blondynki😊.
Przeszliśmy więc około mili w jedną stronę i zaczęliśmy się zastanawiać gdzie są ci wszyscy ludzie z parkingu????? Przy czym kropeczka na GPSie wskazywala zbyt bliskie położenie do drogi dojazdowej do autostrady. Nie chcąc kombinować na skróty, które mogłyby okazać się zgubne…. postanowiliśmy wrócić do początku szlaku, a w zasadzie do drogi (Denny Creek Road) i tą drogą zejść do miejsca skąd już wychodził prawidłowy szlak do wodospadu. Tu razem z gęstym tłumem przemieszczaliśmy się w kierunku Frankilna. Jedenastometrowy wodospad położony jest pomiędzy dwoma przęsłami wiaduktu autostrady po której przejeżdżaliśmy wcześniej.
Sam w sobie jest spektakularny i warto tu się przespacerować pomimo graniczącego z wodospadem kawałka betonu.
Po zrobieniu kilku fotek wracamy też razem z gęstym tłumem do parkingu, którego okolica tonie już w powciskanych w każdy zakamarek drogi samochodami. Z tego miejsca jedziemy jednokierunkową drogą do wjazdu nr 53 i po przejechaniu 6.5 mili na zachód zjeżdżamy na RD 9030 (exit 45). Dalej szutrową drogą, która już od połowy swojej długości pozastawiana jest zaparkowanymi wzdłuż autami docieramy do wyjścia na szlak prowadzący do jezior Talapus i Olallie. Cały szlak poprowadzony jest lasem – dość przyjemną prostą ścieżką. Po przejściu 1.3 mili dochodzimy do pierwszego jeziora – Talapus lake, gdzie niebezpiecznie rozrzucone kłody drzew tłoczą się przy brzegu dając prowizoryczne miejsce do odpoczynku.
Trzeba bardzo uważać bo w momencie jak nadepniemy na kłodę unoszącą się na powierzchni automatycznie wpadamy do wody pod ciężarem własnego ciała. Do drugiego jeziora (przy którym znajduje się kemping dla backpack’erów) dochodzimy też w miarę szybko, ale dostęp do niego mamy w zasadzie tylko na szerokość 2 metrów.
Woda jest krystalicznie czysta i lodowata, jak przystało na prawdziwe górskie jezioro. Szlak w sumie nie dostarcza żadnych widoków poza wąskim dostępem do jezior. Nie rzuca na kolana….. Łączna jego długość to 6.2 mile. Ponieważ mamy jeszcze kilka godzin światła słonecznego jedziemy coś szybko przekąsić i podjeżdżamy do bardzo komercyjnego, ale cudownego wodospadu Snoqualmie, który to podziwiamy z górnego punktu widokowego.
Ponad 80-metrowa potężna struga wody spada z wielkim hukiem do rzeki Snoqualmie. Miejsce to znane jest przede wszystkim widzom kultowego serialu Twin Peaks, kręconego tu w latach 90-tych.
Tu nie spotka się jednak prawdziwego hikera…. ale za można sobie popodziwiać najnowsze trendy mody i medycyny estetycznej 😊.
Dzień 12
O świcie wyruszamy 3 milowym szlakiem do Twin Falls (Ollalie Twin Falls State Park, potrzebny Discovery Pass lub jednorazowa opłata $10).
O tej porze możemy liczyć na tzw. święty spokój” dzieląc tylko wrażenia z innymi 3 hikerami, którzy tak jak my uwielbiają zapewne wczesne pobudki 😊. Kulminacyjnym punktem szlaku jest platforma widokowa, z której to spoglądamy na 40 metrowy wodospad opadający z hukiem po pionowej skale.
Po nacieszeniu się pięknem wodospadu jedziemy nad jezioro Rattle Snake.
Jest to miejsce z przeznaczeniem raczej na rekreację typu dmuchane pontony i panie z parasolami plażowymi.
Wzdłuż jeziora spacerujemy asfaltową drogą mijając mały wodospad, który poza widokiem na jezioro i wystające z niego konary zatopionych drzew, jest jedyną atrakcją tego miejsca.
Parking jest tu bardzo ograniczony, a jego większa część pozagradzana betonowymi klocami. Pięciomilowy szlak, który stąd wychodzi – Rattlesnake Ledge Trail jest niestety zamknięty, więc po 40 minutowym spacerze wzdłuż jeziora nie pozostaje nam nic innego jak szybka ewakuacja do następnego punktu na naszej liście – Northwest Railway Museum w North Bend.
Przebiegamy pomiędzy pociągami i podjeżdżamy do drugiej części muzeum – starych nieodrestaurowanych lokomotyw i wagonów, które ulokowane są niestety za wysokim płotem.
Resztę dnia poświęcamy na organizacyjne sprawy, by przygotować się do ekstremalnie wczesnej pobudki w dniu następnym. Przed naszą noclegową airbnb chatką mamy wspaniały dodatek witaminowy do naszej codziennej diety – olbrzymi 2 metrowy krzak borówek, które garściami zbieramy z uginających się pod nimi gałęzi.
Dzień 13
Wstajemy o 4 rano, a w zasadzie……..wstaję sama. Poobwijane w koce dzieciaki wrzucam śpiące do auta, a sama przez ponad 2 godziny pruję w kierunku Mount Rainier National Park….podziwiając krajobrazy malowane wschodzącym słońcem…….
Jedziemy do części zachodniej parku – najmniej uczęszczanej i najtrudniej dostępnej (ze względu na szutrową drogę #65, której jakość jest jednak całkiem dobra).
Można tu jechać swobodnie 25 mil/h. Dojeżdżamy do końca drogi, gdzie znajduje się bezpłatny kemping nad Mowich lake. (Ponieważ jesteśmy na terenie parku narodowego trzeba albo wykupić bilet za $30, albo posiadać National Park Pass). Mamy tu do przejścia 2 szlaki – Spray falls trail i Tolmie Peak, obydwa wychodzą z parkingu przy kempingu. Pierwsze kroki kierujemy na Spray Falls trail (część szlaku Spray Park Trail)(długość 4 mile), co okazuje się jednak nie za dobrą decyzją.
Żeby dostać się pod sam wodospad trzeba przejść przez rzekę – rwący strumień po 2 kłodach, które leżą tu od wielu lat (według opisów, które czytałam na internecie).
Później po zsuwających się mokrych kamieniach brniemy bliżej i bliżej do wodospadu,
…ale przeraźliwe zimno i lodowaty wodospadowy prysznic w końcu nas zatrzmuje. Nie ma jak zrobić zdjęcia, nie ma gdzie usiąść – jest cholernie zimno i mokro. Sam wodospad pomimo, że jeszcze w cieniu jest bardzo imponujący.
Jego wysokość to 108 metrów!!!! Jest na co popatrzeć !!!(Polecam jednak popołudniowy spacer zamiast wczesno porannego by uniknąć przemarznięcia i złapać lepsze światło do zdjęć).
Spray Falls trail jest częścią dłuższego (bardzo spektakularnego) szlaku Spray Park trail, na którego zrobienie już nie wytarczy nam jednak czasu, ze względu na wybranie przez nas innej ścieżki. Po powrocie z wodospadu, odpoczywamy chwilkę w samochodzie i wyruszamy na Tolmie Peak (długość 7,5 mili).
Idziemy najpierw wzdłuż zachodniej części jeziora i następnie wkraczamy do lasu, którym to suniemy aż do Eunice lake.
Pierwsze półtora mili praktycznie idzie się po płaskim terenie. Później trochę wspinaczki i serpentyn w lesie. Jakieś pół mili przed dotarciem do jeziora Eunice zaczyna się prawdziwe piekło. Komary, których są tu miliony atakują ze wszystkich stron. Nie działa żaden środek ani organiczny ani ten z maksymalnym dodatkiem DEET. Niektórzy hikerzy mają moskitiery przyczepione do kapeluszy i długie rękawy i nogawki i to w zasadzie jest jedyna możliwa ochrona przed tymi krwiopijcami. W związku z zaistniłą sytuacją nie jest możliwy żaden postój aż do końca szlaku, gdzie znajduje się fire lookout.
Spoglądając z nad jeziora Eunice do góry widać w oddali firelookout, ale wydaje się on tak odległy, że nawet nie pokazuję go dzieciom, żeby nie zniechęcić do dalszego marszu. Wspinaczka od jeziora jest dosyć wyczerpująca (0,9 mili) ale widoki z serpentyn powalające!!!!
A już najwspanialsze z samego tarasu wieży obserwacyjnej (który jest niestety zamknięty).
Nawet tu na wysokości ponad 1,800 m npm komary nie dają za wygraną. Nie daje nam to szansy żeby w spokoju nacieszyć się pięknem otaczającej nas przyrody, a przede wszystkim połyskującego w świetle słońca Rainiera.
Wracamy więc biegiem do auta, zatrzymując się jeszcze na chwilkę nad Mowich lake, gdzie komarów już na szczęście nie ma. Woda jest krystalicznie czysta i przeraźliwie lodowata. Kilku zwolenników sportów wodnych uprawia tzw. „stand up paddle” czyli poruszanie się na desce za pomocą pagaja, kilkoro dzieciaków pluska się przy brzegu. Na parkingu ktoś głośno opowiada, że rano pojawił się grizzli na kempingu…. może więc gdzieś się z nim mineliśmy wychodząc na szlak😊. Niedźwiedzie przychodzą na kemping dość często w poszukiwaniu resztek jedzenia, które zostawiają mniej świadomi niebezpieczeństwa turyści. Szlak na Tolmie Peak udało nam się przejść w 5,5 godziny – rekordowy dla nas czas …. a zawdzięczamy ten rekord nikomu innemu jak tylko komarom😊.
W drodze powrotnej zatrzymujemy się jeszcze na chwilkę w Wilkeson – by strzelić fotkę na kilka starych budynków.
Nocleg mamy dzisiaj w Orting – małym miasteczku u podnóża Rainiera.
Dzień 14
Przed 6.30 rano opuszczamy miejsce noclegowe przemieszczając się szybko na południe. Pierwszy postój robimy w Elbe – miasteczku wjazdowym do Mount Rainier National Park. Do tej części parku narodowego nie wjeżdżamy, bo przed nami niezmierzone tereny Pinchot Girffort National Forest, a w tej części Rainiera byliśmy rok temu wspinając sie m. in.na Glacier Point.
Robimy kilka fotek starym odrestaurowanym wagonom kolejowym i zdemolowanej lokomotywie i suniemy dalej do wyjścia na pierwszy szlak Angel & Covel creek falls (długość 3.8 mili).
Zajechaliśmy pod Cispus Environmental Center jak sugerował opis na alltrails.com. Wyjście na szlak znajduje się po drugiej stronie Cispus Road (z drogi numer 23 skręt na południe). Przed wejściem na szlak na tablicy informacyjnej umieszczono ogłoszenie, że mosty nad potokami zostały usunięte i wejście na szlak znajduje się zupełnie gdzie indziej w okolicy Burley mountains trail.
Na mojej mapie topograficznej szlaku takowego nie miałam, ale znalazłam górę o tej nazwie i ruszyliśmy drogą 28 na południe w poszukiwaniu wyjścia na nasze wodospady. I jechaliśmy tam po szutrowej dziurawej drodze przez około 25 minut, nie znajdując żadnej ścieżki odchodzącej do wodospadów. Kiedy zaczęłam zastanawiać się nad powrotem, zauważyłam samochód jadący w naszym kierunku. Okazało się, że jadą nim 2 rangerki, które udzieliły mi wspaniałej informacji – wyjście na szlak przy którym byliśmy na początku jest jedynym prawidłowym wyjściem. A jeśli chodzi o usunięte mosty to nie ma z tym problemu bo potok, nad którym były umiejscowione jest wyschnięty 😊. Zawracamy więc i w tumanach kurzu wracamy pod Learnig Center.
Ruszamy szlakiem, a w zasadzie labiryntem poplątanych ze sobą szlaków w stronę wodospadów. Od razu zaznaczam, że każdemu kto bez problemu pokona ten szlak i wróci w to samo miejsce stawiam piwo😊. Jest tu tyle rozgalezień, że wielokrotnie mieliśmy wrażenie, że zabłądziliśmy, a na sam koniec wyszliśmy z lasu 0.5 mili dalej niż zaczynaliśmy nasz spacer. Podejrzewam, ze w związku z bliskością bazy „harcerskiej”…. porobiono tu dużo przeplatających się ścieżek, żeby dzieciaki miały dostęp do szlaku z różnych miejsc swojej bazy.
Szlak jest generalnie łatwy poza dwoma stromymi podejściami. Po wejściu do lasu porośniętego gęstymi paprociami i przejściu suchego strumienia …
…dochodzimy do pierwszych wodospadów, o których pierwotnie myślimy, że są tymi, do których tu przyszliśmy 😊.
Dzieciaki zaczynają mozolną pracę nad przygotowywaniem szałasu,
a ja biegam z aparatem i statywem pomiędzy dwoma kolejnymi kaskadami.
Idąc dalej stromo pod górę dochodzimy do wodospadu Covel, pod którym przechodzimy przez tzw. grotto.
Jesteśmy tu sami więc rozkoszujemy się jego pięknem w samotności.
Za wodospadem zaczyna się kolejna wspinaczka z serpentynami. To najtrudniejsza część szlaku. Po wdrapaniu na górę stajemy na rozwidleniu….. wybieramy lewą ścieżkę i schodzimy na dół przez Angel falls, które w zasadzie są niezauważalne ze względu na brak wody. Robimy petelkę przechodząc obok wyżłobionych w skałach jaskiń …
… i dochodzimy z powrotem do Covel Falls. Wracając musimy zatrzymać się jeszcze przy niedokończonym szałasie, do którego przez całą naszą drogę zbieraliśmy patyki.
Trzydziestominutowy postój i wracamy gubiąc się niejednokrotnie. Jest 1.30pm. A więc jesteśmy zmuszeni do zmodyfikowania planu na dzień dzisiejszy. Wybieramy trzymilowy szlak Council Bluff trail, bo inne są za długie i nie wystarczy nam czasu. Drogą nr 23 jedziemy na południe, głównie bez asfaltowej powierzchni co znacznie hamuje naszą prędkość. Następnie skręt w NF 2334 i kolejny skręt również w prawo na Council lake campground.
Szlak wychodzi z kempingu jako Boundary trail. Cały czas idziemy starą leśną drogą bardzo już zerodowaną i pełną wyboistych kamieni. Jeśli zobaczymy napis View (po przejściu około 0.8 mili) trzeba skręcić w prawo i wspiąć się wąską, stromą ścieżką na punkt widokowy, gdzie pierwotnie umiejscowiony był fire lookout, (a dziś pozostał po nim jedynie kawałek drutu sterczącego z ziemi)…….
. Widoki z góry – petarda !!! – Mount Adams (3,743 m npm) w całej okazałości stoi centralnie przed nami.
Patrząc na południe (już po Oregońskiej stronie)…..w oddali połyskuje pionowy stożek Mt Hood (3,429 m n.p.m). Na północy najwspaniajsza z gór Wasingtonu – Mt. Rainier (4,392 m. n.p.m)……
Czas nam się powoli kończy więc dosłownie w biegu wtaczamy się do auta i dalej szutrowymi obkurzonymi drogami dojeżdżamy do ostatniej naszej atrakcji dnia dzisiejszego – Guller ice Cave (na zachód od miasteczk Trout Lake, droga 141).
Jest to lawowa jaskinia, w której przez caly rok można spotkać lodowe stalaktyty i stalagmity. Do jaskini schodzimy tylko na sam jej początek – bo Basia niecierpi ciemności i ogólne żadnych jaskiń, więc po spenetrowaniu głównej komnaty wracamy z powrotem do auta.
Zostaje nam kilka minut na zakupy w spożywczaku w White Salmon i kolejne 30 minut błądzimy po górskich uliczkach w poszukiwaniu noclegu. Dwie kolejne noce spędzimy w miniaturowej kabince na odludziu, gdzie nie ma nawet zasięgu telefonicznego, nie wspominając już nawet o internecie. Totalna dzicz w pozytywnym tego słowa znaczeniu.
Dzień 15
Dzień zaczynamy od krótkiego szlaku prowadzącego do uroczych Panther Falls (długość 0,5 mili). Dojazd do wodospadu jest w miarę prosty. Zjeżdżamy z 14-tki odbijając na północ na Wind River Rd w okolicy Carson, następnie skręcamy w prawo w Panther Road (NF 65), którą dojeżdżamy do szerokiej szutrowej zatoczki po prawej stronie, gdzie parkujemy i przechodzimy na drugą stronę, skąd wychodzi ścieżka. Nie ma tu żadnych oznaczeń, ale trzeba po prostu wypatrywać szutrowego parkingu i na pewno trafi się do celu bez probelmu.
Szlak prowadzi do punktu widokowego „upper”, następnie trzeba wrócić z powrotem do głównego szlaku i następnie skierować kroki na prawo i dłuższą, bardzej stromą ścieżką schodzimy już do samego podnuża wodospadu. Tu widok jest znacznie ładniejszy i „szerszy” i daje lepsze możliwości jeśli chodzi o uchwycenie go w obiektywie aparatu.
Spędzamy tu ponad godzinę w zupełnej samotności wpatrując się w jeden z najbardziej spektakularnych wodospadów Washingtonu.
Następnie sapiąc i dysząc wspinamy się pod stromą górkę do parkingu. Wracamy 65 – ką do Wind River Road (nr 30) i skręcamy w prawo jadąc na północ, aż do skrzyżowania z szutrową Road 3062, którą to jedziemy 2 mile aż do samego końca. Tu parking jest olbrzymi, co świadczy zapewne o wielkiej popularności tego szlaku. Sam szlak jest stosunkowo łatwy, ale ogólna duchota i wysoka temperatura powoduje, że nasza energia spada w zastraszającym tempie. Cały czas idziemy lasem, przechodzimy zawieszony most, który jest chyba najbardziej interesującą partią szlaku😊 i dochodzimy do majestatycznie huczącego wodospadu…… który niestety w południe jest totalnie nieosiągalny jeśli chodzi o zrobienie zdjęcia – słońce znajduje się centralnie za nim, co pomimo moich usilnych prób kończy się na fotograficznej porażce.
Trzeba tu przybyć albo wczesnym rankiem albo grubo po południu, żeby w ogóle móc zrobić jakąkolwiek fotkę. Wodospad sam w sobie jest potężny i głośny. Odpoczywamy chwilkę i ruszamy z powrotem do auta po mocno kurzącej się ścieżce. Mamy jeszcze w planie jeden wodospad, bo oczywiście plan trzeba było zmodyfikować ze zględu na za szybko biegnący czas….. Jadąc dalej na północ (wracamy najpierw tą szutrową drogą do 30-tki) zatrzymujemy się już tylko na punkcie widokowym McClellan (przy drodze nr 51), skąd spoglądamy na majestatyczną Mount Saint Helen. Erupcja tego wulkanu (18 maja 1980 roku) była najbardziej niszczycielskim wybuchem w historii Stanów Zjednoczonych, zarówno biorąc pod uwagę straty w ludziach, jak i straty ekonomiczne i przyrodnicze.
I dalej częściowo szutrową 90-tką docieramy do Lewis falls. Parking przy Lower Lewis Falls jest niestety zamknięty i wjechać tu tylko mogą kempingowicze zarejestrowani na kempingu. Kilka możliwych miejsc parkingowych przy drodze jest już zajęte, a przy pobliskim moście jest zakaz parkowania wyznaczony pomarańczowymi taśmami i pachołkami. Nie pozostaje nam nic innego jak podjechanie do parkingu przy Middle Lewis Falls i 1,5 milowy spacer do Lower falls. Było bardzo gorąco, przez co dzieciaki trzeba było nieźle odmarudzać. Generalnie te 1,5 mili poza stromym zejściem przebiegliśmy w podskokach, bo szlak wiedzie po płaskim terenie. Lower Lewis falls są bajecznie piękne – bo taki opis pasuje chyba najbardziej do ich wyglądu.
Niestety są też bardzo popularne i w tak gorące popołudnie oblegane w każdej ich części przez dmuchane żółte kaczki i żółwiki. Nie mamy już czasu by zejść do podnóża wodospadu i popluskać się razem z innymi wielbicielami gumowych kaczek bo od naszego noclegu dzieli nas 2 godzinna jazda z tysiącem zakrętów, i nie chcemy jechać po zmroku ze względów bezpieczeństwa.
W zachodzącym słońcu wjeżdżamy do doliny rzeki Columbi podglądając jeszcze kilkunastu ostatnich śmiałków uprawiających kiteboarding i windsurfing. Właśnie w okolicy miasteczka Hood River (Oregon) znajduje się najbardziej popularny obszar do uprawiania tych sportów wodnych. Panują tu bardzo sprzyjające warunki szczególnie dla początkujących windserfingowców.
Dzien 16
O świcie wyjeżdżamy w kierunku naszego ostatniego szlaku w stanie Washington – Pool of the Winds Falls trail, znajdującego się w Beacon State Park w okolicy rzeki Columbii. (Tu potrzebny jest Discovery pass lub jednorazowa opłata 10$).
Szlak do wodospadów (długość 2.1 mili) prowadzi cały czas lasem, wznosząc się nieznacznie pod górkę, ale niestety panujący już w najlepszej upał bardo przeszkadza nam w marszu. Dolina rzeki Columbii w lecie poprostu topi się z gorąca…… 😊. Kiedy odpoczywamy sobie pod drzewem (w pierwszej połowie szlaku), mijający nas hikerzy informują nas, że właśnie spotkali niedźwiedzia jakieś kilkadziesiąt metrów od nas. Nie jest jednak zadziwiające, że my go nie widzieliśmy… przy tak wysokim poziomie hałasu jaki produkują moje dzieci, żadne dzikie zwierzę nie ośmieli się nawet odwrócić w naszą stronę. Wodospad Pool of the Winds Fall ma trochę utrudniony dostęp (metalowa barierka), co utrudnia zrobienie dobrego zdjęcia.
W samym jego centrum znajduje się pionowa kłoda wyszlifowana starannie przez płynącą z potężną siłą wodę.
Nasz ostatni szlak w tym stanie nie okazał się niestety petardą, ale przecież za rok znowu tu zawitamy i dokończymy zwiedzanie perełek na terenie połuniowego Washingtonu. Jako ostatnie „5 minut” po tej stronie rzeki wskakujemy jeszcze do Vancouver Fort National Historic Site,
który to niestety ze względu na panujące wszędzie koronawirusowe zakazy jest zamknięty, a jedyną atrakcją jest wielki kolorowy warzywno – kwiatowy ogród przed jego wrotami i kilka budynków oficerskich.
Fort Vancouver to replika XIX wiecznego fortu, który został tu założony przez londyńską kampanię Hudson’s Bay w celu wzbogacenia się na handlu futrami, przede wszystkim bobrów, gronostaji i wydr morskich. Wydry morskie posiadają bardzo gęste, wodoszczelne i miękkie futra, dzięki czemu zapotrzebowanie na nie było ogromne, co oczywiście doprowadziło do prawie całkowitego wyginięcia tego gatunku. Pierwsza styczność z ich miękkim futrem miał kapitan James Cook w 1778 roku, który podróżował wzdłuż zachodnich wybrzeży Ameryki Północnej. Zdobył on wtedy futra od Indian zamieszkujących tereny dzisiejszego Vancouver (ale tego w Kanadzie, a nie w stanie Washington). Kiedy przywiózł je do Europy, niemal momentalnie zapanował szał na ich punkcie. Wyścielano nimi posłania i szyto ubrania. I wtedy zaczęła się niestety wielka ich zagłada. Myśliwi wpływali małymi łodziami do zatoczek, gdzie mieszkały sobie w spokoju wydry. A ponieważ nie znały one ludzi, nie wyczuwały więc zagrożenia. Ginęły w bardzo prosty sposób – od uderzenia drewniną pałką w głowę…. (zasłaniając jedynie łapą oczy). Jeśli chodzi o bobry to pozyskiwano je zarówno na wartościowe futro i mięso, a także tłuszcz (sadło), które było wykorzystywane do opatrywania ran oraz kastoreum – wydzielinę gruczołów skórnych, z której wykonywano maści na blizny, kremy przeciwzmarszczkowe i dodawano do perfum. W XIX Anglii panowała moda na męskie kapelusze wykonywane z czarnego bobrowego futerka, które były tak cenne, ponieważ utrzymywały swój kształt w deszczu, w przeciwieństwie do tańszej alternatywy kapeluszy wykonanych z futer królików. Były one jednak niesamowicie kosztowne, na co pozwolić mogła sobie tylko najbogatsza klientela. Jeden kapelusz miał równowartość 6 tygodniówek pracy robotnika, 6 dni pracy wysokopostawionego urzędnika państwowego lub też równowartość dobrego pistoletu. Wierzono też, że noszenie takiego kapelusza poprawia znacząco pamięć 😊. Na szczęście moda na bobrowe kapelusze została zastąpiona w drugiej połowie XIX wielku przez te wykonywane z jedwabiu i zapotrzebowanie na futra tych gryzoni spadło. Fort Vancouver jako główny ośrodek handlowy kontrolował olbrzymi obszar od (rosyjskiej wtedy) Alaski po meksykańską Kalifornię aż do gór Skalistych na wschodzie. Każdego roku wielkie statki przypływały tu z Londynu, by wymienić „swoje skarby” na futra, bardzo popularne i wartościowe wtedy w Europie. Część z tych statków płynęła bezpośrednio do Chin, by z kolei za furta pozyskać herbatę, jedwab i porcelanę, i sprzedać je później z olbrzymimi zyskami na rynku londyńskim. Kiedy fort całkowicie spłonął w 1866 roku, a ceny bobrowych futerek w Europie spadły do nieopłacalnego poziomu cała inwestycja została zakończona. Po krótkim obejściu zamkniętego fortu przemieszczamy się dalej przekraczając granicę ze stanem Oregon, przejeżdżając przez zakorkowane przedmieścia Portland, a następnie przez gęste stanowe lasy – Clatsop State Forest – docieramy do Fishhawk falls (Lee Wooden County Park – 4,5 mili na NW od Jewell wdłuż hwy 202).
Szlak jest któciutki – około 0.5 mili w obie strony. Sam wodospad generalnie zwyczajny, ale meandrująca płytka rzeka daje wiele możliwości do zabawy dzieciakom, których nie da się od niej odciągnąć. Po dotarciu … w końcu do hotelu w Seaside, rzucamy graty do pokoju i kilkuminutowym spacerkiem docieramy do obszernej piaszczystej plaży, gdzie kończymy dzień zachodem słońca, wygrzebując co chwila z piachu sand crabs, które (jak zostaliśmy poinformowani przez azjatycką rodzinę) są dla niektórych przysmakiem…..
Woda w oceanie jest lodowata, i dosłownie powoduje skurcze po zamoczeniu w niej stóp. Chociaż dzieciom to jakoś nie przeszkadza…….
Dzien 17
Około 6.30 rano wyjeżadamy do Canon Beach – jednej z najbardziej popularnych i najpiękniejszych plaż północnego Oregonu.
Przy wyjeździe z miasteczka znajdujemy super miejscówkę parkingową (dokładnie naprzeciwko największego 72 metrowego haystacka (Hamlock Street & Haystack Lane). Jest to kawałek pobocza, ale jakże przydatny😊. Z miejscami parkingowymi zawsze jest tu problem, więc warto zapamiętać to miejsce. Przeciskamy się przez prywatne wille i schodzimy drewnianymi schodkami na połyskującą w porannym słońcu plażę.
Cudowna odświeżająca bryza i światło wschodzącego słońca daje nam wiele radości – chociaż dzieci bardziej interesuje robienie szałasu z patyków niż idylliczny obraz oceanu i skał.
„Haystacki” są charakterystycznym elementem wybrzeża oceanu Spokojnego w Oregonie, …. (a według mnie) najpiękniejszą częścią wybrzeża w całej Ameryce północnej. Formy te powstały w procesie erozji – wiatr i fale uderzając o ląd stopniowo je niszczą i pozostawiają tylko te części najtrwalsze i najbardziej odporne, dając teraz charakterystyczny wygląd „poszarpanej” lini brzegowej.
Cannon Beach jest niezwyle popularnym miejscem, więc do godziny 9.30, o której to ewakuujemy się z plaży, spacerowiczów przybywa w zastraszającym tempie. Umorusanych i przemoczonych towarzyszy mojej podróży wrzucam do auta i jedziemy do hotelu na śniadanie i pakowanie. Wyjeżdżamy dopiero jutro, ale chcemy wszystko przygotować by po 4pm znów wyruszyć na kolejną ciekawą geologicznie plażę, znajdującą się nieco na południe od Cannon Beach – Hug Point State Recreation Site (wjazd bezpłatny). Ponieważ jest sobota to możliwość znalezienia parkingu w tym parku równa się praktycznie zeru. Dużym udogodnieniem jest możliwość parkowania wzdłuż drogi. I tu właśnie w odległości około 0.7 mili od plaży wciskamy się z powodzeniem pomiędzy gęsto upakowane auta. Pakujemy latarki, kroksy i przekąski i kolejne 4 godziny spędzamy zwiedzając plażę.
Jesteśmy podczas wczesnego przypływu więc możemy przespacerować się w obydwu kierunkach nie obawiając się odcięcia drogi. Kierując się do części północnej można nacieszyć oko małym sezonowym wodospadem, który wpada prawie bezpośrednio do oceanu, a okupowany jest obecnie przez dzieciaki z wiaderkami i niedzielnych turystów na leżaczkach. Dużo rodzinek, ale i młodych z piwkiem w rękach rozkoszuje się cudownością tego miejsca.
Zostajemy tu aż do nastania piekielnych ciemności, bo to nasz ostatni dzień wakacji, i chcemy go zakończyć z klasą.
Jako jedni z ostatnich z latarkami w rękach opuszczamy plażę i wracamy do hotelu.
Dzień 18
Dzień w zasadzie jest poświęcony na powrót do Seatte, skąd mamy samolot powrotny do domu. Zahaczamy tylko o Fort Columbia Historical State Park …., (który to odwiedziliśmy również rok temu) by trochę przebiec się pomiędzy bunkrami.
Ten niewielki fort został zbudowany na przełomie XIX i XX wielu w celu ochrony bardzo strategicznego miejsca jakim jest ujście rzeki Columbia przed potencjalnym nieprzyjacielem nadciągajcym z zachodu. Funkcjonował do momentu zakończenia II wojny światowej, a następnie przekształcono go w park stanowy.
Upał już o 10 rano staje sie nie do zniesienia, więc nasze bieganie kończy się dosyć szybko 😊.
Ponieważ od 3 dni GPS odmawia mi posłuszeństwa nie zdajemy sobie sprawy, że trafią nam się niezłe korki, spowodowane wypadkami…. Musimy też jak za starych dobrych bezGPSowych czasów poszukiwać Cipottle (lepszej jakości fastfood uwielbiany przez moje dzieci) pytając ludzi o drogę. To takie wręcz nienaturalne w czasach obecnych zadawać pytanie przechodniom „przepraszam czy orientuje sie pan czy w okolicy znajduje się Chipottle?” Wszystko skończyło się jednak dobrze …..zziajani wkroczyliśmy na lotnisko zdążając na samolot i następnego dnia o świcie „ucałowaliśmy” ziemie Chicagolandu….. z wielkim żalem kończąc naszą niezapomnianą przygodę z najcudowniejszym zakątkiem Stanów Zjednoczonych.











































































































































































































































































































Kolejna wyprwa ktorej razem skosztowalysmy chocby tylko jeden dzien,piekne zdiecia,szlaki,przyroda wokol zapiera dech w piersiach.To wszystko jest inspiracja do planowania nastepnego wyjazdu w nature😊 Polecam goraco Washington!
Dziekuje za wzmianke o nas przy Dniu 5 wyprawy😋
PolubieniePolubienie