Washington stan drzemiących wulkanów

Termin 3 VIII – 18 VIII 2019

Washington to pasmo drzemiących wulkanów Cascade Range, soczyste lasy deszczowe, poszarpane wybrzeże Pacyfiku, prawie 2,000 wodospadów, dziesiątki powulkanicznych jaskiń, potężne lodowce, pustynie kryjące skamieniałe drzewa, majestatycznie płynąca rzeka Columbia (z największą tamą w Ameryce Północnej), gorące źródła ukryte w lasach i wiele innych fantastycznych cudów natury, które tylko czekają na nas podróżników !!! Gdzie spotkać najwięcej świstaków i jak zwiedzić miejsce, gdzie powstała pierwsza bomba atomowa na świecie, gdzie szukać podziemnego miasta i największego skupiska wykształconych ludzi w Ameryce? Skąd pochodzi najbardziej znana sieć kawiarni i najpopularniejszy sklep internetowy? To wszystko kryje się w stanie Washington…..miejscu tak urokliwym, że nie sposób o nim przestać myśleć i marzyć o szybkim powrocie by odkryć jeszcze więcej i więcej i więcej……

TRASA: Chicago – Washington: Seattle, Tacoma, Keyport (U.S. Naval Undersea Museum), Poulsbo (Sea Discovery Center), Port Gamble (Shell museum), Point Wilson Lighthouse, Fort Worden HSP, Sequim, Olympic National Park (Hurricane Ridge), Fort Townsend, Olympic National Park (Madison Falls, Marymere falls, Sol Duc falls, Sol Duc Hot Springs, Rialto Beach, Hoh Rain Forest, Ruby Beach, Lake Quinault); Aberdeen, Raymond, Oceanview, Long Beach, Disappointment State Park, Fort Columbia HSP, Longview, Mount St. Helen National Volcanic Monument, Gifford Pinchot National Forest, Mount Rainier National Park (Carter Falls trail, Narada Falls, Paradise area, Box Canyon, Grove of Patriarch trail), Buckley, Mount Rainier NP (Sunrise Area, Tipsoo lake, Paradise area – Glacier Point), Manhattan Project, Ginkgo Petrified SP, Lake Lenore Cave SP, Sun Lakes – Dry Fall SP, Steamboat Rock SP, Grand Coulee Dam, Winthrop, North Cascade National Park, Northern State Recreation Area, Big Four Ice Cave, North Fork Falls, Snoqualmie falls, Seattle (Bill Speidel’s underground tour, Klondike NHP, Water Front, Pike Place Market, Lenin statue, Fremont Troll, Gas Work Park, Bruce Lee grave site, Jimi Hendrix memorial)– Chicago.

KOSZT CAŁKOWITY WYCIECZKI: $3,257

PRZELOT: Spirit Airlines: 3 bilety z ubezpieczeniem: Chicago – Seattle $745

AUTO: Alamo $753/14 dni (SUV Hyundai Tucson: spalanie 27-28 mil/galon)

KOSZT BENZYNY: $266 (2,330 mil/3,750 km)

NOCLEGI: $918 (10 x airbnb, 2 x kempingi, 2 x motele)

SKŁAD ZESPOŁU: Mama Zuza & Basia lat 6 & Jaś lat 8

PRZEWODNIKI: Atlas topograficzny Washington – Benchmark maps, przewodniki z serii Falcon: „Hiking Waterfalls in Washington”, “Hiking Washington”, “Best easy day hikes Mount Rainier National Park”, “Olympic national Park best easy day hike”, ”Mount St. Helen – best easy day hike”; “Washington” (Moon) Matthew Lombardi, “Seattle” (Lonely Planet).

111literatura

JUNIOR RANGER PROGRAM: Program dla dzieci i młodzieży prowadzony w większości parków narodowych w USA, (również parków stanowych w Kaliforni), którego celem jest zdobycie odznaki „Junior Ranger” danego parku. Dzieci (czasami razem z pomocą rodziców) muszą rozwiązać zagadki i quizy, oraz odpowiedzieć na pytania znajdujące się w zeszycie ćwiczeń i wykazać się wiedzą na temat danego parku podczas „pytań egzaminacyjnych” zadawanych przez rangera. Czasami dodatkowo trzeba wziąść udział w jakimś programie czy obejrzeć film wyświetlany w Visitor Center by zdobyć odznakę. Program jest bezpłatny chociaż są od tego wyjątki – Yosemite National Park (zeszyt ćwiczeń kosztuje $8). Każdy uczestnik składa uroczystą przysięgę przed rangerem, że zobowiązuje się do przestrzegania zasad chroniących przyrodę. Zabawne są sytuacje, kiedy dzieci powtarzając słowa przysięgi, powiedzą za rangerem …. „i obiecuję jutro rano przywieść rangerowi świeże pączki i kawę”…

thumbnail

NATIONAL & STATE PARK PASS: Warto zaopatrzyć się w „pass”, zarówno do parków narodowych ($80/rok) jak i stanowych ($32/rok), dzięki czemu bez żadnych ograniczeń i czasami kolejek przy wjeździe możemy zwiedzać parki. National Park Pass upoważnia też do wjazdu na tereny National Forest (jednorazowa opłata przy braku pass’u $5/parking).

POGODA: Washington kojarzy się chyba większości z nas z deszczową pogodą przez okrągły rok. Sierpień na szczęście należy do tych miesięcy, gdzie tych opadów jest najmniej i w większości dni świeci słońce. Upałów rzucających na kolana nie ma na szczęście, a średnia temperatura, jaką mieliśmy podczas dnia wahała się pomiędzy 20 – 25°C.

Dzień 1 / 2

Lot z Chicago do Seattle mieliśmy niestety późnowieczorny i na miejscu wylądowaliśmy grubo po północy …. Po 4,5 godzinach siedzienia na prymitywnych, nierozkładanych fotelach tanich lini lotniczych😊 Spirit (w towarzystwie podśmierdująch przybyszy ze wschodu z powiązanymi w supły reklamówkami) nie powitaliśmy raczej Washingtonu z promienistymi uśmiechami. Po wylądowaniu okazało się, że nie podstawiono „rękawa” tylko musimy przejechać się autobusem na terminal. Przy okazji przy wyjściu z samolotu zaginął wózek Basi…. więc objuczona nie tylko plecakami, kocami i innymi gadżetami musiałam jeszcze ociążyć swoje umęczone ręce ciężarem niemogącej się dobudzić Młodej. Pomimo północy na terminalu panował ogólny bałagan…..nikt podróżnych nie poinformował, że wewnątrzlotniskowy pociąg jest nieczynny…. więc trochę pokrążyliśmy sobie jeżdżąc w kółko po ruchomych schodach… i w końcu po odebraniu bagażu (jak zawsze dowóz siedzonek dla dzieci odbył się z opóźnieniem) ruszyliśmy autobusem do wypożyczalni Alamo po naszego bolida. Stoisko wypożyczalni było już niestety zamknięte, a nasza rezerwacja „nie zadziałała” w automacie więc zebraliśmy manatki i ruszyliśmy (z trudem odszukaną windą) do miejsca odbioru samochodów – piętro 4. Tu na szczęście pan (siedzący w małej budce) manualnie wklepał dane i auto które zamówiłam (midsize SUV) okazało się dostępne. Po załadowaniu dzieci i gratów ruszyliśmy do najbliższej „rest area” (Sea-Tacoma rest area) na krótki odpoczynek. Wcześniej organizując cały wyjazd dokładnie sprawdziłam to miejsce, ale nie przewidziałam faktu, że inni podróżni też będą chcieli tu spędzić noc…. Dotarliśmy na miejsce tuż przed 3 nad ranem i ku mojej rozpaczy wszystkie miejsca były zajęte i cały wyjazd zablokowany przez śpiących w autach podróżnych. Jedno jedyne miejsce do którego szybko się wcisnęłam było oznaczoe jako 15 minutowy parking, ale pomimo tego faktu zdecydowaliśmy się tam zostać przez najbliższe 3 godziny bo szukanie innego noclegu po ciemku w obcym mieści raczej nie wchodziło w grę. Rozłożyliśmy siedzienia i padliśmy zmęczeni jak konie po westernie….

wa1map

O świcie ruszyliśmy na południe w stronę Tacoma shopping center po niezbędne wyposażenie na najbliższe 2 tygodnie. Zaczynając od Walmart’u, REI (tu do nabycia National Parks Pass $80, Discovery Pass – czyli wejściówka do parków stanowych $32), Costco i kończąc na „dolarowcu”, gdzie młodzi wybrali sobie trochę niezbędnych zabawek jednorazowego użytku.

Ponieważ pogoda była przecudowna, niechcąc marnować czasu, zakupy zrobiliśmy w ekspresowym tempie i ruszyliśmy w kierunku Olympic National Park (którego zwiedzanie mieliśmy zaplanowane od jutra). Przejechaliśmy przez słynny Tacoma Narrows Bridge (płatny $6, ale tylko w przeciwnym kierunku – „eastbound”). Most, który po raz pierwszy został oddany do użytku w 1940 roku, i niestety po 4 miesiącach funkcjonowania pod wpływem silnego wiatru (42 mile/h) rozhuśtał się do tego stopnia, że runął z wielkim hukiem do zatoki. Krótki filmik na youtube dokładnie pokazuje całą tą katastrofę…

Pierwszy dzień generalnie poświęciliśmy na rozkręcenie się w terenie i odwiedzenie kilku edukacyjnych miejsc po drodze do naszego miejsca noclegowego w Sequim. Przejeżdżając (16-ką) przez zatokę Sinclar Inlet mijamy potężne lotniskowce przycumowane w porcie. Miło usłyszeć wielkie „woooow”…. z tylnych siedzeń…. Janek – wielki fan statków i łodzi podwodnych też w wielkim „wooow”😊 ogląda wszystkie wystawy i eksponaty w muzeum w U.S. Naval Undersea Museum (wstęp bezpłatny, 10am – 4pm, 1 Garnet way, Keyport).

SONY DSC

SONY DSC

SONY DSC

aaa

SONY DSC

Natępnie przemieszczamy się do Poulsbo. Jest to niewielkie miasteczko wybudowane w stylu norweskim, którego główna ulica (Front Street) pełna jest klimatycznych retauracji, kawiarni i sklepików z pierdółkami.

SONY DSC

SONY DSC

Ale nie to nas tu sprowadziło…. Wielką petardą (nie tylko dla dzieci) jest SEA Discovery Center (wjazd bezpłatny, 18743 Front Street NE). (Czynne tylko od piątku do niedzieli od 11am do 4 pm).

DSC04170_1.jpg

Tutaj możemy poobserwować kilkanaście różnych gatunków małych zwierząt żyjących w oceanie Spokojnym. I nie tylko poprzez ich oglądanie ale i ….. dotyk.

SONY DSC

SONY DSC

SONY DSC
cucumber fish

W niewielkich basenikach znajdują się dziesiątki krabów, rozgwiazd, ukwiały, strzykwy, ośmiornica (tej nie dotykamy!!!!) i płaszczki, które potrafią się uśmiechać.

SONY DSC

Razem z wolontariuszem przez 1,5 godziny podziwiamy i dotykamy każdy okaz słuchając jego ciekawych opowieści.

SONY DSC

SONY DSC

Ciężko mi zmobilizować dzieci do wyjścia, są tak zapatrzone w morskie stworzenia, że nawet przekupstwo w postaci obiecanych lodów nie zdaje egzaminu. W poprzednich latach podczas podróży po wybrzeżu Pacyfiku wielokrotnie zaglądaliśmy do przybrzeżnych baseników (tide pools) podczas odpływów i widzieliśmy te wszystkie cuda na „żywo”, ale nigdy dzieciaki nie dostały zezwolenia na dotykanie i głaskanie 😊.

SONY DSC

Mnie osobiście pochłania przemieszczająca się zgrabnie ośmiornica umiejscowiona w odzielnym akwarium i śmiejące się, tańczące płaszczki.

SONY DSC

SONY DSC

Ośmiornice są drapieżnikami, mają po 3 serca i niebieską krew. Mogą zmieniać kolor i kształt i przechodzić przez przysłowiową dziurkę od klucza… nie mając kości wsuną się wszędzie, gdzie nam może wydawać się to niemożliwe. Jedzą kraby, krewetki, homary, a nawet małe gatunki rekinów!!!! A same stanowią pożywienie dla fok, wielorybów, dużych ryb i człowieka😊. Ale polowanie na ośmiornice wcale nie jest takie łatwe – te w momencie zagrożenia rozpylają niebieski „atrament” totalnie zabarwiając wodę, podrażniając oczy i dezorientując przeciwnika. Są bardzo inteligentne i sprytne i potrafią zmienać kolory stapiając się z otoczeniem, przez co stają się niewidoczne.

SONY DSC

SONY DSC

SONY DSC

SONY DSC

Po tej interesującej lekcji biologii ruszamy dalej na północ do Port Gamble i muzeum muszli (Shell museum 32400 N Rainier Ave czynne 11am-7pm codziennie oprócz wtorków).

SONY DSC

SONY DSC

Jest to w zasadzie staroświecki sklep z pamiątkami oraz kawiarnią umiejscowioną na parterze, a część muzealna znajduje się na pięterku.

SONY DSC

Wiekszość okazów pochodzi z oceanu Spokojnego i Indyjskiego i jest to jedna z największych kolekcji muszli na świecie (ponad 2,000 okazów).

Image01317

Image01319

Ostatnim punktem dnia dzisiejszego jest kolejna petarda – park stanowy Fort Worden ($10/auto lub Discovery Pass $32/rok) i latarnia morska Point Wilson Lighthouse. Dla kogoś kto lubi buszowanie po bunkrach park oferuje wiele atrakcji. My zaczynamy od latarni morskiej (długość szlaku 0.2 mili). Jedziemy do samego końca parku mijając po drodze kemping (80 miejsc z podłączem elektrycznym) i parkujemy na ostatnim parkingu przy samej latarni. W Washingtonie poza kilkoma wyjątkami (Mount Rainier NP) nie ma tłumów turystycznych, więc pomimo weekendu bez trudu znajdujemy miejscówki do zaparkowania. Krótki spacerek doprowadza nas do bardzo malowniczej ponad stuletniej latarni, która zresztą pomimo posiadania statusu zabytku historycznego funkcjonuje do dzisiaj jako jeden z ważniejszych punktów nawigacyjnych w tym terenie.

SONY DSC

SONY DSC

SONY DSC

Niedaleko latarni znajdują się też pozostałości militarne, trochę już pordzewiałe, ale to właśnie one rozbudzają wyobraźnie dzieciaków, które przez kolejną godzine bawią się w żołnierzy wymachując patykami.

DSC04245_1.jpg

SONY DSC

Przemieszczamy się powoli po parku, zdobywając mapę w pobliskim sklepobarze.

Capture1

Zaczynamy od wyremonowanych wojskowych budynków – baraków w centralnej części parku, gdzie poza nami spacerują tu stada jelonków podgryzając soczystą trawę.

SONY DSC

DSC04255_1.jpg

Fort Worden był strategicznym punktem mającym odpierać ataki nieprzyjacielskich statków zmierzająch w kierunku Seattle, a jego budowę rozpoczęto pod koniec XIX wieku. Zamknięto go w 1953 roku, a 20 lat później utworzono na jego terenie park stanowy i kemping. Park obecnie oferuje aż 465 pokoi do wynajęcia dla tych, którzy nie są zwolennikami kempingowania. Ogranizowane są tu wszelkiego rodzaju konferencje i spotkania biznesowe i naukowe, z których to dochód dostarcza sporych środków finansowych parkom stanowym. Wiekszość tych parków w USA jest niedofinansowana ze względu na brak funduszy… a tu natomiast biznes kwitnie… Tuż obok budynków wojskowych znajdują się 2 bunkry (Putnam i Stoddard), które oczywiście zwiedzamy.

SONY DSC

SONY DSC

DSC04264_1.jpg

SONY DSC

SONY DSC

SONY DSC

SONY DSC

Po więcej wrażeń udajemy się jednak na szlaki w centralnej części parku, (parkując w NW części zabudowań). Zaczynamy od Battery Way East trail i skrótem – Powerhouse trail dochodzimy do pierwszych bunkrów (Powell i Brannan)….

SONY DSC

SONY DSC

SONY DSC

Generalnie jesteśmy prawie sami na szlaku co dodaje dodatkowego smaczku podczas penetrowania opuszczonych, „straszących” pomieszczeń ukrytych w zaroślach.

SONY DSC

SONY DSC

W niektórych z nich musimy użyć latarek bo bunkrowe tunele nie są oświetlone.

SONY DSC

Basia trochę z przerażeniem podchodzi do zwiedzania szczególnie tych miejsc, gdzie nie dociera światło słoneczne…. Janek za to przejmuje całkowicie dowodzenie brygadą….. wydając stanowcze rozkazy. Najważniejsza część bunkrów znajduje się w części szlaku Gun Line Road (kolor czerwony na mapie parkowej)…..tu ledwo udaje mi się za dzieciakami nadążyć…. przechodzimy przez tunel i przedzieramy się przez niezliczone korytarze połączone drabinami i schodami (bunkry Ash, Quarles i Randol)….

SONY DSC

SONY DSC

SONY DSC

SONY DSC

SONY DSC

Dopiero tuż przed zachodem słońca kończymy naszą wycieczkę jadąc bezpośrednio do miasteczka Sequim na nocleg co zajmuje nam około 45 minut.

Dzień 3

Pobudka 5.30 rano, owsianka, kawa i jesteśmy gotowi na kolejny dzień pełen wrażeń.

day2map

Wjeżdżamy na samą górę (17 milową) Hurricane Ridge Road. Nazwa „Hurricane Ridge” pochodzi oczywiście od wiejącego tu wiatru, którego prędkość dochodzi aż do 75mil/h, przyjmując niejednokrotnie formę huraganu. W Olympic National Park w zależności od odwiedzanej jego części możemy penetrować zarówno subalpejskie łąki i lasy jak i poszarpane wybrzeże Pacyfiku lub też las deszczowy. My zaczynamy od części położonej najwyżej, ciesząc się wspaniałą słoneczną pogodą i perfekcyjną widocznością niezbędną do rozkoszowania się właśnie Hurricane Ridge.

Capture

Trzeba tu przyjechać jak najwcześnie rano, żeby zaklepać sobie miejscówkę parkingową. Parkujemy przy Visitor Center, skąd wychodzi kilka szlaków, którymi jesteśmy zainteresowani. Spacerujemy dookoła budynku, skąd mamy widok na Mount Olympus i lodowce, których zasięg (według wyczytanych przez nas informacji w przewodniku) znacznie zmniejszył się w przeciągu ostatnich stu lat ze względu na ocieplenie klimatu. (W parku znajduje się aż 60 nazwanych lodowców i ponad 200 nienazwanych). Największy lodowiec Blue Glacier ma długość 2,6 mili i znajduje się własnie na Olimpiku. Widać go doskonale przez „lunetę” z tarasu widokowego.

SONY DSC

page1

SONY DSC

SONY DSC

Z ciekawostek to możemy tu odwiedzić górę Olimp (2,432 m n p m – najwyższy szczyt w parku) bez podróżowania do Grecji😊. Niestety od dnia dzisiejszego najbardziej spektakularny szlak – Hurricane Hill trail jest nieczynny z powodu prac renowacyjnych, połączonych z wyłapywaniem dzikich kóz (mountain goat). Śnieżnobiałe uroczo wyglądające kozy pomimo „ozdoby” okolicznych gór stały się prawdziwą udręką dla parkowego ekosystemu, niszcząc prawie doszczętnie roślinność, (szczególnie 16 gatunków endemicznych niewystepujących nigdzie indziej poza parkiem). Około sto lat temu 12 sztuk zostało wypuszczonych w okolicy jeziora Crescent co spowodowało rozrośnięcie się stada do około ….bagatela 1,000 sztuk w szczytowym okresie….Od września 2018 roku złapano i przetransportowano 174 kozy do Cascade National Park (gdzie stanowią gatunek rodzimy i niezagrażają nikomu i niczemu). Plan zakłada wyeliminowanie całkowicie z ekosystemu parku Olympic tych zwierząt. Kozy są łapane i transportowane przez helikoptery do tymczasowych polowych ośrodków weterynaryjnych i po dokładnych oględzinach i oznakowaniu wywozi się je klimatyzowanymi ciężarówkami do Cascade National Park, a wszystko dzieje się w ciągu 1 lub maksymalnie 2 dni. Już od dłuższego czasu próbowano wymyśleć rozwiązania na pozbycie się tych szkodników. Upadła koncepcja wprowadzenia wilków na teren parku… bo te nie stanowią żadnego zagrożenia zważywszy na fakt, że nie potrafią wspinać się po stromych klifach jak czynią to kozy. Rozstawianie bloków solnych, które przyciągnęły by kozy też nie zdało egzaminu. Kozy potrzebują naturalnych solanek by uzupełniać minerały w swoim organiźmie. Takowych solanek nie ma w parku przez co najbardziej słonymi obiektami, przyciągającymi kozy stali się przedstawiciele homo sapiens. Wytwarzana sól w procesie pocenia w ludzkim ciele lub nawet mocz przyciągał je do tego stopnia, że zdarzały się nawet ataki na ludzi, którzy nie wyrazili zgody na „lizanie” i próbowali uciekać. Kozy są zainteresowane nawet naszymi brudnymi skarpetkami i mogą nas za nie ścigać milami…… Polowania są nielegalne na terenach parków narodowych…. więc kolejna opcja odpadła. Kozy nie mając naturalnego wroga bardzo szybko się rozmnażają i według szacunków w przeciągu 5 kolejnych lat populacja około 700 kóz zwiększyłaby się o około 45% dlatego podjęto tak „drastyczne” kroki w celu ich całkowitego wyeliminowania. Zniszczenia muszą być naprawdę wielkie, skoro akcja ta, przecież niesamowicie kosztowna, doszła do skutku. Łapankami zajmują się prywatne firmy specjalizujące się w tropieniu, złapaniu i transporcie dzikich zwierząt, do których schwytania używa się naboi usypiających albo specjalnych zarzucanych na zwierzęta siatek. Miejmy nadzieje, że dzieki tej pracochłonnej procedurze przywrócenie zdrowego ekosystemu w parku dojdzie wkrótce do skutku.

Naszą wędrówkę rozpoczynamy przy Visitor Center (które jest jeszcze zamknięte) podchodząc najpierw do punktu widokowego (overlook),

DSC04349_1.jpg

następnie Cirque Rim Trail przechodzimy do Sunrise point gdzie mamy wspaniałą panoramę na wszystkie okoliczne góry,

SONY DSC
widok z Sunrise Point

page4

SONY DSC

a następnie wąskim szlakiem nad stromą przepaścią spacerujemy w kierunku Klahhane Ridge.

SONY DSC

SONY DSC

Do góry i na dół, do góry i na dół… może około mili (cały szlak do Lake Angeles ma długość około 12 mil w obie strony), robimy sobie krótki odpoczynek i wracamy High Ridge Trail do Visitor Center, gdzie w ostatniej sekundzie załapujemy się na kolejną wycieczkę poprowadzoną przez rangerkę (w celu uzyskania obowiazkowego podpisu w zeszycie junior ranger). Godzinę zajmuje nam przejście Cirque Rim trail razem z dosyć sporą grupą ludzi, słuchając opowieści i wypatrując świstaków i chipmunk’ów oraz uzupełniając zeszyt ćwiczeń. Tutaj jest właśnie najlepsze miejsce w całym parku do obserwowania świstaków, które w ciepłe, słoneczne dni uwielbiają wylegiwać się w pozostałościach śniegu. Jeśli ktoś nie spotkał nigdy tego gryzonia to podam kilka interesujących faktów na jego temat – świstak wygląda trochę jak kudłaty kot z krótkimi nóżkami i z buzią wiewiórki, ma wielkie zębiska i gwiżdże kiedy poczuje zagrożenie. Te gryzonie hibernują przez ponad połowę roku, zakopując się nawet do głębokości 7 metrów. Są przysmakami lisów, wilków, kojotów, niedźwiedzi, a nawet orłów, same zaś są weganami, chociaż czasami nie oprą się schrupaniu jakiegoś insekta.

Po powrocie z prowadzonej przez rangerkę wycieczki, dzieci składają uroczystą przysięgę przed głównodowodzącym rangerem i wyruszamy w kierunku Sequim.

20190805_132104.jpg

Przy wyjeździe z parku dostrzegamy niekończący się sznurek samochodów…… Kiedy opuszczaliśmy parking przy Visitor Center zapchany do maximum, rozumiemy dlaczego rangerzy na wjazdowej budzie wpuszczają auta tylko wtedy gdy ktoś zjedzie z góry. Po wyjechaniu z parku jedziemy szybko do apteki w Walmarcie, bo niestety z moimi oczami dzieje się już bardzo źle….. Są spuchnięte i czerwone i sączy się z nich lepka zółta maź. Podejrzenie jest jedno zapalenie spojówek, ale farmaceutka niewiele może tu pomóc. Stwierdza tylko, że potrzebny jest anybiotyk, który jest sprzedawany wyłącznie na receptę. A receptę mogę dostać od lekarza…. ale pani nie zna żadnego okulisty w okolicy. Jest tylko pogotowie. Za pośrednictwem mojego niezawodnego „superkontaktu” załatwiam receptę na antybiotyk, która będzie wysłana bezpośrednio do apteki. W międzyczasie jedziemy do Port Townsend by udać się promem do Casey State Park po drugiej stronie zatoki, gdzie w planie mamy penetrację kolejnych bunkrów. Niestety (czego nie przewidziałam przy planowaniu) nie posiadamy rezerwacji i pani grzecznie nas informuje, że musimy czekać do godziny 8.30pm….. może wtedy będzie dla nas miejsce na promie. Taka opcja nie wchodzi oczywiście w rachubę, bo ostatni prom wypływający z Coupeville (Casey State Histric Park) jest o 9.10pm czyli dopłynelibyśmy do niego i tym samym promem musielibysmy wrócić nie wychodząc na suchy ląd.  Zostajemy więc chwilę w miasteczku spacerując główną ulicą (Water Street).

SONY DSC
Flagship Landing  (1001 Water street)
SONY DSC
Victorian Squere (940 Water street)
Hasting Building
Hasting Building (839 Water Street)
SONY DSC
Nifty Fiftys (817 Water street)
SONY DSC
Bazaar Girls yarn Shop (126 Quincy Street)
Jefferson Museum of Art & History (540 Water street)
Jefferson Museum of Art & History (540 Water street)
Jefferson Museum of Art & History (540 Water street)
Jefferson Museum of Art & History (540 Water street)
Hasting building
Hasting building (839 Water Street)
Haller Fountain
Haller Fountain
SONY DSC
Palace Hotel (1004 Water Street)
Starrett House (744 clay Street
Starrett House (744 clay Street
Jefferson County Courthouse (1820 Jefferson St)
Jefferson County Courthouse (1820 Jefferson St)
Kelly Art Deco Light Museum (2000 W Sims Way)
Kelly Art Deco Light Museum (2000 W Sims Way)

Poniżej podaję moim zdaniem najbardziej spektakularnie prezentujące się budynki, które warto zobaczyć w Townsend: Jefferson County Courthouse (1820 Jefferson St), Kelly Art Deco Light Museum (2000 W Sims Way), Starrett House (744 clay Street), Jefferson Museum of Art & History (540 Water street), Hasting Building (839 Water street), Bazaar Girls yarn Shop (126 Quincy Street), Victorian Squere (940 Water street). W międzyczasie dostaje wiadomość od mojego „superkontaktu”, że moja recepta jest już przesłana do apteki w Walmart w Port Angeles, więc ile sił w oponach gnamy po odbiór antybiotykowych kropli. Na moich spojówkach już zaczęły pojawiać się czerwone plamy…..Pomoc więc nadeszła w ostatnim momencie😊. Śpimy w tym samym airbnb lokum w Sequim co poprzedniej nocy.

Dzień 4

Budzimy się znowu o świcie i pędzimy do kolejnej atrakcji w Olympic National Park – wodospadu Madison.

day4

W drodze do niego „przykleja się” do nas wóz policyjny, więc przez kolejne 15 mil jadę z wielkim skupieniem, żeby nawet o 2 mile nie przekroczyć dozwolonej prędkości. Ponieważ droga jest jednopasmowa, a linia na środku niej ciągła panu policjantowi nie wypada mnie wyprzedzić… po jakiś 20 minutach takiej jazdy w zupełnym skupieniu na drogę wylatują mi 2 sarny, powodujac dosyć ostre hamowanie….. i tu niestety sytuacja staje się nie do zniesiania dla mojego followersa… Światła dyskotekowe zostają uruchomione…. pierwsza myśl jaka wpada mi do głowy to to, że pana policjanta wkurzyłam swoją przepisową jazdą. Ale po zjechaniu na pobocze radiowóz mnie wymija i jedzie ze swoją dyskoteką dalej przed siebie…… Droga Olympic Hot Springs Road jest niestety zamknięta z powodu zniszczeń powstałych w wyniku osunięcia się ziemi i dostęp mamy jedynie do ścieżki prowadzącej do tegoż wodospadu (na mili 2 droga jest zamknięta).

Capture3

Szlak jest bardzo krótki – około 0,2 mili chodniczkiem dochodzimy do małego punktu widokowego.

SONY DSC

Przez około 45 minut cieszymy się totalną samotnością napawając pięknem wodospadu i strumienia, gdzie młodzi budują tamy i generalnie relaksują się zabawą.

SONY DSC

Wodospad ma wysokość 23 metry i powoli spływa po jaskrawozielonej omszonej skale tworząc sielskoanielski klimat.

SONY DSC

Cudowne, klimatyczne miejsce. Zauroczeni tym wodospadem z radością udajemy się do kolejnego ….. Marymere falls (wysokość 37 metrów). Łatwym szlakiem (długość 1,8 mili) zaczynającym się przy Storm King Ranger Station, położonym nad krystalicznie czystym Crescent lake poprowadzonym tunelem pod drogą (101) przechodzimy w mroczną gęstwinę „rain forest”.

SONY DSC

SONY DSC

page

Rosną tu jedne z najstarszych czerwonych cedrów (red cedar) na świecie. Zwisające z drzew mchy są bardzo charakterystycznym widokiem w tej części Olimpiku.

SONY DSC

Dochodzimy do małego drewnianego mostku i zaczynamy wspinać się po schodach do punktu widokowego.

SONY DSC

Jest to jednokierunkowa pętelka ze względu na wąskość szlaku. Marymere przypomina trochę Madison Falls – długa nitka spadająca leniwie po omszonej skale.

SONY DSC

SONY DSC

Wracamy tą samą drogą do auta mijając już tłumy hikerów…. Dojeżdżamy do kolejnego szlaku prowadzącego do wodospadu Sol Duc falls.

Capture4

Jest to już maksymalnie oblegane miejsce przyciągające szczególnie turystów z Azji. Szlak jest stosunkowo łatwy i krótki (długość 1.6 mili) i zaczyna się na parkingu na końcu drogi Sol Duc Hot Springs Road. Parking załadowany jest po brzegi i po mimo swoich pokaźnych gabarytów ciężko jest tu znaleść wolną miejscówkę. Razem z chińskim tłumem brniemy w kierunku wodospadu. Uśmiechamy się pod nosem obserwując zachowanie tegoż tłumu. Selfie co 2 kroki, filmik i znowu selfie… cofanie się o 4 kroki i znowu filmik. Następnie zdjęcie wspólne robione przez spacerującego obok innego turystę. Klawiatura z chińskimi znaczkami…. tego jeszcze w rękach nie miałam 😊. Tu niestety da się zauważyć przysłowiowe „bydło” i porozrzucane śmieci.

SONY DSC

SONY DSC

A sam wodospad ciężko jest uchwycić na zdjęciu, a o statywie na mostku (z którego jest najlepszy widok) nie ma mowy…. ze względu na ruch tupiących przechodniów.

SONY DSC

SONY DSC

Jest to najmniej przyjemny szlak z tych 3 które dzisiaj przeszliśmy (właśnie ze względu na „towarzystwo”). Przy samym wodospadzie znajduje się „shelter”, bedący doskonałym schronieniem przed deszczem lub po prostu bazą noclegową dla długodystansowych wędrowców. Największą atrakcją dla młodych jest zdecydowanie punkt nr 4 dzisiejszego dnia – Sol Duc Hot Springs czyli gorące źródła. Pomimo, że jest to miejscówka komercyjna znajdująca się na terenie resortu wypoczynkowego, ma swój klimacik. Płacimy za wejście ($15 dorosły/$11 dziecko powyżej 3 lat, czynne 9am-9pm), chowamy kosztowności do szafki z szyfrem (locker) (jeśli ktoś będzie miał problem z otworzeniem szafki pomimo wpisywania prawidłowgo pinu trzeba poprosić obsługę o pomoc… my i kilku innych kuracjuszy takowy problem miało…wielokrotnie) i ruszamy na wymaczanie. Są tu 4 baseny – 3 okrągłe gdzie temperatura wody waha się pomiędzy 38 – 40°C i główny duży basen w ksztełcie litery L z temperaturą 29°C, gdzie oczywiście wariują wszystkie dzieciaki.

20190806_142158

20190806_152533

Cudownie jest się powymaczać siedząc w cieplutkiej wodzie z widokiem na okoliczne góry. Baseny są zamykane codziennie na okres 1 godziny w celu testowania jakości wody i jej oczyszczania. Późnym popołudniem opuszczamy gorące źródła i jedziemy już bezpośrednio na nocleg w Forks.

Dzień 4

Dzisiejszy dzień zaczynamy od spaceru po jednej z najpiękniejszych washingtońskich plaż – Rialto Beach, zatopionej w porannej mgle.

day5

Jeszcze przed skręcem ze 101 na 110 (La Push Road) w kierunku oceanu (po lewej stronie) zauważam klasycznego złomka, który służy tu jako „żywa” reklama zakładu naprawczego. Uwielbiam takie złomki!!!!

SONY DSC

SONY DSC

Nagrodą za wczesne wstawanie jest oczywiście pusta przestrzeń wokół nas. Gigantyczne kłody wyrzuconego przez ocean „dryft wood” oraz miliony otoczaków nadają niepowtarzalny charakter temu miejcu.

SONY DSC

SONY DSC

Kłody przybyły tu podczas sztormów, wcześniej wymoczone i pozbawione kory. Rzeki transportują bardzo dużo tych drzew do oceanu, którego silne fale wyrzucają je później na brzegi.

SONY DSC

Lokalni rzemieślnicy wykorzystują je do robienia mebli, a one same w sobie tworzą artystyczne rzeźby. Wychodzi stąd cudowny szlak „Hole in the wall” (długość 3 mile), ale niestety protest mojej młodzieży doprowadził jedynie do grzebania lokalnie w piachu i otoczakach….

SONY DSC

20190807_074653

SONY DSC

Czasami muszę niestety zgodzić się na leniwszą formę spędzania czasu. Zresztą jesteśmy tu podczas przypływu i stan wody jest zbyt wysoki, by bezpiecznie pokonać niektóre odcinki szlaku, a rekomenduje się przybycie na miejsce około 30 minut przed najniższym stanem odpływu. Spędzamy tu wspaniałe 2 godziny rozkoszując się poranna bryzą i przede wszystkim samotnością.

SONY DSC

SONY DSC

SONY DSC

Jadąc w kierunku południowym w miasteczku Fork zatrzymujamy się tylko na minutkę, by zerknąć na zabytkową lokomotywę ustawioną po daszkiem przy głównej trasie (Tillicum Park).

SONY DSC

SONY DSC

Jest to parowóz systemu Shaya (Rayonier #10), opracowany do poruszania się w górskich, krętych, systemach leśnych.  Na chwilkę zatrzymujemy się też przed Forks Timber Museum (przy głównej trasie 101, 1421 S Forks Ave, Forks) w celu zrobienia kilku zdjęć z wielkimi kłodami i starymi pordzewiałymi pickupami.

SONY DSC

page

SONY DSC

SONY DSC

Kolejnym punktem jest las deszczowy czyli Hoh Rain Forest.

Capture5

Skręcamy ze 101 na Upper Hoh Road i tu po kilku milach jazdy trafiamy na największego marudera drogowego jakiego można sobie wyobrazić. Pan prowadzi auto z prędkością 12 – 15 mil/h przy dozwolonym limicie 35m/h. Po drodze nie ma za dużo do oglądania, nie ma też możliwości wyprzedzania ze względu na liczne zakręty… W niektórych miejscach w Washingtońskich górach ustawione są znaki, informujące, że nie można jechać wolno samochodem mająć za sobą więcej niż 5 aut….   trzeba zjechać na pobocze i te auta przepuścić, żeby nie blokować ruchu. Ten pan ma to jednak daleko gdzieś …..Ciągnący się za nim sznur 25 aut najwyraźniej daje my poczucie władzy…. Po dojechaniu na miejsce czyli do końca drogi pojawia się problem z parkingiem, ale jak wiekszość „spóźnialskich” zaparkowaliśmy po prostu wdłuż drogi na pochyłym poboczu. Ogromne tłumy turystów, jak się można było domyśleć, były też na szlaku, co całkowicie odebrało nam chęć chodzenia po tym unikalnym miejscu. W Visitor Center dostajemy od rangera książeczkę ćwiczeń „Ocean steward”czyli kontynuację programu „junior ranger” parku Olympic. Zaczynamy od szlaku Hall of Mosses (długość pęlki 0.8 mili) i razem z głośnym tłumem krążymy wokół omszonych olbrzymich świerków sitkajskich, paproci i porostów.

SONY DSC

SONY DSC

SONY DSC

Czegoś tu jednak brakuje… jest gorąco i przez gałęzie przebija się palące słońce….. to włąśnie tu nie pasuje. Ponad 10 lat temu wędrowałam po tym samym lesie w siąpiącym październikowym deszczu i to jest właśnie ten brakujący kawałek układanki. Deszcz pokazuje prawdziwe oblicze tego miejsca. Poza tym jak pada deszcz to nie przychodzi tyle ludzi i można spacerować bez słuchania krzyków. Miejsce to poza hawajską wyspą Kauai otrzymuje największą ilość opadów na terenie USA, wpływając na kształtowanie się maksymalnie wilgotnego środowiska. Rocznie spada tu około 343 cm deszczu, a co ciekawe w oddalonym okolo 30 mil miasteczku Sequim, (gdzie nocowaliśmy przedwczoraj) opadów jest jedynie 40 cm rocznie, (czyniąc Sequim miejsce nasuchszym kawałkiem półwyspu).

SONY DSC

SONY DSC

Zaszywamy się w zaroślach i rozwiązujemy zadania w parkowym zeszycie ćwiczeń, by za chwilę odebrać kolejną odznakę – tym razem naszywkę z napisem „ocean stuard”😊.

SONY DSC

SONY DSC

Wracamy do auta bo totalnie odechciewa nam się łażenia w takich mało sprzyjających warunkach, a dzieci intensywnie marudzą, że chcą z powrotem wrócić na plażę.

SONY DSC

SONY DSC

Jedziemy więc na kolejną przepiękną plażę Ruby Beach. W zapakowanym po brzegi parkingu wyłapujemy ostatnią miejscówkę i przechodząc przez punkt widokowy zchodzimy na niżej położoną plażę.

SONY DSC

SONY DSC

Poprzez wielkie kłody – (dryft wood) przeciskamy się w okolicę skalnych stożków (haystacks) i rzeki, gdzie młodzi spędzają kolejne 2 godziny tworząc tamy i przenosząc wielkie otoczaki i kłody do oceanu.

SONY DSC

I znowu nie dają się namówić na spacer wzłuż wybrzeża…. Po 2 godzinach totalnie przemoczonych zabieram ich w końcu do samochodu.

SONY DSC

SONY DSC

page.jpg

page14

Rezygnujemy z zejścia na plażę nr. 4, również rekomendowaną przez przewodnik, (ze względu na wysoki stan wody i niedostępność „tide pools”). Jedziemy dalej w kierunku Lake Quinault.

Capture6.JPG

GPS nie działa przez cały dzień, ze względu na totalny brak zasięgu. Mamy mapę topograficzną, która w takich przypadkach jest oczywiście niezbędna. Skręcamy w drogę po południowej stronie jeziora i zatrzymujemy się na parkingu przy Quinault Rain forest trail (długość szlaku 0,5m). Jakoże obszar ten zarządzany jest przez lasy państwowe (National Forest) trzeba albo zapłacić $5 za parking albo tak jak to jest w naszym przypadku zostawić w widocznym miejscu kartę National Park Pass. Szlak jest super łatwy i prowadzi nas pętelką wśród gęstej rośliności „dżunglowej”.

SONY DSC

DSC04910.jpg

Największą atrakcją dla dzieci jest tunel z kłody drzewa przez który można swobodnie przejść (trzeba tylko mieć odpowiednio szczupłą sylwetkę😊).

SONY DSC

SONY DSC

Podjeżdżamy następnie do zabytkowego hoteliku Lake Quinault Lodge, gdzie stoi imitacja studni porośnięta soczysto zielonym mchem.

page17

Wszystkie drzewa rosnące obok hoteliku są podpisane, dzieki czemu możemy zapoznać się trochę bliżej z nazewnictwem otaczającego nas lasu. Podjeżdżamy kawałeczek na wschód by przejść, a w zasadzie przebiec szlak (długość 0.2 mili) prowadzący do największego na świecie drzewa o nazwie „Big sitka spruce” (czyli świerku sitkajskiego) mierzącego 58 metrów wysokości o obwodzie prawie 18 metrów.

SONY DSC

page18.jpg

page18

Ten gigant jest świetnym placem zabaw z naturalną ślizgawką😊. Ostatnim już miejscem ze względu na zapadający zmrok jest znajdujący się kilka mil na wschód (drogą South Shore Road) wodospad Merriman Falls (12 metrów wysokości).

DSC04955_1.jpg

Wodospad jest widoczny z drogi. Parkujamy na poboczu przy mostku i na chwilkę wychodzimy by przyjrzeć się mu z bliska. Dzieci od razu gramolą się do rzeki … Niestety czas nas „goni” i musimy jechać w kierunku oddalonego o 45 mil Aberdeen, gdzie mamy zarezerwowany dzisiejszy nocleg. Przyjeżdżamy już po zmroku w siąpiącym deszczu i otrzymujamy wspaniałe powitanie. Dostajemy gorącą czekoladę i słodkie tosty oraz soczyste wiśnie na kolacje. Starsi państwo wynajmujący nam pokój są ekstremalnie mili… a do tego w domu są 2 psy, którymi zaczynają się nadopiekuńczo zajmować Jaś i Basia. Miasteczko Aberdeen jest raczej przytłaczającym miejscem. To tu urodził się i mieszkał Kurt Cobain, lider zespołu Nirvana. Miasto ku jego pamięci ufundowało m. in. Pomnik w parku Riverfront, czy tablicę wjazdową do miasta z napisem „Come as you are” (tytuł jego piosenki), jest też wystawa poświęcona jego twórczości w Aberdeen Museum of history. Dla chcących odwiedzić więcej miejsc związanych z królem muzyki grunge polecam mural przy 300 East Wishkah street czy gwiazdę Kurt Cobain star w samym downtown miasta.  

Dzień 5

day6

Zaczynamy dzień od …… nakarmienia kameleona. Basia dostaje zadanie wyszukania najtłustrzego robaka w pudełku z trocinami. Wkłada następnie zdobycz do klatki potwora na specjalnie do tego celu przeznaczoną tackę, który to swoim wielkim jęzorem chwyta i pożera zdobycz „na naszych oczach”. Po z kolei naszym śniadaniu zaserowanym przez gospodarza jedziemy na południe do Raymond słynącego z porozstawianych po całym mieście metalowych płaskorzeźb. Zatrzymujemy się przed zamkniętym o tak wczesnej porze muzeum powozów –  Northwest Carrage museum (314 Alder Street, czynne 10am – 4pm, bilet $8/osoba dorosła), by przespacerować się po pobliskim pomoście i zrobić kilka fotek właśnie tym rzeźbom.

page29

page30

20190808_092209.jpg

W siąpiącym deszczu wjeżdżamy następnie do Oceanview i Long Beach – typowych nadmorskich kurortów nastawionych na masową turystykę plażową.

20190808_094742
Typowy dla Northwest drive thru coffee shop

Według przewodnika punktem „must see” jest sklep – muzeum – badziewkarnia – Marsh’s Free Museum (wstęp bezpłatny), który poza pierdółkami prosto z Chin, posiada w swojej kolekcji sporo zabytkowych rzeczy typu automaty do gier, drewniane zabawki, kasy, wagi, broń, wypchane zwierzęta – (w tym dwugłowy cielak).

20190808_104303

20190808_110220.jpg

page27

20190808_105506

Bynajmniej 15 minut w zupełności wystarczy by ogarnąć część wartą uwagi. Zaglądamy też na chwilkę do muzeum żurawiny (Cranberry museum 10-5pm 2907 Pioneer Road, Long Beach, wjazd bezpłatny).

20190808_112235

(30% amerykańskich zbiorów żurawiny pochodzi właśnie ze stanu Washington). Sos z nich zrobiony stanowi podstawowy dodatek do indyka serwowanego na Święto Dziękczynienia – czyli najważniejszego święta obchodzonego w Stanach Zjednoczonych. Ciekawie wyglądają zbiory tegoż owoca (tzw. „wet harvesting”). Na jesień pola zalewane są wodą do około 20 – 50 centymetrów wysokości, następnie ruch wirowy wytwarzany przez specjalne maszyny powoduje, że owoce odrywają się z gałązek i są następnie transportowane do specjalnych pojemników. Nazwa (że też na to wcześniej nie wpadłam!) pochodzi od….żurawia, którego szyja skojarzona została przez pierwszych Europejskich osadników właśnie z kształtem łodygi i kwiatów tego owoca. (crane – to żuraw po angielsku). Po wyjściu z muzeum udajemy sie na pole, (które nie jest jeszcze zalane wodą) by zobaczyć z bliska krzaczki.

20190808_112917

Dzieciaki próbują skosztować surowe owoce, ale ich cierpko – kwaśny smak szybko zmienia ich miny w ekstremalnie skwaszone😊….

20190808_113105

Żeby ten smak zmienić udajemy się w szybkim tempie na typowo wegańskie danie…

20190808_115338

czyli frytki z keczupem (bar Hungry Harbor). I z pełnymi brzuchami podjeżdżamy na plażę uliczką Sid Snyder Drive, by przespacerować się chwilkę drewnianym chodnikiem wdłuż plaży, przy okazji zaliczając zdjęcie ze szkieletem (Gray Whale Skeleton) i rzeźbą wieloryba.

SONY DSC

SONY DSC

Na plaży generalnie panują pustki, poza kilkoma spacerowiczami i ledwo widocznymi w oddali jeźcami na koniach nic się tu nie dzieje.

SONY DSC

SONY DSC

Jedziemy dalej na południe do Cape Disappointment State Park, i jak sama nazwa wskazuje przeżywamy tu….. rozczarowanie. Najpierw zamknięta z powodu remontu latarnia morska (North Head Lighthouse),

page18

…. a następnie szlak, którym omyłkowo poszliśmy …. błędnie podana informacja (a w zasadzie mapka) na moim planie podróży zaprowadziła nas do nikąd…. Wyszliśmy z parkingu “Beard’s Hollow trailhead” i asfaltowym chodniczkim (zwącym się Discovery Trail) szliśmy i szliśmy mijajać kolejne zejścia na plażę, rzekę i znowu zejście na plażę i tak po przemaszerowaniu ponad mili zdaliśmy sobie sprawę, że szlak ten prowadzi poprostu wzdłuż plaży aż do miasteczka Oceanview…..

SONY DSC

Plan zakładał dojście do klimatycznej zatoczki otoczonej stromymi skałami. Cóż z pozytywnych rzeczy – spotkaliśmy tu 3 węże (tzw. garden snakes), kilka kolorowych ważek i mnóstwo, ale to mnóstwo soczystych jeżyn, które konsumowaliśmy z wielką rozkoszą.

SONY DSC

SONY DSC

Jeśli ktoś podróżuje z rowerem – polecam ten szlak jako super nadoceaniczną rowerową przejażdżkę. Kolejnym i ostatnim naszym punktem dnia dzisiejszego jest Fort Columbia SHP. Dla wszystkich, którzy uwielbiają bunkry, kolejna super miejscówka do zabawy w wojnę…..Jesteśmy tu zupełnie sami przez ponad godzinę.

SONY DSC

Dzieciaki kręcą swój własny film, wczuwając się w role wojowników i przenosząc w zupełnie inny świat.

SONY DSC

SONY DSC

SONY DSC

Ten niewielki fort został zbudowany na przełomie XIX i XX wielu w celu ochrony bardzo strategicznego miejsca jakim jest ujście rzeki Columbia przed potencjalnym nieprzyjacielem nadciągajcym z zachodu. Funkcjonował do momentu zakończenia II wojny światowej, a następnie przekształcono go w park stanowy. Podobnie jak w odwiedzanym przez nas niedawno parku stanowym Fort Worden można tu wynająć pokoje czy całe domki. Cena za 12 osobowy w pełni wyposażony dom to $311 (plus podatek) za noc nie wydaje się zbytnio wygórowana. Znajduje się tutaj 12 historycznych budynków (niestety pozamykanych) i kilka bunkrów, do których możemy wejść. Podczas dwóch wojen światowych fort pełnił również funkcje typowe dla małego miasteczka. Miał swój szpital, straż pożarną, teatr, więzienie, elektrownię, a nawet własne krowy, by żołnierze mogli codziennie pić świeże mleko😊.

SONY DSC

SONY DSC

SONY DSC

SONY DSC

DSC05083.jpg

20190808_164638.jpg

I w tym punkcie kończymy naszą przygodę z wybrzeżem Pacyfiku i przejeżdżając na drugą stronę rzeki Columbia do Oregonu (GPS pokazuje 10 minutową przewagę czasową w dotarciu do celu) i po ponad godzine docieramy do naszego docelowego miejsca – Longview. Wjeżdżając do miasta od strony Oregonu (przez most nad rzeką Columbia) odnosi się wrażenie jakby wjeżdżało się do najbardziej uprzemysłowionego miasta USA…. Kominy, fabryki, tartaki… Zdecydowanie nie jest to miejsce godne uwagi podróżniczej. Spędzamy tu tylko noc, robimy pranie i zakupy na najbliższe kilka dni, (które spędzimy zdecydowanie z dala od centrów handlowych). Obraz miasta widzianego z okien naszego auta kreuje się raczej jako wynędzniałały, a mieszkańcy wyglądają niestety na bardzo przygnębionych……

Dzień 6

O 6.30 rano opuszczamy zachmurzone Lonview i prujemy autostradą (nr 5) na północ w kierunku Mount St Helens (drogą 504).

20190809_085030

Jest to najbardziej uczęszczana droga prowadząca w okolice wulkanu, przy której to usytuowane są 3 centra turystyczne (Mt St. Helen Visitor Center, Mt St Helens Forest Learning Center i Johnson Ridge Observatory). Jadąc od strony zachodniej zatrzymujemy się na wielkim parkingu, skąd wychodzi krótki i prosty szlak Birth of lake (długość 0,5 mili – pętelka). Nie jest to szlak petarda, ale po długiej jeździe samochodem trzeba przegonić dzieciaki by atmosfera wokół się oczyściła.

SONY DSC

SONY DSC

20190809_091019.jpg

Szlak prowadzi wzdłuż brzegu jeziora Coldwater, które to powstało podczas zatamowania ujścia rzeki (Coldwater creek) wielką lawiną błotną powstałą podczas wybuchu wulkanu w 1980 roku. Spotykamy tu wiele gatunków kolorowych kwiatów i oczywiście krzaki soczystych dzikich jeżyn, którymi nie omieszkamy się częstować.

SONY DSC

SONY DSC

Po pół godzince jedziemy już dalej do końca drogi nr 504 do Johnson Ridge Observatory ($8/osoba dorosła lub National Park Pass), które wita nas spowite we mgle…. Widoczność bliska jest zaledwie 2 – 3 metrom.

DSC05137.jpg

Zaczynamy więc od obejrzenia filmu dokumentalnego o największej w historii Stanów Zjednoczonych erupcji wulkanicznej. Film i krótki wykład rangerki opowiadającej z wielkim zaangażowaniem o tym wydarzeniu pokazuje nam skalę tegoż wydarzenia. I choć wulkan posiada obecnie status „uśpionego” po zapoznaniu się z faktami podnosi nam się znacznie poziom adrenaliny i dręczy nas myśl …co by było gdyby Helena teraz wybuchła?….. Sam wybuch wulkanu (18 maja 1980 roku) był poprzedzony wieloma trzęsieniami ziemi (przez okres ponad 2 miesięcy).

20190809_104743.jpg

20190809_104845

Wydostająca się z wnętrza wulkanu magma spowodowała liczne pęknięcia po stronie północnej góry (na którą to część mamy obecnie przesłonioną gęstą mgłą widok😊), a silne trzęsienie ziemi tuż przed wybuchem wulkanu spowodowało duże obsunięcie się terenu na tej właśnie stronie, co odsłoniło na wpół stopniałą skałę przepełnioną gazami i parą wodną, które to eksplodowały kilkanaście sekund później. Wybuch utworzył kolumnę popiołu i gazów, która wzbiła się na wysokość ponad 24 km w atmosferę, w zaledwie 15 minut!!! (W ciągu dnia, wiatr przewiał 520 mln ton popiołu i spowodował kompletną ciemność w oddalonym o 400 km mieście Spokane położonym na wschoodzie stanu Washington). W tym samym czasie, śnieg i lód z lodowców znajdujących na szczycie Heleny zaczęły się topić powodując rozległe masy błota spływające z prędkością dochodzącą do 145 km/h, (tzw lahary) wyrywając z korzeniami drzewa, niszcząc drogi i mosty. Szacuje się, że początkowa prędkość wybuchu wulkanu była około 350 km/h, osiągając w szczytowym momencie ponad 1000 km/h i przekraczając prawie prędkość dźwięku….. Obszar rozciągający się w promieniu 30 km (na N od Heleny) został doszczętnie zniszczony. Wysokość góry obniżyła się o 396 metrów…..Do 2005 roku wulkan pozostał nadal aktywny. Jego eksplozje były już mniejsze, jednak charakteryzowały się silnymi wybuchami popiołu oraz przepływami lawy, która tworzyła nowe kopuły wulkaniczne w kraterze. W ciągu tych lat kopuła stożka nadbudowała się o około 7% pierwotnej wielkości….. Tak jak wspomniałam wcześniej erupcja Mount Saint Helen (18 maja 1980 roku) była najbardziej niszczycielskim wybuchem w historii Stanów Zjednoczonych, zarówno biorąc pod uwagę straty w ludziach, jak i straty ekonomiczne i przyrodnicze. Zginęło 57 osób, ponad 200 niedźwiedzi, 5,000 jeleni, miliony ptaków i ryb, 9,4 milionów drzew, a 220 domów, 47 mostów, 24 km linii kolejowych i 300 km dróg zostało totalnie zniszczonych. Helena uwolniła ilość energii 20 tysięcy razy większą niż bomba atomowa w Hiroszimie…. W obserwatorium oglądamy szereg ciekawych wystaw i opisanych na dysplejach sprawozdań ludzi, którzy przeżyli ten kataklizm. Można „wywołać” podskokami trzęsienie ziemi na specjalnie to tego celu ustawionej platformie podłączonej do sejsmografu, czy zapoznać się ze wszystkimi skałami wulkaniczymi prezentowanymi przez rangera, zobaczyć kikuta drzewa którego górna część została „ścięta” przez siłę wybuchu.

20190809_104058

20190809_103940

20190809_104038

Na koniec dzieciaki zdobywają odznakę Junior Ranger i wychodzimy na zewnątrz by przyjrzeć się wulkanowi „z bliska”. Wiatr przewiał już trochę mgłę i zza chmur wyłoniła się „sleeping Beauty”.

SONY DSC

SONY DSC

SONY DSC

Spacerujemy Eruption Trail, schodząc kawałeczek do Boundary trail. St. Helen pojawia się i znika….. za chmurami.

Capture9.JPG

SONY DSC

page21

SONY DSC

page20

page19
Resztki drzew pozostałe po wybuchu wylkanu, którego „powiew” dosłownie ściął ich wierzchołki…

SONY DSC

Dłuższą wycieczkę w tej okolicy zostawiamy sobie na za kilka lat jak dzieciakom podrosną nogi😊 i zechcą poddać się bez marudzenia wielkiej pasji hikerskiej. Celem jest zdobycie Helenki. Nie są do tego wymagane żadne techniczne umiejętności i jest to świetny szlak dla początkujących wspinaczy. Rocznie wydawanych jest aż 20,000 pozwoleń, przy sezonowym limicie 100 sztuk/dzień. Każdego roku w amerykański dzień matki (druga niedziela maja) wszyscy hikerzy (panowie i panie) wspinają się w kolorowych sukienkach😊 by celebrować ten wspaniały dzień!!! W internecie można zobaczyć wiele śmiesznych zdjęć z tego dnia zrobionych podczas zdobywania wulkanu.

Wskakujemy do auta i prujemy na zachód by autostradą (Hwy #5) podjechać na południe 40 mil i zjechać z powrotem do „dziczy” na drogę nr 503.

 

mt st helen map1

Następnie 503-ką pokonujemy kolejne 40 mil na wschód i zatrzymujemy się (jak się okazało największej atrakcji dnia dzisiejszego wg. najmłodszych) przy wyjściu na szlak Trail of two forest (długość 0.3 mile).

trailof2forest

Znajduje się tu miniaturowy lava tube – czyli tunel lawowy, gdzie z pomocą latarki można się poprzeciskać (jeśli ktoś nie cierpi na klastrofobię oczywiście) przez tunel.

DSC05202_1.jpg

20190809_155534

20190809_155443

W środku jest bardzo mało miejsca, ale nie sposób utknąć nawet przy większych gabarytach.

DSC05181_1.jpg

20190809_160951

Dzieciaki znalazły jeszcze drugie znacznie węższe wyjście… którego nie polacam jednak dorosłym…. Te małe tunele powstały gdy lawa wlała się do lasu zanurzając konary drzew i okrążąjąc je. Konary się wypaliły i przestrzeń, która po nich pozostała jest włąśnie tymi kanalikami, gdzie się z radością dziś przeciskamy😊. Z wielkimi oporami zabieram młodych z tego naturalnego placu zabaw i ruszamy na kolejny szlak – June Lake (długość 2,2 mile). Jesteśmy tu zupełnie sami!

SONY DSC

SONY DSC

Wędrując po lesie dochodzimy do cudownego małego jeziorka w którym jak w lustrze odbijają się rosnące przy jej brzegu drzewa i wyschnięte konary.

SONY DSC

SONY DSC

20190809_174504

Jest tu tak cicho i spokojnie… (aż do momentu pojawienia się oczywiście nas)…. Ponieważ dzień nam się już niestety kończy, a w planie mamy jeszcze 2 atrakcje ruszamy z powrotem do auta w dość szybkim tempie. Podjeżdżamy do Lava canyon trail, gdzie zamierzaliśmy podejść tylko do zawieszonego nad przepaściami mostu (0.7 mili w jedną stronę), ale ku naszemu wielkiemu niezadowoleniu okazuje się, że szlak jest zamknięty bo tenże most się zawalił…… Pędem więc zawracamy do Ape cave (tunel lawowy) by tu trochę pobuszować z latarkami w ciemnościach jaskini, utworzonej podczas wybuchu St Helen około 1,900 lat temu.

Po drodze mamy całkiem dobry widok na Mt Saint Helen…..

20190809_183913.jpg

Przed wejściem do jaskini starannie czyścimy buty by nie przenosić bakterii i grzybów z powodu zagrożenia najbardziej niszczycielską chorobą jaką jest white nose syndrome, którego skutki masowo zabijają nietoperze. Od 2006 roku na terenie USA i Kanady zginęło już ponad 7 milionów tych ssaków, a w roku 2018 potwierdzono pierwsze przypadki white nose syndrome około 50 mil od Mount Saint Helen. W związku z tym należy zachować szczególną ostrożność by nie przenosić choroby dalej. I chociaż przenoszona jest ona głównie przez same nietoperze to naukowcy zalecają dostosowanie się do ogólnostanowych przepisów „szczotkowania” obuwia przed wejściem do jaskini. Zarażone nietoperze budzą się wielokrotnie podczas okresu hibernacji tracąc olbrzymie pokłady nagromadzonego tłuszczu, co prowadzi do ich skrajnego wyczerpania i śmierci.

20190809_154930

20190809_185832

SONY DSC

SONY DSC

SONY DSC

Długość Ape to około 2,5 mili…., my jednak penetrujemy tylko jej początkową część. Jest to jeden z najdłuższych i najbardziej dostępnych tuneli lawowych w USA. A powstał wskutek przepływu lawy (która zastygła w części górnej podczas gdy w środku cały czas odbywał się jej przepływ). Basia nie jest jednak ich zwolennikiem. Rok temu podczas wycieczki po północnej części Kaliforni odwiedziliśmy ich kilka (Lava Beds National Monument czy okolice Lassen Volcanic National Park) i Basia nigdy nie została ich wielkim fanem. Po 8pm zajeżdżamy na kemping Beaver Bay ($28/noc), gdzie rozpalamy wielkie ognisko…..

SONY DSC

niestety bez pieczonych kiełbasek na kolację…. Kemping jest całkiem przyjemny, położony w lesie nad rzeką, miejsca są obszerne dające dużo prywatności.

Dzień 7

Po rozgrzewającej poranej owsiance ruszamy dalej na podbój Gifford Pinchot National Forest.

SONY DSC

DSC05255_1.jpg

Drogą 90 i dalej 25 (N) dojeżdżamy do wyjścia na szlak prowadzący do najcudowniejszego wodospadu w okolicy Iron Creek Falls (wysokość 12 m). Najcudowniejszy bo po pierwsze piękny w swej okazałości i bardzo fotogeniczny, a po drugie, turystycznie zapomniany, co oznacza 2 godziny w zupełnej samotności!!!!

SONY DSC

SONY DSC

Szlak jest bardzo prosty – drewniane schodki pomagają w zejściu do poziomu rzeki (Iron creek). Można podejść do wodospadu nieprzechodząc strumienia lub przejść po wielkim powalonym konarze na drugą stronę i cieszyć się jeszcze piękniejszym widokiem wodospadu.

SONY DSC

SONY DSC

Roślinność jest tu bardzo bujna, wręcz „dżunglowa” a soczystość zieleni aż bije po oczach. Jest to jedno ze wspanialszych miejsc jakie odwiedziliśmy podczas tych wakacji. Wracając do auta spotykamy 3 dziewczyny, które się po prostu zgubiły…. z powodu braku zasięgu …. GPS niestety tu nie działa. Tu na ratunek wkracza niezawodny atlas topograficzny, który rozwiązuje zagadkę zagubionych. Reakcja pań na widok mojego atlasu była zadziwiająca.. „o!! Ty masz mapę?????” Jako przedstawiciel i fan tradycyjnej nawigacji poczułam wielką dumę😊 z możliwości przyniesienia pomocy zagubionym turystkom…..  W wielu miejscach na zachodzie Stanów, szczególnie w obszarach zamieszkałych jedynie przez dziką zwierzynę😊, GPS poprostu nie działa, a drogi czasami nie są ponumerowane, więc nie ma możliwości poruszania się bez papierowej mapy topograficznej. Zresztą dla mnie to czysta przyjemność spojrzeć na mapę i wiedzieć co jest dookoła….. jakie szlaki, góry, jeziora itp. GPS tylko tępo prowadzi czasami zresztą w przysłowiowe pole. Oczywiście w mieście jest niezastąpiony…ale w miastach to my akurat bywamy rzadko i tylko przejazdem. Ruszamy dalej drogą nr. 99 na zachód by zaatakować stronę wschodnią Mt St. Helen. Droga ta też jest bardzo słabo uczęszczana. Zaczynamy króciutkim szlakiem Meta lake trail (0,6 mili), który prowadzi nas do małego górskiego jeziorka, o widocznie podwyższonym stanie wody….na co wskazuje totalnie zatopiony taras widokowy….

DSC05278_1.jpg

20190810_110431

Następnie idziemy na wycieńczający szlak Harmony trail (długość 2,4 mili) prowadzący bardzo wąską i zarośniętą ścieżką do jeziora Spirit

Capture7

20190810_121710.jpg

Jezioro to było popularnym wśród turystów miejscem wypoczynku aż do roku 1980, kiedy to wybuch Heleny totalnie zniszczył jego okolicę. Osunięcie się ziemi wywołało wielkie fale na jeziorze, które totalnie ogołociły sąsiadujące z nim zbocza z drzew, tworząc dryfującą po jeziorze wyspę, złożoną z milionów pni (zajmującą ponad 3 km2). Co ciekawe naukowcy odkryli, że wiele z tych drzew osiadło na dnie jeziora w pozycji pionowej wyglądając jakby rosły tam przez lata. W sierpniu 1985 r. ustalono, że na dnie jeziora znajdowało się ponad 19,000 pionowo stojących kikutów drzew. Dane z sonaru i badania przeprowadzone przez nurków wykazały, że korzenie rozchodzą się promieniście od zatopionych drzew oraz, że drzewa nie są ściśnięte w jedną masę, ale wyglądają tak, jakby kiedyś rosły w tym miejscu zupełnie normalnie i stopniowo zostały zalane przez wodę, a nie zmiecione przez wielką katastrofę….. Kiedy dochodzimy do Spirit lake oczom naszym ukazuje się rzeczywiście tysiące dryfujących kłód….

SONY DSC

DSC05289_1.jpg

Pomimo całkowistego zakazu kąpieli kilkoro dzieciaków pływa i nurkuje przy brzegu, co wydaje się mało rozsądne zważywszy na fakt, że w każdej chwili kilka wielkich kłód mogło by się po prostu na nich stoczyć i spowodować wypadek. 40 lat temu podczas wybuchu woda ta się prawie zagotowała…. zaczęły rozwijać sie bakterie i drobnoustroje, a wyglądem jezioro przypominało jedną wielką toksyczną breję o przerażającym składzie chemicznym. Wszystkie żyjące w niej stworzenia wyginęły. I chociaż wody spływające tu strumieniami i topniejące śniegi w znacznym stopniu oczyściły zbiornik to jeszcze oficjalnie stan wody jest w procesie regeneracji. Zresztą naukowcy bardzo dokładnie badają wszystkie procesy zachodzące w jeziorze przez co nikt nawet nie powinien tej wody dotykać. Ciekawostką jest jeszcze to, że podczas wybuchu wielki lahar spływając na dno jeziora podniósł jego poziom o ponad 60 metrów i zatkał jego jedyne ujście. W ciągu 2 kolejnych lat topniejące śniegi i deszcze podniosły poziom jeziora o kolejne 18 metrów. Podwyższający się nieustannie stan wody zagrażał zerwaniem „laharowej” tamy i zalaniem obszarów położonych poniżej. W 1982 roku zaczęto przepompowywać nagromadzoną wodę (z prędkością ponad 300 m3 na minutę) do rzeki North Fork Toutle i jako dodatkowe rozwiązanie 3 lata później wydrążono 1,5 milowy tunel (o średnicy 3,5 metra) przez Harry’s Ridge w celu utrzymania wody na bezpiecznym poziomie, dzięki czemu tereny położone poniżej jeziora mogą „czuć” się bezpiecznie. My krążymy długo przemieszczając się pomiędzy, pod i ponad kłodami w celu znalezienieu bezpośredniego dojścia do jeziora.

SONY DSC

DSC05296_1.jpg

Zawsze dochodzimy do miejsca, gdzie dalej iść nie możemy więc po prostu zawracamy i odpoczywamy na jednej z wielkich kłód od razu przy zejściu ze szlaku. Po krótkim odpoczynku dzieciaki z niechęcią spoglądają w stronę czekającego nas „morderczego” powrotu (1,2 mili pod górkę)…..

Jak już udaje nam się dowlec na parking w nagrodę za wielki trud gotujemy sobie obiad… co w naszej wersji było uproszczoną formą posiłku i było zalanym wrzącą wodą proszkiem imitującym puree oraz wersją dla bardziej wymagających: zupka chińska z imitacją wołowiny. No nie powiem, żeby ten posiłek był rozkoszą dla podniebienia….. Dzieciaki wykrzywiały buzie z niedowierzaniem, że coś takiego można w ogóle nazwać jedzieniem i postanowiły zadowolić się słonymi paluszkami. Ruszyliśmy dalej aż do końca drogi na Windy Ridge viewpoint, na który to trzeba było wspiąć się po 370 schodkach…. Widoki niestety przesłoniły nam liczne chmury, ale krajobraz otaczajacych gór i tak był zachwycający.

Capture10

SONY DSC

SONY DSC

SONY DSC

 

SONY DSCNa tą wspinaczkę nałożyliśmy zimowe czapki, bo wiatr wiał z wielką prędkością, a temperatura też nie należała do najwyższych. Jak już wspieliśmy się do samego punktu widokowego otoczyła nas gęsta mgła….a więc trud poszedł na marne… ☹.

20190810_152821

20190810_153045

Z punktu widokowego można dalej wędrować Independance Pass trail przez kolejne 1,5 mili. Słaba widoczność i silny wiatr jednak nie napawa nas optymizmem do przejścia tego szlaku. Schodzimy więc z powrotem po 370 schodkach na parking.

SONY DSC

To w zasadzie jest nasz ostatni punkt na dzień dzisiejszy. Wyruszamy w kierunku Mt Rainier National Park. Nasz prawy pas w drodze powrotnej nie należy do najbezpieczniejszych…. droga jest miejscami ponadrywana i nie ma barierek ochronnych….. co znacznie podwyższa mi oczywiście poziom adrenaliny. Dalszą drogę skracamy sobie kolejną tragicznie totalnie wyniszczoną 26 tką jadąc na północ i dopiero po przejechaniu Cispus River wracamy do cywilicacji…. To był istny horror – pourywana i pozakręcana droga pełna dziur, prędkość maksymalna jaką bezpiecznie dało się jechać to 20 mil/h…. i do tego ani żywej duszy…… Nasz kemping (Tainapam) okazuje się też nie lada wyzwaniem do odnalezienia. Gubimy się w lokalnych dróżkach…. W końcu przez samym zachodem słońca odnajdujemy zapchany po brzegi nasz nocleg…. i przy akompaniamencie muzyki country rozpalamy ognisko. Wszystkie miejsca na kempingu są zajęte, ale jest to miejsce przeznaczone raczej dla stacjonujących wylegiwaczy leżakowych niż dla wędrowniczków.

Dzień 8

Wyjeżdżamy tak rano, że sami musimy sobie otwierać bramę wjazdową na kemping 😊. Na kolejne 2 dni mamy zaplanowane zwiedzanie parku narodowego Mount Rainier. Pogoda raczej nie wróży nic dobrego… niebo jest spowite gęstą mgłą i siąpi deszcz. Drogą nr 7 podjeżdżamy najpierw do miasteczka Elbe by zobaczyć kilka starych lokomotyw i wagonów (Mount Rainier Railway and Logging Museum)

SONY DSC

SONY DSC

20190811_072132

SONY DSC

….. i już bezpośrednio drogą 706 wjeżdżamy od strony zachodniej do parku (wjazd $35/auto lub National Park Pass). Zatrzymujemy się przy Longmire Information Center and Museum.

20190811_080614

Pomimo tak wczesnej pory ciężko jest tu znaleść parking. Visitor Center jest jeszcze zamknięte więc znajdujemy stół piknikowy i urządzamy sobie śniadanie w postaci rozgrzewajacej owsianki.

20190811_082621

Od rangera dowiadujemy się, że droga wyjazdowa z parku nr. 410 (Mather Memorial Parkway) jest zamknięta (co znacznie zmieni nasz pierwotny plan) z powodu osunięcia się ziemi (landslide). Cóż wiadomość ta okaże się błędna, ale dowiemy się o tym dopiero jutro po południu😊. Jako pierwszy szlak wybieramy Carter Falls trail (długość 2,2 mili).

Capture11.JPG

Parkujemy jako pierwsi w zatoczce przy drodze, skąd wychodzi szlak. Zchodzimy do koryta rzeki i chwilę krążymy wśród wielkich otoczaków odnajdując drewniany mostek, przez który musimy przemieścić się na drugą stronę Nisqually River.

SONY DSC

Nie jest to mostek, a po drostu drewniana kłoda przecięta w pół… na szczęcie z poręczą do przytrzymywania.

SONY DSC

Prędkość płynącej pod nami rzeki powoduje znaczne zawroty głowy.

20190811_111107

SONY DSC

Idziemy pachnącym wilgotnym lasem, najpierw po płaskim, potem trochę się wspinamy pod górkę.

SONY DSC

SONY DSC

Widoki na rzekę generalnie przesłonięte są drzewami. Sam wodospad nie rzuca nas na kolana, tzn. sam w sobie wodospad jest ładny, tylko widok na niego niestety przesłonięty drzewami…..

SONY DSC

SONY DSC

Po niecałych 2 godzinkach kończymy szlak zatrzymując się na dłuższą chwilę przy rzece by młodzi mogli sobie powrzucać do niej kamienie…..

SONY DSC

jak się później dowiem w podsumowaniu naszego dnia ten drewniany mostek był dla dzieciaków wielką petardą i będą go przeżywać do końca naszej wycieczki (klasyfikując jako atrakcja pierwszej trójki😊).

SONY DSC

SONY DSC

Jedziemy dalej na wschód i niestety z braku miejsca do zaparkowania odpuszczamy sobie widok na Christine Falls – słynny wodospad płynący pod kamiennym mostkiem. Udaje nam się natomiast złapać miejscówkę na parkingu, skąd wychodzi krótki, ale stromo spadający w dół szlak do Narada Falls (wysokość wodospadu 57 metrów, długość szlaku 0,2 mili). Jest to zdecydowanie jeden z najpiękniejszych wodospadów w okolicy. I zapewne też jeden z najczęściej odwiedzanych, dlatego razem z nami ogląda go ściśnięte razem jakieś kolejne 50 osób.

SONY DSC

Pogoda pogarsza się z minuty na minutę i gdy wjeżdżamy na pętelkę prowadzącą do najpopularniejszej części parku – Paradise widoczność jest praktycznie bliska zeru…… Pomimo tak fatalnej aury stoimy w korkach i po przejechaniu całego parkingu zjeżdżamy z powrotem do głównej drogi by podjąć kolejną próbę i zaatakować parking jeszcze raz. Tym razem wstrzeliwujemy się idealnie w opuszczaną właśnie miejscówkę. Przy tak znikomej widoczności jedyną rozsądną czynnością do zrobienia jest odwiedzenie Visitor Center, co też robimy. Tłum zajadających pizzę i inne fastfood’owe smakołyki opanował cały budynek. Do baru ustawiła się przeogromna kolejka, w całym budynku Visitor Center ludzie porozkładali się z jedzeniem, co raczej nie wygląda ciekawie. Nie ma dosłownie jak przeczytać informacji z displejów, bo wszystkie z nich poobsiadywane są dookoła przez zażerających. W jakmś ostatnim wolnym metrze kwadratowym przysiadamy i my i rozwiązujemy zadania w zeszycie ćwiczeń Junior Rangera, po czym dzieciaki składają uroczystą przysięgę i kolejna odznaka ląduje przypięta na dumnej młodocianej piersi.

20190811_133526.jpg

20190811_131608

20190811_131503
Co kryje się wewnątrz Mt. Rainier?

Decydujemy się, na zmianę jutrzejszego planu ze względu na fakt, że dzisiaj nie ma najmniejszego sensu wychodzenie na szlak w tej część parku bo Mt Rainier jest zupełnie niewidoczny, a prognoza pogody pokazuje na jutro tylko częściowo zachmurzone niebo, co daje duże nadzieje na powodzenie jutrzejszej eskapady.  Zjeżdżamy więc z pętelki Paradise i jedziemy dalej na wschód, mijając spowite w gęstej mgle Reflection Lake. Zatrzymujemy się zaraz za tunelem przy wyjściu na króciutki szlak do Box Canyon (0.4 mili).

SONY DSC

Spoglądając w dół ze szlakowgo mostu można dostać zawrotów głowy…. kanion ma głębokość 55 metrów, przy szerokości zaledwie 4 metrów. Dalej mijamy Falls creek – widoczne z drogi

SONY DSC

i zatrzymujemy się przy wyjściu na szlak Grove of Patriarch Trail (długość 1 mila), który to prowadzi przez jednokierunkowy zawieszony most (suspended bridge).

SONY DSC

I właśnie ten most jest tu główną atrakcją dla dzieci…. jak już odczekamy kilkanaście minut na swoją kolej możemy śmiało „gęsiego” przedostać się na drugą stronę rzeki. Dzieci oczywiście rozchuśtują most, więc spacer dla mnie osobiście odbywa się z zawrotami głowy.

SONY DSC

SONY DSC

Po tej atrakcji biegamy pętelką pomiędzy 500 – letnimi drzewami

SONY DSC

DSC05451_1.jpg

(Dauglas Fir, Western Hemlock i Western Red Cedars) i wracamy przez ten sam zawieszony most z powrotem do auta.

 

SONY DSC

Indianie zamieszkujący te tereny przez wieki używali kory żywotnika olbrzymiego (Western Red Cedar) do wyrobu koszy, mat, kapeluszy i nawet lin. Z bardzo odpornego na insekty i wilgoć drewna wydłubywali łodzie i strugali słupy totemowe, a z nasion i igiełek wytwarzali lekarstwa. W zasadzie tym krótkim szlakiem kończymy zwiedzanie na dzisiaj pędząc 410-ką w kierunku miasteczka Buckley, gdzie czeka na nas wspaniały nocleg w towarzystwie 2 kotów i wielkiego psiaka. Rezerwując wcześniej noclegi na airbnb dostałam jednoznaczne wytyczne od Młodych Gniewnych …… mam rezerwować tam gdzie znajdują się minimum 2 koty… ewentualnie pies lub inny zwierz. Tu do dyspozycji mieliśmy 2 koty i wielkiego potulnego psa, którego ulubionym zajęciem było leżenie na kanapie i pozwalanie się wygłaskiwać …..

Dzień 9

Dzień zaczynamy oczywiście o 5.30 rano i niebudząc domowników szybciutko organizujemy owsiankę i kawę, chcąc jak naszybciej dotrzeć z powrotem do Mt Rainier National Park. Basia ogarnięta szałem przytulania zwierząt niechcący lub też chcący przestraszyła kota do tego stopnia, że ten biedny zwymiotował centralnie na podłogę i uciekł schowawaszy się za wielką pralką. Basia po tym incydencie niestety wdepnęła w te wymiotki roznosząc nieczystości po całym domu…. A więc zamiast w spokoju wypić kawę polatałam rochę ze ścierką czyszcząc (mam nadzieje) wszystkie ślady poszukiwaczki przygód. Popędziliśmy w kierunku jednej z piękniejszych części parku – Sunrise!!!

SONY DSC

I ku wielkiemu mojemu szczęściu słońce dzisiaj okazało się dla nas łaskawe, ukazując (w pełnej okazałości) najwyższą górę WashingtonuMt. Rainier!!!!

SONY DSC

Moja radość nie zna granic….

SONY DSC

20190812_074832.jpg

Potęgę i majestat tej góry można dopiero docenić jak się ją zobaczy na własne oczy!!!! Jest to jedna z najcudowniejszych gór jakie widzialam w Stanach. Od strony Sunrise widzimy ją jak na dłoni. Decydujemy się na szlak prowadzący napierw do Emmous Vista, a następnie dookoła Sunrise camp, co daje łaczną długość około 2.5 mili.

SONY DSC

SONY DSC

Szlak dostarcza wielu widoków na lodowce Rainiera.

DSC05489_1.jpg

SONY DSC

Prowadzi malowniczą ścieżką i o tak wczesnej porze jest praktynie nieuczęszczany.

SONY DSC

SONY DSC

Pomimo moich namówień nie udaje mi się uzyskać zgody na przejście rimem (Sunrise Rim trail) w kierunku Burrougs Mountains.

SONY DSC

Dzieci wyraźnie nie są dzisiaj w formie….a żeby ich za bardzo nie drażnić przed kolejnym wyzwaniem, które je czeka postanawiam zakończyć naszą wędrówkę w tym terenie na tym co zrobiliśmy. O godzinie 9.37 am byliśmy już po szlaku…..

SONY DSC

Rozmyślając w głowie kolejne posunięcie – wzięłam pod uwagę ważną informację uzyskaną przez rangera o zamknięciu drogi 410 prowadzącej na wschód (Mather Memorial Parkway) prowadzącej do miasta Yakima i zdecydowałam, że skoro i tak już nie wrócimy w jej rejony to wskoczymy na chwilkę w okolicę jeziora Tipsoo (szlak pętelka o długości około 0,5 mili).

SONY DSC

DSC05513_1.jpg

Przebiegliśmy dookoła jeziorka i wspieliśmy się drogą na widok, który powinniśmy zobaczyć – czyli odbity Rainier w tafli tegoż jeziora. Widoku jednak nie udało nam się „złapać” ze względu na chmury, które właśnie przesłoniły cała górę.

Capture8a

Następnie w bardzo szybkim tempie przedostaliśmy się w okolicę Paradise. Tu oczywiście zastała nas tabliczka z napisem „Parking Full”…. Pokrążyłam jak sęp kilka razy dookoła i tak jak wczoraj zdobyłam miejscówkę w okolicy zabytkowego Paradise Inn. Z wielkim entuzjazmem i wręcz podnieceniem ruszyliśmy w kierunku Glacier Point.

SONY DSC

DSC05537.jpg

20190812_130353.jpg

Scieżka jest miejscami naprawdę bardzo stroma !!!!

SONY DSC

SONY DSC

SONY DSC

Dosłownie co kilka kroków musieliśmy robić postoje…. Na szczęście wszędzie biegały chipmunki próbujące wysępić od ludzi jakieś smakołyki.

SONY DSC

SONY DSC

Dzieciaki bardzo lubią te wiewiórkowatokształtne sworzenia więc przestały marudzić i zaczęły wypatrywać je przywołując do siebie.

SONY DSC

Im wyżej wchodziliśmy tym widoki stawały się wspanialsze.

SONY DSC

SONY DSC

SONY DSC

SONY DSC

Do chipmanków doszły świstaki i zaczęliśmy zawody kto zobaczy ich wiecej.

SONY DSC

SONY DSC

SONY DSC

SONY DSC

SONY DSC

Janek wygrał z wynikiem 14 sztuk 😊.

SONY DSC

SONY DSC

Z pod Visitor Center można wybrać dowolny szlak a i tak doprowadzi on nas do Glacier Point i dalej do Panorama Point. My zaczęliśmy wspinaczkę od Alta Vista (1,810 m npm) idąc dalej Skyline Trail doszliśmy do Glacier Vista (1,930 m npm).

DSC05705_1.jpg

SONY DSC

Wszędzie otaczały nas piękne kwitnące kwiaty. Widok z tego miejsca dosłowinie rzuca na kolana!!!!

SONY DSC

SONY DSC

SONY DSC

I dlatego poza nami są tu też setki innych pragnących uwiecznić ten widok na zdjęciu.

SONY DSC

Bardzo ale to bardzo chciałam dotrzeć do Panorama Point, ale z powodu braku przekąsek, słodyczy i ogólnego zmęczenia pozostałej części zespołu niestety zostałam przegłosowana, otrzymując jednak iskierkę nadziei od Janka, który obiecał mi, że następnym razem przejdziemy cały szlak.

SONY DSC

SONY DSC

SONY DSC

Wracamy do samochodu szlakiem Deadhorse creek trial i Nisqually Vista Trail (1,2 mile), który ma akurat najmniej ciekawe widoki, w większości przesłonięte przez drzewa.

SONY DSC

SONY DSC

Wracając zajrzeliśmy jeszcze do VC aby zapytać o drogę nr 410… i ku naszej radości rangerka powiedziała nam, że droga jest czynna, a tylko jeden pas był zamknięty ze wzgledu na obsunięcie się góry. OMG … jedziemy więc znowu w to samo miejsce… skręcając w kierunku Tipsoo lake, gdzie zatrzymujemy się znowu w zatoczce przy drodze by zrobić zdjęcie odbijającego się w tafli jeziora Rainiera… i  chmury tym razem odsłoniły nam  superbohatera ☹.

DSC05744_1.jpg

Wyjeżdżamy więc z parku, jadąc w zasadzie w samotności pośród gęstych lasów Winatchee National Forest.

SONY DSC

Po dojechaniu do cywilizacji w okolicy Yakima jakiś czarny batmański samochód sportowy siada mi na ogonie…. Zauważam go w lusterku, ale aż do chwili włączenia świateł dyskotekowych nie zdaje sobie sprawy, że może to być stróż prawa chroniący użytkowników drogi przed nadużywającymi prędkości…. Pan policjant w wielkim kapeluszu zagląda do naszego samochodu poprzez okno pasażera wtykając dokładnie swój nos pomiędzy suszące się lub raczej wietrzące dyndające skarpetki … co zamiast zachowania powagi do zaistniałej sytuacji powoduje mój niemogący się opanować uśmiech…. Niestety chyba z politowania (patrząc na nasz wielki bałagan panujący we wnętrzu auta i mój brak pamięci… gdzie zmierzam)… pan policjant daruje nam wypisanie mandatu przestrzegając tylko, że w obszarach zabudowanych na autostradzie muszę zmniejszyć prędkość do 60 mil/h. Jednym słowem $150 zostaje w mojej kieszeni 😊.  Do samego Richland jedziemy więc już przepisowo. Przed samym miasteczkiem dopada nas chmara owadów, która to rozciapując się na przedniej szybie – dosłownie zabiera 100% widocznośći. Wyciaraczki nie dawały rady….. trzeba było zjechać na stację i szorować myjkami przez dłuższą chwilę……… Nasz dzisiejszy nocleg airbnb ma dodatkową atrakcję – jacuzzi, co dzieciakom i mi oczywiście sprawia nie lada przyjemność!!!

Dzień 10

day9

Dzisiaj czeka nas wycieczka do Hanford (B Reactor Tour) – jednego z 3 miejsc w USA, gdzie podczas II wojny światowej pracowano nad wynalezieniem bomby atomowej, którą następnie zrzucono na Hiroszimę i Nagasaki w Japoni. Nazwa tego największego w dziejach świata programu badawczego to Manhatan project.

20190813_115130.jpg

Zadaniem naukowców tam pracujących było wynalezienie niszczycielskiej broni o niespotykanej dotąd sile by móc przyspieszyć tym zakończenie wojny. Do tego prace przebiegały w zastraszająco szybkim tempie mając na celu prześcignięcie wrogów, którzy też nad podobnym projektem pracowali. Całe przedsięwzięcie pochłonęło ponad 2 miliony dolarów – sumę w ówczesnych czasach przeogromną, a Reaktor B to największy reaktor atomowy zbudowany kiedykolwiek na świecie. W 2008 roku oddano te obiekty (Hanfort, Washington; Oak Ridge, Tennessee i Los Alamos, Nowy Meksyk) w „opiece” do National Park Service, który bezpłatnie od 2015 roku oranizuje wycieczki dla chętnych poznania jego historii, (tylko po wcześniejszej rezerwacji). Aż ciężko jest sobie wyobrazić, że pracowało tu ponad 51,000 osób i wszystko działo się pod ścisle tajnymi wytycznymi. Robotnicy wiedzieli tylko, że pracując przyczyniają się do zakończenia II wojny światowej … i na pewno nie zdawali sobie sprawy, że obcują na co dzień z silnie radioaktywnym plutonem, który jest zabójczy dla ich życia i zdrowia. Po zakończeniu tego projektu pozostało aż 53 miliony galonów wysokoradioaktywnych śmieci……, które zalegają tu do dzisiaj. A więc przez 4 godziny będziemy znajdować się w strefie silnie skażonej….. chociaż jak zapewnia przewodnik, nic nam nie grozi. Wycieczka zaczyna się o 9 rano krótkim wykładem i filmem na temat reaktora. Następnie zostajemy załadowani do autokaru, który wiezie nas do pilnie strzeżonej fabryki, gdzie po krótkim wykładzie kolejnego przewodnika, mamy czas wolny do penetrowania całego budynku. Osobą, która bezpośrednio przyczyniła się do stworzenia tego projektu był naukowiec i noblista  Albert Einstein, który to w 1939 roku napisał list do samego prezydenta Franklina Roosevelta przekonując go, że Stany Zjednoczone powinny zająć się wynalezieniem bomby atomowej i powinny zrobić to jak najszybciej wyprzedzając inne państwa, które już takowe badania rozpoczęły.

SONY DSC

DSC05759_1.jpg

SONY DSC

SONY DSC

SONY DSC

20190813_114053

SONY DSC

20190813_110914

20190813_113612

O godzinie 12.45pm jesteśmy z powrotem w Richland. W Visitor Center dostajemy też książeczkę do programu Junior Ranger i prawdę mówiąc rozwiązanie w niej zadań nie należy do najłatwiejszych….. Musimy więc podpytywać co chwilę przewodnika….bo temat z jakim mamy do czynienia jest niezwykle trudny również dla mnie. W końcu jednak dzieci cieszą się kolejną zdobytą odznaką.

20190813_145214

O godzinie 1 pm opuszczamy miasteczko i po szybkim lunchu jedziemy do Ginkgo Petrified state park ($10/auto lub Discovery pass). Jest to małe muzeum, w którym możemy podziwiać skamieniałe drzewa, pochodzące właśnie z tej części Washingtonu, a datowane na ponad 15 milionów lat. Muzealne okazy skamieniałych drzew są wyszlifowane i polakierowane i możemy podziwiać ich przekroje…(dla mnie najpiękniejsze to: klony i dęby oraz cyprysy).

DSC05814_1.jpg

DSC05811_1.jpg

SONY DSC

SONY DSC

Dawno temu obszar ten charakteryzował się znacznie wigotniejszym klimatem i porośnięty był głównie przez gatunki drzew liściastych niespotykanych już dzisiaj. Były to głównie wiązy, orzechowce i jawory. Tereny bagienne najniżej położone porastał las cyprysowy. Tereny najwyżej położone jodły i świerki. Wśród tych drzew rósł również jeden z najstarszych gatunków drzew na świecie – miłorząb – drzewo dziś już bardzo rzadko spotykane (W Ameryce całkowicie wymarłe kilka milionów lat temu, a introdukowane jako drzewo ozdobne w XIX wieku). Część z tych drzew została pokryta wodą, glebą, błotem i następnie lawą i przetrwała do naszych czasów ujawniając się po ostatniej epoce lodowcowej (podczas wielkiej erozji) jako 259 gatunków skamieniałych drzew. Z regóły jeśli drzewo zakopiemy pod ziemią zacznie po prostu gnić, ale kiedy wody gruntowe zawierają wystarczającą ilość krzemionki i innych minerałów pochodzących z pyłów wulkanicznych rozpoczna się nieodwracalny proces petryfikacji czyli skamieniania, a drewno zamienia się w kamień. Na te skamieniałości natknęli się jako pierwsi robotnicy drogowi w roku 1927, ale dopiero 4 lata poźniej trafili tu geolodzy, między innymi George F. Beck, którego to wręcz zszokował widok wielkiej skamieniałej kłody ciągniętej przez lokalną ciężarówkę wzdłuż rzeki Columbia. Od razu razem ze studentami rozpoczął on wykopaliska identyfikując wiele różnych gatunków drzew między innymi właśnie niespotykany na tym terenie miłorząb (Ginkgo). Po wielu staraniach w 1938 roku utworzono na tym terenie park stanowy Ginkgo Petrified i ustanowiono całkowity zakaz zbierania skamieniałości.

20190813_150956

SONY DSC

SONY DSC

Muzeum należące do parku stanowego jest małe i wystarczy około 20 minut by przyjrzeć się starannie wszystkim okazom.

DSC05816.jpg
widok na rzekę Columbia

SONY DSC

20190813_155414
Basia i sprinkler czyli ożeźwiający prysznic

Podjeżdżamy kawałeczek do kolejnego ciekawego miejsca – sklepu Ginkgo Gem Store (z wielkim dinozaurem przed wejściem)

SONY DSC

posiadającego w sprzedaży nieprawdopodobnie piękne okazy skamieniałych drzew – od drobnych, które można kupić za kilka czy kilkanaści dolarów, po wielkie i okazałe sztuki, na które stać zapewne niewielu. My wielcy fascynaci geologi zakupujemy kilka kilogramów tychże okazów, które będziemy musieli przewieść w kieszeniach, bo waga naszej walizki niestety nie pozwala na jakikolwiek dodatek. Prawdę powiedziawszy to można tu zobaczyć jeszcze ciekawsze okazy niż w muzeum….

DSC05838_1.jpg

SONY DSC

Po tych ekscytujących zakupach podjeżdżamy 2 mile na zachód do wyjścia na szlak Trees of stone Interpretive trail. Całkowita długość szlaków to około 2.5 mile, (ale można sobie łączyć mniejsze szlaki dowolnie). Szlak, który znacznie skracamy prowadzi nas po zupełnej „patelni” pozbawionej cienia….. Co kilkadziesiąt metrów możemy zauważyć różne skamieniałe drzewa zamknięte w metalowych klatkach. Znajdziemy tu  gatunki tj: klon, wiąz, orzech, świerk, miłorząb, jodła i sekwoja.

SONY DSC

DSC05853_1.jpg

Niesamowite co kryje się pod cienką warstwą gleby. Okropny upał przegonił nas szybko do auta w poszukiwaniu klimatyzowanego odpoczynku😊. Przejeżdżamy nad majestatyczną Columbia River i skręcamy na północ sunąc przez iście pustynny krajobraz. Na chwilkę zatrzymujemy się przy Wild Horses Monument – (kilka metalowych koni wbitych w szczyt góry) i wymęczeni upałem jedziemy już bezpośrednio do motelu  w miasteczku Ephrata.

20190813_175410

Motel Rodeway Inn jest totalnie obleśny i zamieszkały przez robotników, co czyni go najgorszym naszym noclegiem podczas wycieczki. Do tego czeka nas ciekawa niespodzianka pływająca w kibelku… jak widać sprzątaczka nie popisała się swoimi umiejętnościami w dniu dzisiejszym.

Dzień 11

day10

Jeszcze przed 6 am opuszczamy noclegownię i zatrzymujemy się dopiero nad Soap Lake.

SONY DSC

Jest to zasadowe jezioro bogate w minerały, dające wodzie „mydlany” charakter. Zanużamy ręce w wodzie i rzeczywiście jest ona śliska w dotyku … tak jak woda mydlana.

SONY DSC

Przeprowadzono badania, że woda ta działa leczniczo na chorych mających wieloogniskowe zapalenie małych i średnich tętnic i żył (Choroba Bürgera), na którą to zapadają młodzi panowie palący lub żujący tytoń…. My leczyć się z tej dolegliwości nie musimy więc jedziemy dalej do petardy dnia dzisiejszego – Lake Lenore Trail (Lake Lenore Cave State park (długość szlaku 1,5 mili, parking $10 lub Discover Pass).

20190814_065720.jpg

(Dojeżdżamy do szlaku szutrową drogą odchodzącą na NE od drogi nr 17). Zapewne z powodu bardzo wczesnej pory jesteśmy tu jako jedyni!!!

SONY DSC

SONY DSC

Zaczynamy wędrówkę przedzierając się przez zarośla (mojego ukochanego) sagebrush (Artemisia tridentata)!!

SONY DSC

SONY DSC

Następnie wchodzimy po wyrzeźbionych w skale wulkanicznej schodkach i skręcamy w prawo (na S) gdzie prowadzi bardziej „wyraźny” i bezpieczniejszy szlak.

SONY DSC

SONY DSC

Kierując się na południe mijamy kolejno 7 różnej wielkości jaskiń wyżłobionych w wulkanicznych czarnych skałach.

SONY DSC

SONY DSC

SONY DSC

Jaskinie te powstały poprzez wypłukiwanie kawałków bazaltu przez roztopowe wody największej w dziejach świata powodzi – Missoula Floods pod koniec epoki lodowcowej. Po stronie prawej mamy przepiękne widoki na błękitną taflę rozległego jeziora Lenore.

SONY DSC

Szlak kończy się przy najgłębszej jaskini, do której schodzi się w dół ścieżką – pętelką.

SONY DSC

SONY DSC

SONY DSC

Spacer jest bardzo przyjemny zważywszy na fakt, że słońce jeszcze nie zdążyło rozgrzać bazaltowych skał i generelnie cały czas wędrujemy w cieniu…. Wędrówka w samo południe na pewno nie należała by do najprzyjemniejszych…….Uważać trzeba tu na grzechotniki, które lubią chować się pod kamieniami w poszukiwaniu schronienia przed palącym słońcem. Około 5 tysięcy lat temu jaskinie te używane były przez prehistorycznych ludzi, którzy znajdowali w ich tymczasowe schronienia podczas polowań, które odbywały się na tym terenie wiosną i latem. Świadectwem ich pobytu są pefroglify, których pozostałości gdzieniegdzie możemy dostrzec na skałach, a także resztki prymitywnych narzędzi i broni, które tu znaleziono (tych nie dostrzegamy). Szlak kończymy jeszcze przed 8 am…. Kiedy to rosnąca w bardzo szybkim tempie temperatura staje się powoli nie do zniesienia.

SONY DSC

20190814_074204

SONY DSC

SONY DSC

Kolejną atrakcją na naszej trasie jest park stanowy Sun Lakes – Dry Fall. Z drogi nr 17, która podążamy na północ, zjeżdżamy na Bark Lake Road, która to po przejechaniu niewilkiego kawałka okazuje się niestety zamknięta, wybieramy więc następną możliwą odchodzącą na prawo, by dostać się do rozciągającej się przed nami doliny.

20190814_091040

20190814_090327

Jedziemy cały czas w dół mijając olbrzymie połacie sagebrushowych krzaków porastającego cały ten obszar.

20190814_090758

Dojeżdżamy do jeziorka Deep lake, ale generalnie nic nas tu specjalnie nie zaurocza, więc po 2 minutach jesteśmy już z powrotem kierując się do głównej drogi i zatrzymujemy się przy Dry Falls State Park Visitor Center. Jest to ulokowane na pięterku małe centrum informacyjne obsługiwane prez bardzo miłego pana rangera, który z wielkim zaangażowaniem opowiada o geologii tego obszaru. Dry Falls były niegdyś najpotężniejszymi wodospadami na świecie… (122 m wysokości i 5.6 km długości).

20190814_092758

Był to rezultat wielkiej powodzi zwanej Missoula flood, która miała tu miejsce w plejstocenie ponad 17 tysięcy lat temu. Lodowa tama która “trzymała” masywne jezioro Missoula dosłownie runęła… pozwalając 60 metrowej ścianie wody rozlać się po całym obszarze. Potęgę tej powodzi porównuje się do 10 krotnie większego przepływu wszystkich dzisiejszych rzek na świecie….. Kiedy cała woda przepłynęła przez zerwaną tamę pozostały jedynie “suche wodospady” na które właśnie patrzymy. Obok Visitor Center (i oczywiście z okiem samego budynku) mały wspaniały widok na suche wodospady i próbując uruchomić wyobraźnię widzimy je podczas wielkiej powodzi …. to dopiero musiał być widok.

20190814_094214

SONY DSC

Wskakujemy do auta, włączając klimatyzację na maksimum….. Jesteśmy na kamienistej pustyni pokrytej czarnym rozgrzanym bazaltem i przebywanie na zewnątrz staje się po prostu nie do zniesienia…..

SONY DSC

W Coulee City zbaczamy nieco z naszej wyznaczonej trasy w celu odnalezienia Summer falls …. utworzonych na tamie wodospadów, których to zdjęcie zaciekawiło mnie podczas „wędrówki” po google earth. Niestety o dojechaniu do bramy wjazdowej do elektrowni, zastajemy ją zamkniętą na 4 spusty bez jakiejkolwiek możliwości ujrzenia wodospadu. Podjeżdżamy następnie do parku stanowego Steamboat Rock, gdzie podobno można spotkać pelikany…. ale te widocznie z powodu niesamowitego upału pochowały się w krzakach😊.

20190814_105201

Przejeżdżamy do końca parku – do rampy, gdzie przycumowane są dziesiątki łódek i motorówek do których wtłaczają się zmęczeni słońcem turyści, i zawracamy z powrotem do głównej drogi 155. Nie ma tu w zasadzie nic do robienia poza kempingowaniem, spacerem wzłuż drogi i pływaniem łódką. Steamboat Rock, od której to pochodzi nazwa parku to bazaltowa kopuła wznosząca się 240 metrów nad jeziorem Banks, przypominająca rzeczywiście statek parowy.

20190814_104708

W ogóle cały krajobraz dookoła nas jest bardzo ciekawy – powulkaniczne słupy bazaltowe kontrastujące z intensywnie niebieskim niebem, szarym sagebrushem i zielonymi trawami. Wyruszamy dalej w kierunku  Grand Coulee Dam – najpotężniejszej elektrowni wodnej w Stanach (i jednej z największych na świecie). Jest to największe źródło energii na całym Nortwest zaopatrujące przez okrągły rok około 4.2 miliona gospodarstw domowych. Produkuje się tu ponad 3 razy więcej energii elektrycznej niż w znanej większości odwiedzjących Las Vegas elektrowni Hoover Dam. Jest to największa betonowa konstrukcja w USA (długość prawie 1600 metrów, a wysokość 168 metrów)….proszę sobie wyobrazić, że jeśli zbudowalibyśmy chodnik o szerokosći 1,2 m i grubości 10 cm, to otoczylibyśmy równik 2 razy (80,000km)! Z tak wielkiej ilości betonu moglibyśmy zbudować autostradę łączącą Seattle z Miami na Florydzie. Początki tego wielkiego przedsięzięcia sięgają roku 1930, kiedy to obszar ten zasobny w dobre gleby potrzebował solidnego nawodnienia by móc dawać bogatsze plony rolnicze. (Obecnie nawadniane jest ponad pół miliona akrów ziemi dając plony o wartości ponad 500 milionów $) Rownież brak energii był dużym problemem na tym obszarze. Jednocześnie wielka rzeka Columbia dawała duże możliwości rozwoju tego odizolowanego terenu. Prezydent Franklin Roosvelt wyznaczył na ten cel 168 milionów $ co w tamtych czasach dawało tamie przywilej największej „rzeczy” zbudowanej przez człowieka. A ponieważ był to obszar „święty” dla Indian, z których zdaniem nikt się nie liczył w tamtych czasach, po wielu ciągnących się w czasie bataliach wywalczyli dla siebie 53 miliony $ jednorazowego odszkodowania plus coroczną opłatę 15 milionów dolarów. Budowa tej tamy, pomimo wielu korzyści odcisnęła też olbrzymie piętno na naturze…..Łososie zmierzające rzeką Columbia do miejsca swojego urodzenia w celu złożenia jaj, nie dostaną już nigdy tej możliwości…… My przyjeżdżamy tutaj o godzinie 11am i za namową pani z Visitor Center (czynne 9am – 9.30pm), kierujemy się bezpośrednio na „Tour parking” po wschodniej stronie tamy. Z tego miejsca co godzinę rozpoczyna się bezpłatna wycieczka (John W Keys III Palnt Guided tour). W samochodzie musimy pozostawić wszystko poza butelką wody, kluczykami i aparatem fotograficznym. Punkt 12 rozpoczynamy od „Check point’u”. Uzbrojony po zęby policjant i 2 ochroniarzy kieruje nas w stronę wykrywacza metali …. jak widać traktują swoją pracę bardzo poważnie. Poniekąd jest to punkt strategiczny narażony na atak terrorystyczny, środki najwyższej ostrożności muszą być przestrzegane w 100%. Wsiadamy do autobusu i zostajemy wywiezieni na stronę zachodnią tamy, gdzie windą zostajemy zwiezieni do najniższej części tamy gdzie przez oszklony punkt widokowy możemy popatrzeć sobie na turbiny.

SONY DSC

Pan przewodnik nie jest zbyt rozmowny, i generalnie zależy mu na jak najszybszym zakończeniu wycieczki….. więc po 3 minutach wjeżdżamy z powrotem na górę i na chwilę zatrzymujemy się w punkcie widokowym na zewnątrz,

SONY DSC

po czym zostajemy odstawieni na wschodnim parkingu…..Znudzeni, mówiąc delikatnie mało ciakawą wycieczką, podjeżdżamy do VC, gdzie spędzamy następną godzinkę. Dzieciaki zasiadają przy stole pełnym baterii, kabelków, silniczków i wiatraczków i tworzą własne mini roboty,

SONY DSC

SONY DSC

a ja biegam po całym budynku analizując informacje z wyczytanych tablic informacyjnych.

20190814_125633.jpg

VC jest nowczesnie urządzone z masą ciekawych wystaw, ale niestety z powodu jakiejś awarii nie jesteśmy w stanie skorzystać z kinowego pokazu. Codziennie wieczorem około 9pm odbywa się tutaj 30 minutowy Laser Show. Widziam ten pokaz 11 lat temu i szczerze mówiąc szału nie było… ale podobno zostały wymienione i unowocześnione lasery, przez co pokaz jest bardziej spektakularny.

SONY DSC

Po zakończeniu naszej przygody z tamą zostaje nam już ostatnia atrakcja do zobaczenia – Shafer historical museum w naszym docelowym na dziś miasteczku Winthrop. Gnamy więc przez pustynię i pastwiska pełne bydła przeżuwającego sagebushowe krzaczki przez kolejne 2 godziny.

20190814_102639

Krajobraz powoli zmienia się i mijamy sady pełne soczystych jabłek i brzoskwiń, a następnie wzgórza porośnięte coraz to dorodniejszymi sosnami ponderosa pines. Pod muzeum podjeżdżamy godzinkę przed jego zamknięciem (285 Castle Avenue, wstęp bezpłatny 10am – 5pm, chociaż tak na prawdę budynki z zewnątrz możemy zwiedzać od świtu do zmroku)…  i od razu rzucamy się biegiem do penetrowania.

SONY DSC

Jest to dosyć sporych rozmiarów skansen, a w jego starych (ponad stuletnich) chatach i kabinkach urządzone są szkoła, drukarnia, sklep, gabinet lekarski, pralnia, magazyny i wiele innych nadgryzionych zębem czasu pomieszczeń.

SONY DSC

SONY DSC

SONY DSC

SONY DSC

Jest stajnia, chata z klepiskiem, mnóstwo maszyn i pojazdów farmerkich, szyb kopalniany, i wiele niezidentyfikowanych przez nas urządzeń.

SONY DSC

20190814_163833

SONY DSC

W sklepie w którym mieści sie małe „visitor center” można dokładnie przyjrzeć się kolekcji broni czy starym fotografiom oraz ogonowi grzechotnika…..

SONY DSC

Tutaj dzieciaki otrzymują zeszyty ćwiczeń, po których wypełnieniu otrzymają po gumie do żucia, którą będą mogli samodzielnie wydobyć z ponad 100 letniego automatu….z gumami……

20190814_164947

Biegamy i zwiedzamy z wielkim zainteresowaniem po całym skansenie chłonąc historię i klimat Winthrop.

SONY DSC

SONY DSC

SONY DSC

20190814_161327

20190814_165610

SONY DSC

Znajduje się tutaj jednen z 80 ocalałych (na całym świecie) samochodów firmy Rickenbacker…. Jednym słowem perełka turystyczna.

20190814_163505

Początki osadnictwa na tym terenie związane są bezpośrednio z kopalnictwem złota, a transformacja do jednego z najczęściej odwiedzanych turystycznie miasteczek Washingtonu nastąpiła po 1972 roku, kiedy to oddano do użytku North Cascades Heighway, który to przywiódł do doliny Methow setki tutystów z zasobnymi portfelami. Wszystkie budynki miasteczka przy głównej ulicy (Riverside Avenue) zostały zaopatrzone w frontowe fasady w stylu dzikiego zachodu. Wieczorkiem zajeżdżamy pod hotel – tym razem całkiem przyzwoity i wskakujemy wycięczeni do basenu by ochłonąc nieco po wszystkich dzisiajszych przeżyciach.

20190814_180934

Dzień 12

Wstajemy jak zawsze o świcie i ruszamy przez wyludnione o tak wczesnej porze centrum Winthrop w kierunku North Cascade National Park.

20190815_064212

20190815_064239

W miarę posuwania się (drogą nr 20) w kierunku wschodnim krajobraz zmienia się z totalnie suchego, gdzie spotkać można pasące się owce, konie i krowy, stając się bardziej zalesionym (ponderosa pine), i górzystym. W okolicy Mazama mijamy polskie ranczo i restaurację, ale tak wczesna pora nie daje nam niestety możliwości skosztowania pierogów😊.

20190815_065529

Wznosimy się się z około 500 m n.p.m (Winthrop) do Washington Pass overlook (1670 m n p m).

20190815_093018

20190815_095519

SONY DSC

Tu robimy sobie dłuższy postój napięknie położonym punkcie widokowym, którego rozległy parking świadczy o tym, że odwiedza go sporo ludzi.

SONY DSC

Szlakiem – pętelką przechodzimy kolejno do widoczków – uzbrojonych w barierki ochronne umiejscowione nad głębokimi przepaściami.

SONY DSC

Spoglądamy na majestatycznie prezentujące się przed nami ostre szczyty Early Winters Spires  2,380 m n.p.m…..

SONY DSC

Jadąc dalej przecinamy najsłynniejszy długodystansowy szlak w USAPacific Crest trail i zatrzymujemy się na chwilkę na poboczu by wręczyć autostopowiczowi – hikerowi trochę jedzenia. Podziwiam ludzi podejmujących tak trudną wędrówkę (długość szlaku 2,650 mil) i sama z nadzieją patrzę w przyszłość by chociaż przejść jego część. Wędrowiec (z Anglii) jedzie w kierunku Winthrop w celu uzupełnienia zapasów i wraca z powrotem na szlak. Tu napomknę tylko, że warto obejrzeć film (lub przeczytać książkę) pt. „Dzika Droga”, gdzie główna bohaterka Cheryl Strayed przemierza prawie połowe szlaku zaczynająć od pustyni Mohave w Kalifornii, a kończąc na granicy Oregonu i Washingtonu. Piękna historia…..

My zatrzymujemy się przy Rainy Lake (szlak 2 mile), by prościutkim asfaltowym chodniczkiem dojść do przejrzystego uroczego górskiego jeziorka i chwilę cieszyć się jego widokiem w samotności.

SONY DSC

Jest to typowe jezioro cyrkowe (karowe) powstałe po wytopieniu się lodowca. Dostrzec tu można mały wodospad spływający z bardzo stromych skał do jeziora.

page22.jpg

Miejsce przyjemne na rozprostowanie nóg i złapania świeżego powiewu górskiego powietrza. Jedziemy dalej widokowym parkway’em odużając się widokami ostrych ośnieżonych szczytów górskich i soczyście zielonych sosnowych lasów.

SONY DSC

Zatrzymujemy się w kolejnych punktach widokowych, przystosowanych do przyjęcia olbrzymiej ilości turystow – (parkingi są ogromne). Na Diablo viewpoint widzimy niesamowicie turkusowy kolor wody jeziora…. Diablo.

SONY DSC

Tak naprawdę droga nr 20 którą się przemieszczamy wcale nie prowadzi nas przez Cascade National Park. Jedziemy „korytarzem” nazwanym Ross Lake National Recreation Area, a park narodowy znajduje się na N i S od tego obszaru. Bardzo gorąco polecam trudny ale przepiękny (ponad 6 milowy) szlak – Cascade Pass znadujący się w S częsci parku narodowego (dojazd drogą nr 15). Jadąc dalej na zachód zatrzymujemy się przy elektrowni George, skąd wychodzi krótki (0,5 milowy) szlak do Ladder Creek falls, niestety slabo widoczny wodospad ze względu na niski stan wody (trzeba zaparkować przy moście prowadzącym do elektrowni).

SONY DSC

SONY DSC

Przez dojściem do wodospadu zaglądamy jeszcze do małego Visitor Center, z którego wnętrza przez przeszklony punkt widokowy oglądamy turbiny elektrowni. Niecałą milę na zachód zatrzymujemy się znowu na krótki spacerek – Zaczynamy od oględzin starej lokomotywy (Engine nr 6), która służyła tu od 1920 do 1954 roku dowożąc najpierw sprzęt i materiały do budowy tamy i elektrowni wodnej, a następnie turystów.

SONY DSC

Przechodzimy zwodzonym mostem nad Skagit River i spacerujemy krótkim szlakiem pętelką – Trail of the Cedars interpretive loop, który to szczerze mówiąc można sobie odpuścić, ponieważ poza kilkoma powalonymi drzewami i podstarzałą małą elektrownią wodną nie ma tu nic do oglądania. Tak na prawdę to zwodzony most jest tu najciekawszy…..

SONY DSC

Ponieważ jesteśmy przy kolejnym parku narodowym (North Cascade) dzieciaki upierają się nad zdobyciem kolejnej odznaki junior rangera, jedziemy do Visitor Center (położonym na S od kempingu Newhalem Creek). Czekają tu nas nas imponujące wystawy o niedźwiedziach.

SONY DSC

W zasadzie całe centrum poświęcone jest misiom, których w parku narodowym jest około 1500 sztuk (black bears). Podobno moza też spotkać grizzli, których populacja jest jednak znikowa – około 10 sztuk. Chociaż misie żywią się przede wszystkim jagodami, jajami ptaków i insektami, należy pamiętać, że „ludzkie jedzenie” a nawet butelka wody może przyciągnąć ich uwagę i stać się łatwym kąskiem. Niedźwiedzie potrzebują około 20,000 kilokalorii dziennie a jedząc jagody i robaki cieżko jest uzbierać taką ich ilość😊. Na  spotkanie z niedźwiedziem jesteśmy narażeni przeważnie na kempingu, gdzie bezmyślni turyści pozostawiają resztki jedzenia na stołach piknikowych. Misie mają niesamowicie czuły węch – aż 7 razy lepszy od psa. Z odległości nawet 20 mil mogą poczuć zapach naszej kanapki. Jak się zatem przygotować do wędrówki po obszarze, gdzie misie występują? Pierwsza zasada to spacerować w grupie i głośno rozmawiać…. misie nie lubią być zaskoczone, bo mogą zaatakować. Jeśli usłyszą nas wcześniej z reguły pójdą sobie w przeciwnym kierunku. W Walmart można zakupić sobie dzwoneczki na niedźwiedzie, które przyczepiamy do plecaka. Przyjemnie brzęczą i na pewno są niezbędne podczas samodzielnego spaceru. Warto też zakupić (również dostępny w Walmart) gas pieprzowy. Może to być zwykły, mały, który jest trochę większy niż zapalniczka (około $10) albo bardziej profesjonalny typowy sprej na niedźwiedzie (koszt około 40$). W razie ataku jest to rzecz niezastąpiona. Jeśli zobaczymy niedźwiedzicę z małymi należy jak najszybciej zejść z jej pola widzenia… dla niej jest to sytuacja stresująca, bo w każdym ssaku widzi zagrożenie dla swojego potomstwa. Jeśli spotkamy się twarzą w twarz z misiem trzeba spokojnie zacząć do niego mówić (cokolwiek) i powoli wycofywać się nie wykonując żadnych porywczych ruchów, które mogłyby go zdenerwować i sprowokować do ataku. Po wypełnieniu wszystkich ćwiczeń dzieciaki składają uroczystą przysięgę rangerską przed wypchanym niedźwiedziem….

SONY DSC

SONY DSC

i ruszamy dalej w kierunku Seattle. Zjeżdżamy z gór i krajobraz staje się bardzo monotonny. Ostatnim naszym punktem jest stara (ponad 100 letnia) opuszczona farma położona w Northern State Recreation Area.


SONY DSC

SONY DSC

SONY DSC

SONY DSC

Najlepszą porą do jej odwiedzenia jest zapewne zmrok….

SONY DSC

Nie było by tu nic nazdwyczajnego, gdyby nie fakt, że farma była zarządzana przez pacjentów ze szpitala psychiatrycznego…….których duchy straszą teraz w ruderach i sypiących się zabudowaniach😊.

SONY DSC

SONY DSC

20190815_151821

Przy drodze wjazdowej na farmę rosną wielkie krzaki jeżynowe uginające się dosłownie od soczystych owoców…..Spędzamy więc przy nich 20 minut uzupełniając niedobory witamin…. rozglądając się nerwowo, czy gdzieś nieopodal nie czychają na nas niedźwiedzie, które też są smakoszmai  jeżyn. Kolejne 2 noclegi mamy zarezerwowane przez aibnb w Granite Falls w super domku kabince z full wypasem😊.

Dzień 13

Dziasiaj ostatni nasz dzień terenowy. Wyruszamy na wschód Mountain Loop Hwy jeszcze przed 7 rano by zaatakować w samotności jaskinię lodową – (Ice cave). Parkujemy na drugim wielkim parkingu Big Four Ice Cave trailhead (ze względu na dużą popularność tego szlaku są 2 parkingi). Szlak prowadzi po stosunkowo płaskim terenie i ma długość 2 mil.

DSC06316.jpg

Idziemy początkowo lasem, przechodząc przez most nad rzeką South Fork. Dziś jest tu niski stan wody…. ale podczas mojej poprzedniej wycieczki znalazłam się tu w niedługim czasie po powodzi, która ten most zerwała i szlak był zamknięty. Przechodziliśmy przez lodowatą rzekę mocząc się prawie do pasa, bo tak bardzo zależało nam na zobaczeniu jaskini. Szlak prowadzi dalej lasem i przechodzimy kolejne 2 mostki, mijając kolorowe kwitnące kwiaty. Kiedy wychodzimy z lasu ukazuje nam się spektakularny widok postrzępionych szczytów górskich Big Four Mountain i lodowej jaskini w otoczeniu wielokolorowych kwiatów.

20190816_075822

Pod żadnym pozorem nie wolno wchodzić do tej jaskini.

SONY DSC

W ciągu całego roku istnieje bardzo duże ryzyko zawalenia się lub odpadnięcia kawałków lodu.

SONY DSC

SONY DSC

W zimie i na wiosnę częste są też lawiny. Ostatni śmiertelny wypadek miał tu miejsce w lipcu 2018 roku zabijając jednego hikera, który udał się wgłąb jaskini. Pięć innych towarzyszących mu osób odniosło liczne obrażenia, kiedy to od sklepienia oderwały się potężne kawałki lodu spadając bezpośrednio na nich. Nie ma tu zasięgu więc wezwanie pomocy przez telefon jest niemożliwe.

SONY DSC

SONY DSC

SONY DSC

Cieszymy się pięknem jaskini „od zewnątrz” i wracamy szybkim temptem do auta bo przed nami kolejna super atrakcja.

SONY DSC

SONY DSC

Jedziemy dalej na wschód Mountain Loop Hwy aż do Barlow Pass, skąd droga staje się już szutrowa i bardziej wyboista. Jedziemy wdłuż Soak River, przy której co kilkadziesiąt metrów rozbite są dzikie obozy kempingowiczów.

20190816_121937

Przy kempingu Bedal odbijamy na prawo w bardzo szutrową wąską drogę o szerokości niecałego pasa….. i pniemy się powolutku do góry aż do wyjścia na szlak North Fork Falls. Droga jest generalnie zarośnięta i bardzo zaniedbana, ale fakt, że przede mną skręcił w nią ranger daje mi poczucie pewności, że gdzieś mnie doprowadzi 😊. Po przejechaniu mili parkujemy w malutkiej zatoczce (na 3 auta) i idziemy na szlak (długość 0,6 mili). Przed wyjściem na szlak jest informacja, że jego część jest uszkodzona i należy zachować szczególną ostrożność. Schodzimy bardzo stromo w dół i przy rozwidleniu (z pięknym widoczkiem na wodospad) odbijamy na lewo co pozwala nam dojść do podnóża wodospadu.

DSC06402_1.jpg

Zanim tam dojdziemy musimy przedrzeć się przez zarośla i pokombinować trochę wspinając się na powalone kłody drzew.

page24

Wodok wodospadu rzuca na kolana.

SONY DSC

Olbrzymia masa wody wali z wielkim hukiem o skały.

SONY DSC

Przez kolejną godzinę jaką tu spędzamy jesteśmy zupełnie sami – to jest właśnie najcudowniejsze !!!

20190816_105425.jpg

SONY DSC

Mamy go tylko dla siebie. Rozkoszujemy się jego pięknem, tzn. ja się rozkoszuję, a dzieciaki wariują zjeżdżając ze skał (i niszcząc doszczętnie spodnie – sztuk 2). Janek znajduje tu łuskę po naboju co staje się jego trofeum😊  przeżywając ten fakt później do samego końca wakacji. Ja znajduję jedynie bananowego pomrowa (banana slug) ……..

20190816_114555

Wdrapujemy się następnie z powrotem na parking, który zapamiętam jako pachnący jesienią. Pomimo, że jest dopiero sierpień duża ilość pożółkłych liści leży już na ziemi podgniwając delikatnie i wydzielając ten specyficzny jesienny zapach…. wciągamy całymi płucami rzeźkie powietrze i ruszamy z powrotem….. jak się okaże do miejsca, gdzie nie powinniśmy jechać. Tu polecam zrobienie całej pętelki – Mountain Loop Scenic Byway albo powrót i szlak Mt. Pilchuck, przed którym stchórzyłam tym razem….. ze względu na dzieci i ich nieco ograniczone możliwości. Za rok Mount Pilchuk idzie na pierwszy strzał, bo to co prawda bardzo uczęszczany i zadeptany szlak, ale widoki z jego szczytu (na którym znajduje się wieża obserwacyjna – fire lookout) rzucają na kolana. Przez kolejne półtorej godziny jedziemy w kierunku pięknego, ale strasznie skomercjalzowanego miejsca jakim jest Snoquolmi falls…..

DSC06414_2.jpg

Towarzystwo we flipflapach strzelające selfie …. to pierwszy widok…. jaki poza spektakularnym wodospadem mamy na pierwszym planie. Zbiegamy szybko w dół do podstawy wodospadu, ale tu też kłębią się ludzie i też duża ich część ma na nogach klapki… Próbujęy zrobić jakieś ładne zdjęcie ze statywu, ale ciągle mi ktoś włazi w kadr, rusza statywem….

SONY DSC

SONY DSC

Zarządzamy więc odwrót… i bardzo powoli krok za krokiem…. suniemy stromo do góry i wracamy do auta. Podjeżdżamy jeszcze kawałeczek do North Bend by zerknąć na kilka zabytkowych lokomotyw i wagonów…

DSC06442_1.jpg

SONY DSC

DSC06445_1.jpg

….. i znowu przez ponad 1,5 godziny toczymy się w kierunku noclegu. Pakujemy dobytek i padamy spać. Jutro wieczorem opuszczamy Washington.

Dzień 14

Dzisiaj cały dzień spędzimy w Seattle – mieście w którym przez 200 dni w roku mieszkańcy obserwują nad głowami zachmurzone niebo, lub przyjmując jeszcze bardziej pesymistyczną statystykę – przez 294 dni w roku częściowo zachmurzone niebo☹. Ale patrząc na inne dane można się trochę podbudować – ilość deszczu, który spada w Seattle w ciągu roku to „zaledwie” 94 cm, natomiast w  Miami na Florydzie opady wynoszą aż 165 cm na rok, a przecież miejsce to kojarzymy głównie z słońcem i rozgrzanymi plażami. Niestety występuje tu trochę znaczna różnica w nasileniu opadów….bo w Seattle przeważnie siąpi „kapuśniak”, a na Florydzie jak gruchnie, to w ciągu godziny spadnie więcej deszczu niż w Seattle w ciągu 2 tygodni. My cieszymy się przez cały dzień częściowo zachmurzonym niebem, lub mówiąc bardziej optymistycznie częściowo wyglądającym zza chmur słońcem😊.

Wyjeżdżamy dużo wcześniej by spokojnie znaleść miejsce parkingowe w centrum miasta. Na szczęście jest sobota i poszukiwania kończą się błyskawicznie w garażowym parkingu (Butler Garage) tuż przy samym Pioneer Park ($13 za cały dzień). Mamy zarezerwowaną wycieczkę po „podziemnym mieście” – „Bill Speidel’s underground tour” na godzinę 9 rano (bilet $20/dzieci $10). Ponieważ przyjechaliśmy tu nieco wcześniej zaczynamy rozglądać się dookoła w poszukiwaniu „zabytkowych” budowli.

SONY DSC

Niestety dość ciekawą arhitektonicznie przestrzeń przyćmiewa widok dziesiątek bezdomnych porozkładanych w każdym kącie placu i ulic z nim sąsiadujących. Wokół nich spacerują dziobiące okruszki gołębie…. Część tych bezdomnych już zdążyła się przebudzić i otworzyć puszkę piwa czy dobrać się do kosza na śmieci w poszukiwaniu czegoś do zjedzenia. Chociaż jesteśmy w centrum miasta, które kipi życiem i utrzymuje się w dużym stopniu z turystyki to miejsce to przypomina raczej podrzędną dzielnicę, gdzie lepiej nie zaglądać nawet przed zmrokiem. Seattle boryka się od lat z bezdomnością szczególnie nastolatków, którzy masowo uciekają z domów przed przemocą i niestety wpadają w nałogi, z których tylko bardzo nielicznym udaje się wyjść na prostą. Na ulicach miasta żyje ponad 12,500 ludzi bez stałego zameldowania, z czego około prawie 5,000 stanowią niestety dzieci i „młodzi dorośli”. To co jest niesamowite, to fakt, że 75% z tych dzieciaków chodzi albo przynajmniej jest zapisanych do szkół. Seattle zajmuje 3 miejsce w kraju pod względem bezdomnych mieszkańcow (po Los Angeles i Nowym Jorku). Od 2015 roku władze miasta starają się pomóc tym ludziom budując tzw. „tiny houses”  czyli malutkie domki (o rozmiarach zaledwie 2,5m x 3,5m). Do tej pory na terenie Seatlle jest 10 takich wiosek. W każdej z nich znajduje się od 15 do 34 domków z podłączem eletrycznym i ogrzewaniem. Kuchnia, pralnia, świetlica i łazienki dla społeczności wioski są wspólne. Każdy mieszkaniec musi wolontaryjnie wykonywać prace naprawcze, administracyjne i sprzątające. Główną ideą tego przedsięwzięcia nazywanego też „Transition centers” jest pomoc ludziom bezdomnym w znalezieniu pracy i stałego dachu nad głową, wyjście z nałogu, a przede wszystkim zapewnienie im bezpieczeństwa i wsparcia psychologicznego by mogli „stanąć na nogi”. Koszt budowy jednego domku to około $10,000 i jest on w 100% finansowany przez miasto. Inne miasta w USA również zaczęły podobne programy, chociaż nie w tak dużym stopniu jak ma to miejsce to w Seattle.

Naszą przygodę z „podziemnym miastem” zaczynamy od 15 minutowego wykładu w sali należącej do pubu (Doc Maynard’s Public House). Dowcipna przewodniczka Adrianna daje przysłowiowego czadu przez cały czas trwania wycieczki, opowiadając w przezabawny sposób perypetie mieszkańców zmagających się czy to z problemami wodociągowymi, architektonicznymi czy wszechobecnie panującą korupcją.

Początki Seattle sięgają roku 1851, kiedy to grupa imigrantów ze stanu Illinois pod wodzą Artura Dennego założyła osadę nazywając ją na cześć – indiańskiego wodza Sealth (plemion Suquamish i Duwamish), który był  bardzo przyjaźnie nastawiony do białych przybyszy. Teren był bardzo błotnisty ograniczony ze strony lądu stromymi zboczami górskimi porośniętymi gęstymi lasami, o których to wycince i szybkiej sprzedaży rozwijającemu się miastu San Francisco pomyślał Artur. Postawił kilka drewnianych chat i zapoczątkował wielki „boom” przemysłu drzewnego. Kolejną znaną postacią jest Henry Yesler, który przyniósł duże zyski miastu – poprzez wybudowanie olbrzymiego parowego tartaku oraz wprowadził nową formę wspomagającą zarządzanie na wyższym szczeblu administracyjnym, którą obecnie nazywamy korupcją😊. Pełnił on funkcje komisarza i majora przez wiele lat, powiększając o niewiarygodnie wysoką sumkę swoje konto bankowe, przekupując, oszukując na podatkach, i wprowadzając samosądy. Pomimo tych wyczynów mieszkańcy miasta ciągle wybierali go na majora….

W roku 1887 przeprowadzono pierwszy obowiązkowy spis ludności. W owym czasie okazało się, że 10% populacji miasta deklarowało się jako młode kobiety wykonujące zawód krawcowej lub bieliźniarki……..lecz po wszczętym dochodzeniu okazało sie, że w mieście nie znaleziono ani jednej maszyny do szycia.

20190817_101726

Cóż panie lekkich obyczajów musiały w jakiś sposób ukrywać swoją profesję, stąd też zawód szwaczki wydał im się szalenie bliski do zawodu, który wykonywały. Po wielu debatach „zaakceptowano” zawód szwaczki jako legalny i opodatkowano go jak każdy inny, dzięki czemu stał się on najbardziej dochodowym w mieście biznesem, przynosząc około 87% przychodów pochodzących z podatków.

Miasto borykało się z jeszcze innym problemem – Duża ilość opadów, kiepski system kanalizacyjny, zalewanie ulic przez wysokie pływy to wszystko powodowało, że ulice miejskie były w opłakanym stanie. Codziennie pełne trocin beczki były wyworzone z tartaku by „”pozalepiać” dziury w drogach. Niektóre z tych dziur były tak wielkie, że stawały się miejscem tragedii. Kiedy to 10 letni chłopiec utonął w jednej z nich, zarząd miasta wprowadził obowiązkowe lekcje pływania dla wszystkich dzieci powyżej 6 roku życia. Następnego dnia po tragedii w gazetach napisano – „Chłopiec utonął na ulicy miasta”. Można znaleść wzmianki, że całe bryczki ciągnięte przez konie zapadały się po „uszy” w błocie. A wyciągnięcie takiego pojazdu z bagnistej brei czasami okazywało się wręcz niemożliwe. Dziury te były tak wielkie, że mieszkańcy zaczęli im nadawać nazwy np. „Jackson street Chuckhole”. Dziura ta miała ponad 5 metrów długości i 2,5 metra głębokości. Najbardziej „niesmacznym” problemem mieszkańców tamtych czasów była walka z nieczystościami. W 1881 roku wprowadzono nowoczesne toalety, które to przy niskim odpływie funkcjonowały bez zarzutu, natomiast gdy poziom wody w oceanie podczas przypływu się podnosił nieczystości kierowane były w przeciwnym kierunku powodując przy spuszczaniu wody w kibelku – fontannę fekalii…..

W czerwcu 1889 centrum miasta uległo pożarowi nazwanemu The Great Seattle Fire. Pożar strawił całe miasto, paląc się aż 12 godzin między innymi z powodu awarii wodociągów (powodując śmierć zaledwie 2 osób (ale za to miliona szczurów, z którymi też nie mogli sobie poradzić mieszkańcy). Władze miasta podjęły wtedy dwie ważne decyzje związane z odbudową. Po pierwsze wszystkie nowe budynki musiały powstać z kamienia lub cegły, po drugie powinny one być wyższe przynajmniej o jedno piętro niż poprzednie. W ciągu kolejnych lat wszystkie nowe drogi budowano od 4 do nawet 9 metrów wyżej niż poprzednie, by przede wszystkim zapobiec niekończącym się zalewaniom. Fasady budunków na pierwszych piętrach zostały zaadoptowane jako wejścia, a oryginalne wejścia zostały w piwnicach. Jeżeli właściciel jakiegoś budynku nie zgadzał się lub nie miał pieniędzy na nadbudowanie o piętro ulicy przy jego posesji, wtedy stawiano drabinę , po której z ulicy schodziło sie na przyklad do sklepu położonego w piwnicy. Schematyczny rysunek poniżej obrazuje dokładnie wygląd takiej ulicy………

20190817_093747

Na ten „przejściowy” okres notuje się aż 17 wypadków śmiertelnych szczególnie wśród mężczyzn, którzy po wyjściu z pubu spadali o pietro niżej ginąc na miejscu…… W gazetach pisano wtedy o dobrowolnych samobójstwach. Nierzadko z głównych ulic spadały też całe dorożki z końmi zabijając na miejscu przechodnia, który spacerował na dolnym poziomie. Kiedy ukończono już zabudowywanie całego miasta, w chodnikach zainstalowano witrażowe prześwity, dzięki którym właściciele sklepów piwnicznych mieli możliwość ujrzenia światła dziennego. Basia na zdjęciu poniżej po takowym spaceruje……

20190817_100405

Teraz kiedy udamy się na spacer po mieście możemy tych szkiełkowych chodników dostrzec naprawdę wiele, niezdając sobie sprawy, że tak naprawdę znajdujemy się na poziomie pierwszego piętra…..

SONY DSC

W 1987 rozpoczęła się gorączka złota w Klondike w Kanadzie, co przyniosło miastu przeogromne zyski. Seattle stało się wtedy centrum zaopatrzenia w żywność, namioty i narzędzia górnicze dla poszukiwaczy. Gorączka złota nad Klondike wygasła w 1903 r. po wyczerpaniu się głównych zasobów złota, co również zatrzymało w znacznym stopniu dopływ gotówki do Seattle. W 1907 roku miasto z kolei borykało się z epidemią dżumy. W podziemnym mieście zaczął natomiast rozwijać się światek przestępczy oferujący nielegalne zakłady, zakazany wtedy alkohol i opium. Podziemia przyciągały też bezdomnych, szukających dachu nad głową. Były to 2 miasta w jednym. W 1965 roku podziemnymi pozostałościami zainteresował się Bill Speidel, który to rozpoczął zakrojoną na szeroką skalę akcję renowacji historycznych budynków i to właśnie dzięki niemu możemy teraz uczestniczyć w tak interesującej wycieczce po podziemiach, schodząc do nich trzykrotnie podczas godziny.

DSC06470_1.jpg

Stropy są tu podtrzymywane palami, o które pod żadnym pozorem nie wolno się opierać, by nie uszkodzic konstrukcji znajdującego się nad nami chodnika. Przechodzimy kolejno oświetlonymi korytarzami pełnymi „zabytkowych” śmieci.

SONY DSC

Widać pozostałości witryn sklepowych, zdobionych elewacji, mebli, urządzeń, i ogólnie mówiąc wszelkiego rodziaju rupieci.

SONY DSC

SONY DSC

SONY DSC

Jest to wspaniała lekcja historii, od której proponuje każdemu zacząć wycieczkę po Seattle.

20190817_101339

Korzystając z okazji, że nasz samochód odpoczywa spokojnie na strzeżonym parkingu idziemy piechotką przez Occidental Squere w kierunku Klondike Gold Rush National Historic Park, ulokowanego w jednym z zabytkowych budynków przy Jackson Street. Tu znowu spotykamy się z wielką ilością bezdomnych mieszkańców, która karmiona jest pączkami i gorąca kawą przez drużynę wolontariuszy.

DSC06487_1.jpg

Na placu stoją ciekawe rzeźby strażaków, na które wdrapują się wszystkie obecne tu dzieci, również moje😊.

DSC06492_1.jpg

Rozstawione są stoliki i mega wielkie szachy i kilka innych gier planszowych i kręgle.

DSC06495.jpg

Spotykają się tu okoliczni mieszkańcy by miło spędzić czas popijając poranną kawkę.

SONY DSC

W Klondike NHP zaopatrujemy się w zeszyty ćwiczeń do programu Junior Ranger i zaczynamy długi edukacyjny spacer od wystawy do wystawy.

20190817_105834.jpg

20190817_105825

Muzeum jest bardzo nowoczesnie urządzone z interaktywnymi displejami dla dzieci.

20190817_105505

Warto też poświęcić 20 minut na obejrzenie filmu o gorączce złota dla której Seattle było bazą wypadową i zaopatrzeniową przez cały okres jej trwania. W 1896 roku 3 poszukiwacze odnaleźli bogate złoża złota w strumieniu Bonanza będącego dopływem rzeki Klondike. Świat dowiedział się o tym, gdy obładowani kruszcem pojawili się własnie w Seattle, wywołując tym faktem histerię i napływ tysięcy poszukiwaczy. Wszyscy rządni złota zatrzymywali się najpierw w Seattle w celu zaopatrzenia, a następnie drogą morską podążali to Dawson City, które w przeciągu roku pochwalić się mogło już liczbą 30,000 mieszkańców. Kiedy złoża zostały już wyeksploatowane, poszukiwacze przenieśli się jeszcze wyżej na północ na tereny Alaski. Gorączka w Klondike była najczęściej opisywaną gorączką złota zarówno w prasie powszedniej jak i książkach. Jack London czy Juliusz Verne to najsławniejsi pisarze, którzy uwiecznili opowieści w swoich dziełach. Powstawały też filmy m in. z udziałem Charligo Chaplina pt. „Gorączka złota”. Dużo jest też fotografii pochodzących z tego okresu, których reprodukcje możemy teraz oglądać w muzeum. W czasie gorączki od poszukiwacza udającego się w tak nieprzyjazne tereny wymagano by był zaopatrzony w zapasy żywności, które wystarczyłyby na okrąły rok, ponieważ sama podróż nad rzekę Klondike trwała prawie pół roku. Zapasy takie ważyły 500 kg (plus narzędzia to razem 1 tona!!!), i były ulokowane w wielkich skrzyniach, które zawieszano na konie czy woły. Z powodu takich właśnie utrudnień ze 100,000 osób na miejsce dotarło jedynie 30,000, z czego jedynie 15,000 – 20,000 zostało poszukiwaczami złota, 4,000 je zalazło, a tylko kilkaset zostało naprawdę bogaczami.

20190817_105344

Po zaliczeniu kolejnej odznaki rangerskiej spacerujemy nad Water Front. Tu spotykamy się z olbrzymą masą ludzką spacerującą zwarcie (z frytkami w dłoniach). Są tu tylko restauracje, sklepiki z upominkami i port, z którego można wypłynąć na wycieczkę statkiem lub promem. Opuszczamy więc to miejsce bardzo szybko kierując sie na północ do Pike Place Market czyli do miejsca gdzie kotłuje się jeszcze większy tłum….

SONY DSC

Najbardziej widowiskowym miejscem marketu jest oczywiście pokaz latających ryb……

DSC06525_1.jpg

SONY DSC

Kłębowisko ludzi oczekujących na „rzut” było tak zwarte, że jedyną drogą dotarcia do jakiegokolwiek prześwitu było przeczołganie się między ich nogami😊. „Flying Fish” bo tak się zwie to widowisko, to po prostu kilka okrzyków i przerzut wielkiego łososia od jednego sprzedawcy do drugiego…..Ale przyznać trzeba, że wyglada to bardzo widowiskowo…..  Goście dawali naprawdę czadu. Krzyczeli do ludzi, żeby w końcu ktoś z gapiów zakupił jakąś rybę, bo za darmo rzucać nimi nie będą… Co jakiś czas dla żartów sprzedawcy rzucają również sztuczną rybę w kłębiący się tłum, co powodowało chwilową panikę, szczególnie wsród elegancko ubranych kobiet😊.

SONY DSC

SONY DSC

Po obejrzeniu spektaklu zakupujemy w niedalekiej budce „corn-doga” oraz rybę z dużą porcją przypalonych frytek. Szczerze mówiąc jest to obrzydliwe…. Dzieci, które są wielkimi fanami frytek nawet nie chcą na nie spojrzeć. Piętro niżej niż główna ulica marketu jest tzw „Gumowa Aleja” – czyli boczna uliczka oblepiona po sam „sufit” przerzutymi gumami do żucia.

SONY DSC

SONY DSC

Miejsce to przyciąga przede wszystkim selfiarzy….. Historia ściany z gumami do żucia zaczęła się w 1990 roku. Mur znajduje się niedaleko Market Theatre…… Podobno wszystko zaczęło się od tego, że widzowie czekający w długich kolejkach do kas zaczęli przyklejać gumy do ściany. W 2015 roku mur został całkowicie wyczyszczony, (gumy ważyły około tony!!!). Mimo to gumy ponownie są przylepiane i alejka stała się wielką atrakcją turystyczną, opisywaną nawet w Lonely Planet.

SONY DSC

Jeśli ktoś ma ochotę na kawę to w kompleksie Pike Place Market znajduje się pierwsza kawiarnia Starbucks, która została otwarta w 1971 roku. Od tego czasu na terenie USA wybudowano ich ponad 14,300…. przebijając nawet ilość McDonaldów.

SONY DSC

SONY DSC

My uciekamy od tych tłumów z powrotem do naszego auta i udajemy się zobaczyć dość nietypowy pomnik, znajdujący się w dzielnicy Fremont (3526 Fremont Pl N, Seattle). Pięciometrowy Pomnik Vladimira Lenina stoi na głównym skrzyżowaniu i nie sposób go nie zauważyć.

DSC06569_1.jpg

Przywieziono go tu z terenów byłej Czechosłowacji i jest obecnie obok Trolla najbardziej rozpoznawanym punktem dzielnicy Fremont. Pomnik jest często demolowany przez okolicznych mieszkańców…. Podczas naszej wizyty towarzysz ma umazane czerwoną farbą ręce….Szczerze mówiąc patrząc na ten pomnik odczuwam brak jakiegokolwiek smaku i taktu historycznego. Amerykański nauczyciel języka angielskiego (Lewis E. Carpenter) pracujący w Popradzie, znalazł niszczejący powalony pomnik spacerując po mieście. W jego otoczeniu ukrywał się bezdomny, który znalazł schronienie w „ramionach” towarzysza. Niszczejący pomnik wykonany z brązu czekał na rozczłonkowanie i sprzedanie. Nauczyciel zainteresował się jego kupnem i postanowił otworzyć po powrocie do USA słowacką restaurację, gdzie pomnik stanowiłby dekorację lokalu i przyciągnął tłumnie klientów. Po wielu perypetiach i długiej walce na szczeblu biurokratycznym pan Carpenter w 1993 roku zdobył pozwolenie na wywóz pomnika za granicę, zapłaciwszy za niego $13,000. Pomnik został pocięty na 3 kawałki i za kwote $40,000 przywieziony statkiem do USA. Cała kwota na poczet tego przedwsięzięcia została całkowicie sfinansowana przez Carpentera, który to zaciągnął pożyczkę pod zastaw swojego domu. Niestety kilka miesięcy po otrzymaniu „drogocennej” przesyłki, podczas publicznej dedaty na temat ustawienia pomnika w mieście Issaquah, niedoszły restaurator zginął w wypadku samochodowym…….Rodzina, chcąc odzyskać jakiekolwiek pieniądze postanowiła zawieść dzieło do odlewni brązu, gdzie zainteresował się nim właściciel tejże odlewni – Peter Bevis, który to postanowił postawić tymczasowo pomnik w miasteczku Fremont, przekonując do swojej racji upartą radę Chambers of Commerce. W 1995 roku pomnik Lenina stanął więc w miasteczku, które zezwoliło na jego prezentację aż do momentu znalezienia na niego kupca. Cena za jaką można go nabyć to $250,000. Chętnych na razie nie znaleziono, a politycy coraz bardziej naciskają radę miasta na usunięcie tego pomnika z obecnego miejsca. Budzącym znacznie przyjemniejsze uczucia jest znajdujący sie około pół mili dalej pomnik Trolla umiejcowionego pod wiaduktem Aurora Bridge.

SONY DSC

Tu widzimy już znacznie większe tłumy, przeważnie dzieciaków, wdrapujących się na ponad pięciometrowego betonowego potwora. Troll patrzy na nas groźnie swoim połyskującym metalowym okiem, miażdżąc w ręku Volkswagena garbusa. (N 36th St, Seattle, parking jest tu bezpłatny wzdłuż ulicy). Kolejna ciekawa miejscówka, do której się udajemy to Gas Work Park (2101 N Northlake Way, Seattle, wjazd bezpłatny).

SONY DSC

SONY DSC

SONY DSC

Jest to pozostałość po elektrowni gazowej Seattle Gas Light Company, która to w fantastyczny sposób została zagospodarowana jako park miejski, oferujący piekną panoramę Seattle.

SONY DSC

Dla dzieciaków jest tu super plac zabaw, a część rur i urządzeń gazowych została wkomponowana i ozdobiona w taki sposób by stanowić prawdziwą atrakcję dla zwiedzająch.

SONY DSC

Przychodzą tu całe rodziny i grupy młodych ludzi na pikniki, spacery i przejeżdżki rowerowe. Jedyny mankament to toalety funiące na bardzo duża odległość. Po tych wariacjach na placu zabaw jedziemy odwiedzic grób Bruce Lee (1554 15th Ave E, Seattle, 9 am – 5.30pm), mistrza sztuk walki karate, kungu-fu i teakwondo, znanego przede wszystkim jako aktora filmów akcji.

DSC06612.jpg

Na koniec podjeżdżamy jeszcze na grób Jimi Henrixa w Renton…

dsc06626.jpg

SONY DSC

DSC06615_1.jpg

dsc06624.jpg

….. i tym kończymy naszą przygodę z Seattle – miasta, które mi osobiście bardzo się podoba i pomimo, że wolę spędzać czas na łonie natury, to uważam, że taki jeden dzień na koniec wycieczki, gdzie można liznąć trochę historii i kultury dobrze zrobi każdemu. Seattle to jedno z najlepiej rozwiniętych obecnie miast Stanów Zjednoczonych. To tu narodziły się znane obecnie na całym świecie firmy takie jak Nordstrom, UPC, Starbucks czy Amazon. Stąd pochodzą tak wielkie sławy, jak Jimi Hendrix czy członkowie zespołów: Nirvana, Pearl Jam, Soundgarden czy Alice in Chains , na których to muzyce się wychowałam. A co ciekawe badania z 2008 roku przeprowadzone w oparciu o ankiety, wykazały, iż w Seattle istnieje największy odsetek absolwentów szkół wyższych oraz wyższych uczelni w stosunku do pozostałych miast Stanów Zjednoczonych!!! Wymęczeni dowlekamy się na lotnisko, gdzie dowiadujemy się , że nasz lot jest niestety opóźniony…… a kiedy w końcu o 6.30 nad ranem lądujemy na lotnisku w Chicago zrywa się tak potężna burza, że siedzimy dosłownie uziemieni w samolocie przez najbliższe 3 godziny…..Ale najważniejsze jest to, że udało nam się wylądować, bo tego dnia skasowano w ogóle wiele lotów z powodu niesprzyjających warunków pogodowych. Decyzja, która zostaje podjęta podczas tego oczekiwania na wypuszczenie – za rok jedziemy znowu do Washingtonu!!!!!

 

 

 

 

 

Jedna myśl na temat “Washington stan drzemiących wulkanów

Dodaj własny

Dodaj komentarz

Blog na WordPress.com. Autor motywu: Anders Noren.

Do góry ↑