Termin wycieczki: 06.VI – 03.VII.2018
Obszar, na którym wyznaczyliśmy sobie trasę (północna część Kaliforni i południowo-zachodnia część Oregonu) poza jego cudownością i unikalnością przyrodniczą okazał się super petardą ze względu na małe zainteresowanie turystyczne, co wiąże się oczywiście bezpośrednio z tłumowiskiem ludzkim, którego zawsze unikamy. Jedynie dolina parku narodowego Yosemite i jezioro Tahoe są bardzo intensywnie odwiedzanymi miejscami, z których ciężko było się dosłownie wydostać….. z powodu wielogodzinnych korków. To co nas najbardziej urzekło geograficznie to niepodważalnie najpiękniejsza część wybrzeża Pacyfiku, liczne wodospady, powulkaniczne jaskinie, „ghost towns”, ośnieżone stożki wulkaniczne, klimatyczne wiktoriańskie miasteczka, gorące źródła……i długo by jeszcze wymieniać….. Pisząc o Kaliforni nie sposób też nie wspomnieć o winie…. bo to przecież stan, gdzie produkuje się go najwięcej w USA (90% produkcji, czyli ponad 17 milionów galonów!!!, przypada właśnie na Kalifornię – głównie część północną – m. in. Napa & Sonoma Valley, Mendocino, Solano & Lake county). Podróżując więc można sobie umilać zwiedzanie degustacjami tegoż trunku w licznych winiarniach, które chcąc przyciągnąć potencjalego klienta oferują darmowe poczęstunki. Od 1 stycznia 2018 roku zalegalizowano w Kaliforni rekreacyjną marihuanę, co oznacza, że można sobie wejść do sklepu i kupić (posiadać) do 1 uncji (29 gram) tegoż ziółka. Jeden skręt kosztuje mniej więcej $10 w zależności od jakości i lokalizacji. Jakoże sklepów tych jest jeszcze stosunkowo niewiele w granicach miasta San Francisco, po zakupy lepiej się udać na drugą stronę zatoki w kierunku Berkley lub Oakland. Jeszcze przed wprowadzeniem tego prawa wielokrotnie odwiedzając miasto wyczuć można było charakterystyczny zapach szczególnie w dzielnicy Ashbury Heights, gdzie zamieszkują liczni zwolennicy wszelkich używek. Podsumowując naszą 1-miesięczną trasę zaczęliśmy od wybrzeża przy San Francisco, którym suneliśmy aż do Bandon w Oregonie. Następnie odwiedziliśmy liczne wodospady „zaszyte” w gęstych lasach i unikalny park narodowy Crater Lake, kierując się następnie na południe na powulkaniczne tereny, obfitujące również w gorące źródła i wodospady. Odwiedziliśmy zapchane po brzegi turystami Lake Tahoe, historyczny ghost town Bodie, kończąc na równie zatłoczonym parku Yosemite i kilku miejscach związanych z gorączką złota. Codziennie obserwowaliśmy niesamowitą przyrodę i siły natury, które nią rządzą. Poza kilkoma wyjątkami spędziliśmy cały miesiąc na łonie natury z dala od tłumowisk ludzkich.
TRASA: Chicago – California (San Francisco, Golden Gate National Recreation Area – Marin Headlands, Sausalito – US ARMY CORPS of Engineers Bay Model, Olema, Bodega, Portuguese Beach, Goat Rock Beach, Fort Ross State Historic Park, Salt Point State Park, Point Arena Lighthouse, Schooner Gulch Beach (Bowling Beach), Manchester State Park, Greenwood State Beach, Navarro Beach Access, Van Damme State Park Beach, Pygmy Forest, Mendocino, Mendocino Headlands State Park, Jug Handle State Reserve, Fort Bragg, Glass Beach, Ten Mile River Bridge, Seaside Beach, Union Landing State Beach, Hales Grove, Chandelier Tree, World Famous Tree House, One Log House, Richardson Grove State Park, Avenue of Giants (Living Chimney Tree, Humbolt Redwoods State Park, California Federation of Women’s Grove, Eternal Tree House), Ferdale, Eureka, Trinidad Scenic Drive, Trinidad Head Trail, Trinidad State Beach, Patricks Point State Park (Agate Beach), Praire Creek Redwood State Park (Fern Canyon Trail), Newton B. Druhy Scenic Parkway (Big Tree Trail, Ah Pah Interpretive trail), Klamath River Overlook, Hidden Beach, Crescent City; OREGON – Harris Beach State Park, Samuel H. Boardman State Scenic Corridor, Gold Beach Visitor Center, Sisters Rocks State Park, Battle Rock Wayside Visitor Center, Port Orford, Port Orford Heads State Park, Bandon, Elk Creek Falls, Conquille River Falls, Grants Pass, Jacksonville Historic District, Medford, Barr Creek falls, Mill Creek falls, Crater Lake National Park, Fort Klamath; CALIFORNIA – Klamath Basin National Wildlife Refuge Visitor Center, Lava Beds National Monument, Medicine Lake, Jot Dean Ice Cave, McCloud Falls, Hunt Hot Springs, Burney Falls State Park, Lassen Volcanic National Park, Lake Tahoe, Sonora Pass, Sardine Falls, Twin Lake, Buckeye Hot Springs, Bodie Historic State park, Devil’s Postpile National Monument,Rainbows falls, Mammoth Lakes, Hot Creek Geological Site, Whitmore Hot Springs, Yosemite National Park, Jamestown Railroad 1897 State Historic Site, Columbia, San Francisco – Chicago

ŚRODEK TRANSPORTU: RV (kamper) Ford 19”

RV (Recreational vehicle) czyli kamper to pojazd i dom w jednym. Jest to najbardziej wygodna opcja wakacyjna, szczególnie jeśli podróżujemy z małymi dziećmi i chcemy jak najwięcej zobaczyć, nie marnując czasu na codzienne poszukiwanie moteli, hoteli czy restauracji. Pożyczany przez nas kamper należy do najmniejszych tego typu pojazdów w Stanach i ma długość „zaledwie” 19 stóp (6 metrów). W wyposażeniu znajdują się: 2 łóżka (mieszczące 4 osoby, w tym jedno rozkładane w wersji stół plus kanapy), lodówka, plus mała zamrażalka, kuchenka na 2 palniki, mikrofala, ogrzewanie/ochładzanie, zlew, WC, prysznic oraz szafki i szuflady na ubrania i jedzenie. Na wyposażeniu jest też generator, którego zużycie opłacane jest dodatkowo – za każdą godzinę $3 (lub wykupiony w pakiecie na każdy dzień za $5 x ilość dni).
PRZEWODNIKI: Atlas topograficzny Delorme California North, California Road & Recreation Atlas, Oregon Road & Recreational Atlas, “Hiking Oregon” Lizan Dunegan, “Hiking waterfalls in Oregon” Adam Sawyer, “Hiking Northern California” Bubba Suess, “Hiking Sierra Nevada” Barry Parr, http://www.alltrails.com, http://www.waterfallsnorthwest.com, http://www.hikespeak.com, http://www.szlakiusa.pl,
DŁUGOŚĆ TRASY: RV 2,581 mil (4,154 km) plus osobówki około 150 mil (240 km)
KOSZT WYPOŻYCZENIA RV: $2,737 ($3,237 – $500 gift certificate za wygrany fotokonkurs w Cruise America)(Konkurs można wygrać wysyłając do nich zdjęcie z wakacji, na którym znajduje się kamper z logo Cruise America na tle np. ładnego krajobrazu czy nas samych równie ładnych😊)
KOSZT BENZYNY: $913 (ŚREDNIA CENA BENZYNY: California $4.20/galon, Oregon $3.50/galon)
NOCLEGI: bezpłatnie (w National Forest), kempingi – $8 – $35/noc
KOSZT WYCIECZKI: $6,230
PARKI NARODOWE: Annual Pass ($80) upoważnia do wjazdu do wszystkich parków narodowych na terenie USA. Ważny przez cały rok od momentu zakupu.
Dzień 1&2
Czyli 2 dni organizacyjne… A zaczęło się nieciekawie…. po dotarciu na lotnisko O’Hare (Chicago) okazało się, że nasz lot jest opóźniony…..Początkowo tylko godzinę…następnie 2…3….4 …5 godzin….a następnie ostatecznie skasowany. W samolot podczas poprzedniego lotu uderzył piorun i zepsuły się elektroniczne urządzenia nawigacyjne…. nad których naprawą pracowali wykwalifikowani mechanicy. Pasażerowie byli zwodzeni przez te 5 godzin…. po czym poinformowano nas, że lot jest odwołany, a nastepny, który Frontier Airlines może nam zaoferować będzie na dwa dni!!!! Ludzie wpadli w szał….ale to jest właśnie skutek negatywny korzystania z usług tanich lini lotniczych….. Dodatkowo bilet na lot Chicago – San Francisco, który wykupiliśmy 6 miesięcy wcześniej został przedzielony na 2 loty z międzylądowaniem w Denver (Colorado),….. co dodatkowo skomplikowało naszą sytuację z początkową informacją o opóźnienieniu. Podczas całego zamieszania (wśród wrzasków naszych znudzonych czekaniem dzieci) z podawanymi informacjami o opóźnieniu zaczęliśmy się zastanawiać co zrobić, bo nawet jeśli nasz samolot by poleciał do Denver to i tak spóźnimy się na połączenie Denver – San Francisco. A oferta Frontiera z propozycją lotu za dwa dni wogóle nie wchodziła w grę. Sprawdziliśmy w wyszukiwarce ceny połączeń Denver – SF, ale nie wyglądało to finansowo ciekawie. (Około $1,200 w jedną stronę za naszą czwórkę). Postanowiliśmy więc szukać coś bezpośrednio do SF i złapaliśmy ostatnie 4 bilety na lot zwany basic economic (United Airlines) w bardzo korzystnej cenie $116 za sztukę (w jedną stronę). Mieliśmy kilka godzin do odlotu (wylot 6 rano następnego dnia) więc uznaliśmy, że nie ma sensu opuszczać lotniska. Ułożyliśmy się na niewygodnych fotelach w terminalu # 3 i kuląc się z zimna próbowaliśmy zasnąć. Niestety to właśnie przeraźliwe zimno płynące z klimatyzatorów umiejscowionych niedaleko naszych foteli uniemożliwiło nam zmróżenie powiek. Założenie kilku warstw ubrań nie pomogło (potrzebny był zapewne śpiwór arktyczny). Tak więc „lekko” wymęczeni zaczęliśmy o 3.30 nad ranem przygotowania do odprawy, ładując się z całym naszym majdanem w kierunku stanowisk United Airlines. Ponieważ skończyło się nam zdrowe jedzenie przygotowane na podróż musieliśmy skorzystać z fantastycznej oferty (jedynej czynnej o tej porze) barówy serwującej „przepyszne” posiłki fastfoodowe. Lot na nasze szczęście odbył się bez żadnych problemów i szczęśliwie wylądowaliśmy w ukochanym przez nas San Francisco.

Tu tylko pojawił się niewielki problem bo zaginęły siedzonka samochodowe dla dzieci. Przez godzinę wędrowaliśmy więc do różnych wskazanych przez pracowników lotniska miejsc….. aż w końcu po godzinie nasze zguby się odnalazły. Dodatkowo na lotnisku panował lekki haos spowodowany awarią kolejki, którą mieliśmy dotrzeć do wypożyczalni samochodów. Zaadoptowany do tego celu został autobus, do którego kłębiły się zdenerwowane tłumy podróżnych. Kiedy już dowlekliśmy się do wypożyczalni, tam też przywitały nas przeogromne pozawijane kolejki…..W końcu wypożyczyliśmy Forda Escape’a ($56/dzień). Jakoże mieliśmy jeszcze 2 godzinki do odbioru Rv-ika, pojechaliśmy napełnić brzuchy do znacznie bardziej imponującej smakowo restauracji niż ta odwiedzona na lotnisku😊. (Thai Kitchen 31845 Alvarado Blvd, Union City). W wypożyczalni Cruise America poszło nam w miarę sprawnie, poza faktem, że otrzymaliśmy grata z wgniecionym zderzakiem i jakimś rozklekotanym rzężącym silnikiem. Licznik wskazywał przejechane prawie 38,000 mil, co jak na wypożyczany kamper jest całkiem sporo. Po załatwieniu formalności już na 2 samochody pojechaliśmy zrobić zakupy (w Costco, Walmart i Dollar Store) znajdujące się w niedalekiem odległości od wypożyczalni Cruise America. Następnie zostało nam tylko odwiezienie osobówki do wypożyczalni przy lotnisku San Francisco. Przy wypożyczaniu osobówki wybraliśmy mało logiczną wersję zwrotu do tej samej wypożyczalni (a nie w Oakland, w okolicy którego znajduje się wypożyczalnia kamperów), a było to spowodowane jedynie znaczną różnicą w cenie. Jeśli chcielibyśmy oddać auto w Oakland musielibyśmy zapłacić ponad dwukrotnie więcej (ponad $120). Wymęczeni załatwianiem tych wszystkich organizacyjnych spraw postanowiliśmy udać się na nocleg na chyba najbardziej widowiskowe miejsce San Francisco czyli na Golden Gate Bridge View, położonego po północno-wschodniej stronie mostu. Apropo mostów, które wszystkie są płatne w rejonie zatoki….. Przejeżdzając Golden Gate nie ma możliwości zapłaty manualnej. Po przejechaniu mostu mamy 48 godzin, żeby zapłacić kwotę $8 online na stronie http://www.bayareafastrak.org lub podając numer karty kredytowej przez telefon (877)-229-8655; Ale mosty są płatne tylko w jednym kierunku np. Golden Gate opłacamy tylko wjeżdżając do San Francisco). Nasz przejezd jest więc bezpłatny.


Tu razem z kilkonastoma innymi podróżnymi spędziliśmy noc w towarzystwie fanów puszczanej na cały regulator muzyki techno😊.
Dzień 3
Zaczynamy dzień z wielkim uśmiechem, michą owsianki i kubkiem gorącej kawy😊, bo w końcu jesteśmy w pełni przygotowani do rozpoczęcia wakacji. Spacerujemy chwilkę po vista point, obfotografowywujemy Golden Gate Bridge i ruszamy na zachód „z kopyta” do Marin Headlands (drogą Alexander Avenue do Conzelman Road).

Po przejechaniu skrzyżowania z drogą McCollough, Conzelman Road zmienia się w jednokierunkową bardzo wąską stromą drogę, (gdzie wjazd kamperem jest zabroniony, ze względu właśnie na te ograniczenia).

My jednak poruszamy się wersją kompaktową, która wszędzie się mieści i nie musimy się martwić, że np. zaklinujemy się gdzieś na zakręcie. Mijamy bunkry, przy których zatrzymujemy się na zrobienie kilku fotek.

Marin Headlands (Golden Gate National Recreation Area) to pozostałości po fortyfikacjach militarnych, kryjące na swoim terenie niezliczone ilości bunkrów, schronów, fortów, dział i rakiet wojskowych. Już w latach 1890-tych powstały tu pierwsze obronne instalacje (m in. Battery Mendell) mające na celu uniemożliwianie wrogim statkom wpływanie do zatoki San Francisco. Podczas II wojny światowej zbudowano bazy wojskowe Wallace, Townsley i „129” by chroniły wybrzeże od nalotów powietrznych. Podczas zimnej wojny wszystkie te militarne budowle były rozebrane, ale rozstawiono szereg radarów i schronów przeciwatomowych mających chronić personel wojskowy przed atakami broni chemicznej i biologicznej. Jak więc można wywnioskować ze zdań napisanych powyżej jest to raj dla męskiej części naszej załogi….. Zatrzymujemy się na parkingu, skąd wychodzą 2 szlaki – do Point Bonita Lighthouse (dzisiaj zamknietej, a czynnej tylko w niedziele i poniedziałki od godziny 12.30pm do 3.3pm) i na Birds Point. Idąc szutrową szeroką ścieżką w kierunku Birds Point mijamy militarne stanowiska (Batery Mendel)…..



i bunkry i pochodzimy do punktu widokowego, skąd podziwiamy wyłaniające się z oceanu skały „wysiadywane” i „obrabiane” przez liczne kormorany.




Zaglądamy na chwilę do Marine Headlands Visitor Center (czynne codziennie 9.30am-4.30pm) po kilka bezpłatnych mapek terenu ….

…. i kierujemy się do Mammal Center Center (czynne 10am – 4pm, wstęp bezpłatny, ale odwiedzający proszeni są o donacje).

Jest to nowoczesny szpital dla chorych zwierząt morskich, gdzie pacjentami są przede wszystkim lwy i słonie morskie oraz foki (i sporadycznie delfiny), na których ciele można zauważyć np. rany „zadanane” przez bardzo agresywne rekiny foremkowe zwane „cookiecutter sharks”, które to wygryzają kęs z ciała ofiary, a pozostawiona przez ich szczęki rana przypomina wyciętą formę okrągłego ciasteczka. Zwierzęta trafiają tu z różnych powodów – chorób, niedożywienia czy nieszczęśliwych wypadków. Są leczone i wypuszczane na wolność. Od przewodnika – wolontariusza dowiadujemy się, że to właśnie tutaj ekipa dźwiękowców nagrywała odgłosy do filmu „Jurassic Park” (Stevena Spielberga). Dźwięki wydobywane przez słonie morskie posłużyły później do podłożenia odgłosów dinozaurów.

W 2008 roku w niedalekiej odległości od tego miejsca (Tomales Point) znaleziono na plaży martwego wieloryba, w którego brzucha wydobyto ponad ponad 200 kg lin i sieci rybackich oraz platikowe śmieci. Z żołądka wydry „wydobyto” żarówkę i odbiornik radiowy…..

Czytamy informacje i oglądamy te eksponaty i aż włos się na głowie jeży jakim poważnym zagrożeniem są wyrzucane przez nas przedmioty. Wielka Pacyficzna plama śmieci (o wadze około 100 tysięcy ton!!! i powierzchni ponad pięciokrotnie większej od Polski) w postaci plastikowych odpadów dryfuje niesiona przez prądy oceaniczne po północnej części Oceanu Spokojnego pomiędzy Kalifornią a Hawajami, tworząc ogromne zagrożenie dla zwierząt morskich i ptaków. Szacuje się, że ponad milion ptaków i 100 tysięcy zwierząt morskich ponosi śmierć bezpośrednio spowodowaną spożyciem tychże właśnie śmieci. Po zapoznaniu się ze wszystkimi informacjami z tablic i wysłuchaniu koncertu ryków i pochrząkiwań morskich lwów wyjeżdżamy w kierunku Rodeo Beach, gdzie z powodu silnego wiatru odpuszczamy sobie spacer po plaży. Nieliczni spacerujący poruszali się w przyśpieszonym tempie popychani przez porywisty wiatr. Tylko kilku serferów walczących z falami, próbuje bezskutecznie wskoczyć na deski. Robimy pętelkę autem oglądając z okien plażę i kierujemy się drogą Bunker Road do wyjazdu, przejeżdżając przez wąski i długi tunel do Port Baker – rezydencji byłych dowódców wojskowych przerobionych teraz na przytulne hoteliki. Dzięki temu, że cały ten olbrzymi obszar był przez taki długi okres czasu wykorzystywany jako bazy wojskowe, możemy teraz cieszyć się możliwością zwiadzania go, co zapewne byłoby niemożliwe gdyby wybudowano tu prywatne rezydencje. Przejeżdżamy następnie przez oblegane przez turystów miasteczko Sausalito, kierując się do Sausalito Bay Model U.S. Army Corps of Engineers Bay Model (2100 Bridgeway Blvd). W latach 40 tych XX wieku zostały przez Kongres zatwierdzone plany, by w zatoce San Francisco wybudować wielkie tamy (przyznano nawet środki w wysokości $2,5 mln na ten cel), mniej więcej w miejscu dzisiejszych mostów (biegnących autostradami 80 i 580). Wtedy (w roku 1957) za kwotę $400,000 zbudowano ten właśnie model zatoki (ze wszystkimi szczegółami, np. ze specjalistycznymi pompami hydraulicznymi, które przesuwały wodę odwzorowując idealnie naturalne jej ruchy spowodowane pływami). Dzięki temu udowodniono, że skutki budowy tych tam byłyby bardzo niekorzystne dla środowiska naturalnego (i z projektu ostatecznie zrezygnowano). Dzisiaj model ten wygląda nieco zaniedbale…. w większości zbiorników nie ma już wody…. jakby wyparowała i nikt jej nie uzupełnił…. a może akurat był to efekt ustawionego odpływu?

Po 40 minutach wałęsania się pomiędzy modelem a wystawami wracamy do auta i ku naszej rozpaczy jesteśmy zmuszeni zmienić plan naszej trasy. Po sprawdzeniu na GPS-ie dojazdu do Solano Mission, (gdzie pierwotnie zamierzaliśmy dotrzeć), który został całkowicie zablokowany przez wypadek, stwierdziliśmy, że stanie 2 godziny lub zapewne dłużej w upalny dzień w śmierdzącym korku nie ma najmniejszego sensu. Droga 101 (prowadząca do misji Solano) to jedyna droga po przejechaniu mostu Golden Gate Bridge wychodząca w kierunku północnym……. nie ma więc żadnej możliwości ominięcia tych korków. Zresztą jakbyśmy się już tam dowlekli, misja byłaby zamknięta. Modyfikujemy więc plan, co w przypadku takiego miejsca jak Kalifornia nie jest jakimś wiekim problemem… Drogą Shoreline Hwy (a następnie Panoramic Hwy) jedziemy w kierunku Muir Wood National Monument. Zwiedzaliśmy ten park 2 lata temu (szału nie ma) i nawet jakbyśmy mieli na to teraz ochotę byłoby to niewykonalne – ze względu na limitowany parking. Można tam wjechać tylko ze zrobioną wcześniej rezerwacją!!! (Bilet wstępu $10/osoba). Droga, którą jedziemy wiedzie północną granicą parku i jest bardzo spektakularna. Zjeżdżamy do Jedynki i dojeżdżamy do miasteczka Olema, gdzie postanawiamy spędzić noc. „Rozbijamy obóz” przy placu zabaw (Toby’s Community Playground), z czego najbardziej zadowolone są oczywiście dzieciaki, które nurkują od razu w piaskownicy. Miasteczko, po którym chwilkę spacerujemy, wydaje się totalnie wyludnione. Uroku dodają mu malutkie klimatyczne sklepiki, w większości już niestety pozamykane.
Dzień 4
Budzimy się o świcie i ruszamy dalej na północ mijając (urokliwe miasteczko) Tomales, i zmierzając do kultowego dla każdego kinomama miejsca – Bodegi, gdzie w 1962 roku Alfred Hitchcock kręcił sceny do filmu pt. The Birds („Ptaki”). Parkujemy przed budynkiem Potter Schoolhouse, mając przed oczami wyoraźni zwariowane ptaszyska atakujące mieszkańców.

Podchodzimy też do oddalonego o kilka kroków kościoła Świętej Theresy.

Niestety oba budynki są zamknięte. Podobno do nakręcenia tego filmu zainspirowało Hitchcocka prawdziwe wydarzenie mające miejsce u wybrzeża Kalifornii. W 1961 roku oszalałe mewy odbijały się całymi stadami o ściany i szyby budynków, rzucając się na nie w samobójczych lotach. Okazało się, że przyczyną tego było zatrucie toksycznymi algami, które spowodowało uszkodzenie układu nerwowego ptaków. Wydarzenie to pobudziło mroczną wyobraźnię Hitchcocka i zainspirowało go do stworzenia jednego z najbardziej znanych filmów w jego karierze. Główna aktorka – Tippi Hedren, (nad którą reżyser wyjątkowo znęcał się psychicznie podczas kręcenia filmu), musiała przez cały tydzień znosić trudy kręcenia sceny ataku ptaków na strychu. Rzucano w nią żywymi ptakami, a niektóre z nich były nawet przyczepione do jej ubrania, aby nie odleciały. Podobno zdjęcia tej sceny zakończono dopiero wtedy, kiedy jeden z ptaków zranił aktorkę w oko. Nakręcenie całejsceny zajęło w sumie tydzień, zaś produkcję trzeba było wstrzymać na kolejne 7 dni, zanim pani Hedren doszła do siebie po licznych omdleniach. Docieramy do wybrzeża omijając Bodega Head i jadziemy Jedynką dalej na północ.

Zajeżdżamy na każdą plażę, a widoki nas dosłownie wywalają w kosmos.

Salomon Creek Beach, Marshall Gulch, Carmet Beach, Schoolhouse Beach, Portuguese Beach… każda kolejna plaża wydaje się bardziej malownicza od poprzedniej.

Uroku dodaje błekitne niebo i mieniący się na turkusowo ocean.

Jednak po wyjściu z kampera uderza w nas przeraźliwie silny wiatr….ostudzając znacznie nasz entuzjazm spędzenia na plaży dłuższej chwili. Opatuleni w ciepłe zimowe czapki i polary walczymy z każdym stawianym krokiem. Po drewnianych schodkach udajemy się na według nas najpiękniejszą z wyżej wymienionych plaż (Portuguese Beach), a dzieci od razu wpadają w szał… zaczynają ganiać się z falami, co w przypadku Basi kończy się centralnym zderzeniem z mokrym piaskiem, powodując dostanie się go do buzi w ilości znacznej.



Jasio po 2 minutach również od czapki w dół jest cały przemoczony….. co oczywiście zmusza nas do powrotu do auta. Pogoda nie sprzyjała zdecydowanie plażowaniu, ze względu na porywisty wiatr, który spowodował znaczne obniżenie tempereatury powietrza (do około 10°C). Zamknięci szczelnie w kamperze jedziemy więc dalej na północ, mijając Duncan Landing i Shell Beach.



Zjeżdżamy do bardzo malowniczo położonej plaży Goat Rock Beach, ale wiatr prawie przewala naszego kampera na bok….. Decydujemy się więc na szybkie zdjęcie i z powrotem wjeżdżamy na Jedynkę.



Punktem typu „must see” na naszej trasie jest Fort Ross State Historic Park (czynny od 10am do 4.30pm, wjazd $8/auto, kemping parkowy zamknięty z powodu remontu). Jest to prawie w całości zrekonstruowany fort, którego historia sięga 1812 roku.




To najbardziej na południe wysunięte miejsce w USA, gdzie zdołali osiedlić się Rosjanie. Miała być to baza rolnicza zaopatrująca inne rosyjskie osady na Alasce w żywność. Fort miał też dostarczać futra wydr morskich, które to zwierzęta niestety w międzyczasie zostały całkowicie wytrzebione. Inwestycja przynosiła same straty, a koszt utrzymania fortu znacznie przewyższał zyski pochodzące z uprawy i hodowli bydła. W związku z tym Rosjanie pozbyli się go, sprzedając fort amerykańskiemu emigrantowi John’owi Sutter’owi w 1941 roku za kwotę $30,000, (które podobno nigdy do końca nie zostały Rosjanom wypłacone). I stąd też niedawne roszczenia naszych wschodnich sąsiadów to odzyskania fortu.

Zwiedzanie zaczynamy od Visitor Center, gdzie poza ciekawymi wystawami informacyjnymi możemy nacieszyć oko rosyjskimi kolorowymi matrioszkami. Do kupienia dostępne są tutaj też słodycze i łuskany słonecznik „made in Russia”.

Po krótkiej rozmowie z panem przewodnikiem Rosjaninem, idziemy ścieżką w kierunku fortu, który otoczony jest drewnianym wysokim płotem. Turystów nie ma na szczęście za dużo, a pośród tych obecnych z wiadomych powodów dominują rosyjskojęzyczni. Zaglądamy do każdego pomieszczenia w większości umeblowanego na ówczesny styl.



Na środku placu stoi replika studni, a w zasadzie żuraw studzienny, gdzie wodę pobierano za pomocą czerpaka umiejscowionego na kiju.

Kilku Amerykanów zagaduje nas, myślac, że jesteśmy Rosjanami 😊….. Zapomniałam wspomnieć, że wjechaliśmy do tego parku za darmo – dzięki wejściówce wydrukowanej na stronie parków stanowych. Być może to chwilowa promocja, ale warto sprawdzić – w pierwszą sobotę w miesiącu dla jakiejś określonej liczby osób zarząd parków stanowych oferuje darmowe wejściówki. Wystarczy wyszukać park, który nas interesuje i wpisać swoje dane, a następnie wydrukować bilet wstępu.



Po spenetrowaniu każdego zakątka w forcie, schodzimy jeszcze do zatoki, ale porywisty wiatr raczej nie pozwala nam na dłuższy w niej pobyt.

Zatoka jest bardzo malownicza, a zejście do niej zajmuje zaledwie 5 minut. Podchodzimy jeszcze do białego, drewnianego domku – (Call Ranch House), stojącego w otoczeniu wielkich eukaliptusów.



Podczas naszej poprzedniej wizyty w tym miejscu widzieliśmy dziesiątki koliberków raczących się wodą z kielichów kwiatowych…. teraz niestety nie spotykamy żadnego. Mając jeszcze około 2 godzin światła słonecznego wjeżdżamy do trochę zaniedbanego Salt Point State Park (bezpłatny). To właśnie z terenu tego parku wywożono olbrzymie pokłady piaskowców by wybudować pierwsze ulice i budynki w San Francisco w latach 1850-tych.

Idziemy w kierunku Stump Beach Cove (strome zejście 0.2 mili), by po niedługiej chwili wrócić ……z powodu przemoczenia ubrań naszych dzieci, które nie potrafią się opanować widząc jakikolwiek zbiornik wodny, do którego niezależnie od temperatury otoczenia lgną jak zwariowane.

Następnie wśród gęstej roślinności przedzieramy się szlakiem Bluff trail (długość 1 mila) docierając do tafoni (Fisk Mill Cove – Sentinel Point Viewing platform).



Tafoni to drobne zagłębienia powstałe w wyniku wietrzenia skały, przypominające swoim wyglądem plastry miodu.


Dokładnie po drugiej stronie drogi znajduje się Kruse Rhodedendron State Natural Park (wjazd bezpłatny), który w okresie kwiecień– maj zachwyca kolorowymi pachnącymi rododendronami…. teraz niestety już nie mamy po co tam zajeżdżać, bo wszystko już przekwitło. Podjeżdżamy jeszcze kawałeczek na północ i parkujemy w zatoczce przy drodze – w miejscu gdzie znajduje się call box czyli telefon, z jakiego można skorzystać w razie wypadku, bo tu oczywiście zasięgu nie ma. Tu postanawiamy zostać na noc. Zastanawiamy się dlaczego nie ma tu praktycznie w ogóle turystów. Dwa lata wcześniej podróżując po środkowej Kaliforni… było ich zdecydowanie więcej…. a tu na północ od San Francisco jakby ruch turystyczny zanikł.

Dzień 5
Budzimy się o 5.30am i ruszamy dalej na północ przejeżdzając przez tereny prywatnych rezydencji i resortów (Sea Ranch community) – (wszystkie plaże są tu płatne i jeszcze zamknięte ($7/auto). Zatrzymujemy się dopiero przy wyjściu na Bowling Beach (Schooner Gulch Beach), gdzie udamy się na poszukiwanie skał w kształcie jaj dinozaurów. Parkuje się wzdłuż drogi kierując się na południe („Please park facing south”). Wielkie kule będą widoczne dopiero za kilka godzin podczas odpływu, a ze względu na to, że obecnie jest przypływ, znajdują się one całkowicie pod wodą. Musimy więc zorganizować czas oczekiwania w innym miejscu. Decydujemy się na oddaloną około 10 mil na północ (jedną z najwyższych na zachodnim wybrzeżu USA) latarnię morską Point Arena Lighthouse i zatrzymujemy się przed bramą wjazdową, która jest jeszcze zamknięta ($7.50 od osoby).


Cieszymy się więc widokiem z odległości. Wracamy po 2 godzinach do miejsca skąd wychodzi szlak na plażę Bowling Beach. Parkujemy równolegle do drogi (łapiemy ostatnie miejsce) – i podchodzimy trochę w górę (na północ), skąd wychodzi szlak. Ścieżka południowa prowadzi do Schooner Gulch. Idziemy przez wysokie trawy kierując się na rozwidleniach zawsze w prawo i na końcu ścieżki musimy tylko pokonać strome zejście po kamieniach na plażę.

Dzieci od razu rzucają się do zabawy w piasku, Mundek za czytanie przewodnika, a ja idę na poszukiwanie „dinozaurowych jaj”. Od zejścia na plażę trzeba iść w kierunku północnym około 5 minut i oczom naszym ukażą się wielkie kule zatapiane co chwilę nadciągającymi od strony oceanu falami.



Są to konkrecje czyli agregaty mineralne powstałe wskutek stopniowego narastania minerałów wokół skały (czy chociażby ziarnka piasku).

Na przeciwko „dinozaurowych jaj” znajdują się malownicze klify dodające krajobrazowego smaczku całej zatoce. Turystów jest zaledwie garstka, więc nikt nikomu nie przeszkadza w robieniu zdjęć.

Wędruję z powrotem plażą po resztę wyleniałej brygady i razem wracamy by podziwiać wielkie okrągłe kamienie. Wypaciane w błocie i piasku dzieciaki przechodzą obok kamieni zupełnie obojętnie …. fascynując się natomiast budową klifu, który obierają sobie za plac zabaw, wspinając się i skacząc z jego podwyższenia.



Obserwując ocean dostrzegam niesamowitą sytuację, kiedy to rybołów poluje na ryby rzucając się jak torpeda w odchłań wody….. i w końcu po kilku próbach udaje mu się wyciagnąć jedną sztukę z pomiędzy skłębionych fal. I to zdarzenie maksymalizuje punktację tej plaży dając jej zasłużoną „10”. Po prawie 4 godzinach dowlekamy się umorusani do kampera i wyruszamy na północ w poszukiwaniu kolejnych wrażeń. Po przejechaniu 10 mil wjeżdżamy w uliczkę Keenney (na zachód) prowadzącą do Manchester State Park (wjazd bezpłatny). Do oceanu prowadzi ukwiecona scieżka, którą udajemy się na szybki spacer porywani co chwila potężnymi podmuchami wiatru.

Jest tu całkiem przyzwoity kemping ($35/noc; dump station). Jadąc dalej na północ mijamy farmy i soczyście zielone łąki pełne pasących się koni i krów. Wspaniały to widok, kiedy bydło pasie się na ukwieconej łące…. co nie jest takie oczywiste w tym kraju. Przejeżdżając wielokrotnie przez rozległe tereny Nebraski, Oklahomy czy stanu Iowa z obrzydzeniem obserwuje się (i czuje) zatopione po kolana we własnych odchodach zwierzęta, dokarmiane paszą składającą się ze zmodyfikowanej genetycznie kukurydzy i soi doprawianej antybiotykami i hormonami wzrostu. Dlatego widok krówek pasących się w tak sielskich okolicznościach napawa nas wielką radością.

Kolejny punkt, który zachwyca nas piękną panoramą to Greenwood State Beach. Parkujemy na przeciwko wiejskiego sklepiku Elk Store (na obszernym szutrowym parkingu) i krótką ścieżką wychodzimy na 2 punkty widokowe, rezygnując z zejścia na plażę, ze względu na znaczą stromość terenu i czas, którego do zachodu słońca pozostało nam niewiele.

Jadąc dalej wybrzeżem niejednokrotnie widzimy pozrywaną drogę i próby jej naprawy… zapewne w okresie zimowych sztormów ocean wyrządza tu niesamowite szkody powodując „cofanie się” lądu. Już późnym wieczorem dobijamy do Navarro Beach – pięknej olbrzymiej piaszczystej plaży. Parkujemy na „day use area” i wędrując wdłuż porozrzucanego po całej plaży drewna (zwanego „dryftwoods”) dochodzimy do oceanu.

Niebezpiecznie wielkie fale nie zachęcają bynajmniej do kąpieli, chociaż akurat foki są tu w swoim żywiole, wystawiając co chwilę z wody błyszczące w świetle zachodzącego słońca łebki.

Wałęsamy się po plaży aż do zapadnięcia zmroku….


i w zasadzie nie pozostaje nam nic innego jak pozostanie na śmierdzącym (odorem z przenośnych przepełnionych kibelków) zaniedbanym kempingu ($35/noc). Zajmujemy miejsce jak najdalej od całej kempingującej reszty i rozpalamy wielkie ognisko racząc się kiełbaskami zagryzanymi grzankami z „pysznego” amerykańskiego chleba.

Dzień 6
Wstajemy jak zawsze o świcie i od razu wyjeżdżamy wijącą się serpentynami drogą do Van Damme State Park Beach. Zaczynamy od śniadania na dużym parkingu przy plaży. Jest tu dostępny prysznic plażowy, z którego korzystają sobie podróżni śpiący w samochodach… a jest ich tu wielu. Wyjeżdżamy następnie do Pygmy Forest (szlak 0.2 mili) (skręt na wschód w Little River Airport Road & w prawo w Van Damme State Park Road). Szlak wiedzie po drewnianych kładkach pośród ponad stuletnich karłowatych drzew i przekwitniętych już o tej porze roku rododendronów. Drzewa rosną na bardzo zakwaszonej glebie, dlatego ich rozwój jest bardzo ograniczony, a wyglądają one w zasadzie jak krzaczki, a nie stare drzewa. Generalnie wieje tu nudą więc szlaku nie polecam, chyba że jest to okres wczesnowiosenny i można pozachwycać się kwitnącymi dookoła rodedendronami. Petardą są natomiast widoki w drodze do Mendocino – bardzo bogatego miasteczka w stylu Nowej Anglii. Wszędzie kwitną piękne kwiaty – dosłownie każdy domek tonie tu w kwiatach.


Zatrzymujemy się przy Kelley Museum, potem objeżdżamy całe miasteczko dwukrotnie rozkoszując się jej schludnym ale estetycznym stylem. Sądząc po cenach chociażby benzyny (kosztuje tu $6/galon!!!!) biedni ludzie raczej tu nie zamieszkują. Zaglądamy przez okno do Świątyni Boga Wojny (Temple of Kwan Tai) (45160 Albion Street) –

malutkiej chińskiej kapliczki, przypominającej nam o tym, że praktycznie od wybuchu gorączki złota do Kaliforni zaczęli również masowo przybywać Chińczycy, którzy wnieśli olbrzymi wkład w budowę m.in kolei czy dróg oraz byli zatrudniani w kopalniach jako najtańsza siła robocza. Przemieszczamy się do Mendocino Art Center, który wita nas pięknym ogrodem.


W galerii sztuki oglądamy obrazy, stylową biżuterię i rzeźby, ale najbardziej przykuwające naszą uwagę są twory zrobione z odpadów metalowych porozstawiane na zewnątrz galerii.

Na koniec podjeżdżamy do Mendocino Headlands State Park (wjazd bezpłatny, parking przy Heeser Drive & Little Lake Street) na krótki spacer po klifie wzłuż wybrzeża.

Jest to bardzo niebezpiecznie wyglądający szlak szczególnie przy porywistym wietrze, bo cała jego trasa wiedzie w zasadzie nad przepaściami, w których szaleją fale oceanu odbijane o ostre krawędzie skał.

Przemieszczamy się 3 mile na północ do parkingu, skąd wychodzi wyasfaltowana droga (zamknięta dla ruchu samochodowego) prowadząca nas do Point Cabrillo Lighthouse (45300 Lighthouse Road, Mendocino) – pięknej małej latarni morskiej i muzeum z kilkoma wielkimi akwariami (Aquarium & Marine Science Exhibit 11am-4pm).

(Na górę latarni wchodzić niestety nie wolno, a wycieczki organizowane są tylko tylko kilka dni w roku i tylko po zrobieniu rezerwacji).

Spacerujemy chwilkę wdłuż klifów i wracając zaglądamy jeszcze do muzeum umieszczonym na parterze jednego ze starych odrestaurowanych domków („cottage”), których reszta służy do wynajęcia jako hoteliki (w cenie od $158 za noc). Mijamy małą klimatyczną zatoczkę Caspar Headlands State Beach i wjeżdżamy do Jug Handle State Reserve (wjazd bezpłatny). Przy wejściu na szlak stoi znak ostrzegający przed trującym bluszczem (poison oak) oraz drewniana skrzyneczka z mapami szlaku (self guided tour).

Szlak to tylko półmilowa pętelka oferująca piękne widoki „poszarpanego” wybrzeża Pacyfiku.


Zaczynamy spacer w lesie, a następnie wędrujemy wdłuż wysokiego klifu (jest też zejście do plaży) i kończymy również w lesie. Punkt następny to Fort Bragg – małe spokojne miasteczko słynące na całym świecie przede wszystkim z plaży wypełnionej oszlifowanymi szkiełkami – (Glass Beach). Przejeżdżając przez nie zaglądamy najpierw do Skunk Railroad museum (100 W Laurel Street), które jest niestety już zamknięte.


Penetrujemy więc „jardę” kolejową i po 10 minutach jedziemy już na petardę dnia dzisiejszego czyli Glasss Beach (parking przy Elm Street, WC), na której przesiadujemy 3 długie godziny. Zbieramy kolorowe szkiełka oszlifowane przez wodę (zielone, brązowe, białe i przezroczyste) i tworzymy z nich witraże na piasku, budujemy zamki, które przyozdabiamy później tymi szkiełkami.


Dzieciaki dają upust swojej nieograniczonej wyobraźni i kreatywności w tworzeniu szkiełkowych dzieł sztuki. Geneza powstania tej plaży jest bardzo prosta – oszlifowane szkło pochodzi po prostu z wysypiska śmieci, które zostało zamknięte w tym miejscu w 1967 roku. Części metalowe zabrano, część się zutylizowała, a szkło pochodzące z butelek i porcelany rozbite przez fale zdobi teraz plażę. Zachód słońca, na który tak bardzo wyczekujemy okazuje się niestety mało spektakularny.

Nocleg organizujemy sobie przy Visitor Center – Mendocino Chamber of Commerce (217 S Main Street) na parkingu, wcześniej upewniając się oczywiście, że nie ma znaku zabraniającego przebywania tu w nocy.
Dzień 7
Zaczynamy od śniadaniowych zakupów w supermarkecie Safeway (660 S Main Street). Nabieramy wodę do zbiornika w kamperze w budynku straży pożarnej…..(że też wcześnej nie wpadliśmy na tak banalny sposób pozyskiwania wody 😊). Wyjeżdżając z Fort Bragg mijamy Tristle Bridge…..

……i most Ten Mile River Bridge i zatrzymujemy się (0,7 mili za mostem) na Seaside Beach – mało atrakcyjnej brudnej plaży z wysypiskiem śmieci i przenośnym podśmiedrującym kibelekiem na parkingu. Szkoda, że to miejsce tak potraktowano bo przy odrobinie chęci i pracy mogło by stać się urokliwą atrakcją turystyczną.


Wznosimy się do Union Landing State Beach – Są to 3 kempingi nieznacznie oddalone od siebie (bez możliwości dziennego użycia – no day use). Wjeżdżamy na 2 z nich i chociaż prawo do przebywania tutaj mają tylko zarejestrowani kempingowicze (no day use area) to przejeżdżamy dookoła obserwując ten teren z przerażeniem. Kempingi usytuowane są na wysokiej „nadszarpniętej” skarpie, obok zapadnietej drogi, której jedynym zabezpieczeniem jest rozciągnieta pomarańczowa plastikowa siatka, nie chroniąca w zasadzie przed niczym. Kempingi są bardzo zaniedbane, a wyznaczone na nich miejsca bezdrzewne i poupychane jedno przy drugim. Chociaż trzeba przyznać, że fajny klimacik jest zauważalny. Niestety jest to klasyczny przykład niedoinwestowania parków stanowych w Kaliforni. Spoglądamy w dół w taką przepaść na czarne plaże ciągnące się aż po horyzont. Jesteśmy bardzo wysoko i upadek z takiego klifu na pewno groził by niechybną śmiercią. Wjeżdżamy do miasteczka Westport, gdzie niestety bezskutecznie próbujemy znaleść dojazd do jednej z tych czarnych plaż, błądząc pomiędzy domami. Jedziemy więc dalej na północ mijając wielokrotnie pourywane drogi, wiszące jakby na „ostatnim włosku” kawałki betonu i asfaltu, czekające z utęsknieniem na panów robotników. Wjeżdżamy wgłąb lądu, gdzie powoli przebijamy się do redwood’owych klimatów. Coast Redwood (Sequoia sempervirens) to niesamowite drzewa – ekstremalnie odporne na występujące często w Kaliforni trzęsienia ziemi i pożary, wszelkiego rodzaju insekty czy też gnicie. Są to najwyższe drzewa żyjące obecnie na świecie!!! Potrafią dożyć wieku 2000 lat! Do swojej egzystencji potrzebują dużo wilgoci, co zapewnia im często występująca w tym rejonie nadoceaniczna mgła. Spotkać je można tylko w jednym miejscu na ziemi – w pasie nadoceanicznym ciągnącym się od okolic Big Sur w Kaliforni do południowego Oregonu. Polska nazwa tych drzew brzmi Sekwoja wieczniezielona, ale nie należy tu mylić jej z Sekwoją olbrzymią – Giant sequoia (Sequoiadendron giganteum), której to średnica może dochodzić nawet do 10 metrów, a wyjątkowo olbrzymie okazy możemy podziwiać w parkach narodowych Seqouia czy Yosemite. Niesamowicie zakręcona serpentynami droga, która prowadzi do miasta widma – Hales Grove, wymaga ciągłego skupienia i zachowania bardzo dużej ostrożności – przez co przejechanie 10 milowego kawałka trasy staje się bardzo wyczerpujące dla wszystkich. Znajdujemy się w środku mrocznego lasu, gdzie wszystkie domostwa dawnej osady są opuszczone i pozostawione same sobie….Ponieważ wszyscy rzucili się na łóżko na krótką drzemkę, postanawiam w samotności wybrać się na spenetrowanie okolicy.



Wchodzę do jakiegoś opuszczonego sypiącego się domu, delikatnie stąpając po trzeszczących spruchniałych deskach i sprawdzając stopą podłoże za każdym razem zanim postawię kolejny krok. Klimat w środku przypomina wystrój wnętrz z horrorów.

Stara maszyna do pisania leży na środku sparciałej podłogi, wszędzie wiekowe pajęczyny zwisające z obdrapanych ścian i stare porozrzucane zakurzone rupiecie.

Zdemolowana łazienka i kuchnia…. brakuje tylko jakiegoś strasznego dziada wymachującego zaostrzoną siekierą…:) Przed domem stoi stary zardzewiały pickup obrośnięty mchem idealnie wpasowywując się w otoczenie. Wychodząc z tego domu akurat nadjeżdża samochód i jego kierowca macha mi na powitanie…. co szczerze powiedziawszy powoduje, że ciarki przechodzą mi po plecach i oblewa zimny pot…..Przechodzę na drugą stronę drogi i tam również czeka na mnie kilka ruder i starych zardzewiałych aut pamiętających czasy prezydenta Kennediego.


Nikogo poza mną tu (chyba) nie ma…. Hales Grove to „ghost town” zaszyty głęboko w lesie, kryjący w sobie zapewne niejedną mroczną tajemnicę z przeszłości…. 😊.



Po dobudzeniu reszty brygady ruszamy dalej do następnej atrakcji na naszej trasie – Chandelier Tree. Jest to „drive thru tree” czyli redwoodowe drzewo w którym dla potrzeb turystycznych wydrążono otwór pozwalający na przejazd samochodu – niestety nie tak dużego gabarytowo jak RV.

Przejeżdżamy przez „bramkę” ($10/auto) i informujemy panią w okienku, że jakoże niezmieścimy się w tunelu to rezygnujemy z odwiedzin. Parkujemy zaraz za zakrętem by już pieszo podejść do atrakcji i pstryknąć kilka fotek. Nie jest to jedyna tego typu atrakcja w krainie wielkich drzew i spotkamy jeszcze kilka takich wydrążonych tuneli. Jadąc dalej wijącą się na wszystkie możliwe strony drogą wdłuż wznoszących się nad nami olbrzymimi drzewami dojeżdżamy do „World famous tree house”, (który jest niestety zamknięty dla zwiedzających….a mówiąc bardziej dosłownie zabity dechami). U podstawy drzewa w wydrążonej dziupli ktoś zrobił sobie małe mieszkanko, postawił obok sklep z upominkami i jeszcze kilka lat temu zapewne zarabiał na tej atrakcji duże pieniądze ….Teraz nic się tu nie dzieje….Wszystko pozamykane na 4 spusty, a jedyną atrakcją przyciągajacą uwagę jest stary zgracony pickup z wystawioną tabliczką na sprzedaż.

Jadąc dalej mijamy Confusion Hill Gravity House – czyli kolejną „pułapkę turystyczną”, chociaż można to też rozpatrywać jako punkt „must see” ze względu, że atrakcja ta jest już „zabytkową” i ma swoją długą historię. W 1949 roku został po raz pierwszy udostępniony dla publiki „gravity house” ($5/za osobę), czyli dom zbudowany w taki sposób, by dać nam iluzję, że gdy do niego wejdziemy grawitacja działa np. w bok. Jeździ tu też wąskotorowa kolejka (Mountain Train Ride), która podczas 30 minutowej wycieczki ($10 za osobę) przewozi turystów na wzgórze i z powrotem pozakręcaną trasą wśród drzew. Mijamy następnie One Log House (też zamknięty)…

i stojący obok niego stary zdezelowany kabriolet przywalony kłodą drzewa.


Obiekt ten został zapewne przywieziony tu z miejsca jakiegoś tragicznego wypadku…. Wjeżdżamy do Richardson Grove State Park ($8/auto). Visitor Center jest zamknięty we wtorki, a niestety akurat dziś jest wtorek… Zatrzymujemy się więc na wyludnionym parkingu przed budynkiem i zaczynamy spacer krótkim szlakiem – pętelką – Grove Natural trail (0,1 mili) pomiędzy wielkoludami – redwoodami (Sequoia sempervirens).

Tak jak pisałam wcześniej redwoods są najwyższymi żyjącymi obecnie drzewami na świecie (rekordziści dochodzą do ponad 120 metrów wysokości) i są poprostu niezniszczalne – odporne na ogień, powodzie czy insekty. Nad rzeką Eel w miejscu oznaczonym na mapie parkowej jako „swim beach” robimy sobie krótki odpoczynek od upału, spacerując po przyjemnie ochładzającej, wolno płynącej rzece. Jest to świetna miejscówka na piknik w taką pogodę jak dzisiaj, ale o dziwo poza nami jest tu tylko 3 osobowa grupka relaksująca się na plaży. Po tym „ożeźwiającym” odpoczynku wjeżdżamy na najbardziej w tym rejonie widowiskową drogę – Avenue of Giants (długość 32 mile). Pierwszą atrakcją jest tutaj „Living Chimney tree” gdzie przez otwarte drzwi wchodzimy do pokoiku wydrążonego w środku drzewa. Jest to miejsce jak z bajki o Babie Jadze – mroczne i tajemnicze… brakuje tylko porozwieszanych dookoła lukrowanych pierników. Późnym popołudniem wjeżdżamy do Humbolt Redwoods State Park (wjazd bezpłatny). Światło ledwo już przedziera się przez olbrzymie korony drzew. Wybieramy do przejścia szlak Gould Grove Nature loop/Nature Trail (długość 0,6 mili), który prowadzi nas pętelką pośród tych wiekowych wielkoludów.




Dzieciaki wskakują na powalone pnie drzew czasami penetrując wypalone ich środki, robiąc sobie w lesie naturalny plac zabaw. Zajeżdżamy następnie do California Federation of Women’s Grove wąziutką jednopasmową drogą prowadzącą nas do polanki nad rzeką. Na tej polance stoi kamienny kominek, są metalowe grile i dużo stolików piknikowych umiejscowionych tuż nad urwiskiem, przed którym chroni nas tylko pomarańczowy plastikowy prowizoryczny płotek. Na tablicy ogłoszeń widzimy ostrzeżenie przez niedźwiedziami. Czyli znajdujemy się generalnie na obszarze małoprzyjaznym dla dzieci….. Robimy szybko grilowaną kiełbaskę na kolację i zbieramy manatki bo jest już prawie ciemno. Przebijamy się przez las z powrotem do głównej drogi i skręcamy w lewo (na północ). Nocleg organizujemy według wskazań pana wolontariusza (spotkanego przy Visitor Center 2 godziny wcześniej). Zjeżdżamy nad rzekę Eel River zjazd zaraz za rest area (na wschód) szutrową drogą do Dyerville River Bar Access (mniej więcej w miejscu gdzie South Fork Eel River wpada do Eel river). Widać tu miejsca po rozbijanych wcześniej namiotach, a więc nie tylko my tu nocujemy. Kilka innych aut też w międzyczasie przyjeżdża – chociaż nie do końca wiadomo czy to rybacy czy turyści szukający bezpłatnego noclegu.
Dzień 8
Rano wracamy jeszcze na chwilkę do Humbolt State Park (jedziemy na południe) i wędrujem szlakiem Founders Grove Loop (długość 0,6 mili).



W 1991 roku ważące 1 mln ton drzewo o długości 113 metrów (nazwane Dyerville Giant) przewróciło się wytwarzając uderzeniem odczuwalne przez sejsmografy trzęsienie ziemi. Według naukowców uderzenie to było równe wadze 747 jumbojetów. Dyerville Gint miał ponad 1600 lat.

Spacerek jest bardzo przyjemny po praktycznie płaskim terenie, a ścieżka poprowadzona jest pomiędzy wieloma innymi zwalonymi drzewami.


Humbolt Park szczyci się posiadaniem 100 (ze 137) najwyższych redwoodowych drzew w USA!. Jadąc dalej na północ mijamy Erternal Tree House (wyskakujemy na chwilkę by zajrzeć do jego środka). Nic tu się generalnie nie dzieje, poza stojącym niedaleko fotogenicznym niebieskim samochodem z lat 50-tych oraz ruderą sklepu😊.



W Rio Dell skręcamy w Blueslide Road, która w początkowym odcinku jest bardzo złej jakości. Jedziemy nad „bluffem” (nazwa drogi zamienia się również w Bluff Road😊), przez farmy „produkujące” organiczne mleko, mijając zaniedbane stare wiktoriańskie domy, należące niegdyś do magnatów biznesu mleczarskiego. Malowniczo i sielankowo… krowy pasą się swobodnie na łące ….co jest oczywiście przyjemnym widokiem. Jeszcze przed wjazdem do Ferdale zatrzymujemy się w niecce otoczonej lasem przy malowniczo położonym cmentarzu (z 1868 roku).

Jego kontynuacją (0,5 mili dalej) jest położony na wzgórzu cmentarz, umiejscowiony przy starym czerwonym kościele…. który kościołem już nie jest, a jego wnętrze zajmuje obecnie firma Ferndale Music Company and the Old Steeple. Do odwiedzenia tego miasteczka namawiam wszystkich, którzy bedą w okolicy, a najciekawsze architektonicznie budynki to Victorian Inn (400 Ocean Ave), Gingerbread Mansion (400 Berding Street) i Shaw House (703 Main street).



Najbardziej rozsądną opcją by „złapać” klimat miasta jest oczywiście spacer po jego centrum. My zaglądamy np. do Antique Store, gdzie właściciel (ku uciesze Basi) z wielkim zaangażowaniem pokazuje nam własnoręcznie wykonane domki dla lalek, prezentując ich wnętrza i każdy najdrobniejszy detal.



Przy głównej ulicy – Main Street akurat dzisiaj odbywa się zlot starych Ford’ów.


Ich kierowcy żywo dyskutują pomiędzy sobą i z przyjemnością opowiadając nam historie swoich „skarbów”, pozwalają dzieciakom wejść do ich środka.





Warto zaznaczyć, że w Fernadale odbywają się corocznie (w Memoral weekend, czyli pod koniec maja) zawody (Humboldt Kinetic Grand Championship) wykonanych własnoręcznie pojazdów (napędzanych wyłącznie siłą mięśni). W miasteczku Eureka, do którego następne zajeżdżamy znajduje się Kinetic Museum (czynne niestety tylko od piątku do niedzieli w dziwnych godzinach 2.13pm – do 6.32pm 😊), gdzie można poszerzyć swoją wiedzę i zaspokoić ciekawość na temat na temat tychże pojazdów. W Eureka koniecznie trzeba zobaczyć Carson Mansion (143 M street),

Pink lady (Wedding) Mansion (202 M street),

i Carter House (301 L Street).

Bardzo dużo wiktoriańskich budynków stoi też przy Hinsdale Street. Przez przypadek przechodzimy obok „zabitego dechami” już baru (Jim Dunn’s Cosmopolitan Bar), gdzie w 1992 roku Uma Turman i Andy Garcia grali tu sceny do fimu pt. „Jennifer 8”.


Podsumowując Eureka jest bardzo klimatycznym miejscem i na pewno godnym polecenia.


Opuszczamy Eurekę przejeżdżając przez jej portowe dzielnice.

Omijamy szerokim łukiem natomiast miasteczko Arcata, które można określić jednoznacznie jako miasto pijanych włóczęgów, dyskwalifikujące jego klimat ze względu chociażby na bezpieczeństwo. Wjeżdżamy w pełną super widoków Trinidad Scenic Drive (są tu bardzo strome zejścia na na plaże),

i zatrzymujemy się przy petardzie dnia dzisiejszego – Trinidad Head Trail. Szlak (długość 1,7 mili) prowadzi dookoła cypla.


Idziemy tunelem „zbudowanym”z bardzo wysokich i bardzo gęstych krzaków chroniących nas przed porywistym wiatrem.

Wysokość tych krzaków znacznie przewyższa 2 metry, ale na szczęście są też poprowadzone liczne zejścia by umożliwić spacerującym widoki na ocean.


Na niektórych z tych miejsc ustawione są ławeczki, gdzie można usiąść i w spokoju kontemplować piękno przyrody. Schodząc ze szlaku rozdzielamy się – Mundi idzie z dziećmi na molo,


a ja na zbliżający się zachód słońca na plażę Trinidad State Beach.


Są tu piękne skałki, zatopione częściowo w oceanie, a nad plażą wznosi się spory kliff, z którego szczytu „szczęściarze” oglądają zachód z okien swych domów. Wyraźnie daje się już zauważyć przypływ, bo na wybraną przeze mnie miejscówkę co chwila wlewa się coraz większa masa wody. Pomimo, że miejsce jest niezmiernie urokliwe i tak łatwo dostępne z głównej drogi widzę tu tylko kilku turystów.




Po zachodzie wyjeżdżamy na „rest area” (jedyna rest area na drodze nr 101 od San Francisco i do tego bardzo niewielka), gdzie organizujemy sobie nocleg.
Dzień 9
Rano odkrywamy, że obok nas (na „rest area”) jest (bezpłatny) dump station, więc uzupełniamy poziom wody w zbiorniku w naszym kamperze. Podjeżdżamy do wjazdu do Patricks Point State Park ($10/auto), ale postanawiamy zaparkować przed nim i zejść na plażę „dziką” ścieżką. Parkujemy obok lokalnie wyglądającego pickupa przy tablicy informacyjnej z wypisanymi nazwami firm znajdujących się w okolicy.

Wąska ścieżka (zaznaczona na niebiesko na mapie) wychodzi stąd prosto do kempingu, prowadząc wzdłuż rozwieszonej wysoko nad nami lini wysokiego napięcia. Idąc nią kierujemy się generalnie zawsze w lewo (na rozgałęzieniach), wychodząc przez gęste i wysokie zarośla bezpośrednio na miejsce kempingowe nr 109. Do szybszego pokonania tych gęsto porośniętych zarośli przydała by się nam szczerze mówiąc maczeta. I z tego właśnie miejsca mamy już „z górki” na Agate Beach – przecudowną malowniczą plażę ograniczoną bardzo wysokimi klifami.

Zejście na nią jest strome i pozakręcane.


Bardzo wysokie fale umiemożliwiają kąpiel w tym miejscu, zresztą nie sądzę by znalazł by się jakiś śmiałek, przy temperaturze powietrza poniżej 15°C, (a wody zapewne około 5°C).

Nasze dzieciaki już po 2 minutach są oczywiście całe przemoczone, bo znowu zaczęły zwiedzanie plaży od gonitwy za falami.


Spacerujemy chwilę po piasku praktycznie w samotności.

Jakiś wracający ze przechadzki pan wręcza nam kilka agatów, które znalazł spacerując ze swoim psem (nam niestety samodzielnie nie udaje się znaleść żadnego ☹). Po prowizorycznym osuszeniu naszych młodych gniewnych powoli wspinamy się stromą ścieżką powadzącą do kempingu, z którego znowu przedzieramy się przez krzaczory i gęste zarośla do naszego zaparkowanego przy drodze kampera.

Tak przy okazji dzięki naszemu „mykowi” zaoszczędzamy $10. Wjeżdżamy na chwilę do Big Lagoon County park ($5/auto), gdzie wielkie skłębione fale i wszędzie poustawiane znaki informują o kategorycznym zakazie kąpieli. Podobna sytuacja ma miejsce w kolejnym parku – Dry Lagoon, gdzie również olbrzymie fale odstraszają od chociażby spaceru po plaży.

Zatrzymujemy się przy Stone Lagoon Visitor Center, bardzo malutkiej informacji turystycznej oferującej wynajem kajaków ($30/za godzinę). Kajakowanie rekomendowane jest oczywiście po spokojnej zatoczce (widocznej na zdjęciu powyżej), a nie oceanie…..My jednak nie dajemy się namówić na tą przyjemność. Zatrzymujemy się następnie na wielkim parkingu przy Thomas Kuchel Visitor center (Redwood National and State Park Info Center). Janek dostaje kolejną do swojej kolekcji odznakę rangera, po wykonaniu oczywiście ćwiczeń w zeszycie parkowym (Ranger Junior Program). Visitor Center jest upchane turystami i trzeba cierpliwie czekać na swoją kolejkę około 15 minut…. Tu dowiadujemy się, że nie musimy płacić za wjazd do parku Praire Creek Redwood State Park (nasz National Parks pass pokrywa tą opłatę), gdzie zamierzamy się udać w celu przejścia szlaku PETARDY – Fern Canyon trail. Szlak jest znany przede wszystkim, z tego, że ściany kanionu, po którym się spaceruje (brodząc w wodzie) porośnięte są paprociami od samej góry do dołu (15 metrów wysokości). Steven Spielberg wykorzystał to miejsce do nakręcenia scen do filmu Park Jurajski 2. Po opuszczeniu Visitor Center jeszcze przed wjazdem na Davidson Road (prowadzącą do Fern Canyon trail) zatrzymujemy się przy Elk Meadows, gdzie spokojnie skubie sobie trawę stado 30 jelonków.



Davidson Road prowadzi nas pomiędzy wysokimi i gęsto rosnącymi redwoodami i jest bardzo mroczną, ale spektakularną drogą…. Po wyjechaniu z lasu zatrzymujemy się przy małej budce, gdzie rangerka pobiera opłatę za wjazd do parku stanowego. My pokazujemy National Park Pass i jedziemy dalej (Beach Road) zatrzymani następnie przez stado 5 wielkich jeleni (Roosevelt Elk). Są to największe jelenie występujące w Północnej Ameryce – ich wysokość dochodzi do 3 metrów, a ważyć mogą nawet 500 kg. Następna przeszkoda, którą musimy pokonać to rzeka, która przepływa przez naszą drogę.


Część aut – przeważnie osobowych parkuje tutaj, ale nasz kamper zdecydowanie nadaje się do pokonania tej przeszkody. Z wielkim pędem wjeżdżamy w wodę i w ciągu 2 sekund jesteśmy już na drugim brzegu (za nami przejeżdża ford focus… więc osobówka też spokojnie da radę).

Parkujemy na dość obszernym parkingu (jest WC) i ścieżką wychodzącą z jego północnej części idziemy (wyposażeni w croksy) w kierunku Fern Canyon. Po dotarciu do Home Creek zamieniamy buty na croksy i właśnie tym strumieniem podążamy w jego głąb, czując się jak dinozaury 😊 otoczeni pionowymi ścianami porośniętymi gęstymi paprociami.



Co chwilę musimy pokonywać jakąś przeszkodę w postaci kłody drzewa czasami pokaźnych rozmiarów… lub zanużać się po kolana w lodowatej wodzie. Szlak jak pierwotnie przypuszczaliśmy miał poprowadzić nas „pętelką”…. ale my zapędziliśmy się o wiele za daleko…. i chociaż w końcu znaleźliśmy ukryte w zaroślach schody, to zamiast 1 mili, przeszliśmy (nadrabiając) najprawdopodobniej 2 razy tyle. A zorientowaliśmy się dopiero w momencie, kiedy to już doszliśmy do miejsca, skąd dalej iść się poprostu nie dało (ze względu na zarośla i znaczną głębokość wody)…. i musieliśmy zawrócić szukając w drodze powrotnej schodków … które oczywiście znaleźliśmy…. Pnąc się po tych schodach wchodzimy na górę kanionu i wędrujemy jego zboczem, aż w końcu znowu schodzimy do strumienia i wracamy tą samą ścieżką do auta.

Generalnie polecam zabranie tylko croksów, bo i tak większość drogi pokonuje się idąc rzeką. Wracając tą samą szutrową trasą w kierunku 101-ki zatrzymujemy się jeszcze na parkingu przed kempingiem Gold Bluffs Beach ($35/noc), gdzie bezpłatnie można skorzystać z cudownie orzeźwiającego prysznica. My co prawda mamy go w kamperze, ale jego gabaryty są co najwyżej wystarczające dla krasnoludków… Mam na myśli to, że chcąc wykąpać dziecko w kamperowej łazience trzeba się nieźle pogimnastykować stercząc przy otwartych do niej drzwiach 😊. Tu bynajmniej możemy porządnie się wypucować od stóp do głów, nie martwiąc się, że może zabraknąć nam wody.

Wracając zatrzymuje nas znowu stado jeleni, które idąc wdłuż drogi, przecina ją następnie tuż przed naszym kamperem.



Po dotarciu Davidson Road do 101-ki kierujemy się na północ i następnie dosłownie po przejechaniu 1,5 mili skręcamy w lewo na Newton B. Druhy Scenic Parkway, gdzie generalnie korzystamy z 2 szlaków – pierwszy prowadzi nas do Big Tree (długość 0.1 mili).




My spacerujemy jakąś dłuższą jego wersją, parkując przy drodze trochę za daleko na północ. Szlak jest doskonałym miejscem do nakręcenia jakiegoś przerażającego horroru…. wielkie redwoodowe drzewa i totalny półmrok nadają niepowtarzalnego klimatu grozy.

Zatrzymujemy się następnie przy wyjściu na szlak Ah Pah Interpretive trail.


Wszystko na początku idzie jak iść powinno… Spacerując szeroką ścieżką mijamy tablice informacyjne dotyczące lokalnej flory i fauny…. następnie ścieżka stopniowo zaczyna zanikać…. prowadząc nas do jakiegoś podmokniętego kanionu, skąd dalej iść się już nie da bez pomocy maczety i kaloszy. Próbujemy innej możliwości, ale przy kolejnym rozgałęzieniu prowadzącym nie wiadomo gdzie, dajemy sobie spokój i wracamy tą samą drogą do auta.

Zapewne pochodzilibyśmy dłużej i znaleźlibyśmy wyjście, ale powoli zapadała już noc i w lesie było już całkiem ciemno. Mimo niepowodzeń szlak, a w zasadzie jego przebyta przez nas część, była bardzo przyjemna. Szybko wyjeżdżamy na punkt widokowy Klamath River Overlook by złapać ostatnie promienie słońca chowającego się za horyzont. Przy wjeżdzie na Requa Road jest znak informujący, że kampery i samochody z przyczepkami są nierekomendowane…. ale przy naszych „minimalnych” gabarytach nie widzimy żadnych przeszkód i oczywiście wjeżdżamy bez problemu.

Nocleg zaczynamy od widoku na zachodzące na czerwono słońce.
Pomimo ustawionego tu znaku, że przebywanie po zmroku jest zabronione, nikt nam nie przeszkadza i nikt nas stąd nie wygania. „Śpią” z nami jeszcze 2 inne smochody.
Dzień 10
Budzimy się otoczeni gęstą mgłą, dzięki której wszystkie widoki z tego miejsca stają się „niewidzialne”. Zjeżdżamy do 101-ki, jedąc następnie przez rezerwat indiański. Dojeżdżamy do Trees of Mystery – komercyjnej pułapki turystycznej.

Piętnastometrowy gipsowy posąg legendarnego drwala Paula Buyana z niewiele mniejszym od niego wołem (Babe the Blue Ox) zaprasza (dosłownie …nawołując przez megafon) do odwiedzenia muzeum i ścieżki prowadzącej przez redwoody (jakbyśmy mieli ich mało przez ostatnie kilka dni😊) oraz skorzystanie z przejeżdżki kolejką linową wznoszącą się ponad wyższymi partiami drzew (wstęp $18/$9 dzieci, czynne od 8am do 5.30pm). My z przyczyn oczywistych z tej atrakcji nie korzystamy – interesuje nas natomiast perełka tego regionu – Hidden Beach. Pan ze sklepu z pamiątkami pokazuje nam wyjście na szlak, którego nie możemy znaleść. Na północ od motelu położonego po przeciwnej stronie Trees of Mystery znajdujemy tabliczkę informującą, że do „Ukrytej Plaży” prowadzi 0,5 milowa ścieżka, (zaparkować auto trzeba po przeciwnej stronie). Przechodzimy omszony drewniany mostek w stanie rozsypu…….



i później szeroką ścieżką dochodzimy do plaży, która przez cały czas na niej przebywania należy tylko do nas!


Najlepiej przybyć tu podczas odpływu, wtedy możemy zobaczyć całą gamę morskiego życia dostępną na wyciągnięcie ręki.

My spotykamy kraby i rozgwiazdy przyklejone do skał, małże oraz liczne zielone ukwiały.

Poranna bryza uprzyjemnia nam pobyt.


Na plaży rozrzucone są olbrzymie ilości wypolerowanego przez wodę drewna (dryftwood). Widzimy też ślady kraba, które przypominają ślad opony rowerowej.

Zauroczyła nas ta plaża i bardzo, ale to bardzo odwiedzenie jej polecam!


Jedziemy dalej na północ mijając Wilson Creek Bridge. Wjeżdżamy na Crescent City overlook skąd widoki mamy naprawdę przepiękne.


Droga prowadząca do szlaku Enderts Beach i Nickel Creek Campground (Enderts Beach Road) niestety jest zamknięta (zastawiona wielkim metalowym ogrodzeniem) z powodu „zerwania” tejże drogi…. szkoda bo szlak według opisu jaki mamy wydaje się być istną petardą…. Dojeżdżamy do miasta Crescent City i wybieramy najlepszy z możliwych plac zabaw (Beechfront park) żeby dzieciaki się trochę wyszalały. W międzyczasie gotujemy obiad by doładować baterie kaloryczne. W zatoce jest przepiękna latarnia morska (Battery Point Lighthouse), ale przypływ uniemożliwia nam dojście do niej…

Jadąc dalej na północ przejeżdząmy przez indiański rezerwat, gdzie tankujemy po bardzo atrakcyjnej cenie ($3,17/galon). Niedaleko stacji po przeciwnej stronie drogi jest tani Indiański prymitywny kemping Clifford Kamph Memorial Park ($15/noc). Żegnamy Kalifornię razem ze stadem leniwych krów……..

I …..wjeżdżamy do Oregonu, a na dzień dobry wita nas sklep sprzedający rekreacyjną marihuanę 😊!


Jeden skręt kosztuje tu $12 i jest opakowany w tekturowy zabezpieczający pojemniczek. Jak wiadomo marihuana jest powszechnie dostępna w uprawnionych do jej sprzedaży sklepikach w każdym mieście Oregonu od 2014 roku. Jednorazowo można nabyć dziennie do 1 uncji (28 gram) marihuany w tym samym sklepie. Trzeba mieć ukończone tylko 21 lat i kilkanaście dolarów w kieszeni. W ostatnim roku Oregon borykał się z bardzo dużymi nadwyżkami marihuany, co doprowadziło do znacznych spadków cen… podobno w niektórych miejscach można kupić skręta nawet i za $4. Podjeżdżamy następnie do Oregon Welcome Center – (Crissey Field Recreation Site) – olbrzymiego nowoczesnego Visitor Center, gdzie poza ulotkami, folderami i mapami jest również ciekawy tematyczny kącik dla dzieci, gdzie oczywiście od razu lądują nasze maluchy. Przejeżdżamy następnie przez Brookings i zatrzymujemy się w Harris Beach State Park (wjazd bezpłatny).

Jest to istna petarda widokowa! Świetna miejscówka zaurocza nas do tego stopnia, że wracamy tu później by celebrować zachód słońca. Jedziemy dalej wdłuż wybrzeża i zatrzymujemy się w punktach widokowych leżących na terenie Samuel H. Boardman State Scenic Corridor. Pierwszy z nich to Lone Ranch Beach.


Następnie Cape Ferrelo Viewpoint, gdzie samotnie na ochotnika pokonuję szlak (długość 1 mila) dający mi szansę ujrzeć malowniczą zatokę oświetloną miękkim południowym słońcem…… widoki urywają dosłownie szczękę.

Wyjście na szlak jest bezpośrednio z parkingu prowadząc od zawietrznej strony, gdzie mimo tego wiatr jest bardzo odczuwalny……Na otwartej przestrzeni już trudno utrzymać równowagę, a po północnej stronie w ogóle nie da się iść. Staje się to o tyle niebezpieczne, że idąc ponad klifem po lewej stronie graniczę z przepaścią. W House Rock Viewpoint spotykamy autostopowicza a Anglii, zmierzającego do Kanady, który właśnie roskłada namiot na punkcie widokowym i z którym chwilkę rozmawiamy na temat podróżowania. W tym miejscu postanawiamy zawrócić do Harris Beach State Park na zachód słońca.


Niestety zachód nie jest może zbyt spektakularny…. ale przynajmniej spędzamy go w cudownym otoczeniu malowniczych skałek. Na nocleg udajemy się na położoną na przeciwko parku rest area.
Dzień 11
Dzień zaczynamy od śniadania z widokiem na malowniczą plażę w Harris Beach State Park, (na którego otwarcie musimy czekać aż do 7am…..).

Jedziemy do punktu na którym wczoraj skończyliśmy zatrzymując się kolejno w Whale Shead Viewpoint i Whaleshead Picnic Area. Przejeżdżamy przez najwyższy most wybrzeżu Oregońskim (Thomas Creek Bridge – 105 metrów wysokości) i zatrzymujemy się na parkingu prowadzącym do Natural Bridges.

Wychodzą stąd 2 szlaki. Jeden prowadzi do drewnianego pomostu widokowego (od strony południowej). Za platformą widokową jest ścieżka, która też gdzieś prowadzi…. ale tego już niesprawdzamy. Od strony północnej wychodzi szlak prowadzący na wejście na ten „natural bridge”, gdzie początkowo idziemy razem, ale w momencie, gdy ścieżka zdecydowanie nie nadaje się pod względem bezpieczeństwa dla dzieci, ja z dziećmi zawracam. Mundi idzie na skałki, a my robimy mu zdjęcie z drewnianego pomostu. Następne miejsce, gdzie się zatrzymujemy to Thunder Rock Cave. Szlak stąd wychodzący miał zaprowadzić nas do Secret Beach, a przez pomyłkę podążyliśmy Loop trail, i zaczęliśmy się gubić…. wracając w końcu do parkingu. W dodatku rozdzieliliśmy się po połowie i w plątaninie szlaków zgubilismy się nawzajem, nie osiagając celu……Kolejny przystanek to Arch Rock picknic area, który wita nas ostrzeżeniem przed trującym dębem (poison oak). Jest to prościutki szlak wzdłuż metalowego płotu z widokami na skałki zatopione w oceanie.

Widoki są częściowo zasłonięte drzewami…

Następnie zatrzymujemy się kolejno w kilku punktach przy drodze – Pistol River View Point North (gdzie dzieciaki szaleją na wydmach, porośniętych wysokimi trawami),



Ariya’s Beach…..


oraz Cape Sebastian Viepoint.

Przy Gold Beach Visitor Center zatrzymujemy się już na dłużej urządzając sobie piknik. Dzieciaki szaleją na placu zabaw (składającego się ze starej łajby rybackiej i 1 pordzewiałej huśtawki). Wieje tak okrutnie, że nawet nie wychodzimy na plażę. Łeb poprostu urywa!!! Kolejna miejscówka to Sisters Rocks State Park – polecam jako superłatwy szlak z pięknymi widokami.



Jedyną przeszkodą jest porywisty wiatr, który nie daje za wygraną i męczy nas nieprzerwanie od kilku dni. Dochodzimy do wielkich skał zatopionych w oceanie. W jednej z nich wyrzłobiona jest jaskinia, do której ostrożnie zaglądamy od góry patrząc na walące z wielką siłą o jej dno fale.

Następnie schodzimy na plażę od zawietrznej strony (południowej) i tu bawimy się w poszukiwaczy skarbów.


Znajdują się tu resztki wraku statku, co daje nam dużą szansę na odnalezienie czegoś wartościowego!!! Znajdujemy jakiś przedmiot przypominający trochę piracką skrzynię skarbów….trochę wyobraźni i dzieciaki szaleją z radości!!!!

Po zakończeniu misji wdrapujemy się z powrotem na górę i trzymając się mocno za ręce (by nie porwał nas wicher) wracamy do kampera, podziwiając po drodze kwitnące na kolorowo kwiaty. Później zjeżdżamy na Arizona Beach (zjeżdża się z głównej drogi na „day use area”) ale nie ma tu w zasadzie nic specjalnego. Kolejną ciekawą miejscówką jest Battle Rock Wayside Visitor Center. Parkujemy na obszernym parkingu i ja jako ochotnik wdrapuję się na Battle Rock (dojście możliwe jest tylko podczas odpływu). Pełno tu rozrzuconego dryftwood’u na plaży. Z Battle Rock widać „suchy port” w Port Orford, gdzie dźwig wyciąga statki z wody, a następnie naprowadza je na przyczepkę na kołach by móc ustawić potem w rzędzie na parkingu portowym. Później do tego portu zajeżdżamy i obserwujemy to widowisko z bliska.


W lokalnej portowej restauracji (Griff’s On The Dock) kupujemy kawałek wędzonego dorsza – pycha ($10/funt). Drogą Port Orford hwy wjeżdżamy do Lifeboat Station museum (Port Orford Heads State Park). Museum jest już zamknięte więc zaglądamy tylko przez okna do środka. Na zewnątrz stoi zabytkowa łódka ratownicza. Jedyną opcją jaka nam tu zostaje jest króciutki szlak Cove trail (długość 0,35 mili) prowadzący nas do punktu widokowego na zatokę, gdzie z góry były spuszczane łódki ratownicze w przypadkach zagrożenia.

Przed wyjazdem z miasta sprzedajemy jeszcze plastikowe butelki w automacie w lokalnym spożywczaku. Naprawdę zadziwiający jest fakt, że butelka kosztuje drożej niż wlana do niej woda…. (W Costco cena 1 butelki wody to $0,08 przy czym koszt butelki to $0,10). Przez pola żurawinowe docieramy do Bandon – ostatniego miejsca, jakie odwiedzamy na wybrzeżu Oregońskim. Warto wspomnieć, że żurawina uprawiana jest w okolicach Bandon od 130 lat i stanowi 5% wszystkich upraw w Stanach, dostarczając na rynek rocznie 15 tysięcy ton tych owoców. Wjeżdżamy w Beach Loop i mijając Devils Kitchen (parking z WC) dojedżamy do Face Rock (parking z WC). To będzie nasza baza na oglądanie zachodu słońca. Wystarczy sobie wygooglować Wizard i Dogs Rock, żeby zobaczyć dlaczego miejsce to tak bardzo przyciąga swoim pięknem podróżników z całego świata.

Dla mnie osobiście to 1 z najpiękniejszych miejsc na wybrzeżu Pacyfiku. Po spektaklu zachodzącego słońca postanawiamy, że zostajemy tu na noc, by również móc podziwiać jego wschód.

Dzień 12
Pomimo zakazu przebywania tu po zmroku noc przebiegła nam spokojnie i nikt nam nie przeszkadzał. Zaraz po przebudzeniu spoglądamy na pogrążone w poranne mgle skałki i

zaczynamy dzień nietypowo od wizyty w pralni miejskiej … bo liczba naszych czystych ubrań znacznie się skurczyła i trzeba było rozwiązać ten problem w jedyny możliwy sposób. Nazbierały się 2 wielkie pralki ubrań ($2,75 pralka, płyn $1, suszenie w wielkiej suszarce gdzie mieści się objętość 2 pralek $1,50). Pralnie miejskie posiadają zawsze automaty do rozmieniania banknotów na „quoters” i jednorazowe saszetki płynu do prania (do kupienia). Są duże stoły do składania ubrań i wózki żeby je przewozić z suszarek na te stoły. Generalnie jest to miejsce, gdzie spotykają się miejscowi, żeby sobie poplotkować…. no i przy okazji do tych plotek wciągnąć przybyszy z innych krain😊. Zakończywszy proces pralniczy udajemy się w bardzo szybkim tempie do Conquille Point, gdzie schodzimy na plażę i spacerujemy do okolic Face Rock.





O godzinie 10 rano lokalny artysta Denny Dyke z pomocnikami namalował, a w zasadzie „wyrzeźbił” w piasku labirynty – Circles In The Sand.




Uśmiechnięta pani przy „wejściu” do tegoż labiryntu rozdaje kolorowe kamyki „na szczęście”. Super jest to, że mnóstwo ludzi tym labiryntem spaceruje.

Pogoda jest w końcu świetna i przestało wiać. Jest tu tak cudownie i klimatycznie, że spędzamy tu ponad 2 godziny rozkoszując się każdą chwilą.

Po wysokich schodach wdrapujemy się następnie na parking przy Face Rock i jedziemy do naszej ulubionej restauracji na ryby i frytki (Bandon Fish Market– 249 1st Street SE). Tłumy oczekują tu na swoje „fish and chips” i wszystkie stoliki są zajęte.

Widać nie tylko my lubimy to miejsce😊. Do kotleta, a raczej w tym przypadku do ryby z frytkami przygrywają lokalni gitarzyści, wyśpiewując rockowe szlagiery. Z wypełnionymi brzuchami spacerujemy następnie po deptaku, którego barierki ozdobione są zalaminowanymi obrazkami namalowanymi przez dzieci z lokalnej szkoły. Wszystko dotyczy łososi – ich cyklu życiowego, ochrony i zagrożeń.

Super pomysł. Super klimat. Bandon to jedyne w swoim rodzaju nadoceaniczne miasteczko pełne jakiegoś trudnowytłumaczalnego czaru, który zawłądnął naszymi umysłami. Żeby na koniec troszkę sobie dosłodzić życie wchodzimy do „Cranberry Sweets and More”, gdzie do degustacji mamy ponad 15 różnych dziwnych słodyczy typu zielony popcorn czy przypudrowana żurawinowa galaretka.

Nie polecam objadania się tymi „smakołykami” bo bardzo boli po nich brzuch….. Zaglądamy następnie do Washed Ashore Gallery & Workshop (325 2nd Street SE, czynne od 12pm do 5pm w czwartki, piątki i soboty). Lokalni artyści tworzą tu z odpadów znalezionych na plaży prawdziwe dzieła sztuki. Rok temu gdy robiłam zdjęcie wielkiej czerwonej rybie przed galerią, myślalam, że wykonana jest z kolorowych szkielek.

A prawda jest taka, że są to resztki starych opon i plastiku. Wszystkie składniki rzeźb przyniesione są z okolicznych plaż. Niestety zaglądamy tylko przez okno, bo galeria jest zamknięta.

Na zakończenie dnia udajemy się do Face Rock Creamery (101. E side of Bandon, czynne codziennie od 9 am do 7 pm), żeby poczęstować się próbkami produkowanego tu sera…

…..i zaserwować przeogromną porcję lodów ($4.25), którymi najadają się 4 osoby.

Tankujemy za gotówkę po bardzo korzystnej cenie ($3,19/galon) i wyruszamy na wschód (Coquille Bandon Road), mijając po drodze kosmicznie wyglądający samochód.


Skręcamy w Powers hwy (242) na południe i za chwilę zatrzymujemy się przy dość nietypowej „atrakcji”– zdechły kojot rozwieszony jest na płocie tuż obok znaku „No tresspassing”☹.

Mijamy liczne zjazdy do rzeki, gdzie można sobie piknikować, i gdzie robią to lokale, ale widok truchła wystraszył nas do tego stopnia, że chcemy się stąd jak najszybciej ewakuować i nie zawierać bynajmniej znajomości z okolicznymi mieszkańcami. Mijamy Powers i 6,5 mili dalej zatrzymujemy się po lewej stronie drogi, (w zatoczce) skąd wychodzi krótki szlak prowadzący do bardzo spektakularnego wodospadu Elk Creek Falls (0.4 mili).

Z tego samego miejsca wychodzi szlak (Big Tree trail) prowadzący do wielkiego cedarowego drzewa mierzącego aż 70 metrów wysokości (długość szlaku 2 mile). Przy wodospadzie rozdzielamy się, bo robienie zdjęć na „długi czas” zawsze zajmuje mi dłuższą chwilę😊.


Mundi z dziećmi idzie w stronę wielkiego drzewa. Po 15 minutach wyruszam i ja – idąc za nimi tym samym szlakiem…. stromo…. pionowo w górę. Od razu nadmieniam, że szlak jest zdecydowanie nie dla dzieci. Ja ledwo dysze po każdym stawianym kroku. Nie mogę sobie wyobrazić jak Mundi z dziećmi mógł tak szybko przejść tą trasę. Krzyczę i nawołuję głośno…. ale odzewu nie ma. W końcu po półgodzinnych nawoływaniach i „mordeńczej” wspinaczce zawracam do auta w przekonaniu, że zgubiłam szlak. Rozglądam się na boki ale nie widzę żadnych rozgałęzień, które stwarzałyby jakąkolwiek możliwość pójścia inną drogą. Już przez głowę przechodzą mi czarne myśli, że może porwał ich jakiś szalony leśny dziad …. bo przecież czas jaki spędziłam na robieniu zdjęć wodospadowi w końcu nie był aż tak długi. Dzieliło nas może 20 minut, a ja naprawdę szłam szybko i nie mogłam zgubić ścieżki. Czekam więc zamknięta w aucie…. przy drodze, którą kompletnie nikt nie jeździ. W końcu po godzinie towarzystwo wraca umęczone ledwo powlecząc nogami. Wielki szacun dla dzieci za przejście tak trudnego szlaku. Jedziemy następnie bezpośrednio na kemping Myrtle Grove campground (bezpłatny!) na drodze nr 33, by już nienadwyrężać cierpliwości naszych dzieci kolejnym szlakiem. W Powers Ranger District (Rogue River – Siskiyou National Forest) znajduje się 10 kempingów z czego 7 jest bezpłatnych.

Kempingują tu tylko 2 lokalne drużyny zajmując 3 miejsca (z 5 dostępnych).

Wybieramy naszym zdaniem najlepszą z pozostałych miejscówkę, ulokowaną bezpośrednio nad rzeką i rozpalamy wielkie ognicho. Zachęceni szumem rzeki podążamy w jej kierunku …ale woda okazuje się zdecydowanie zbyt zimna na kąpiel. Wracamy więc i raczymy się kiełbaskami prosto z ogniska, a kąpiel robimy sobie pod prysznicem w kamperze.
Dzień 13
Wyruszamy trasą nr 33 mijając kempingi Daphne Grove and Island. Sręcamy na wschód w drogę 3348 i następnie parkujemy „na bardzo skromnym” poboczu….gdzie w zasadzie jest miejsce tylko na naszego kampera. Wędrujemy średnio-trudnym szlakiem do Conquille River Falls (długość 1 mila). Szlak jest zapewne słabo uczęszczany i rzadko „reperowany” bo wielokrotnie musimy przedzierać się przez powalone drzewa. Najpierw schodzimy stromo w dół, i oczywiście wracająć musimy się trochę powspinać.


Wodospad jest bardzo spektakularny „ulokowany” wśród paproci i innej gęstej roślinności. Jest tu duża wilgotność, co jest bezpośrednio związane z niewielką odległością od oceanu. Po tej krótkiej wycieczce jedziemy bardzo wąską drogą (3348), mijając wyludnione kempingi Lockhart i Peacock i jadąc wdłuż rzeki South Fork w okolicy której spotykamy wielkiego orła bielika…

i stado minikaczuszek oraz rysia, który przebiega nam drogę. I to w zasadzie były jedyne „postaci”, które mijamy na całej tej trasie. Nikt tędy nie jeździ, nikt tu nie mieszka, czysta natura i my. Oddalając się od oceanu klimat robi się znacznie bardziej suchy, chociaż jeszcze w niektórych partiach można spotkać rododendrony, charakterystyczne dla wilgotnego klimatu.

Wjeżdamy na ziemie BLM i zatrzymujemy się na chwilę na parkingu, skąd wychodzi 4 milowy (trudny) szlak na Mount Bolivar (1,316 m npm). Pożar w 2005 roku zniszczył tu olbrzymie połacie lasów, więc cała góra wygląda jak usypana z ziemi okrągła łysa kopuła. Jakoże jesteśmy już na ziemiach BLM (public lands) dozwolona jest tu masowa wycika drzew na skalę przemysłową, zaczynają jeździć olbrzymie ciężarówki zworzące drzewa do tartaków w miasteczku. Mijamy tory kolejowe w West Fork, gdzie ponad 100 lat temu chińscy robotnicy pracując w bardzo trudnych warunkach, zbudowali istny cud inżynieryjny jakim jest sieć tuneli i połączeń kolejowych w tak nieprzyjaznym górskim terenie. Dojeżdżamy do Glandale, gdzie kompletne nic się nie dzieje, i tylko liczne tartaki pokazują na jak wielką skalę odbywa się tu wycinka drzew.

Na słupach porozwieszane są ogłoszenia o pracy dla kierowców ciężarówek, których tu najwidoczniej brakuje. Swoją drogą nie ma zapewne wielu śmiałków, którzy po takich drogach chcieliby jeździć z dodatkową przyczepą, narażając życie na dosłownie każdym zakręcie. Wskakujemy na autostradę nr 5 (na południe), która prowadzi nas bezpośrednio do Grand Pass i komeryjnej atrakcji dnia dzisiejszego – studia ręcznie dmuchanego szkła połączonego z galerią (Glass Forge 501 SW G street, czynne 8am-5pm od poniedziałku do soboty).


Spotykamy tu bardzo miłych ludzi, którzy demonstrują nam cały proces powstawania szklanych dzbanków, bombek, biżuterii czy chociażby popielniczek.



Daję im 10 gwiazdek za obsługę klienta! Autostradą jedziemy dalej na wschód, zatrzymując się tylko na chwilkę przy Rusian Ortodox church.

I wjeżdżamy do Jacksonville Historic District, urządzając sobie szybki spacerek główną ulicą pełną stylowych budynków (z ulokowanymi w nich sklepikami, winiarniami i kawiarniami) pochodzących z połowy XIX wieku.




Miasteczko zostało założone przez poszukiwaczy złota, które odkryto na tym terenie w 1852 roku. Troszkę tu komercyjnie, ale klimat jest!



Jakoże dzieciaki są ekstremalnie zmęczone między innymi dzisiajszym upałem, podjeżdżamy do placu zabaw ze sprinklerami (w Medford), przy okazji dokarmiając się obiadem. Ze względu na niekomfortową sytuację szczególnie (dla mnie) spowodowaną mistrzostwami świata w piłce nożnej, nocleg musimy spędzić w granicach miasta, gdzie dostępny jest internet, by Mundi mógł sobie obejrzeć kilka mundialowych meczy. Śmierdzący parking na Pilot (truck stop) w Medford jest więc naszą bazą na cały wieczór i noc.
Dzień 14
Super kibic daje jednak się namówić na zmianę miejsca oglądania porannej transmisji na parking skąd wychodzi szlak Upper table Rock (długość 2,8 mili, uwaga trujący dąb – poison oak i grzechotniki!!!!). Jakoże idę sama pokonuję trasę w zawrotnym tempie 40 minut na szczyt, (20 minut na górze i 20 minut zejście). Szlak nie jest może petardą turystyczną, ale przesiadywanie na śmierdzącym truckstopie wykończyło już mnie psychicznie…. Z góry (z wulkanicznej mesy) roztaczają się widoki na okoliczne winiarnie co znacznie poprawia mój humor. Spotykam też tu bardzo dziwną roślinę, która wygląda jak ziemniak rosnący na dębie…. niestety nigdzie nie mogę znaleść informacji o jej nazwie.



Jedziemy dalej na północ drogą nr 62 wdłuż Rogue River do Prospect State Scenic Viewpoint (wjazd bezpłatny), gdzie po krótkim spacerze po lesie dochodzimy do Wodospadów Baar Creek falls i Mill Creek falls (widoczne tylko z daleka).

Podążamy dalej 62-ką w kierunku parku narodowego Crater Lake ($25/auto; bilet ważny przez 7 dni) wznosząc się coraz wyżej nad poziom morza.

Pierwszy punkt w parku to Cratel Lake Visitor Center, a w zasadzie slepik z pamiątkami oferujący bardzo mało informacji o samym parku. Janek dostaje tu zeszyt ćwiczeń do programu Junior Ranger, który okazuje się ekstremalnie trudny, doprowadzając oczywiście nas wszystkich do frustracji (przy jego wypełnianiu).

Jest to najbardziej skomplikowany zestaw pytań jaki kiedykolwiek rozwiązywaliśmy w programie Junior Ranger”☹. Tu dowiadujemy się, że 1 ze szlaków Watchman trail, którym mieliśmy wędrować jest zamknięty w powodu zalegającej na nim grubej pokrywy śnieżnej. Również łódki wycieczkowe na jeziorze jeszcze nie kursują…..Trochę to zaburza nasz pierwotnie przygotowany plan zwiedzania. Wjeżdżamy na górę na przeolbrzymi parking dla gości …..kawiarni i sklepu z upominkami. Wszyscy tu coś jedzą, piją i wyglądają jakby byli bardziej zainteresowani zakupem koszulki, breloczka czy frytek, niż otaczającą ich przyrodą. Jak się okazuje główne Visitor Center to malutka budka z bardzo skąpo przygotowanymi wystawami. Tak niesamowite miejsce z tak wielkimi zasobami dzikiej przyrody zostało zamienione w komercyjny, bezklimatyczny, pełen brzuchatych gości (ubranych we flip-flapy) park rozrywki. Po zaparkowaniu i bezskutecznej próbie zdobycia praktycznych informacji w gift shopie…. ruszamy na spacer wdłuż jeziora. Widoczność jest całkiem dobra (co nie zdaża się tu dość często).

Niebo i chmury odbijają się w tafli jeziora, ukazując jego niesamowity urok. Idziemy aż do Crater lake Lodge razem z tłumem innych turystów dzierżących w dłoniach tekturowe kubki z kawą. Rocznie odwiedza to miejsce ponad 650 tysięcy osób i oczywiście te odwiedziny obdywają się w większości w okresie letnim, mniej więcej od połowy czerwca do końca września. Opady śniegu notowane w parku to średnio 13 metrów w ciągu roku… i całkiem pokaźna ilość tego śniegu zalega nawet do połowy lipca.

Generalnie można powiedzieć, że przez 8 miesięcy w roku obszar ten zatopiony jest w śniegu. Geneza powstania jego jeziora związana jest z wybuchem wulkanu Montezuma (7,700 lat temu) w wyniku czego w utworzonym zapadniętym wierzchołku tegoż wulkanu powstało jezioro kalderowe, które możemy oglądać dzisiaj. Woda w jeziorze pochodzi tylko i wyłącznie z opadów śniegu i deszczu, a jezioro nie posiada żadnych dopływów ani odpływów w postaci rzek czy strumieni. Crater Lake jest najgłębszym jeziorem w Stanach Zjednoczonych (594 m), zajmując 9 miejsce pod tym wględem na świecie. Jest to całkiem spore jezioro – jego średnica to około 10 km i znajduje się na wysokości 2,100 – 2,400 m npm. Ruszamy West Rim Drive (od strony zachodniej) zatrzymując się na każdym punkcie widokowym.

Ze smutkiem obserwujemy Watchman’a, który rzeczywiście wydaje się nie do zdobycia, ze względu na olbrzymie pokłady leżącego śniegu….W ogóle jest bardzo dużo śniegu po stronie północnej. Służby parkowe naprawiają tu drogę wylewając nowy asfalt, który zapewne uległ zniszczeniu podczas mroźnej zimy. Dzisiaj jest 19 czerwiec, a tak naprawdę sezon jeszcze się tu nie zaczął.

Z Watchman Overlook obserwujemy wyspę Wizard Island (porośniętą 800 letnimi drzewami), gdzie można się dostać jedynie łódką wycieczkową, które niestety jeszcze nie kursują…..Żeby do tej łódki w ogóle dotrzeć trzeba zejść bardzo stromym szlakiem Cleetwood Cove trail umiejscowionym w północnej części parku (długość 1,1 mili). Dwugodzinny cruise (standard tour) kosztuje $40 od osoby dorosłej i $27 za dziecko. Następnym razem na pewno skorzystamy jeśli wycieczki będą dostępne bo naprawdę warto !!! Punkt widzenia z poziomu wody różni się bardzo od widoków które otrzymujemy z „rimu” i ukazuje jezioro w zupelnie innej odsłonie krajobrazowej.




Skręcamy w drogę Pinnacles Road, (skąd po przejechaniu 1 mili) bierzemy szlak na Plaikni Falls (długość 2 mile). Wodospad okazuje się prawdziwą krajobrazową petardą, a jedyną i naprawdę uprzykszającą przeszkodą są chmary komarów. Zakładamy długie spodnie i bluzki z długimi rękawami sprejując na siebie prawie cały pojemnik płynu przeciwmoskitowego!!! Krótki spacer (a w zasadzie trucht) staje się istną udreką… machamy i odganiamy wyjątkowo natrętne owady….. Po dojściu do wodospadu (wysokość 6 metrów) odczuwamy pewnego rodzaju ulgę…. Pod wpływem wiatru wytwarzanego przez walącą o skały wodę, ruch komarów staje się do zniesienia i można w spokoju nacieszyć się tym iście sielankowym widokiem rozlewającej się szerokim strumieniem wody w otoczeniu soczystej zieleni.



Jedziemy do końca Pinnacle Road i dosłowne biegniemy szlakiem wychodzącym z Pinnackles overlook do granicy parkowej. Tak naprawdę najładniejszy widok jest z punktu przy parkingu i nie ma potrzeby gnać po ścieżce, aż do końca.

Nam nie sprzyja aktualne położenie słońca i zdjęcia pod światło nie oddają klimatu. Wysokie piętnastometrowe cienkie iglice wystające z pumeksowego podłoża są naprawdę trudne do uchwycenia aparatem w obecnych warunkach oświetleniowych.

Ponieważ dzień się już kończy – pędzimy na szlak Sun Notch trail, gdzie wyrasta przed nami pięknie oświetlony popołudniowm słońcem Phantom ship i wschodnia część kaldery.

Komary dają czadu i skutecznie wykurzają nas z tego malowniczego widoku.

Jadąc dalej mijamy (widoczne z drogi) Vidae falls (wysokość 35 m).

Zaczynamy rozważać 2 możliwe opcje na zorganizowanie dzisiejszej nocy – pierwsza niedaleki kemping w Mazama Village i nocowanie z chmarą komarów, które zapewne uniemożliwią nam wyjście na zewnątrz z kampera i cieszenie się otaczającą nas przyrodą, lub też wyjazd z parku narodowego i nocleg na dziko gdzieś po drodze. Ponieważ mamy już serdecznie dosyć tych upierdliwych stworów wybieramy opcję nr 2 przy okazji zaoszczędzając $22, które wydalibyśmy na kemping.

Wyjeżdżamy (drogą nr 62 na południe) prawie z parku i na samej jego granicy zatrzymujemy się na Ponderosa Picnic Area. Wychylamy nosy na zewnątrz i od razu uderza w nas intensywny przyjemny zapach iglastego lasu. Pełno tu porozrzucanych niedbale wielkich szyszek i w zasadzie nic po za tym się tu nie dzieje. Nikogo poza nami nie ma. Komary i ludzie zostali w parku…. Mamy cudownie spokojną noc.
Dzień 15
Kierujemy się na Fort Klamath, który okazuje się przysłowiową dziurą zabitą dechami, z tańszą niż gdziekolwiek indziej dookoła, benzyną ($3.19/galon) i superfajnym w pełni zautomatyzowanym wielkim skupem butelek.

Jeszcze przed miasteczkiem mijamy soczyste pastwiska pełne pasących się krów i zamknięte Railroad museum (z zewnątrz wygląda całkiem ciekawie…).

Fort Klamath to nasz ostatni punkt w ukochanym Oregonie. Wyjeżdżamy drogą nr 39 na południe w kierunku Kaliforni. Zaraz po przejechaniu granicy stanowej mijamy miejsce, gdzie kiedyś znajdował się obóz koncentracyjny Tulelake Camp.

Przez okres kilku miesięcy podczas II wojny światowej (w 1943 roku) przetrzymywano tu około 100 „nielojalnych” Japończyków, którzy musieli ciężko pracować, naprawając i zajmując się tutejszymi budynkami oraz wykonując prace polowe. Zatrzymujemy się na chwilę w Klamath Basin National Wildlife Refuge visitor center (wejście bezpłatne), gdzie oglądamy film dokumentalny o ptactwie zamieszkującym tereny w okolicy jeziora Tule, gdzie obecnie się znajdujemy. Małe muzeum skupia się przede wszystkim na faunie.



Następnie wjeżdżamy na teren Lava Beds National Monument (wjazd $20/auto; bilet ważny 7 dni od daty zakupu). Park daje nam nieograniczone możliwości eksplorowania lawowych jaskiń (lava tubes) i kraterów, Możemy odnaleść tu naskalne petroglify i piktografy ukryte w tych jaskiniach, powspinać się na stożki wulkaniczne, wypatrzeć nietoperza, grzechotnika czy szczuroskoczka…. Tunele i jaskinie lawowe powstają, gdy płynąca lawa zastyga na powierzchni, podczas gdy we wnętrzu wciąż trwa jej przepływ. Ściany tunelu pogrubiają się wraz ze stygnięciem skał, ale trwający przepływ może powodować topnienie skał położonych niżej, obniżając dno tunelu. Takie tunele występują w wielu miejscach w zachodnich stanach takich jak: California, Oregon, Washington, Idaho czy Hawaje. Black Crater to pierwszy punkt widokowy na jakim się zatrzymujemy w parku.

Czarne i brązowo-brunatne wulkaniczne skały sięgają aż po horyzont. Słońce nagrzało okolicę do granic wytrzymałości i wydaje się, że asfalt pod naszymi stopami zaraz ulegnie całkowitemu stopieniu. Ponieważ główną atrakcją parku są jaskinie umiejscowione na tzw. Cave Loop Road (do której brama zamykana jest o godzinie 5pm), postanawiamy właśnie od tego miejsca zacząć zwiedzanie. Podjeżdżamy do Visitor Center (czynne w lecie od 9am do 5.30pm), by tam bezpłatnie wypożyczyć od rangerów wielkie latarki i oczywiście wziąść udział w programie Junior Ranger. Dostajemy przy okazji zaktualizowaną mapkę szlaków i wyruszamy na penetrację jaskiń, których w tej części parku jest 16, z czego 5 obecnie zamkniętych ze względu na ochronę nietoperzy w nich przebywających. Niedawno urodziły się małe nietoperzyki 😊 i teraz istnieje całkowity zakaz zbliżania się do ich koloni. Pierwszą jaskinią do jakiej się udajemy jest Golden Dome (długość 680 metrów).

Po metalowej drabince schodzimy do mrocznej czeluści odczuwając z każdym kolejnym stopniem spadek tempertury powietrza i tym samym przyjemny chłodek.

Przemieszczamy korytarze jaskini (oczywiście z latarkami w rękach), prowadzącej nas pętelką do tego samego wyjścia.



Wielokrotnie zaliczamy czołowe zderzenie z niskim sufitem, co oczywiście objawia się później jako liczne siniaki na naszych czołach. Basia wyraźnie nie wykazuje zainteresowania tą formą spaceru i zaczyna płakać domagając się natychmiastowego opuszczenia ciemnej pieczary. Próbujemy na wszystkie sposoby ją przekonać, że jest to wspaniała przygoda i warto czasami się troszkę przestraszyć, ale ona pozostaje nieugięta. Generalnie wszystkie wnętrza tych jaskiń są do siebie podobne i nie należą może do najbardziej spektakularnych, jeśli bierzemy pod uwagę formy w nich występujące (lub po prostu niewystępujące wcale). Po 40 minutach wydostajemy się na powierzchnię i podjeżdżamy do następnej jaskini wytypowanej przez Janka – Hopkins Chocolate (długość 430 m).

Część sufitu tej tuby lawowej zawaliła się tworząc tzw. mosty. Basia nie daje się tym razem zaciągnąć do środka, więc rozdzielamy się po połowie. Ja zostaje z nią na zewnątrz spacerując pod tymi mostami i robiąc kilka fotek.


Do kolejnej jaskini na naszej trasie – Sunshine (długość 142 m), Basia już wchodzi chętniej ze względu na zapewnienia, o jej prześwitach powstałych wskutek zapadnięcia się tunelu.


Rzeczywiście tu już nie jest tak strasznie ciemno i nie odczuwa się takiej klaustrofobii.

Obok Sunshine są jeszcze Natural Bridges, gdzie podchodzimy, a następnie kończymy zwiedzanie tej części parku w Upper Sentinel, której penetrujemy tylko niewielki kawałek. Odwiedzając te jaskinie trzeba pamiętać zawsze o zabraniu latarki i najlepiej kasku, lub chociażby czapki z daszkiem jeśli chce się uniknąć bolesnych stłuczeń czoła….Miejscami trzeba się trochę poczołgać lub iść na czworaka, co jest wielką frajdą dla dzieciaków.

Na terenie parku jest ponad 700 jaskiń, z czego około 25 ma doprowadzone drabinki i balustrady, pomagające w zwiedzaniu.


Ponieważ zbliża się godzina 5pm pędzimy do Visitor Center z wypełnionymi przez dzieci zeszytami ćwiczeń, by następnie złożyć uroczystą przysięgę przed rangerką i otrzymać odznakę Junior Rangera.
Pomimo tego, że budynek informacji jest malutki to oferuje bardzo ciekawe wystawy geologiczne i historyczne oraz film, który jeszcze przed przysięgą dzieci muszą obejrzeć by zaliczyć ostatnie zadanie w zeszycie. Następnym i zarazem ostatnim punktem dnia dzisiejszego jest wejście na górę Schonchin Butte (wysokość 1,616m npm), na której szczycie znajduje się wieża, z której wypatruje się okoliczne pożary (fire lookout). Ale jeszcze przed wejściem na jej szczyt raczymy się cudownie ożeźwiającymi truskawkami z naszej kamperowej lodówki. Wielokrotnie podkreślam, że najwspanialszym wynalazkiem stworzonym do podróżowania z dziećmi jest właśnie kamper. Po ciężkim szlaku czy wizycie na plaży mamy ten komfort, że sięgamy do lodówki pełnej zimnych napojów czy owoców lub też raczymy się relaksującym prysznicem i nic do szczęścia więcej nam nie potrzeba. Wszystko co potrzebujemy wozimy zawsze ze sobą i mamy do dyspozycji 24 godziny na dobę. Podjeżdżamy kawałek na północ i skręcamy w prawo parkując obok terenowej Toyoty landcruser z rozkładanym namiotem umiejscowionym na dachu, której właściciele są jedynymi osobami spotkanymi na tym szlaku.

Pomino, że park oferuje tak wiele atrakcji jest bardzo rzadko odwiedzanym miejscem, ze względu na swoje odosobnione położenie (370 mil od San Francisco). Ale dzięki temu można tu swobodnie i w samotności cieszyć się każdym odwiedzanym miejscem, co stanowi jedną z największych zalet naszego podróżowania podczas wakacji. Wchodzimy stromo pod górę po ścieże (0,7 mili w jedną stronę) wijącej się licznymi serpentynami.

Im wyżej jesteśmy tym widoki otaczajace nas wspanialsze.

Zdecydowanie należy zabrać wygodne obuwie z twardą podeszwą bo cała ścieżka jest „zbudowana” z rozdrobnionego pumeksu, który obsuwa się z pod nóg.

Kiedy w końcu stajemy na wieży mamy 360 stopniową panoramę okolicy z dominującym zdecydowanie 1 punktem na horyzoncie – ośnieżonym stożkiem wulkanicznym górą Mount Shasta (4,322 m npm).

W oddali (właśnie w okolicach Mt Shasta) niebo staje się sine i widzimy nadciągającą w naszym kierunku burzę. Jest to zdecydowanie najbardziej widowiskowy szlak w tym parku. Po zejściu ze szlaku kierujemy się bezpośrednio na kemping parkowy ($10/noc, łazienki, ale prysznicy brak). Kemping jest bardzo dobrze utrzymany i wiekszość miejsc dzięki znacznemu oddaleniu od siebie nawzajem oraz udrzewieniu daje dużo prywatności. Rozpalamy ognisko i czekamy na nadciągajacą burzę, która na szczęście omija nas bokiem….strasząc tylko silnym wiatrem.
Dzień16
Budzimy się o świcie i jeszcze przed śniadaniem opuszczamy kemping podjeżdżając do największej dwupoziomowej jaskini w parku – Skull Cave. A ponieważ dzieciaki jeszcze śpią udajemy się do niej osobno na zmianę.

Na końcu korytarza jest znajduje się wielka metalowa krata, za którą według informacji podanej nam przez rangerkę, miały znajdować się pokłady lodu, ale niestety zapewne wytopił się on podczas ostatniej nocy bo nic już z nie go nie zostało 😊.

Jaskinia jest bardzo przestrzenna i dużo w niej schodków. Kiedy wracam do auta towarzystwo już się obudziło, więc gotujemy owsiankę i zaraz po śniadaniu udajemy się już razem na szlak Big Painted cave i Symbol Bridge trail (długość razem 1,8 mili w obie strony).
Idziemy ścieżką wsród sagebrush’owych krzaków wyrastajacych z wulkanicznego podłoża. Wędrujemy z widokiem na szczyt Schonchin Butte, z którego szczytu spoglądaliśmy wczoraj wieczorem na całą okolicę parku.


Jesteśmy sami na szlaku, co znacznie poprawia nasze samopoczucie. Słońce pomimo tak wczesnej godziny daje już czadu, więc jeśli uda nam się znaleść jakąś wiekszą zacienioną powierzchnię zatrzymujemy się by odpocząć, rozkoszując się „chłodem”. Co chwila naszą drogę przebiegają małe szarobure jaszczórki (Northern Sagebrush Lizards), które są chyba najpopularniejszymi zwierzętami wystepującymi na tym terenie.




Po znalezieniu wszystkich możliwych piktogafów na szlaku ruszamy szutrową drogą nr 49 na południe na Medicine Lake (droga ta jest zamknięta od listopada do połowy maja). Pomimo ostrzeżeń rangera o możliwości łatwego zgubienia się, droga jest bardzo dobrze oznaczona i prosta jak drut, więc nie ma opcji, żeby w jakikolwiek sposób zabłądzić. Zatrzymujemy się w Doorknob Winter Recreation Area – miejscu jak można się domyśleć😊 przeznaczonego dla zwolenników sportów zimowych, w szczególności snowmobilowców, którzy mają tu swoją bazę w postaci pomieszczenia z piecykiem – kozą, ławeczkami i łazienką.

Jedziemy dalej na południe napawając się bardzo intensywnym zapachem sosen Ponderosa pines. Asfalt ponownie zaczyna się jakieś 3 mile przed Medicine Lake – pięknym dzikim jeziorkiem (są tu 4 kempingi).

Podjeżdżamy do Jot Dean Ice Cave i tu jak sama nazwa wskazuje „spotykamy” lodową jaskinię. Ścieżka do jaskini jest bardzo krótka, i zejście do niej również nie sprawia nam żadnych problemów. W środku panuje niesamowicie wietrzny i zimny mikroklimat i to dzięki tym obydwu czynnikom lód może się utrzymać tu cały rok.


Stojąc praktycznie przy wejściu do jaskini mamy przed sobą lodowisko zalegające na jej dnie. Odległość pomiędzy zalegającym lodem w jaskini, a jej powierzchnią jest niewielka, a mimo to panuje tu bardzo duża różnica temperatur. Jedziemy dalej mijając po drodze liczne kratery i wszędzie zalegajacą lawę. Dojeżdżamy do drogi nr 15 (Harris Springs Road) skąd mamy wspaniały widok na królującą tu Mount Shasta. Dobijamy następnie do 89-tki i jedziemy około 5 mil na zachód. Skręcamy na południe w drogę Mc Cloud Loop Road, która doprowadza nas do 3 wodospadów. Pierwszy na naszej drodze to Upper McCloud Fall. Podchodzimy do 2 punktów widokowych (ten najbardziej wysunięty na południe oferuje bardziej spektakularny widok),

a nastepnie razem z rybakami robimy sobie krótki piknik w górnej części rzeki. Drugi wodospad – Middle McCloud to najbardziej spektakularny z tych 3 wodospadów. Widok z góry jest satysfakcjonujący, ale trzeba zejść na sam dół (serpentynami) by naprawdę przekonać się jaki jest wspaniały.

Widok z poziomu rzeki zrobił na mnie bardzo duże wrażenie…. I z tego wrażenia zamiast zacząć się wspinać poszłam wdłuż rzeki zupełnie innym szlakiem… a gdy się zorientowałam, że jednak coś jest nie tak…. nadrobiłam około ¾ mili😊. Upał i brak wody (której nie zabrałam) wykończył mnie totalnie, bo wspinaczka z powrotem wcale nie należy do najłatwiejszych. Najmniej spektakularne są Lower Falls, chociaż paradoksalnie kręci się tu najwięcej ludzi.

Duża ilość rybaków i wakacjuszy pluskających się w rzece powoduje, że wodospad ten raczej ma znaczenie rekreacyjne niż krajobrazowe. Dojeżdżamy do 89-ki i obijamy na zachód do McCloud Ranger Office, by zasięgnąć informacji na temat leśnej szutrowej drogi odchodzącej na południe (nr 11), którą zamierzamy następnie się udać. Niestety pani rangerka tam pracująca, nie miała pojęcia czy droga jest przejezdna czy też nie. Dzwoniła do innych oddziałów National Forest po porady i w końcu uzyskaliśmy konkretną odpowiedź – droga jest przejezdna, ale bardzo wyboista. Ruszamy więc Squaw Valley Road (na początku asfaltową). Za Mc Cloud lake nawierzchnia staje się szutrowa i bardzo kamienista, przez co ciągniemy się bardzo powoli. Po drodze widzimy miniaturową sarenkę , która piszczy jak wiewiórka, zapewne próbując przywołać zagubioną mamę. Chyba wystraszył ją nasz widok, bo zaczęła uciekać dosłownie po pionowej skale w górę. Pokonała to jak profesjonalnie do tego przygotowana kozica górska. Za jakieś kilka mil zauważyliśmy małego niedźwiadka, który wspinał się na drzewo.

Obserwowaliśmy go z kampera, bo niechcieliśmy się natknąć na jego mamę, która na pewno nie byłaby zadowolona z naszej obecności i mogłaby nas zaatakować. Tłuczemy się tak dalej mijając Iron Canyon Reservouir, i zaraz za nim wjeżdżamy w końcu na drogę asfaltową. Parkujemy zaraz za mostem w małej zatoczce obok innego auta i szykujemy się na wycieczkę ku gorącym źródłom – Hunt Hot Springs.

Przechodzimy przez łąkę (teren prywatny!), gdzie pasie się swobodnie stado koni, i idąc cały czas wzdłuż strumienia (Kosk creek) dochodzimy po 10 minutach do gorących źródeł. Przy pierwszym baseniku (z najbardziej gorącą wodą!) spotykamy sympatycznego kanadyjskiego podróżnika, z którym chwilkę gaworzymy. Woda jest tu niemal wrząca i zdecydowanie nie nadaje się nawet do zamoczenia czubka palca….. Dlatego też rekomenduje się przyniesienie ze sobą wiadra lub miski w celu dolania do tegoż zbiornika lodowatej wody z rzeki. Idziemy więc kawałeczek dalej do połączonych ze sobą 3 baseników – w tej wodzie już da się wytrzymać, chociaż nasza miska musi dopomóc razy kilka świeżą dostawą lodowatej wody z potoku…


Podczas naszego pobytu przychodzi tu tylko kilka osób. Zapewne dlatego, że jest tu za daleko od każdego turystycznego miejsca. Po 1,5 godzince konkretnego wymoczenia wyruszamy z powrotem do auta. Przechodzimy obok pasących się koników, które zaciekawione zawartością naszej metalowej miski zaczynają nas śledzić i wkładać pyski do tej miski….

Słońce już zdążyło zajść, więc postanawiamy jak najszybciej dotrzeć do widocznego na naszej mapie topograficznej kempingu Deep Creek, położonego wdłuż drogi nr 50. W półmroku przejeżdżamy przez wioskę Big Bend, gdzie stoją tylko jakieś rudery i zdewastowane gospodarstwa. Jakaś młoda Indianka macha nam przyjaźnie wystawiając głowę z jednej z tych ruder. Jedziemy szutrową drogą po ciemku w tumanach kurzu i niestety kempingu nie znajdujemy (pomimo znaku informującego, że za 7 mil powinien się znajdować). Kurzyło się tak okropnie, że istnieje jakaś minimalna szansa, że ten kemping przeoczyliśmy…ale z kolei prędkość z jaką jechaliśmy (20 mil na godzinę), sugeruje, że trudno by było przeoczyć jakikolwiek zjazd z drogi. Znajdujemy natomiast całkiem nowy kemping Roller River ($8/noc) (położony około 5 mil od głównej drogi nr 89), który z kolei nie figuruje w naszym atlasie…. Zostajemy tu na noc.
Dzień 17
Zrywamy się jak zawsze wcześnie i wyjeżdżamy z kempingu, przejeżdżając pomiędzy kilkoma ponad stuletnimi rozlatującymi się tamami. Drogą Clark Creek Road dojeżdżamy do 89-ki i odbijamy na północ (w lewo) do McArthur–Burney Falls Memorial State Park ($10/auto). (Przez park przechodzi długodystansowy szlak Pacific Crest trail o długości 2,650mil). Ponieważ dzieci jeszcze śpią, a nam zależy tylko na zobaczeniu wodospadu i jechaniu dalej nie płacimy za wjazd (budka wjazdowa jest jeszcze zamknięta, ale widnieje wyraźne ostrzeżenie o surowej karze za niezapłacenie za wstęp….). Łapię szybko aparat, (Mundi parkuje przed parkiem) i zbiegam na dół (betonowym chodniczkiem) do najlepszej miejscówki z widokiem na wodospad (cała operacja zajmuje mi razem 15 minut). Widok jaki mam szansę zobaczyć na dole bezapelacyjnie otrzymuje miano petardy turystycznej!!! Rozlewająca się szeroką strugą woda tworzy szereg większych i mniejszych wodospadów…..widok powala dosłownie na kolana.

Myślę, że śmiało można powiedzieć, że to jeden z najpiękniejszych kalifornijskich wodospadów. Jedyną niedogodnością dla fotografów jest bardzo intensywna bryza, która utrudnia zrobienie zdjęcia bez zmoczenia obiektywu. Wysokość wodospadu to co prawda niecałe 40 metrów, ale główną widowiskową rolę odgrywa tu zdecydowanie szerokość (76 metrów).

Wodospad rozlewa się kilkudzięsięcioma większymi i mniejszymi strugami po porośniętej jaskrawozielonym mchem i paprociami skale tworząc niesamowicie zjawiskową całość. … Bo wodospad zasilany jest nie tylko wodą pochodzącą z rzeki, ale również z podziemnych źródeł znajdujących się nad wodospadem i w jego środkowej części. Najbardziej spektakularne widoki możemy podziwiać w kwietniu i maju, kiedy to topniejący w wyższych partiach gór śnieg dostarcza olbrzymie ilości wody do rzeki (Burney Creek). Ponieważ dzieciaki się obudziły i zaczęło wszystkim burczeć w brzuchach podjeżdżamy kawałeczek na północ i zatrzymujemy się nad rzeką na „picnic area” w celu przygotowania jajecznicy!!!….która to na łonie natury smakuje oczywiście wyśmienicie!


Po tak obfitym i smakowitym śniadaniu jedziemy na południe (89-ką) w kierunku parku narodowego Lassen Volcanic. Zjeżdżamy na 44-kę na wchód do Subway cave (wjazd bezpłatny) (Lassen Volcanic National Forest), gdzie któtkim szlakiem przemierzamy wewnątrz tuby lawowej (lava tube),





a następnie wjeżdżamy na punkt widokowy Hat Creek Rim Viewpoint (wjazd bezpłatny). Z tego miejsca położonego pośród kwitnących kolorowych kwiatów mamy idealny widok na ośnieżone szczyty Lassen Peak (3,187 m npm) i Mount Shasta.

Następnie 44-ką dojeżdżamy do szutrowej drogi 32N21, która prowadzi nas do północnej części Lassen Volcanic National Park ($25/auto) do Butte Lake campground. Stoi tu dosłownie zabity dechami budynek Ranger Station i nic poza tym. My zatrzymujemy się nad jeziorem Butte i dzieci z Mundkim zostają na plaży, a ja pomimo 40-to stopniowego upału gnam po ścieżce, która prowadzi do podnóża wulkanicznego stożka Cinder Cone (2,105 m npm).




Każdy krok z pozoru łatwy wymaga włożenia sporej energi, bo stopy każdorazowo zapadają się w rozdrobnionym pumeksie. Pierwsza część tego szlaku wiedzie przez sosnowy las, dając odrobinę cienia, który znacznie umila wedrówkę. Turystów nie ma tu zbyt wielu bo bardzo wysoka temperatura raczej nie sprzyja wędrówkom. Z powodu właśnie tego masakrycznego upału pierwotnie założyłam sobie, że podejdę tylko do Painted Dunes….Ale jak już zaczęłam się wdrapywać na stożek (w odwrotnej strony niż sugeruje to oznaczenie szlaku) doszłam do wniosku, że szkoda by było niewejść na samą górę. Ponad 10 lat temu miałam szansę wdrapywać się właśnie od sugerowanej strony, i szczerze powiedziawszy myślałam, że nie uda mi się tego zrobić. Zresztą niezależnie od której strony się wspinamy jest to zdecydowanie wejście „killer”. Chyba tylko najbardziej zagorzałym hikerom chce się tego dokonać. Każdy stawiany krok nie prowadzi do przodu tylko cofa nas do tyłu…. Noga zapada się w pumeksie gorzej niż w piachu… poprostu grzęźnie się nieposuwając do przodu. Jest do tego ekstremalnie stromo. Pumeks wsypuje się do butów, słońce wypala dziury w ciele….. Jeden krok i zadyszka. Krok i zadyszka. Wzięłam ze sobą 7 małych butelek wody i wszystkie je wypiłam podczas wchodzenia. Co chwilę odwracam się spogladając na malowane wydmy.

W tle Fantastic Lava Beds. Wrażenie jest niesamowite. Painted Dunes to mieniące się w kilku kolorach (żółty, czerwony, brązowy i pomarańczowy) pofalowane pola wydm, zbudowanych z pumeksu, powstałego z popiołu wulkanicznego w procesie utleniania.



Ten wyraziście intensywny kolor jest skutkiem tego, że opadający popiół spadł na ciągle gorącą, płynącą lawę.


Po pokonaniu 250 metrów wysokości względnej w końcu zdobywam Cinder Cone i po jego krawędzi przechodzę na drugą stronę ….. dysząc i sapiąc.


Stożek wulkaniczny po którym idę wybuchł 370 lat temu, a więc stosunkowo niedawno. Lawa była wyrzucana pionowo w górę, a materiał piroklastyczny spadał wokół wylotu wulkanu formując regularny okrąg. Jakiś wędrowiec schodzi do środka krateru… ja już rady niestety nie daję…. bo serce wali jakby miało przebić się na zewnątrz i wyskoczyć.



Z góry spoglądam jeszcze na królową okolicy czyli górę Shasta, (na którą może kiedyś wyruszymy jak dzieci już dziećmi nie bedą😊) i zbiegłam w dół napełniając wskakującym pumeksem buty…., które dopiero zdejmuje na dole (wysypując z nich 2 garście kamyków).

Kiedy dowlekam się do kampera, moja drużyna relaksuje się pływając w jeziorze….. więc i ja zanurzam się w cudownie chłodnej wodzie, dając sobie niesamowicie przyjemną nagrodę za przejście tak wyczerpującego szlaku, którego pokonanie zajęło mi niecałe 3 godziny (długość 4 mile). I po kąpieli coś na ząb przed kolejnym szlakiem……

Z północnej części parku wyjeżdżamy tą samą 6 milową szutrową drogą (kurzącą się okropnie) dobijając do 44-ki i skręcająć w lewo na zachód. Dojeżdżamy do skrzyżowania z 89/44 i skręcamy na południe tankując w Old Station ($4/galon). Jedziemy przez komercyjne tereny i resorty i wjeżdżamy ponownie do parku do jego głównej części przez którą prowadzi Lassen Volcanic National Park Highway (89), która z trzech stron obiega Lassen Peak, dając bezpośredni dostęp do szlaków i jezior i pozwala obserwować zjawiska geotermalne.

Droga ta jest zamknięta od listopada do maja dla ruchu samochodowego, a w zimie korzystać z niej mogą jedynie narciarze. Przy Manzanita Lake Visitor Center kręcą się tłumy turystów i my też chwilę się kręcimy łapiąc oczywiście zeszyt ćwiczeń programu Junior Ranger dla dzieci i kilka ciekawych ulotek. Pierwszy postój przy naszej drodze to Hot Rock. Stajemy przed masywną 300 – tonową magmową skałą, która znalazła się tutaj w 1915 roku ześlizgując po zboczu wybuchającego wulkanu Lassen Peak. Zastygająca magma pokonała odległość 5 mil i pododno jeszcze po 40 godzinach od wybuchu wulkanu dymiła i syczała. Kolejny punkt to Devastated Area (szlak 0,5 mili) tu mamy do dyspozycji „mówiące tablice”, o których obsługiwanie kłócą się cały czas oczywiście dzieci. Każda z tablic informacyjnych ma przycisk uruchamiający „głos” czytający za nas informację. Tak jak pisałam wcześniej kataklizm zaczął się w 1915 roku w maju. Gwałtownie została uwolniona para i popioły, po czym na okolicę (między innymi tu gdzie aktualnie się znajdujemy) został wyrzucony z wielką siłą materiał piroklastyczny, a rzeka lawy zalała otaczające lasy w odległości 5 mil.

Lassen drzemie od 1921 roku co oznacza, że jako uśpiony wulkan obecnie nie wykazuje aktywności, (z wyjątkiem w postaci ekshalacji) ale może jeszcze wznowić działalność w najbliższym czasie…więc trzeba mieć się na baczności 😊. Aktywność jaką możemy obenie obserwować w parku to bulgocząca ziemia w kociołkach błotnych i coraz ciepłejsza woda w gorących źródełkach. Na tym szlaku przechodzimy od tablicy do tablicy, obok której „ustawiona” jest zazwyczaj potężna skała, przybyła tu drogą powietrzną lub poślizgową. W punkcie „New rock, Old rock” stoimy przed poukładanymi na przemian 2 rodzajami skał – pierwsze mające 27 tysiecy lat, drugie to 100 letnie czarne skały magmowe i porowaty pumeks. (Te drugie to najmłodsze skały w Kaliforni).

Przejeżdżamy obok 2 kempingów, które otwierają dopiero 26 czerwca (jesteśmy na wysokości 2,066 mnpm). Zamknięty jest też najważniejszy szlak Bumpass Hell, który ma zostać „wyremontowany” do końca roku 2018. Jest to jeden z najciekawszych szlaków w parku, oferujący sporą dawkę geotermalnych atrakcji. Woda lub kipiące kociołki błotne osiagają tu temperaturę 91°C. Kiedy to pan Kendall Bumpass trafił w tą okolicę w 1865 roku, nie był zapewne świadomy niebezpieczeństwa jakie czyhało na niego podczas wędrówki. Przez przypadek wdepnął właśnie w taki wrzący kociołek i w wyniku doznanych obrażeń stracił nogę. I niech to będzie przestroga na przyszłość dla chcących wędrować tym szlakiem, by nigdy z niego nie schodzili. Ponieważ z przyczyn od nas niezależnych omija nas jedna z największych atrakcji parku wybieramy niedaleki szlak oferujący dojście do najpiękniejszego parkowego wodospadu Kings Creek Fall (wysokość wodospadu 10 metrów) (długość szlaku 3 mile).

Pierwsze pół mili wędrujemy przez malowniczą łąkę – Kings Creek Meadow, potem trochę przez las,

…..generalnie cały czas wdłuż strumienia. Po przejściu niecałej mili dochodzimy do rozdzielenia szlaku – obowiązuje tu ruch jednostronny (Horse loop 0,3 mili). Szlak poprowadzono w ten sposób by uniknąć korków na schodach w sezonie letnim. Ponieważ ilość osób na szlaku jest znikoma idziemy dalej Kings creek trail schodząc z łatwością po wielkich kamiennych stopniach. Rzeka co chwilę tworzy spektakularne wodospady….. Dochodzimy do dwóch tarasów widokowych, ale po najlepsze fotograficzne ujęcie trzeba koniecznie zejść do podnóża wodospadu po bardzo wyślizganych kamieniach.

Powrót już nie jest taki łatwy … wchodzenie po kamiennych schodach wysysa z nas wszystkie energetyczne soki……….


….. dając jednak niesamowitą satysfakcję i radość z oglądanego na całej długości szlaku piękna przyrody.

Podjeżdżmy do kolejnego parkingu, skąd wychodzi szlak na najwyższy szczyt parku – Lassen Peak (wysokość 3,187 m npm). Niestety szlak jest o tej porze dostępny tylko dla profesjonalnych wspinaczy używających czekanów i raków – (w większości pokryty głębokim śniegiem).
Śnieg będzie tu zapewne jeszcze zalegał kolejny miesiąc zanim całkowicie stopnieje pod koniec września. Przy wejściu na ścieżce napisano ogłoszenie o niebezpieczeństwie jakie obecnie istnieje na tym obszarze. Szlak ten o długość 5 mil nie jest może dedykowany dla dzieci, ale zapewniam, że w bardziej sprzyjających warunkach pogodowych nadaje się do przejścia dla każdego nawet mniej wytrwałego piechura, oferując niesamowicie spektakularne widoki. 10 lat temu wchodziłam na ten szlak, i nie tyle przeszkadzała mi jego stromość, co mniejsza ilość tlenu ze względu na wysokość nad poziom morza. Ciężko mi było złapać oddech…ale to też mogła być przyczyna mojego zawsze gorszego przystosowania do wyższych wysokości. Ponieważ dzień nam się już skończył zaczeliśmy rozglądać się za jakimś miejscem na nocleg. Mijamy Lake Helen (picnic area) z wyraźnie zauważalnym przy brzegu żółtym nalotem siarkowym.

Zrobiło się wyjątkowo zimno i wietrznie…zresztą nie ma się czemu dziwić – jesteśmy na wysokości – około 2,500 m npm. Parkujemy na dużym parkingu przy wyjściu na nieczynny szlak – petardę – Bumpass trail. Stoją tu również zaparkowane 2 inne auta, których pasażerowie zdecydowanie szykują się do spania. Spacerujemy chwilkę wdłuż wielkigo parkingu, przy którym ustawiony jest Earth Scope GPS.

Jest to jedna z 875 stacji ustawionych wdłuż zachodniej części USA badających ruchy skorupy ziemskiej. Pomimo ryzyka, że możemy zostać wyproszeni z miejsca w nocy decydujemy się tu zostać mając jedynie jedną więcej opcję do rozważenia. Przy Visitor Center 6 mil dalej jest kemping South West, ale jest to kemping typu „walk in” zdecydowanie nie dla posiadaczy kamperów. Musielibyśmy kempingować na parkingu i jeszcze za to zapłacić $16. Na szczęście noc przebiegła spokojnie i nikt nas nie wygonił.
Dzień 18
Podejmujemy błędną decyzję i zamiast zjeść śniadanie w miejscu naszego noclegu przemieszczamy się dalej do następnego punktu widokowego – Sulphur Works,

…. gdzie gęsty odór śmierdzących zgniłych jaj unoszący się w powietrzu uniemożliwia nam nawet samą myśl o jedzeniu. Wychodzimy więc tylko na krótki spacer wśród bulgocących kociołków błotnych i oparów unoszących się z fumaroli.


Zjeżdżamy następnie do Visitor Center, które czynne jest od 9 rano, a że nie chce nam się czekać na jego otwarcie, zwracamy się więc z prośbą do krzątającego się rangera żeby podarował nam odznaki „Junior Ranger” dla dzieci (co też robi😊). Wyjeżdżamy zatem z głównej części parku podążając do mało uczęszczanej Varner Valley. Jedziemy wzdłuż 36/89 na wschód do Chester i odbijamy na północny zachód w drogę Feather River Road/Warner Valley Road, mijając rezydencje i nowo wybudowane domy letniskowe. Droga zmienia się w szutrową na ostatnim 3 milowym odcinku i prowadzi do Drakesbad Guest Ranch. Wychodząc z tego miejsca można skrócić sobie znacznie drogę do Devils Kitchen (długość szlaku 3,5 mile). Przy wjeździe na ranczo stoi wyraźnie napisany znak, że parkować tu mogą jedynie goście tegoż rancza. Nasz kamper znacznie wyróżnia się od innych aut tu parkujących, więc nie chcemy ryzykować i pytamy kierownika posiadłości o możliwość zaparkowania. Niestety zgody takowej nie otrzymujemy ze względu na weekendowy komplet gości jakiego się dzisiaj spodziewają. Jedynym logicznym rozwiązaniem tej sytuacji jest zostawienie mnie i dzieci na ranczo i odstawienie RVika na parking parku narodowego (Warner Valley), przez co Mundi ma do nadrobienia 0.8 mili więcej w stosunku do nas. Dla dzieci dystans 1,6 mili razem do przejścia to dużo, więc opcja ta okazuje się najbardziej optymalna.

Szlak do Devils kitchen wychodzi obok stadniny koni z samego końca rancza.

Drewnianą kładką wśród wysokich traw wychodzimy na szlak.

Po przejściu dosłownie 0.2 mili kładka łączy się ze szlakiem, gdzie zostawiamy Mundiemu odpowiednie oznakowanie w postaci strzałki z patyków i napisu z kamieni.

A sami wolnym spacerkiem dochodzimy do potoku, gdzie ktoś bardzo pomysłowo ustawił „młyńskie koło” z patyczków napędzane płynącą wodą. Dzieciaki wrzucają sobie kamienie i patyki do wody. Jest niesamowicie gorąco, więc krótki postój nad potokiem dostarcza nam wiele przyjemności. Janek wariując z olbrzymim konarem w ułamku sekundy przekręca się w okół własnej osi i wpada do wody….. wyglądało to bardzo niebezpiecznie, ale poza kilkoma zadrapaniami i przemoczonym ubraniem i butami nic mu się na szczęście nie stało. Wędruje więc dalszą część szlaku w „chlipiących” butach. Początkowo idziemy ścieżką poprzez łąki wystawieni bezpośrednio na „palące” nas promienie słoneczne, a następnie wchodzimy w las, dający ochłodę…… i dalej już do samego Devil’s Kitchen wędrujemy zacienionym lasem. Ten szlak jest dosyć popularny (jak na Lassen Volcanic NP) i spotykamy około 25 osób podczas naszej wędrówki. W lesie szlak wznosi się delikatnie, a pod nogami mamy tylko troszkę wystających kamieni i korzeni, które czasami są powodem potknięć. Samo Devil’s Kichen jakoś na kolana nas nie powala…



Kiedy odwiedzalismy to miejsce dawno temu było zacznie więcej bulgocących kociołków. Należy pamiętać o tym, by pod żadnym pozorem nie schodzić ze ścieżki, bo istnieje duże prawdopodobieństwo, że grunt pod nami się zapadnie i wpadniemy do ziejącej dziury.



Nie przebywamy tu zbyt długo bo „zapachy” tych wszystkich fumaroli są okropnie duszące i nieprzyjemne. Wracamy tą samą ścieżką na ranczo, gdzie ja z dzieciakami zasiadamy na huśtawce z widokiem na stajnię i pasące się przed nią konie,

a Mundi idzie drogą po samochód zaparkowany przy kempingu Warner Valley. Dla kogoś kto uwielbia odosobnione miejsca z dala od cywilizacji, ranczo jest idealnym miejcem na spędzenie wakacji, a kąśliwym dodatkiem są tu baseny termalne i przejeżdżaki konne, dostępne dla wszystkich gości. Wracamy tą samą drogą w kierunku Chester i dalej wdłuż jeziora Almanor (A13) jedziemy przez Greenville (89tką), mijamy Quincy (najtańsza benzyna $4/galon). Jadąc bardzo malowniczą doliną wdłuż Feather River podziwiamy równolegle do siebie biegnące tory kolejowe, wybudowane tu z wielkim kunsztem przez chińskich i hinduskich robotników (ponad 100 lat temu), którzy to z narażeniem życia pracowali zawieszni nad przepaściami. Cały dzień poza porannym szlakiem spędzamy generalnie w drodze jadąc w kierunku Lake Tahoe. Mijamy autostradę nr 80 i kierujemy się na kemping o pięknie brzmiącej nazwie Alpine Meadows ($20/noc, prysznicy brak). Jak się jednak kazuje poza nazwą kemping nie wygląda zachęcająco. Po pierwsze jest za bardzo zatłoczony, po drugie położony jest nad sztucznym zbiornikiem wodnym z brzydką tamą. Zero jakiegokolwiek klimatu, więc po prostu wyjeżdżamy stąd w poszukiwaniu jakiegoś przyjemniejszego miejsca. Jedziemy dalej 267-ką i zaraz za Northstar zjeżdżamy w prawo na jakąś polną drogę (nr 73), gdzie znajdujemy 2 duże miejscówki nadające się na nocleg. Może trochę za blisko od głównej drogi, ale i tak padamy ze zmęczenia więc nie potrzebujemy ustronniejszego miejsca.
Dzień 19
Dziś niedziela…. ale my wstając o 6 rano nie zdajemy sobie jeszcze sprawy co wydarzy się później – w końcu Lake Tahoe to miejsce bardzo turystyczne, gdzie rekreacja przyjmuje formy ekstremalne (3 miliony odwiedzających rocznie!).

Jest to największe alpejskie jezioro w Północnej Ameryce (i drugie co do głębokości po Crater lake). Ma 3 razy dłuższą linię brzegową niż Crater Lake i 10 razy więcej wody. Wodą tą można by wypełnić ponad 60 milionów basenów olimpijskich!!!! Pierwsze miejsce jakie odwiedzamy nad jeziorem to Kings Beach, a, że nie jest to nic ciekawego (malutka plaża wciśnięta między domami z parkingiem na 3 samochody i minimalnym dostępem do plaży) ruszamy dalej na wschód. W ogóle miasteczko Kings Beach jest mało ciekawym miejscem wystrojonym w porozwieszane wszędzie tandetne neony. Przejeżdżamy granicę stanową i jesteśmy już w Nevadzie…. Jedziemy do sprawdzonego już kilka lat temu miejsca – plaży publicznej w Incline Village (wjazd za darmo dla rannych ptaszków, około 9am zauważyłam pobieracza opłat w budce przy wjeżdzie na parking). Tu witają nas olbrzymie puste parkingi, chociaż jak się potem okaże, nie będą w stanie pomieścić wszystkich niedzielnych turystów. Mundi zasiada wygodnie i włącza sobie kolejny mecz, i następne przez kolejnych kilka godzin nie robi nic innego tylko wczuwa się w atmosferę mundialu. Ja z dzieciakami i wiaderkami pełnymi zabawek plażowych idziemy najpierw na plac zabaw, a potem na plażę. Są tu leżaki, z których każdy może sobie do woli korzystać bezpłatnie. A więc relaksik z przewodnikiem, internetem (który w końcu jest dostępny!) i słodką przekąską. W przewodniku znajduję kilka ciekawych informacji na temat jeziora. Woda jest tu krystalicznie czysta, a widoczność sięga nawet 20 metrów. Długość jeziora to 35 km, a szerokość 19 km (linia brzegowa 116 km). Średnio 275 dni w roku świeci tu słońce (a to aż 75% dni w roku!). Jakbyśmy wylali całą wodę z jeziora na obszar Kaliforni to głębokość wody wyniosła by 36 cm! – To ostatnie zdanie chyba najbardziej odzwierciedla potęgę Lake Tahoe. Dzieci grzebią się w piachu, a, że woda jest bardzo zimna, a temperatura powietrza jeszcze nie podskoczyła do dającej przyzwolenie by popływać zostajemy wszyscy na plaży obserwując powiększającą się w zastraszajacym tempie liczbę turystów. Chociaż temperatura wody musiała być najpierw sprawdzona osobiscie…..



Około godziny 10 parking jest już pełny. Bar plażowy zapchany młodzikami sączącymi drinki i wcinającymi hot-dogi pęka w szwach. Zdecydowanie nie jest to miejsce dla mnie i zaczyna mnie frustrować otaczający tłum zleniuchowanych wakacjuszy. Ponieważ dzieciaki znudziły się już babraniem w piasku i nieco zgłodniały, idziemy do kampera przyrządzić coś ciepłego do jedzenia. Polska przegrywa z Kolumbią. To cios dla polskiego kibica, który od kilku godzin siedzi wpatrzony w ekran swojego telefonu…….Wyruszamy w końcu po 5 godzinach nudy plażowej i jak to było do przewidzenia niedzielny ruch unimożliwi nam dalsze zwiedzanie. Samochody poustawiane są po obydwu stronach całej drogi biegnącej wzdłuż jeziora Tahoe. Przyklejamy się dosłownie na chwilkę do jakiegoś kawałka bramy by wskoczyć na punkt widokowy. Jakieś 2 mile przed Zephir Cove zagęszczenie samochodów zaparkowanych przy drodze sięga zenitu. Wjeżdżamy w boczną drogę, gdzie również nie ma możliwości zaparkowania, ale Mundi razem ze swoim telefonem i meczami zostaje w samochodzie (z włączonymi awaryjnymi światłami), a ja z dzieciakami przedzieramy się przez chaszcze by dotrzeć do plaży. Plaża jest w tym miejscu bardzo wąska, i żeby znaleść miejsce, gdzie można położyć swoje rzeczy trzeba się poprzeciskać pomiędzy ludźmi. Nie podoba mi się to miejsce chociaż kilka lat temu podróżując tu w maju odniosłam wręcz przeciwne wrażenie. Było cicho i spokojnie, zero turystów.

Teraz jest takie tłumowisko, że nie ma przyjemności przebywania pomiędzy jarającym szlugi grubasem i puszczającym głośne techno nastolatkiem. Umówiliśmy się z kibicem, że za godzinę jesteśmy z powrotem, ale już na sam koniec pobytu obok naszego miejsca przycupnęły klasyczne amerykańskie redneck’i z wielkimi psami, które to biegały spuszczone ze smyczy skacząc na ludzi. Miarka mojej tolerancji się przelewa i wychodzimy z lodowatej wody biegnąc do samochodu z wielkim niesmakiem. Jedziemy dalej wdłuż jeziora mijając linę stanową Nevada/California i parkujemy przy wyjściu na szlak Eagle Falls (parking $5/auto).

Ja zabieram dzieci (kibic znowu zostaje) i po stromych schodach wdrapujemy się po szlaku (długość szlaku 1,8 mili).



Nie miałam nawet możliwości zrobić porządnego zdjęcia wodospadowi, bo dzieciaki za bardzo się rozszalały, a znajdowaliśmy się nad przepaścią. Za drewnianym mostkiem, będącym punktem widokowym, zaczyna się już teren wymagający pozwolenia na wędrowanie „wilderness permit”.


My nie idziemy, bo też nie jesteśmy przygotowani na dłuższą wędrówkę i czeka nas jeszcze jeden szlak do zamku Vikingholm (długość 1,7 mili). Podjeżdżamy pół mili na północ do kolejnego parkingu (olbrzymi parking z widokiem na Lake Tahoe), skąd znowu w składzie 3 osobowym wyruszamy na bardzo wyczerpujący spacer stromo w dół. Szlak prowadzi szeroką drogą, i najprawdopodobniej jesteśmy jednymi z ostatnich, którzy idą w kierunku zamku. Większość już wraca sapiąc i dysząc ze zmęczenia wspinając się do góry. Jest już dosyć późno, więc nie mamy szansy zwiedzić wnętrza Vikingholm (o 4pm ostatnia wycieczka z przewodnikiem, bilet $10/osoba).






Dzieciakom zamek bardzo się podoba, a uwagę ich przykuwa przede wszystim trawa rosnąca na jego dachu. Pobiegamy szybko pod Visitor Center i wodospad, ale zrobiło się już prawie ciemno i nikogo poza nami już tu nie było, więc zaczęliśmy mozolny powrót do kampera.
Musiałam się nieźle wygimnastykować zabawianiem dzieci, by chciały o własnych siłach iść do góry. Śpiewałam, tańczyłam, wymyślałam zagadki i konkursy, żeby tylko odciagąć ich uwagę od wysiłku wkładanego w każdy krok…. Powrót zajął nam godzinę i 10 minut…… i dotarliśmy na górę już po zmroku. Zawracamy w kierunku South Lake i skręcamy w drogę 89. Jest już ciemno więc ze znalezieniem noclegu znowu mamy problem. Przebijamy się przez Lutter Pass (2,358 m npm) i zajeżdżamy na Kit Carson campground ($18/noc), ale jest on zbyt mały, a podjazd do niego wąziutki byśmy mogli wtoczyć się tam naszym kempingowozem. Za około milę dalej po przeciwnej stronie drogi znajdujemy dziki kemping – miejsce po kempingu Snowshoe Springs, którego większość została najprawdopodobniej zmyta przez powódź. Organizujemy sobie super nocleg (za darmo) na starym ocalałym miejscu kempingowym.
Dzień 20
Jedziemy na południowy wschód 89-ką – bardzo malowniczą pełną widoków drogą.

Mijamy Markleeville – małe komeryjne, ale przyjemne miasteczko. Następnie wskakujemy na 395-kę (na południe). Skręcamy w 108 w kierunku Sardine Falls – szlaku biegnącego nieopodal skrzyżowania drogi z Paciffic Crest trail (długodystansowego szlaku biegnącego przez 3 stany – Kalifornię, Oregon i Washington). Zabieramy po drodze 2 autostopowiczów i dowozimy do Sonora Pass – do miejsca przecięcia z PCT (Pacific Crest trail).

W roku 2018 wydano aż 7,313 pozwoleń na wędrowanie tym szlakiem, którego łączna długość wynosi 2,650 mil (4,265 km). Niewiadomo ile wynosi liczba osób, którym udaje się pokonać cały szlak, ale szacuje się, że jest to znikomy procent. Dużo piechurów „rozłada” też trasę na części, pokonując ją w przeciągu kilku czy nawet kilkunastu lat.

Jest to niesamowicie spektakularny szlak poprowadzony w taki sposób, by wędrówka odbywała się zawsze tą najpiękniejszą partią na danym terenie. Może kiedyś przyjdzie czas i na nas…… W 2014 roku Jean-Marc Vallée nakręcił wspaniały film pt „Dzika droga” („Wild”) z Laurą Jeanne Reese w roli głównej, który pokazuje jakie piękno, ale i trudności spotkać nas mogą na tym szlaku. Przy okazji polecam również książkę pod tym samym tytułem (autor Cheryl Strayed). Cofamy się do okolic wyjścia na szlak Sardine Falls (długość 2,5 mili), i nie mogąc znaleść jego początku, pytamy o to stacjonujących w okolicy żołnierzy (szlak nie jest oficjalnie oznakowany). Po drugiej stronie drogi mają obóz, przed którym stoi kilka hummer’ów w barwach moro. Szczerze mówiąc żołnierze też zlewają się z otoczeniem…. trzeba się dokładnie przyjrzeć by ich wszystkich wypatrzeć pomiędzy drzewami. Generalnie chłopaki siedzą i nic nie robią. Jeden z żołnierzy wyjmuje z hammera mapę topograficzną i próbuje się zlokalizować. Niestety naszego szlaku na niej nie ma i błędnie nas informuje, że wyjście jest z miejsca, gdzie właśnie stoimy (czyli przy moście). My jednak zdając się na naszą geograficzną intuicję rezygnujemy z ich podpowiedzi, wsiadamy do auta i cofamy się jeszcze około mili na zachód. Tu parkujemy w małej zatoczce (resztki tablicy informacyjnej leżą obok na łące) i widząc „rysującą się” w oddali zarośniętą drogę podążamy w jej kierunku. Po 10 minutach marszu po łące wdłuż słabo widocznej drogi terenowej stajemy przed strumieniem Sardine creek, który musimy pokonać przenosząc dzieci na drugą stronę, bo prąd wody jest zbyt szybki by dzieci mogły sobie z nim poradzić.

Dalej wchodzimy do lasu dającego trochę zbawiennego cienia. Jesteśmy na wysokości mniej więcej 2,440 m npm, i poza doskwierającym upałem również i ten czynnik daje się nam we znaki. Ciężko się oddycha i musimy robić częste postoje w cieniu drzew. Dochodzimy w końcu znowu do strumienia (Sardine creek), ale przerzucona kłoda pomaga nam pokonać przeszkodę bezproblemowo.

Natomiast trzeci raz, kiedy to musimy przekroczyć Sardine creek….to już niestety nie jest przysłowiowa bułka z masłem. Przeprawa jest bardziej skomplikowana i wymaga więcej precyzji i umiejętności.

Po przejściu wyrasta przed nami spektakularny wodospad.

Podchodzimy pod niego, ale nie do samego końca, bo podejście jest to dość strome i niebezpieczne.

O dziwo nasze dzieci są niesamowicie zmobiliowane do marszu…bawiąc się w żołnierzy w akcji….. i wyznaczając sobie co chwilę nowe zadania. Wracamy więc bez kwękania i narzekania…..


Szlak ten jest bardzo słabo uczęszczany przez co daje więcej przyjemności obcowania z naturą. (My podczas wędrówki spotkaliśmy tylko 2 ludzi). Wracając zupełnie nieświadomie podjeżdżamy pod jedną z baz wojskowych ukrytych w lesie…… i w sekundę wyrasta przed nami uzbrojony żołnierz…..z wielkim karabinem w dłoniach. Grzecznie więc przepraszamy i wycofujemy się, żeby chłopakom nie przeszkadzać w marewrach. Przyjrzeliśmy się następnie dokładniej temu miejscu – stacjonujących żołnierzy było tu naprawdę bardzo wielu, a ich piaskowy ubiór maskowany był przez otaczające ich skały o podobnym kolorze. Wyjeżdżając ze 108 na wschód widzimy potężną jednostkę wojskową USCM Mountain Warfare Training z hangarami lotniczymi i wojskowym lotniskiem. W punkcie Leavitt Falls vista spoglądamy z daleka na wodospad

i kolejny przystanek robimy dopiero w miasteczku Bridgeport (droga benzyna $5/galon), służącym jako baza wypadowa i zaopatrzeniowa dla turysów.

Jedziemy Twin Lakes Road przez pastwiska w kierunku Annett’s Mono Village. Nie ma się w zasadzie gdzie zatrzymać nad jeziorem, żeby odpocząć. (tylko malutkie zatoczki na pół auta przy drodze).

Wjeżdżamy na prywatny teren kempingowy położony nad jeziorem Twin Lake, gdzie parkujemy i na pół godzinki idziemy na plażę, by dzieciaki mogły się popluskać w wodzie. Miejsce to jest za bardzo komeryjne, by mogło mi się w jakikolwiek sposób spodobać. Następnie wracamy tą samą drogą na północ do punktu zaznaczonego na mapie jako „Doc and Al’s camp and cabin”, gdzie odbijamy w szutrową drogą Buckeye Road na lewo (wznosząc się coraz wyżej). Jedziemy w poszukiwaniu gorących źródeł (Buckeye Hot Springs) i kempingu. Przejeżdżamy przez las, gdzie kempingują na „dziko” ludzie, pytając przy okazji o dojazd do „kąpieliska”. Zjeżdżamy do rzeki, by dosłownie za 0,5 mili zaparkować na całkiem sporym szutrowym parkingu (po prawej stronie drogi). Przez shagebrush’owe zarośla idziemy w kierunku strumienia (na południe). Jeszcze przed bardzo stromym spadkiem do rzeki wkładam rękę do wypływającego źródełka, którego woda dosłownie parzy!!!!


Schodzimy w dół do rzeki….(a w zasadzie zjeżdżamy) przy pomocy innych ludzi, którzy asekurują to nasze zjeżdżanie. Jest to bardzo niebezpieczne zejście, o czym nie zdawaliśmy sobie sprawy nakładając kroksy!. Znajdują się tu 4 baseniki z ciepłą wodą odgrodzone od siebie dużymi kamieniami. Spływa do nich ze skały położonej wyżej gorąca woda tworząc coś w rodzaju nieregularnych prysznicy. Obok szumi rwąca rzeka z lodowatą wodą. Więc jak ktoś się za bardzo zagrzeje może zanurzyć się na sekundę w zimnej toni strumienia.



Udaje nam się zarezerwować cały basenik dla siebie, gdzie spędzamy godzinkę. W momencie kiedy tu przyszliśmy 2 z nic były wolne, ale zapewne podczas dnia ściągają tu tłumy. Korzystanie z gorących źródeł Buckeye jest bezpłatne i nie ma żadnego limitu czasowego. Nie ma też nic poza miejscem do parkowania i basenikami, musimy więc pamiętać o zabieraniu śmieci ze sobą.


Dokładnie po drugiej stronie rzeki na wzgórzu jest ten „dziki” kemping, który mijaliśmy kilka minut wcześniej, i na którym będziemy dziś spędzać noc, rozpalając wielkie ognisko i spędzając uroczy wieczór grając z dziećmi w badmintona.


Podaje teraz jak dojechać do gorących źródeł z głównej drogi nr 395 w Bridgeport: (Skręt na zachód na drogę 395. Przejechać 4 mile i skręcić na południe w szutrową Buckeye Road nr 3201 – [jest kierunkowskaz na Buckly camp 6]. Po 4,5 milach zjechać na parking. Życzę niezapomnianych wrażeń 😊.
Dzień 21
Wyjeżdżamy z naszego noclegu o świcie by dojechać mniej więcej na 7 rano do parku stanowego – Bodie unikając tłumów.


Niestety skręcając w drogę 270 (z 395-tki) naszym zaspanym oczom ukazał się wielki znak informujący, że park jest czynny wyłącznie w godzinach od 9 am do 6pm… i kategorycznie zabrania się przebywania na jego terenie poza godzinami otwarcia. (Bilet kosztuje $8 od osoby dorosłej i $5 dzieci poniżej 17 roku życia). Zjechaliśmy więc sobie w jakąś zatoczkę przy drodze na śniadanie i bezsensowne koczowanie (przez kolejne półtorej godziny).

Przy wjeździe do parku ranger poza biletami policzył nas jeszcze dodatkowe $2 za mapę, która okazała się akurat bardzo przydatna. Bodie to najlepiej zachowane „ghost town” w Stanach Zjednoczonych, i chociaż zachowało się jedynie 5% budynków (110 sztuk) to obszar do zwiedzania jest tak wielki, że ogarnięcie go z grubsza zajmuje nam ponad 4 godziny.


Jesteśmy tu drugi raz i śmię twierdzić, że nierealnie jest odwiedzenie tu wszystkiego podczas jednej wycieczki, zważywszy na fakt, że pustynne słońce daje „popalić” (a jesteśmy cały czas w jego bezpośrednim zasięgu). Dodatkowo trochę czasu zabrało nam też rozwikłanie zagadek z programu Junior Ranger, który po prostu musiał zostać zaliczony.


W parku poza starymi domami mieszkalnymi i kopalnią (zwiedzanie tylko z przewodnikiem za dodatkową opłatą)…..

znajduje się ciekawie urządzone Visitor Center,


kościół, straż pożarna, resztki banku (sejf), szkoła, stodoły, poczta, więzienie i stacja benzynowa. Do niektórych z tych budynków możemy wejść, inne są zamknięte ze wzgędów bezpieczeństwa…..bo się po prostu rozsypują……






Złoto zostało tu odkryte w 1859 roku przez W.S. Bodey’a, który niestety niezdążył zobaczyć wspaniale prosperującego miasta, ponieważ zginął podczas zamieci śnieżnej 7 miesięcy po swoim odkryciu. Największy rozwój miasta przypada na lata 1877 – 1881, kiedy to w okolicy znajdowało się 30 kopalni złota i 9 wielkich młynów rozkruszających złotonośne skały. Populacja wynosiła wtedy około 8 tysięcy. Niestety poza ciężko pracującymi górnikami do miasta zaczęli przybywać również niecieszący się dobrą reputacją rewolwerowcy, powstały domy publiczne i miejsca, gdzie można było bez problemu zdobyć opium (chińska dzielnica). Podczas największego rozkwitu w mieście funkcjonowało 60 salonów, w których często ci cieżko pracujący roztrwaniali swoje fortuny zamieniając je na alkohol. Na początku XX wieku pokłady złota się wyczerpały i miasteczko powoli się wyludniało, kończąc swój żywot w 1942 roku, kiedy to zamknięto ostatnią kopalnię. Na szczęście ostatni właściciel (James S Cain) zorganizował całodobową ochronę terenu, co uchroniło Bodie od wandali i złodziei, i teraz możemy oglądać je praktycznie w nienaruszonym stanie.



Ciekawostką jest tu również klimat (subarktyczny z suchym latem) jaki panuje na tym terenie. Jesteśmy na wysokości około 2,600 m npm na bezdrzewnym terenie pustynnym, który w lecie podczas dnia zamienia się w istną „patelnię”, zimy natomiast są tu bardzo srogie i śnieżne, a temperatura potrafi spaść do nawet ponad – 30°C (a wiatr wiać z prędokością 160km/h). Jak się nie trudno domyśleć ludzie, którzy tu mieszkali mieli wielkie trudności w przetrwaniu takich zim, zważywszy, że teren jest pozbawiony drzew, które to mogłoby posłużyć do ogrzewania domów. Drewno było „eksportowane” z niedalekiego Bridgeport i Carson City (Nevada). Niestety w historii miasteczka zanotowano wiele przypadków zamarznięć, szczególnie podczas wyjątkowo mroźnej zimy 1878 – 1879.



Odwiedzenie tego miasteczka uważam za punkt „must see” dla każdego odwiedzajacego okolicę, bo przecież między innymi tutaj zaczęły sie początki Kaliforni.




Po prawie 5 godzinach eksplorowania terenu wyjeżdżamy (inną) drogą (nr 169) szutrową (bardzo wyboistą). Po 11 milach telepawki pojawia się asfalt. Uff!!! Tak nas wytelepało, że na desce rozdzielczej włączyła się kontrolka informująca o problemie z korkiem na paliwo (który zapewne odkręcił się samoistnie podczas jazdy). Zbliżając się do Mono Lake zauważyliśmy jakąś dziwną mgłę unoszącą się aż po horyzont. Widoczność stawała się coraz gorsza w miarę posuwania się w kierunku południowym. Jadąc cały czas 395-ką, mijamy Lee Vining (benzyna $5/galon), a dymu jest coraz więcej i więcej. Zaczynamy podejrzewać, że pochodzi on od palącego się gdzieć w okolicy lasu. Kiedy wjeżdżamy na drogę Mammoth Scenic Loop (prowadzącą do miasteczka Mammoth Lakes) dym już jest tak gryzący, że ciężko się nam oddycha…..co stawia pod wielkim znakiem zapytania naszą wycieczkę do Devil’s Postpile National Monument…… Mammmoth Lakes to zdecydowanie centrum sportów zimowych w tej części stanu. Przy głównej ulicy (droga nr 203) znajduje się wyciąg narciarski, który teraz zamiast narciarzy przewozi letników w małych wagonikach. My podjeżdżamy do bramki wjazdowej do Devil’s Postpile National Monument (wjazd $10/auto za 1 dzień), gdzie na wstępie otrzymujemy informację, że musimy cofnąć się do miasteczka i skorzystać z autobusu, który zawiezie nas do parku. (opłata $8/osoba dorosła, $5/dziecko). Ruch samochodami osobowymi jest dozwolony tylko w godzinach do 7 rano i po 7 wieczorem, z powodu bardzo ograniczonych miejsc parkinowych i wąskiej drogi dojazdowej. Jest jednak jedna możliwość dotarcia tam swoim samochodem…. Trzeba powiedzieć rangerowi, że chcemy spędzić noc na kempingu położonym w parku. Tak też mówimy, bo po pierwsze nie ma najmniejszej szansy, żebyśmy zdążyli zrobić dwa szlaki porusząc się autobusem, do którego (miejsca odjazdu) musimy jeszcze dojechać…. Wjeżdżamy więc do parku (tu działa nasz NP Pass, więc nie płacimy za bilet) bardzo stromą i naprawdę wąską jednopasmową drogą powoli staczając się do doliny. Dowiedzieliśmy się od rangerki, że 3 tygodnie temu piorun uderzył w drzewo około 3 mile stąd, powodując pożar. Teraz strażacy pozwalają drzewom objętym tym pożarem tlić się dalej, kontrolując na bierząco sytuację. Dym gryzł nas okrutnie w gardła, ale nie mogliśmy darować sobie takiej atrakcji jak Devils Postpile i Rainbow Falls. Parkujemy (jako jedyni) pomiędzy wozami strażackimi należącymi do służb NATIONAL FOREST

i zaglądamy na chwilkę do małego Visitor Center, gdzie dowiadujemy się, że aktualnie pożar oddalony jest od nas o 3-4 mile…. i upewniwszy się, że jesteśmy bezpieczni wyruszamy na szlak Devils Postpile. Czasu wiele nie mamy bo jest już 4.30pm a przy takim zagęszczeniu dymem powietrza widoczność jest o wiele słabsza niż powinna być.


Idziemy całą pętelkę najpierw dołem i wdrapujemy się na górną część,


gdzie stajemy na heksagonalnych sześciokątnych wyszlifowanych płytkach (długość szlaku 1,4 mile).


Szlak jest bardzo „zakurzony”, co razem z duszącym dymem nie daje raczej perfeksyjnych warunków do maszerowania.

Na tym odcinku spotykamy wielu backpakers’ów idących długodystansowym Pacific Crest Trail. Nazwa parku pochodzi od kolumn bazaltowych, których wysokość dochodzi nawet do 18 metrów (średnica maksymalnie do 1 metra). W przektroju większość z nich ma kształt sześciokątów, (ale jest też sporo pięciokątnych…jeśli to w ogóle kogoś interesuje😊). Około 90,000 lat temu gorąca lawa wpłynęła do zamkniętej doliny, gdzie zaczęła stopniowo ochładzać się stając się twardą bazaltową skałą. Podczas procesu stygnięcia zaczęły pojawiać się pęknięcia od góry i dołu łącząc się ze sobą i tworząc kolumny, które uwidoczniły się dopiero po ustapieniu lodowców (12,000 lat temu), który je pokrywał, rzeźbił i szlifował. Proces stygnięcia lawy odbywał się powoli i równomiernie i to dlatego kolumny są takie symetryczne. Chociaż wygląda to bardzo spektakularnie, nie jest to unikalne zjawisko w USA i spotkać je można chociażby w Devils Tower w Wyoming czy podróżując wzdłuż rzeki Columbia (Latourell Falls w Oregonie). Po zakończeniu szlaku Devil’s Postpile biegniemy z powrotem do auta by podjechać do punktu oznaczonego na mapie parkowej jako # 9, z którego to wychodzi szlak na wodospad Rainbows. (Długość w obie strony to 2,8 mili).

Do Rainbows mogliśmy się dostać przedłużając spacer ze szlaku Devil’s Postpile, ale wtedy całkowita długość wyniosła by 5,2 mile, a chcieliśmy troszkę skrócić dystans ze względu na nadchodzący wieczór i trudności w oddychaniu spowodowane dymem pochodzącym z niedalekiego pożaru.


Idziemy szlakiem pośród wypalonych (26 lat temu w wielkim pożarze) drzew, mijając sterczące z ziemi kikuty widoczne aż po horyzont, i młode wkraczające na pogorzelisko drzewka, które rosną w siłę …aż do następnego pożaru, który zresztą może je zniszczyć bardzo niedługo.

Niestety podczas naszego pobytu mamy dostęp tylko do 2 z 3 istniejących punktów widokowych.

Najlepsze miejsce czyli dolna platforma jest w trakcie remontu i jest niedostępna dla zwiedzających. Na środkowym tarasie widokowym spotykamy backpacker’a PCT (z Alabamy), z którym chwilkę rozmawiamy.


Właśnie rozkłada tu swoją karimatę, konsumując przy okazji makaron z worka foliowego…. Wygląda na szczęśliwego i niemartwiącego się niczym człowieka, który już dość długo przebywa z dali od cywilizacji (wyruszył ponad 2 miesiące temu…..). Robimy szybkie zdjęcie i zmykamy w kierunku kampera, bo słońce już zaszło za górami, a my musimy zacząć organizowanie noclegu.



Na parkingu pojawiły się kolejne wozy strażackie. Upewniamy się jeszcze raz pytając strażaków czy możemy czuć się bezpiecznie zostając w parku na jednym z kempingów. Po ich zapewnieniach jedziemy na Minaret Falls campground ($23/noc). Jak można się było domyśleć kemping jest prawie pusty, ze względu na niesprzyjające warunki „powietrzne”. Na dużej tablicy przy wjeździe jest informacja, żeby najpierw wybrać sobie miejsce, a następnie poczekać na pracownika kempingu, który przyjdzie do nas po pieniążki. Cóż czekaliśmy, ale nikt nie przychodzi, więc nocleg mamy za darmo 😊.
Dzień 22
Nasza miejscówka noclegowa okazuje się bardzo urokliwa – dosłownie idealna na miejsce na kemping. Widzimy to dopiero o poranku, bo wczoraj była już ciemna noc gdy tu zawitaliśmy. Opuszczamy ją około 6am, mijająć się z kilkoma zjeżdżającymi do doliny wozami strażackimi. Gryzący dym cały czas utrudnia oddychanie.

Przejeżdżamy przez miasteczko Mammoth Lake i wyjeżdżamy w kierunku jezior, gdzie pojawia się w końcu niebieskie niebo!

Zrobiła się piękna słoneczna pogoda, a dym został przewiany na drugą stronę gór. Zatrzymujemy się przy jeziorze Mammie w miejscu nazwanym Twin Falls Overlook – ale paradoksalnie widoku wodospadu tu nie ma, bo stoimy na jego szczycie….Podjeżdżamy następnie do końca drogi nad Horseshoe lake. Jest to przepięknie położone jezioro, ale niestety bardzo duże stężenie dwutlenku węgla w powietrzu i glebie ma tu bezpośredni wpływ na lokalne środowisko.


Jest tak duże, że umierają tu drzewa, pozostawiając obdarte z kory wysuszone pnie. Chociaż prawdę powiedziawszy białe kikuty drzew wyglądają bardzo fotogenicznie, kontrastując z błękitem nieba.


Zwiększona zawartość dwutlenku węgla spowodowana jest aktywnością niedalekiego wulkanu Mammoth Mountain i powoduje ona obumieranie korzeni drzew właśnie w okolicy jeziora Horseshoe. I chociaż jak powszechnie wiadomo liście drzew w procesie fotosyntezy wytwarzają tlen właśnie z dwutlenku węgla, to korzenie tych drzew potrzebują bezpośrednio tlenu by drzewo mogło żyć. Wysoka koncentracja CO2 w glebie hamuje pobieranie składników odżywczych i drzewo umiera. Również dla człowieka duża zawartość dwutlenku węgla w powietrzu jest zabójcza… szczególnie gdy gas ten zaakumuluje się w jakiś zagłębieniach i depresjach, czy np. pod pokrywą śnieżną. Dlatego “cave camping” (czyli nocowanie w zrobionym ze śniegu igloo) oraz spanie w zwykłych namiotach jest tu zabronione. Wdychanie powietrza z zawartością CO2 większą niż 30% może spowodować śmierć. Rozglądając się dookoła, aż trudno uwierzyć, że jest tu tak niebezpieczne dla naszego zdrowia, a nawet życia. Dwutlenek węgla w tak dużej ilości zaczął wydobywać sie przez utworzone w wulkanie pęknięcia i uskoki w roku 1989. Dziennie emitowane jest nawet 300 ton tego gazu!!!! Podczas naszego pobytu nad jeziorkiem przeleciały nad nami 4 helikoptery z tzw. „backetami” czyli pojemnikami z proszkami gaśniczymi zmierzając w kierunku zachodnim, gdzie znajduje się centrum pożaru. W trosce o nasze zdrowie zostajemy tu zaledwie godzinkę i jedziemy dalej – tym razem zjeżdżając na kemping Twin Lakes, skąd mamy idealny widok na wodospad Twin Lakes Fall.


Po porannych podbojach okolicy Mammoth Lakes nadszedł czas na zakupy w postaci swieżych owoców, warzyw i oczywiście czekolady (Vox/Safeway supermarket). Drogą 395-ką (a nastepnie Hot Creek Hachery Road) wyjeżdżamy na wschód do Hot Creek Geological Site (Inyo National Forest; wjazd bezpłatny, czynne od świtu do zmroku). Z parkingu idziemy na krótki spacer betonową ścieżką wdłuż rzeki, za którą bulgocze kilka turkusowo niebieskich baseników.




Znajdujemy się około 3 mile powyżej „pracującej” magmy, która daje upust swojej sile w kilku widocznych ze ścieżki miejscach takich jak gejzery czy gorące źródła, w których temperatura może zmienić się niespodziewanie, dlatego wydano zakaz wchodzenia do rzeki, (z dna której te źródełka biją i które to dno w związku z tym jest niestabilne). Zakaz jednak nie obowiązuje chyba ludzi nierozgarniętych….których widzimy pluskajacych się na środku rzeki. To, że w każdej chwili mogą się ugotować, chyba nie przeraża ich za bardzo bo bawią się w najlepsze. A na pytanie innej zdziwionej ich głupotą turystki… czy nie rozumieją zakazu kąpieli obowiązującego na tym terenie, z pretensją oznajmiają, że kąpiel nie jest zakazana tylko nierekomedowana. Cóż informacja o 14 śmiertelnych wypadkach, jakie się tu wydażyły od 1968 roku, widocznie ich nie przeraża. Pstrykamy kilka zdjęć i jedziemy dalej bo upał daje się porządnie we znaki. Na naszej trasie kolejnym punktem jest Hot Creek Trout Hachery (wjazd bezpłatny), gdzie oglądamy pstrągi pływające w betonowych basenikach.



Są ich tu dziesiątki tysięcy… od malutkich centymetrowej długości po całkiem konkretne okazy, które mogłyby z powodzeniem wskoczyć już na patelnię😊. Olbrzymia siatka rozwieszona nad basenikami w sposób konsekwentny chroni ryby przed fruwającymi drapieżnikami…. Nie ma tu za wiele do oglądania, więc po kilku minutach wskakujemy do kampera i podążamy do petardy dnia dzisiejszego czyli do gorących źródeł. Nie wiemy dokładne gdzie się znajdują (google pokazuje nieprawidłową lokalizację)… ale „zasięgamy języka” w recepcji lokalnego publicznego basenu (Whitmore pool)….. A trafić do Whitmore Hot Springs bez tej podpowiedzi nie było by łatwo. Trzeba skręcić w drogę Benton Crossing Road (na skrzyżowaniu z 395 jest Green Church jako znak rozpoznawczy). Mijamy po prawej mały lokalny basen Whitmore Pool, gdzie warto również wskoczyć na krótki relaksik jeśli akurat obiekt jest otwary. Jest to basen na środku pustyni w tle z ośnieżonymi górami i pustynią…. Licząc od skrzyżowania z 395 przejeżdżamy 3,1 mili i od razu za „cattle grid” (metalowe linie wbudowane w drogę uniemożliwiające bydłu przejście) skręcamy w prawo w szutrową drogę. Jedziemy 1,2 mili do parkingu (miejsce na około 20 samochodów). Z parkingu „wychodzi” drewniana kładka, którą podążamy w kierunku gorącego źródła (około 0.5 mili).


Są tu 2 baseniki, przy czym woda w pierwszym z nich (po lewej stronie) jest bardziej gorąca i ciężko w niej się nawet zanurzyć….. Mamy dużo szczęścia bo w momencie kiedy przychodzimy, jakaś bardzo głośna grupa około 20 osób opuszcza to lepsze miejsce razem z wielkim boomboxem i muzą w stylu Mr. Hummer’a czy Vanilla Ice.


Miejscówka jest poprostu superowa… siedzimy zanurzeni w cieplutkiej wodzie na środku pustyni…. z widoczkiem na góry.

Po ponadgodzinnym wymoczeniu tyłków wyruszamy dalej (wracając tą samą drogą do 395). I tą 395 suniemy na północ aż do June Lake Junction, skręcając na zachód (w 158 June Lake Loop). Jest to droga prowadząca do kilku załadowanych po brzegi kempingów położonych nad jeziorkami – (m in. Oh! Ridge Campground $27.50/noc). My odbijamy w drogę otaczającą te rekreacyjne miejsca od północnej części (Northshore Drive) i tu właśnie po przejechaniu 1,2 mili znajdujemy przesuperową dziką miejscówkę na nocleg. Wąską szutrową dróżką wjeżdżamy w niewinnie wyglądający teren……i na dzień dobry widzimy relaksującego się na zwisającym nad przepaścią hamaku gościa, obok którego przejeżdżamy i „delikatnie” wciskamy się pomiędzy skały a drzewa, rezerwując sobie „pole namiotowe”. Jest tu przygotowane miejsce na ognisko, które oczywiście płonie długo i wytrale przez następne kilka godzin.



Dzień 23
O świcie wyjeżdżamy z naszej supermiejscówki i jedziemy dalej „pętelka” aż do głównej trasy nr 395. Szału wielkiego nie ma jeśli chodzi o te tereny, a już najgorszym miejscem pod względem krajobrazowym jest zdecydowanie sztuczny zbiornik retencyjny Grant Lake, znajdujący się na końcu trasy. Prywatny kemping jaki tu zastajemy jest w zasadzie miejscem dla wędkarzy, którzy stacjonują tu swoimi kamperami przez całe lato. Jedziemy więc dalej w kierunku Mono Lake.


Wjeżdżamy w Picnic Shorcut Road i próbujemy przedrzeć się szutrową drogą wzdłuż krzaczorów (sagebrush) i jadąc wdłuż wybrzeża jeziora, (i mijając Visitor Center).


Rush Creek, który „stanął” na naszej drodze uniemożliwił nam jednak dalszy przejazd. Zawróciliśmy tą samą drogą, wcześniej wsuwając śniadanie, figurujące na naszej liście jako „zaległa czynność”. Parkujemy następnie przy Visitor Center, gdzie dzieciaki znajdują kunę i jej umarłe kuniątko leżące na chodniku☹. W samym Visitor Center spędzamy chwilkę chłonąc wiedzę geologiczną i antropologiczną z licznych wystaw i displejów. Decydujemy się nie zajeżdżać nad samo jezioro Mono, gdyż odwiedzaliśmy je już dwukrotnie w niedalekiej przeszłości, a skupić się na miejscach nowych lub odwiedzanych dawno, dawno temu. Jedziemy więc w kierunku Yosemite National Park. Wcześniej tankujemy na stacji Chevron ($5/galon) i nabieramy wodę do naszego kamperowego zbiornika. (Przy samym wjeździe na 120 – Tioga Pass jest również dostępny kranik z wodą). Wjeżdżąmy na przełęcz podziwiając piękne widoki – olbrzymie góry i głębokie doliny.



Nie jedziemy jednak bezpośrednio do parku, a zbaczamy ze 120 (na drogę nr 04) w kierunku Saddlebag lake (sztuczny zbiornik) by wspiąć się nad Gardisky lake (szlak 2,6 mili).

Jest to bardzo trudny szlak ze względu na jego stromość i bardzo śliskie kamienie po których trzeba się wspinać. Ze względu na stromość szlak poprowadzony jest licznymi serpentynami, które stanowią 85% drogi. Dzięki temu, że szlak do najłatwiejszych nie należy spotkaliśmy tu tylko 3 inne osoby. Po pokonaniu tych wszystkich skalnych stopni docieramy nad przepiękne alpejskie jezioro, nad którym spędzamy godzinkę w zupełnej samotności, otoczeni tylko przez dziką przyrodę.



Z zejściem jest już nieco gorzej……. Jest bardzo stromo i ślisko i trzeba włożyć bardzo dużo trudu przy stawianiu każdego kroku.

Cała wycieczka zajmuje nam 3 godziny i szczerze mówiąc wymęcza nasze dzieciaki bardzo… ale pomimo tych trudności wycieczka warta jest zaliczenia. Podjeżdżamy do końca drogi do Saddlebag Lake, ale nic ciekawego tu niestety nie ma (tylko tama i jakaś mała elektrownia wodna), więc szybko zawracamy na Tioga Pass. Wjeżdżając do parku narodowego Yosemite ($35/auto lub National Park pass) proponuję poprosić o 1 dodatkową (bezpłatną) mapkę parku, bo wyjątkowo się niszczy, rozczłonkowując na wiele części. Przy wjeździe jak się można było tego spodziewać powitały nas korki…., które tylko nasiliły się wewnątrz parku…. Tu nadmienię, że Tioga Pass Road zamykana jest na ponad pół roku – mniej więcej od połowy listopada do końca maja lub nawet połowy czerwca. W parku można wyróżnić 4 główne części, które wypadałoby zwiedzić podczas wycieczki. Pierwszym z nich jest Tioga Pass – którą wjeżdżamy do parku od strony wschodniej. Następnie najpopularniejsza i najczęściej odwiedzana to dolina – Yosemite Valley, oraz Glacier Point Road i okolice Wawona z Mariposa Grove (przy wjeździe południowym). Wszystkie te części parku przyciągają zafascynowanych jego pięknem i unikalnością – hikerów, backpackerów, wspinaczy skałkowych, wędkarzy, malarzy, fotografów, kolarzy, zwolenników jazdy konnej, ale i zwykłych wylegiwaczy leżakowych😊. Jadąc Tioga Pass mijamy najpierw piękne alpejskie łąki Tuolumne Meadows.


I w miarę posuwania się w kierunku zachodnim zagęszczenie turystów robi się nie do zniesienia!!! Ledwo znajdujemy miejsce na parkingu przed Tuolumne Meadows Visitor Center. Swoją drogą jest to bardzo skromnie urządzone miejsce i w zasadzie poza tłumem ludzi nic tu nas nie zaskakuje. Do tego wszystkiego za zeszyt ćwiczeń do programu Junior Ranger trzeba zapłacić $8!!! Trochę wyprowadza mnie to z równowagi, bo po pierwsze bilet do parku kosztuje $35, a po drugie to najprawdopodobniej jedyny park w USA w którym trzeba zapłacić za kilkustronicową książeczkę. Wyruszamy dalej na zachód mijając Pothole Dome – białą granitową górę na którą wdrapują się tłumy (szlak 2,5 mile).


(My tylko podchodzimy kawałeczek by zrobić zdjęcie). Zatrzymujemy się przy Olmsted Point, ale nie bierzemy rekomendowanego szlaku tylko wdrapujemy się na granitową górkę po przeciwnej stronie drogi, skąd rozpościerają się mega piękne widoki między innymi na Half Dome i Jezioro Tenaya lake.


Nie ma tu oficjalnego szlaku, dlatego też i nie ma tu ludzi, chociaż nasza obecność ściągneła tu kilka osób, które mijamy w drodze powrotnej.



Szczyt tej nienazwanej góry zasługuje na miano petardy turystycznej…. a tą cenną podpowiedź zawdzięczamy poróżniczce Dorocie (www.szlakiusa.pl). W Visitor Center dowiedzieliśmy się, że jeden z prymitywnych kempingów został otwarty dzisiaj i według najświeższych informacji powinno być na nim jeszcze kilka miejsc wolnych (reszta parkowych miejsc kempingowych jest już zajęta). Ta wiadomość jest dla nas bardzo cenna, bo jak wiadomo ze znalezieniem noclegu w sezonie jest tu bardzo cieżko…. Zjeżdżamy więc do Yosemite Creek Campground ($12/noc; 75 miejsc, wody brak). Droga na kemping jest bardzo wąska i szutrowa…. wijemy i telepiemy się przez ponad 20 minut … mijając zawracające samochody…. co wiąże się najwyraźniej z odniesieniem przez nich porażki w znalezieniu miejsca. Z trudem mijamy też autokar, który według logiki i obowiązującego zakazu nie powinien się tu znaleść. Po dotarciu na miejsce ku naszemu wielkiemu zdziwieniu odkrywamy, że jest tu jeszcze wiele niezajętych miejsc. Wybieramy miejscówkę # 11 oddaloną od wszystkich innych, …..by krzyki naszych dzieci nie stawały się uciążliwością dla kempingujących.

Mamy tu mnóstwo przestrzeni tylko dla siebie. Ponieważ przy tablicy z ogłoszeniami jest wywieszona czerwona kartka z ostrzeżeniem przed grasującymi tu pumami (mountain lion), muszę bawić się razem z dzieciakami (trwa walka plemienna Indian), by mieć je poprostu cały czas na oku… A jak wiadomo pumy w pierwszej kolejności atakują mniejsze osobniki. Poza tym zwierzęta te zawsze wybierają jako ofiary poruszające się szybko jednostki…. np. biegaczy czy rowerzystów. My zdecydowanie jesteśmy biegaczami …uzbrojonymi w długie kije… Po godzinie takiego latania…. mam już tego wszystkiego dosyć i ogłaszamy zawieszenie broni. Rozpalamy wielkie ognisko, które ma za zadanie odstraszenie dzikiej zwierzyny i przysmażenie kiełbasek na kolacje…
Dzień 24
Wyjeżdżamy z kempingu do Tuolumne Grove, (gdzie zjadamy śniadanie parkując przed wyjściem na szlak). Po analizie wszystkich faktów rezygnujemy jednak z pójścia na ten szlak zostawiając go na dzień jutrzejszy, a pędzimy do Yosemite Valley, czyli miejsca, gdzie znajduje się więcej turystów niż cząsteczek powietrza ☹. Ponieważ dzisiaj jest piątek, tłumów powinno być trochę mniej niż w nadchodzącą sobotę czy niedzielę. (Nie ma nic gorszego niż trafić w weekend do Yosemite Valley).

Pierwszy szlak jaki bierzemy to Bridalveil fall (0,5 mili w dwie strony, wysokość wodospadu 189 metrów!!!). Było jeszcze przed 9 rano, a już tłumowiska waliły po asfalowej drodze w kierunku wodospadu.

Wodospad jest zacieniony o tej porze dnia, w zasadzie panuje tu jeszcze półmrok….. Wszystkie głazy u podstrawy są mokre i bardzo śliskie, więc przy przemieszczaniu się trzeba bardzo uważać. Dzieci w ogóle nie zainteresowane widokiem urządziły sobie natomiast ślizgawkę na jednym z wielkich głazów. Po kilkunastu minutach wracamy z powrotem do auta i zaczynamy kultową drogę po Dolinie Yosemite – Southside Drive (ruch jednostronny). Dolina Yosemite zajmuje zaledwie 18 km2, a przyjeżdża tu ponad 80% odwiedzających park. Trudno się jednak dziwić tak wielkiej popularności, jeśli do „dyspozycji” mamy tu ogromne granitowe urwiska, wspaniałe wodospady i wijącą się zakolami rzekę Merced. Warto tu też wspomnieć, że Park narodowy Yosemite jest samoistniejącą jednostką posiadającą właśnie w dolinie własny sąd, pocztę i klinikę medyczną i dentystyczną i rządzi się swoimi prawami. Nasz pierwszy przystanek to Catherdal Beach, gdzie spacerujemy w kierunku piaszczystego brzegu rzeki. Mamy stąd widok na przepięknie oświetlony porannym słońcem El Capitan.

Góra ta to największy na świecie monolit o wysokości ponad 900 metrów, o ścianach tak stromych, że wydaje się wręcz niemożliwe, żeby ktokolwiek mógł się na nie wdrapać…A jednak miesiąc temu został pobity kolejny rekord wspinaczkowy na tą górę – Alex Honnold i Tommy Caldwell zdobyli ją w niecałe 2 godziny. Cóż zapewne grawitacja działa na nich w odwrotnym kierunku…. Alex również wspiął się na El Capitan’a bez lin (i w ogóle jakiegokolwiek sprzętu wspinaczkowego) w 2017 roku w niecałe 4 godziny…. (tu polecam film dokumentalny Free Solo)!!! Następny postój to Sentinel Beach – również z pięknymi widokami.

Od tego momentu zaczyna się już dosłownie masakra ze znalezieniem parkingu….. Wyskakuję na chwilę z naszego kampera przy Swinging Beach by zerknąc z drewnianego mostku na majestatyczny Yosemite Falls (wysokość 739 metrów!!!).

Niezdawałam sobie z tego sprawy wcześniej, ale dolina parku służy przede wszystkim jako miejsce rekreacji…. Wielka grupa plażowiczów w strojach kąpielowych pluska się w rzece, pływając na oponach czy dmuchanych kaczuszkach…. i dlatego też brakuje miejsc na parkingach, bo „rekreacyjni” zaparkują i wnikają na cały dzień….Podjeżdżamy następnie do kolejnego punktu na drodze – kaplicy (Yosemite Chapel),

gdzie malolaty w klapeczkach tańczą sobie w rytm rapowej muzyki puszczonej z wielkiego boombaksa (trzymajac do tego w rękach ociekające lody)…. jakoś to wszystko mija się z moimi oczekiwaniami jeśli chodzi o zwiedzanie parku narodowego.

Naszym głównym celem na dzisiaj jest przejście szlaku prowadzącego do Vernal Falls. W celu znalezienia parkingu musimy po prostu złamać przepisy i wbić się częściowo na chodnik. Dosłownie nie ma gdzie się wcisnąć!!!. Idziemy wzdłuż ulicy w poszukiwaniu przystanku autobusowego….. jak już ten przystanek znajdujemy to czekamy dłuższą chwilę, aż jakiś kursujący autobus zatrzyma się by nas zabrać. (Kilka autobusów mija nas wypchanych po brzegi). Podjeżdżamy z przystanku nr 14 do przystanku nr 16 (nasz kamper zostawiliśmy w okolicy przystanku nr 13, który akurat okazał się nieczynny). Razem z wytoczonym z autobusu tłumem dosłownie wypływamy na szlak Mist trail…. przechodzimy most i zaczynamy mozolną wspinaczkę po szerokiej asfaltowej drodze. Jest godzina 1 po południu…a więc upał jaki dochodzi daje się nam porządnie we znaki. Chodniczek stromo wiedzie nas i całą kolumnadę ludzi (są tu przypadki szczególne – w obuwiu plażowym!). To chyba najbardziej popularny szlak w dolinie. Po dojściu do mostu, skąd jest raczej kiepski widok na wodospad, większa część tłumowiska zawraca i tylko nieliczne jednostki (tak mi się niestety tylko wydaje) udają się dalej po bardzo stromych kamiennych schodach do podnóża wodospadu. Schody te są bardzo „wyszlifowane przez turystów”, co powoduje, że łatwo się pośliznąć. Szczerze mówiąc idzie się okropnie…. Ale nie chodzi tu tylko o warunki podłoża….ale o ludzi, którzy nie stosują się tu do żadnych zasad savoir vivre…. popychają się nawzajem, nikt nikomu nie chce ustąpić. Zero kultury osobistej. Pomimo tych niedogodności wodospad Vernal (wysokość 97 m) z bliska powala na kolana!!!. Cały czas wspinamy się po wysokich schodach, które w miarę zbliżania się do wodospadu stają się bardzo śliskie, ze względu na bryzę, która na nie spada. Dlatego też nazwa szlaku Mist trail jest adekwatna do zaistniałej sytuacji.

Chlapiąca z wodospadu woda jest bardzo przyjemna szczególnie w tak upalny dzień, utrudnia jednak zrobienie zdjęcia ochlapując obiektyw aparatu… bardzo fotogeniczne jest przejście minitunelem, w którego okolicy znajduje się chyba najlepsza miejscówka na zrobienie zdjęcia. Jest godzina 2.30pm… i właśnie w tym miejscu i o tej porze ukazuje nam się przepiękna tęcza!!!!

Wspaniałe widowisko, które nie potrwa długo (jak schodziliśmy godzinę później tęczy już nie było). Wąskim przejściem po schodkach (z barierką chroniacą przed upadkiem w przepaść)…. dostajemy się na szczyt wodospadu.

Jakaś młoda dziewczyna poprzelatała nogi o barierkę…. nad przepaścią i pozuje do zdjęcia….a mnie aż robi się słabo na ten widok….i siadam tam gdzie stoję z zawrotami głowy….. Dalej szlak prowadzi do kolejnego wodospadu – Nevada Falls, ale nasze dzieci nie mają już na to siły (czasami łatwiej zrzucić po prostu winę na młodszych😊). Schodzimy bardzo powoli z miejsca widokowego, zachowując szczególną uwagę w tej trudniejszej górnej części szlaku. Jest tu bardzo dużo ludzi…. chociaż widziałam wyraźnie, że większość z nich zawróciła przy moście…. Szczerze mówiąc jest to bardzo niekomfortowe i dalekie do mojego ideału miejsc cudownych. Przy zejściu ze szlaku spotykamy niekończącą się kolejkę (po pitną wodę) do fontanienki ustawionej przy łazienkach.

Jakoże skończyła nam się woda – ustawiamy się i my. Po wystaniu jakiś 20 minut kiedy to napełniamy już swoje bidony zimnym ożeźwiającym płynem podchodzi do nas ranger z informacją, że jest to ta sama woda, która płynie w kranach w łazience znadującej się obok nas….. ☹. Przystanek jest pełen ludzi czekających w kolejce na autobus w nadziei, że kolejny będzie tym, który ich zabierze. My zanim ustawiamy się w tym ogonku biegniemy na dosłownie 10 minut do Nature Center at Happy Isles by móc choć zerknąć w przyśpieszonym tempie na ciekawe displeje i wypchane dzikie zwierzęta (wystawy te przeznaczone są przede wszystkim dla najmłodszych). Wracamy na przystanek i z pokorą ustawiamy się w długiej lini do autobusu, ale minie dobre pół godziny zanim w końcu nastąpi nasza kolej i wejdziemy na pokład shuttle bus’a. Około godziny 5pm wracamy do naszego kampera, do którego szybko wskakujemy i próbując się zorientować w terenie (posługując się oczywiście mapą parkową) lądujemy na parkingu przed hotelem The Majestic Yosemite Hotel. Chcieliśmy zaparkować przed nim i zajrzeć na chwilkę do środka – bo to w końcu zabytkowy hotel, ale znalezienie miejsca parkingowego graniczyło z cudem. Przed samym budynkiem stał zaparkowany czerwony wypucowany ferrari …. jak widać goście tego hotelu należą do „wyższej ligi”. Rozglądamy się przy okazji za wodą do naszego zbiornika…. i lądujemy w Housekeeping camp, gdzie podłączamy się do kranika. Ta część parku oferuje prymitywne wielkie namioty – wiaty wyposażone w piętrowe prycze.


Ogólnie wygląda to odpychająco i zaniedbale i przypomina raczej ośrodek wypoczynkowy na wschodzie Europy z przed 40 lat. W dolinie obowiązuje ruch jednostronny i dzięki temu ciężko się tu manewruje… gubimy się i krążymy kręcąc się na rondach….Lądujemy w końcu na parkingu przed wielkim sklepem w Yosemite Vilage, do którego tłumy spragnionych łakoci nadciągają ze wszystkich stron. Poza dużym wyborem „przepysznego” amerykańskiego jedzenia o wartości odżywczej biskiej zera, jest tu chyba największy „gift shop” w Stanach. Szczerze mówiąc męczą mnie takie miejsca bardzo….Po szybkich zakupach dowlekamy się w żółwim tempie do kolejnego parkingu, z którego idziemy w kierunku szlaku na Lower Yosemite falls. Szlak to tak naprawdę szeroki chodnik, którym w ciągu minuty przechadza się jakieś 500 osób. Sam widok wodospadu (a w zasadzie dolna jego część) z bliska nie rzucił mnie na kolana… ale głównym odpychającym czynnikiem jest tu zdecydowanie ludzka „stonka”, która zaatakowała wszystkie miejsca nadające się do odpoczynku.


Podobno jest to jedno z niewielu miejsc na świecie, gdzie można obserwować „księżycową tęczę” w unoszącej się z nad wodospadu bzyzie. Przy powrocie do auta odwiedzamy łazienkę, która wygląda jakby nikt jej nie sprzątał od miesięcy… chociaż jak wiadomo w takich miejscach rangerzy pracują codziennie…. a pseudoturyści robią przysłowiowy chlew. Słońce już zaczęło się szykować do snu… więc i my wyruszamy w kierunku wyjazdu z doliny. Zatrzymujemy się jeszcze na chwilę przy drodze by pstrykąć kilka fotek (Valley View)

i wjeżdżamy na parking przy Tunnel View.


Naszym oczom ukazuje się niezwykła panorama granitowych monolitów El Capitan, Half Dome i Sentinel Dome oraz Bridalveil Fall. I troszkę za późno niestety tu docieramy pozbawiając się tym samym wspaniałego oświetlenia słonecznego. Postanawiamy zaryzykować i zostać na tym parkingu na całą noc, co na szczęście udaje się nam bez problemu.
Dzień 25
Z samego rana przejeżdżamy przez tunel i jedziemy Wawona Road do Mariposa Grove – (otwartego kilka dni temu po trwającej ponad 3 lata renowacji). Jest to skupisko ponad 500 wielkich sekwoi. Jedziemy do samego końca drogi na parking, bo jest jeszcze przed 7 rano, a bezpłatne autobusy parkowe (shutlle buses) zaczynają swoją pracę o godzinie 8. Jeśli ktoś chce (albo musi) jechać autobusem trzeba zaparkować w Mariposa Grove Welcome Plaza. Serwujemy sobie grzanki na śniadanie…bo na „żywca” pyszniutkiego chleba zakupionego wczoraj nie da się niestety zjeść…….. i zaraz po tym z pełnymi brzuchami ruszamy szlakiem Grizzly Bear Trail (długość 2 mile) na poszukiwanie wielkich sekwoi.

Wybrany przez nas szlak jest chyba najbardziej optymalny ze względu na dystans, ale i ilość największych i najbardziej okazałych drzew. Pozostałe dwa szlaki – Mariposa Grove Trail i Guardians loop trail są zdecydowanie za długie dla naszych pociech (7 mil). Po renowacji tego miejsca ustawiono wszędzie barierki z zakazem zbliżania się do drzew. Spacer zajmuje nam 2,5 godziny.



Największa i najstarsza sekwoja w zagajniku to Giant Grizzly licząca sobie ponad 2,000 lat (64 metry wysokości i średnica u podstawy 9 metrów).

Do ważnych okazów należą też Bachelor, Three Graces i California Tunnel Tree (będące największą atrakcją dla dzieci). Poza sekwojami uwagę naszą przyciągają ogromne szyszki sugar pine cones (największe szyszki na świecie!!!). Szyszki te pochodzą z gatunku Sosna Lamberta zwanej potocznie sosną cukrową, z powodu słodkiej żywicy, która jest przez to drzewo wydzielana. I rzeczywiście po dotknięciu szyszek pozostawiają na naszych dłoniach i ubraniach lepkie niedające się wyczyścić kawałki białej żywicy.


Szyszki te mogą ważyć nawet 2kg i osiągać długość 50 cm, a ta słodka żywica była chętnie jedzona przez rdzennych Amerykanów.

Można ją jednak spożywać tylko w niewielkich ilościach, ze względu na właściwości przeczyszczające☹. My bynajmniej nie próbujemy nawet oblizywać po niej palców.




Po tym przyjemnym i edukacyjnym spacerze podjeżdżamy 7 mil na północ i odwiedzamy Wawona Visitor Center, gdzie Jasio składa przysięgę rangerską, otrzymując kolejną odznakę młodego strażnika parkowego. Naprzeciwko Visitor Center znajduje się zabytkowy wiktoriański hotel – Big Trees Lodge (teraz w rękach prywatnych), a przed nim urocza fontanienka.

Jest tu bardzo spokojnie, panuje wręcz sielsko-anielska atmosfera. Wszystko jest tu idealnie zadbane. Na werandzie spotykamy samych emerytów, którzy siedzą w bujanych fotelach, popijając napoje ożeźwiajce. Niedaleko tego miejsca znajduje się ciekawe do odwiedzenia miejsce – Pioneer Yosemite Historic Center.


Są to historyczne drewiane chatki pionierów, kolekcje sprzętu rolniczego, stajnia pełna koni, kuźnia, więzienie, piekarnia, stodoły, domek strażnika parku…. a wszystko to zostało przywiezione tu w latach 50-tych i 60-tych ubiegłego wieku z różnych zakątków doliny Yosemite, tworząc teraz spójną całość wyimaginowanej wioski.


Co kilkanaście minut można zobaczyć pędzący dyliżans – Wells Fargo wagon – robiący rundkę przez wioskę i covered bridge za którym unoszą się tumany kurzu opadającego bezwładnie na spacerowiczów. Takie pokryte dachem mosty są charakterystycznym akcentem szczególnie na wschodzie Stanów (np. w New England), a głównym powodem ich zadaszania była przede wszystkim ochrona przed niesprzyjającymi warunkami atmosferyczymi takimi jak deszcz, śnieg czy nawet słońce. Żywotność takiego mostu wynosiła około 100 lat. Ten w wiosce zbudowano w roku 1857, pokrywając go zadaszeniem 22 lata później i jak widać znakomicie się jeszcze trzyma, chociaż oczywiście przeszedł kilka remontów….. Ponieważ jest dzisiaj bardzo gorąco skuszamy się na zejście do rzeki, gdzie dzieciaki na widok wody dostają po prostu szału.

No i jak to było do przewidzenia ciężko je potem z tej rzeki wyciągnąć…. Jak już nam się to udaje zaglądamy jeszcze do malutkiego Visitor Center, gdzie podziwiamy zabytkową wielką kasę i telegraf, ucinając sobie pogawędkę z przemiłym rangerem.

Jest to bardzo klimatyczne miejsce, i na szczęście nie wszyscy o tym wiedzą, bo tłumów to tu raczej nie ma. Jest tu też bezpłatny „dump station”, gdzie dobieramy wodę do kamperowego zbiornika. Opuszczając to miejsce Mundi podejmuje bardzo złą decyzję, by zamiast na Glacier Point pojechać z powrotem do Yosemite Valley, bo przypomniało mu się, że koniecznie musi odwiedzić Yosemite Valley Visitor Center i Ansel Adams Gallery. Wszystko było by może i ok jakby nie fakt, że dzisiaj jest sobota. Parkujemy znowu w hausekeeping area, bo znalezienie gdzie indziej parkingu jest po prostu niemożliwie. Przechodzimy przez mostek nad rzeką w której kapią się miliony turystów i chodnikiem po przejściu około 1,5 mili dochodzimy do VC. Przed nami dosłownie na wyciągnięcie ręki przebiega kojot… który czuje się tu najwidoczniej jak u siebie w domu. W klimatyzowanym wielkim kinie oglądamy film (bezpłatnie) o parku Yosemite („Spirit of Yosemite”) znajdującym sie tuż obok VC. Odwiedzamy też indiańskie muzeum, indiańską wioskę (Indian Village of Ahwahnee)



i galerię sztuki Adamsa, gdzie za bagatela $7,500 można zaopatrzyć się w fotografię jednego z najznakomitszych fotografów przyrody minionego wieku.


Wracając do kampera….. mijamy się z korkiem samochodów wyjeżdżających z parku…. auta w zasadzie się nie poruszają.

Zmusza nas to do pozostania w kamperze przez następne dwie godziny. Gotujemy więc obiad, pakujemy niektóre rzeczy i generalnie robimy porządki, bo koniec wycieczki już tuż tuż. Podczas tego spaceru zauważyliśmy pułapkę na niedźwiedzie (bear trap) …


….metalowy pojemnik w kształcie rury umiejscowionej na kółkach (wygląda trochę jak prymitywna miniprzyczepka kempingowa) – nigdy się nawet nie zastanawiałam nad istnieniem takiego wynalazku. Złapany w taką pułapkę niedźwiedź nie jest zabijany, a przewożony w oddalone miejsce z dala od „łapanki”. Metoda ta jednak nie zdaje egzaminu w większości przypadków, bo niedźwiadki w sobie tylko znany sposób wracają w to samo miejsce (a zajmuje im to około 7 dni). Chodzi generalnie o to, że często nieświadomi swojej głupoty turyści zostawiają jedzenie lub resztki jedzenia na zewnątrz, co oczywiście przyciąga dziką zwierzynę… Niedźwiedzie mają wyśmienity węch – poczują naszą kanapkę nawet z odległości 20 mil……Strażnicy parkowi są czasami zmuszeni do zabicia misia jeśli ten staje się agresywny i zagraża bezpieczeństwu ludzi. Byłam kiedyś świadkiem sytuacji (w Sequoia NP), gdzie bezmyślni turyści pomimo zakazu rozpalili grila w lesie szykując sobie smakowity obiad i jak to było do przewidzenia zapach przyciągnął niedźwiedzie…..Na ich (turystów) wielkie szczęście w pobliżu znajdowali się uzbrojeni rangerzy, którzy musieli użyć strzelb by odstraszyć zwierzęta….. Była to stresująca sytuacja zapewne dla wszystkich….. niedźwiedzie uciekły wystraszone ostrzegawczymi strzałami, ale zastanawiam się jak mógłaby zakończyć się piknik, gdyby rangerów zabrakło.

Wieczorem po odczekaniu i postaniu w już mniejszym korku docieramy do Tunnel View…


skąd zjeżdżamy do upatrzonej wcześniej miejscówki na nocleg (parking przy całodobowych łazienkach) w Chinquapin. Niestety po 5 minutach podjeżdża do nas rangerka i informuje, że jeżeli zamierzamy tu zostać na noc to bedzie nas to kosztować $180….tyle właśnie wynosi nocowanie poza wyznaczonymi miejscami w parku narodowym. Cóż….Musimy więc szybko coś wykombinować…… Do tego dochodzi jeszcze kwestia kończącej się nam benzyny….Mamy jej bardzo mało, co wywołuje tylko niepotrzebny stres. Postanawiamy wrócić po ciemnku do housekeeping area i zaszyć się pomiędzy samochodami w nadziei, że rangerka nie odkryje naszej skryjdy😊. Tak też robimy i na szczęście nasza akcja przynosi pozytywny skutek. (Jeśli istniała by jakakolwiek szansa na nocleg na kempingu oczywiście byśmy z niej skorzystali….ale w sezonie cuda rzadko się zdarzają☹).
Dzień 26
O świcie opuszczamy to mało fajne miejsce i przebijamy się na Tioga Pass by przespacerować się szlakiem Tuolumne Grove (długość 2,5 mili).

Rezygnujemy tym samym – ku mojej rozpaczy z wjazdu na Glacier Point. Szeroką, trochę podniszczoną asfaltową drogą (Old Big Oak Flat Road) schodzimy do doliny, idąc cały czas w cieniu wysokich drzew. Główny zagajnik sekwoi znajduje się na końcu tej drogi.


Tam robimy pętelkę (razem) z komarami.


Największą atrakcją dla dzieci jest przewalona sekwoja, gdzie urządzają sobie plac zabaw…wciskając się w jej wnętrze i wychodząc jakąś szczeliną po przeciwległej stronie konaru.

Jest tu też tunel wydrążony w sequoi, którym można się przespacerować.

Jest to przyjemna miejscówka, ale gigantycznych drzew jest tu znacznie mniej niż w Mariposa Grove. Po 2 godzinach wdrapujemy się po tej samej asfaltowej drodze tym razem stromo pod górkę. Wsiadamy w samochód i podjeżdżamy chyba do jednej z najdroższych stacji benzynowych w całej Kaliforni ($5,58/galon) – znajdującej się przy skrzyżowaniu Tioga Pass i Big Oak Flat Road. Drogą nr 120 wyjeżdżamy z parku kierując się na zachód. Generalnie przez najbliższe 2 godziny jedziemy mijając Groveland i przejeżdżając przez Jamestown Chinese Camp (Main Street), który na dobre zarósł tu gęstą roślinnością. Są to stare opuszczone zapyziałe budynki chińskich robotników, które przy niewielkim nakładzie finansowym mogłyby być super atrakcją turystyczną…. Docieramy do Jamestown Railroad 1897 State Historic Town (10501 Reservoir Road Jamestown, wstęp $5/$3, przejazd pociągiem $15/dorosła osoba, $10/dziecko. Przejazd wliczony w cenę biletu, otwarty 9.30am – 4.30pm). Nie ma tu zbyt wielu turystów, ze względu zapewne na niesamowity upał. Ktoś nader bystry ustawił tu spryskiwacz, który delikatną mgiełką ochładza każdego wchodzącego na dworzec. Pracuje tu wielu bardzo miłych wolontariuszy, między innymi pan Joseph, który oprowadza wycieczki dla najmłodszych. W tym miejscu nakręcono około 200 filmów (m. in. „Bonanza”, „Bez przebaczenia” z Clintem Eastwood’em, „Powrót do przeszłości” czy najnudniejszy film mojego dzieciństwa „Domek na prerii”😊),

co dodatkowo punktuje to miejsce. Dzisiaj jest niedziela, a więc zamiast zabytkowej starej dymiącej lokomotywy parowej jedziemy zabytkową niedymiącą lokomotywą spalinową (diesel) z 1950 roku.


W soboty turyści mają szansę na tą bardziej atrakcyjną przejażdżkę…..Podsumowując wycieczka ta nie należy do najciekawszych w naszym życiu….a przy masakrycznym upale w zasadzie nie możemy doczekać sie jej końca…. więc szczególnie jej nie polecam (czas trwania 45 minut).

Po przejeżdżce pociągiem jesteśmy zaproszeni przez przewodnika do przejścia do parowozowni, gdzie przy spływającym z czoła (i nie tylko) pocie próbujemy wychwycić najważniejsze fakty z życia stacji kolejowej…..



Najciekawsza wycieczka jednak jest prowadzona dla dzieci (w wieku od 7 lat) …. wspaniały i pełen energii wolontariusz – pan Joseph daje niesamowity wykład praktyczny dla dzieciaków. Na nasze szczęście Jasio jest jedynym uczestnikiem tej lekcji….więc ma możliwość uzyskania odpowiedzi na każde zadane pytanie i wejście tam, gdzie np. dorośli nie są wpuszczani.

Może sobie swobodnie z przewodnikiem wchodzić do każdej lokomotywy i zatrąbić…. może dotknąć każdego narzędzia i wysłuchąć znacznie ciekawszych opowieści niż słuchają dorośli…..którym pan przewodnik nie pozwala trąbić….:)

A największą atrakcją dla Janka jest przejazd drezyną…… o czym my dorośli możemy sobie tylko pomarzyć….

Pan Joseph robi mu też zdjęcia, które potem wysyła nam na emaila. Po wycieczce siadamy jeszcze na chwilkę przy głównym peronie i rozmawiamy z panem przewodnikiem, który w przeciwieństwie do większości spotykanych przez nas Amerykanów doskonale orientuje się w geografii i historii Polski. Jeśli ktokolwiek będzie miał możliwość spotkania tego pana proszę go uściskać od nas!!! I poświęcić trochę czasu by z nim porozmawiać!!! Kolejnym i ostatnim naszym punktem dzisiejszego planu jest Columbia – historyczne, bardzo ładnie zachowane miasteczko. Cała główna ulica – Main Street jest historycznym dystryktem zamkniętym dla ruchu samochodowego. Trafiamy tu jednak zbyt późno… bo o godzinie 5pm wszystko jest już zamykane. W ostatniej minucie zaliczamy zabytkową lodziarnię…ku uciesze oczywiście najmłodszych.


Powstanie Columbii, jak zresztą wielu miasteczek w tym regionie, związane jest ściśle z gorączką złota. A tu akurat zaczęło się to bardzo przypadkowo….. dzięki przemoczonym ubraniom i kocom😊. Kilku górników znudzonych bezowocnymi poszukiwaniami złota w hrabstwie Calaveras wracało po miesiącu do domu w Wood Crossing. Ponieważ zostało im jeszcze do przejścia ponad 10 mil, a deszcz zmoczył ich ubrania i cały dobytek, postanowili rozstawić obóz by to wszystko wysuszyć. Jeden z górników znudzony czekaniem na suche ubrania, postanowił się trochę rozerwać i „popaningować” w niedalekim strumieniu. Jakaż była jego radość gdy po kilku minutach przemywania piasku odkrył na dnie miski kilka samorodków. Zachęceni jego zdobyczą koledzy zaczęli również poszukiwania i również udało im się wydobyć ze strumienia kilka złotych bryłek. To był 27 marzec 1850 roku…..jak się można było spodziewać wieść szybko się rozniosła i w ciągu kilku miesięcy powstała Columbia. Pomimo suszy i w związku z tym problemów z „przemywaniem” piasku miasto przetrwało ciężki okres powiększając liczbę ludności do 5,000 w ciągu 2 lat. W roku 1857 w mieście funkcjonowały już 150 „biznesy”, w tym 27 restauracje, zatrudniające najlepszych szefów kuchni z Europy. W międzyczasie miasto prawie zupełnie spłonęło w 2 pożarach, zostało jednak odbudowane już przy użyciu cegieł i stali, i dzięki temu możemy je dzisiaj zwiedzać w prawie nienaruszonym stanie. Historia gorączki złota kończy się tu w latach 1870-tych, kiedy to populacja miasteczka zaczęła drastycznie spadać, powodując prawie całkowite wyludnienie. W 1945 roku został tu powołany historyczny park stanowy, większość budynków odrestaurowana, a część odbudowana na podstawie istniejących fotografii i obrazów. Mamy więc doskonałą szansę na zapoznanie się ze znakomitym przykładem codziennego życia poszukiwaczy złota. To co udaje nam się jeszcze zwiedzić przed zamknięciem to sklepiki, kręgielnia, poczta, więzienie i loża masońska. Jest też Mine Supply Store – niestety już zamkniety, gdzie w przygotowanych do tego celu korytkach napełnionych wodą (przeraźliwie brudną) można sobie poprzemywać piasek w poszukiwaniu samorodków.



Pani turystka, która akurat opuszcza to miejsce z dziećmi oddaje nam wypożyczoną plastikową miskę (wypożyczenie tej miski kosztuje $5.50) by nasze dzieciaki mogły trochę „popaningować”. Basia niezważając na jakość wody wkłada do niej prawie całą zawartość głowy, co wcale nie zwiększa jej szans na znalezienie złota. Co dziwne śmierdzące przemoczone kucyki wcale jej później nie przeszkadzają….. Po nieudanych próbach wzbogacenia się ruszamy dalej na Main Street zaglądając wszędzie gdzie się tylko da…. bo klimat tego miasteczka jest naprawdę wspaniały i tajemniczy.



A do tego – zapewne z powodu niesamowicie wysokiej temperatury – ludzi tu niewielu….. Zwiedzanie wszystkich atrakcji i budynków (poza przemywaniem piasku) jest w miasteczku za darmo.




Ponieważ wieczór zbliża się już nieubłagalnie, a my jutro musimy być w San Franciso na lotnisku, kończymy nasze zwiedzanie i jedziemy przez Sonora (super ładne miasteczko) w poszukiwaniu noclegu. Temperatura o godzinie 8pm na przydrożnym termometrze wskazuje 37°C!. Zatrzymujemy się na stacji benzynowej w celu zatankowania i uzupełnienia propanu i wody….. ale trafiamy na pracownika, który nie potrafi mówić po angielsku…. i dzieki temu spędzamy tu znacznie więcej czasu niż byśmy sobie tego życzyli. Zastanawiamy się nawet czy człowiek ten wie co robi napełniając gazem zbiornik. Przez pół godziny czekamy najpierw aż dodzwoni się do szefa i zapewne zasięgnie instrukcji jak napełnić ten zbiornik propanem, a potem kolejne 15 minut by zrozumiał, że chcemy napełnić zbiornik wodny w kamperze… na co początkowo nie chce się zgodzić….. Na dystrybutorze propanu jest wyraźnie napisane, że prawo kalifornijskie mówi, że każdy kto zatankuje propan ma prawo za darmo „zatankować” również wodę. OMG! chyba upał dał się we znaki wszystkim….. Nasze nerwy zostały bardzo nadszarpnięte na tej stacji benzynowej. Jedziemy w kierunku zachodnim mijając krajobrazy jak z australijskich pustkowi – zielone jajowate korony drzew rosnące na wysuszonej pożółkłej trawie. Jesteśmy też świadkami pięknie zachodzącego słońca przy niepowtarzalnym smrodzie gnojówki unoszącej się w powietrzu. W Walmarcie oddajemy wszystkie niepotrzebne nam już rzeczy i udajemy się na truck stop w okolicy Manteca na krótki, ale jakże nam potrzebyny nocleg.
Dzień 27
Po sprawdzeniu na GPS-ie dojazdu do wypożyczalni kamperów Cruise America z przerażeniem zauważamy olbrzymie korki…… i znacznie wydłużony czas dojazdu….. Do wypożyczalni RV nie można przyjechać za późno, bo liczą sobie $25 za każdą godzinę spóźnienia (oddawanie kamperów odbywa się tylko w godzinach od 9am do 11am). Wybieramy jedyną alternatywną drogę – Patterson Pass Road, która przy okazji jest niezwykle spektakularną trasą (jednokierunkowa bardzo wąska pozawijana droga). Jedziemy tym objazdem, monitorując ciągle sytuację na drodze… wskakujemy na autostradę (580) i ….10 mil przed wypożyczalnią spada nam na szybę kamień i centralnie na środku powstaje „cudowna” gwiazdeczka….której koszt zapewne wynosi około $250. Jaki to zbieg okoliczności – przejechalśmy ponad 2,500 mil i na koniec trasy przytrafia nam się taka nieprzyjemna niespodzianka. Odbieramy najpierw osobówkę z wypożyczalni przy lotnisku w Oakland i już na dwa auta pędzimy z językiem na brodzie do Cruise America, gdzie ku naszej radości pracownik przyjmujący od nas auto nie zauważa zbitej szyby. Podpisuje nam dokumenty, że wszystko jest w porządku, poprawiając tym samym znacznie nasz humor😊. Wpakowywujemy cały dobytek do osobówki (Kia Sorento) i ruszamy „na miasto”! Punkt pierwszy – San Francisco Maritime National Historical Park, (gdzie wykorzystujemy po raz kolejny nasz National Park Pass, który pokrywa wejście naszej całej 4). Znajdują się tu przycumowane do brzegu statki, do których wnętrza możemy się udać. Odwiedzamy więc na początek największy z nich – Eureka – odrestaurowany parowy prom z 1890 roku, który mógł pomieścić do 2300 osób i 120 samochodów. Całkiem sporo tych starych samochodów (przede wszystkim Fordów) możemy oglądać w środku promu i to chyba jest najwiekszą atrakcją tego miejsca.



Zwiedzamy jeszcze CA Thayer, Eppleton Hall, Alma, i Hercules, który to robi największe wrażenie na dzieciach.


Opuszczając to miejsce oczywiście nie omieszkamy pociągnąć za sznury podnosząc ciężkie beczki (Block&Tackle) – Beczki są takiej samej wagi, ale w zależności od wiązania sznura inaczej odczuwamy ich ciężkość.



Przechodzimy na drugą stronę do nowocześnie urządzonego Museum & Visitor Center (Hyde & Jefferson Street). Poza bezpłatnymi mapkami i folderami można tu zapoznać się z ciekawą historią żeglugi morskiej, rozkoszując się modelami okrętów i interaktywnymi wystawami.



Ponieważ zostało nam jeszcze chwilę czasu do odlotu postanawiamy udać się na krótki rekonesans do China Town. Ale żeby tam dotrzeć musimy przejść przez Ghirardelli Square, gdzie z każdej strony kuszą nas czekoladki tej chyba jedynej zjadliwej firmy cukierniczej w Stanach 😊.


Oglądamy też jak zawsze z zainteresowaniem przekręcanie wagoników – Street cable cars – w miejscu zwanym Cable Car Rotation Place (Beach & Hyde Street).

Jest to „zajezdnia”, gdzie następuje przekręcenie tramwaju do jazdy w kierunku przeciwnym. Street Cable Cars to ostatnie działające na świecie ręcznie sterowane kolejki linowe (przejazd $7/osoba), będące wizytówką San Francisco. (Działają nieprzerwanie od końca XIX wieku). Oprzeć nie możemy się też przejażdżką po Lombart Street – najbardziej zakręconą uliczką miasta.

Kiedy docieramy do China Town jest już późny wieczór, i nie mamy zbyt wiele czasu na dokładne zapoznanie się z tą dzielnicą. Wkraczamy jednak przez „smoczą bramę”(Dragon Gate) (Bush Ave & Grand Ave) i otwiera się przed nami świat tajemniczej Azji😊

…. Sklepy pełne badziewek, restauracje, bary, banki – wszystko z napisami w języku chińskim.






Namówieni przez panią rozdającą ulotki na skrzyżowaniu ulic, schodzimy do podziemia…..do miejsca, gdzie zapewne niewielu turystów trafia z własnego wyboru…. Jest to lokalna restauracja dla lokalnych mieszkańców (Woey Loy Goey Restaurant – 699 Jackson Street). I nie ma tu słowa przesady… menu jest w języku chińskim, co tylko wzbudza nasze rozbawienie, bo kelnerka mówiąca łamanym angielskim nie jest w stanie odpowiedzieć precyzyjnie na nasze pytania dotyczące zamówienia… więc w sumie nie jesteśmy pewni co ląduje w naszych brzuchach… no może poza dziećmi, które zamawiają swoją ulubioną potrawę, czyli makaron.

Przez następną godzinę przenosimy się do chińskiej rzeczywistości oglądając w ustawionym za naszym stolikiem staroświeckim telewizorze serial kryminalny „made in China” z lat 70-tych. Wszyscy bywalcy tego miejsca są zafascynowani losami głównych bohaterów, więc nie chcąc robić im przykrości też wpatrujemy się w ekran, próbując wychwycić jakiś sens…. co jest oczywiście niezmiernie trudne. Po spożytym posiłku dziękujemy i uciekamy w szybkim tempie na lotnisko, skąd samolot tanich lini lotniczych z zerowym poziomem wygody dostarczy nas całych i zdrowych do Chicago. Rozstrój żołądka nastąpi na szczęście już po wylądowaniu😊.
Fantastyczna relacja, jestem zachwycona. Tyle informacji i pięknych zdjęć. Rzeczywiście Oregon rzuca na kolana, dziękuję, chciałabym to zobaczyć. Pozdrawiam serdecznie z Georgii.
PolubieniePolubienie