Czas trwania: 18. XI – 03.XII.2015
Kalifornia Południowa może zaszokować zarówno swoim bogactwem jak i skrajną biedą. Wystarczy przespacerować się ulicami Los Angeles żeby to zrozumieć. Olbrzymia ilość ludzi bezdomnych koczujących w zasadzie w każdym zakątku aglomeracji zupełnie nie synchronizuje z designerskimi sklepami czy wartymi po kilkanaście milionowów dolarów rezydencjami. Podczas tej wycieczki zdecydowanie za długo przebywaliśmy w obszarach zurbanizowanych, co znacznie odbiega od naszego stylu podróżowania.
Wkradło się też trochę haosu, może ze względu na fakt, że pierwszy raz lecieliśmy samolotem z małymi dziećmi i piewszy raz wypożyczaliśmy kampera. Mimo wszystko wyjazd uznany został za udany. Najciekawszymi wspomnieniami możemy cieszyć się przede wszystkim z odwiedzenia Indian Canyons, Parku Narodowego Joshua Tree, Misji Fransiszkańskich i Piedras Blancas Elephant Seal Rookery. Pogoda, chociaż to już późna jesień okazała się przyjazna z temperaturami oscylującymi od 0°C w górach nawet do 28°C na wybrzeżu Pacyfiku. Po za tym był to „martwy” okres turystyczny, a więc nie musieliśmy przeciskać się przez tłumy innych turystów….
TRASA: Chicago – CALIFORNIA [Los Angeles, Manhattan Beach, Palos Verdes, San Pedro, Long Beach, Huntington Beach, Balboa Beach, Balboa Island, Mission San Juan Capistrano, Ortega Hwy[74], Lake Elsinore, Orange Empire Railway Museum, Pines to Palms Hwy[74], Palm Desert, Indian Canyons [Andreas Canyon & Palms Canyon], Palm Springs, Joshua Tree National Park [Trails: Ryan Ranch & Hidden Valley], Noah Purifoy Outdoor Desert Art Museum, Old Woman Spring Road [274], Camp Rock Rd [18], San Bernardino National Forest, Big Bear Lake, Rim of the World Drive, Horsethief Canyon Rd [138], Mormon Rocks, Canyon Road [138], Angeles Crest Hwy [2], Big Pines Hwy [N4], Antelope Valley Fwy [14], Vasquez Rocks, Mission San Fernando Rey De Espana, Golden State Hwy [5], Paso Robles Hwy [46], Hwy 1, Cambria, Piedras Blancas Elephant Seal Rookery, William R. Hearst Memorial State Beach, San Simeon State Park, Cambria, Morro Rock, Los Osos Elphin Forest, Montana de Oro State Park, Los Padres National Forest, Mission San Luis Obispo de Tolosa, Port San Luis, Monarch Butterfly Grove, Pismo Beach, Hwy 1, La Purisima Mission State Historic Park, Solvang, Mission Santa Ines, Las Cruces Hot Springs, Hwy 154, Stagecoach Road , Knapp’s Castle Trail, Chumash Painted Cave, Santa Barbara [Santa Barbara Mission, County Courthouse, Stearns Wharf], Montecito, Carpinteria Seal Sanctuary Trail, Ventura – San Buenaventure Mission, Hwy 101, Hwy 1, Mugu Point, Santa Monica, Hollywood [Christmas Parade, Walk of Fame, Mulholland Scenic Drive], Los Angeles – [Art District, Japan Town, El Pueblo Historic Monument, China Town, Walt Disney Concert Hall], Venice, Santa Monica, Los Angeles, Chicago.

PRZEWODNIKI: Atlas Delorme South California; Coastal California (Lonely Planet) Sara Benson & Andrew Bender, Top 10 Los Angeles (Eyewitness Travel); California Esther Labi; Los Angeles, San Diego and , Southern California (Lonely Planet) Sara Benson & Andrew Bender; Hiking Southern California Ron Adkinson; www.hikespeak.com; www.modernhiker.com.
KOSZT PRZELOTU: Chicago – Los Angeles (Frontier Airlines) – $472/4 osoby (w cenę wliczony koszt programu Den Deals $50, dzięki któremu można kupić bilet w ekstremalnie niskiej cenie. Program zniżkowy ważny jest przez cały rok – od momentu pierwszej tranzakcji i umożliwia zakup biletów dla 6 osób).
ŚRODKI TRANSPORTU: Kamper czyli RV (Apollo RV Rental, 8559 Artesia Blvd, Bellflower,CA). Całkowity koszt wynajmu RV na 12 dni – $902 (silnik V8, długość 22 stopy- wersja najmniejsza w tej wypożyczalni); W wyposażeniu RV: kuchenka, zlew, lodówka, zamrażalka, prysznic, WC, 2 duże łóżka, rozkładana kanapa i stół, generator i klimatyzator oraz TV/DVD. Koszt wynajmu RV poza sezonem turystycznym jest nawet czterokrotnie niższy!. Bazowa promocyjna cena przy rezerwacji wynosiła $496 (następnie dodano do tej kwoty „bond administration fee” $30, przejechane mile według stawki $0,45/mila i podatek 10%, co razem wyniosło $902).
KILKA SŁÓW O WYPOŻYCZANIU RV: W opisie naszej wycieczki znajdują się dokładne informacje, jak korzystnie wypożyczyć i podróżować RV (recreational vehicle). Jest to najbardziej wygodna wersja wakacyjna, szczególnie jeśli podróżujemy z dziećmi i chcemy jak najwięcej zobaczyć, nie marnując czasu na codzienne poszukiwanie moteli, hoteli czy restauracji. W Kalifornii jest wiele firm zajmujących się wypożyczaniem tego typu aut – od minivanów do olbrzymich gabarytowo autobusów wycieczkowych. (m.in. El Monte RV, Cruise America, Camper USA, 1st Choice RV, Corona Motorhome, Jucy RV Rentals, Road Bear RV itp). Ceny w sezonie sięgają horrendalnych sum, dlatego warto przemyśleć wybór innego terminu i zaoszczędzić dzięki temu cały worek dolarów. Inną bardzo korzystną finansowo opcją mobilnych wakacji jest tzw “RELOCATION”, czyli w ciągu danego przez firmę czasu (z reguły jest to tydzień lub trochę dłużej) musimy przewieźć auto z punktu A do punktu B. (np z Las Vegas do Los Angeles). Opłata jest wtedy symboliczna – od $1 do kilkunastu dolarów za dzień. Jeśli chcemy pojeździć sobie trochę dłużej to wypożyczalnia liczy nas np $60 za każdy kolejny dzień. (Oferty „relocation” można znaleźć m.in. na stronie www.transfercarus.com lub bezpośrednio na każdej stronie internetowej w wyżej wymienionych firmach wypożyczających RV).

Dodatkowe opłaty: Naliczanie mil w Apollo RV Renal- z reguły w pakiecie początkowym jest 500-1000 mil, a następnie za każdą następną przejechaną milę płacimy około $0.35 – $0.45. (można też na wstępie wykupić sobie dodatkowy pakiet milowy, ale w przypadku ich niewykorzystania firma nie zwraca pieniędzy). Do rachunku doliczana jest też kwota $100 – $200 tzw.„preparation fee” oraz opłata administracyjna. W zależności od firmy jest też dodatkowa opłata za korzystanie z generatora – może być liczona za każdą zużytą godzinę ($3) lub wykupiona jako pakiet $5/za każdy dzień (jeśli ktoś nie chce wchodzić w koszty generatora, to trzeba w Walmarcie zakupić „power inverter”, by móc naładować – poprzez gniazdko zapalniczki – baterie laptopa, telefonu itp). (My nie używaliśmy w ogóle generatora). Właściwie to generator umożliwia pracę TV/DVD, mikrofalówki i klimatyzatora, gdy pojazd nie jest podłączony do prądu np. na kempingu. Woda i propan są nabite do pełna i w przypadku firmy Apollo nie musieliśmy się martwić uzupełnianiem tego przy zwrocie auta, a jedyne o co należało zadbać, to opróżnienie zbiorników z brudną wodą i zatankowanie benzyny do pełna. Samochód przed oddaniem należy sprzątnąć – tzn. zamieść podłogę miotłą (która jest na wyposażeniu), zmyć naczynia i ogarnąć z grubsza wszystko inne. W firmie Apollo dostaliśmy za darmo zestaw naczyń, garnków, sztućców itp, natomiast wiele firm liczy sobie około $50 za wypożyczenie takowego zestawu. Rezerwując RV musimy również zapłacić zaliczkę – w naszym przypadku było to $250, (która przepada w wypadku rezygnacji). Godziny odbioru (12pm – 4pm) i zwrotu RV (9am-11am) nie są zbyt korzystne. A za każdą godzinę spóźnienia płacimy około $25 (tak przynajmniej jest napisane w regulaminie). I na sam koniec dochodzi jeszcze podatek stanowy liczony od całej kwoty. Przy odbiorze kampera firma pobiera również depozyt na czas korzystania z auta i wynosi on w przypadku Apollo $1500. (trzeba zapłacić kartą kredytową). Depozyt jest zwrotny, gdy podczas końcowej inspekcji wszystko z autem jest ok.
KOSZT BENZYNY: RV $387 (147 galonów = 1325 mil); średnie spalanie 9 mil/galon
Samochody osobowe: Advantage Rental –Volkswagen Jetta $30/1 dzień; Fox Rental Car – Toyota Corolla $31/1 dzień.
ŚREDNIA CENA BENZYNY: $2,80/galon (1 galon to prawie 4 litry)
DŁUGOŚĆ TRASY: RV – 1325 mil plus osobówki – 120 mil. Razem 1445 mil = 2325 km
NOCLEGI: bezpłatnie na ziemiach federalnych lasów państwowych (National Forest), oraz bezpłatnie gdziekolwiek indziej, tylko 1 nocleg płatny – kemping w N.F. $18/noc
SOUTHERN CALIFORNIA ANNUAL ADVENTURE PASS ($30) potrzebny w: Angeles National Forest, Cleveland National Forest, Los Padres National Forest, San Bernardino National Forest. Zakupiony online http://www.myscenicdrives.com ważny jest przez 12 miesięcy od daty zakupu. Niezbędny jeśli ktoś zamierza korzystać z kempingów lub szlaków turystycznych należących do wyżej wymienionych lasów państwowych.
CAŁKOWITY KOSZT WYCIECZKI: $2,516
Dzień 1 & 2
Tłumy ludzi; 2-godzinne opóźnienie lotu spowodowane awarią systemu wodnego w naszym samolocie, zamieszanie, wszechobecna dezorientacja i my z dwójką małych, zmęczonych i miauczących dzieci w tym wszystkim…. i dodać jeszcze należy, że od momentu wystartowania nasza mała Basia wrzeszczała i płakała prawie do momentu lądowania….(czyli od 11 w nocy do prawie 4 nad ranem). Tak właśnie zaczęły się nasze wakacje. Ale później było już na szczęście tylko lepiej….. Po 4,5 godzinach „morderczego” lotu wytoczyliśmy się z naszym całym dobytkiem (a było tego sporo….) przed terminal w Los Angeles. Z tym całym tobołem wyglądaliśmy po prostu jak typowi przedstawiciele tanich lini lotniczych …. Po kilku minutach złapaliśmy bezpłatnego busika transferowego do wypożyczalni samochodów Advantage (gdzie mieliśmy zrobioną wcześniej rezerwację na samochód osobowy). (Busiki takie kursują całą dobę pomiędzy wypożyczalnią a lotniskiem). W miarę szybko udało nam się załatwić formalności. Chociaż trafiliśmy na wyjątkowo niekumatego pana, który na naszą prośbę o „hatchback car” zaoferował nam kabrioleta….. W końcu z braku laku wypożyczyliśmy sedana Volkswagen’a Jetta (intermediate size) i udaliśmy się kawałeczek dalej (ulicą Sepulveda South skręciliśmy do Pine Road) na 2-godzinną drzemkę, po której zaczęliśmy realizację naszego planu organizacyjnego. O godzinie 7am zawitaliśmy na śniadanie do sklepu Whole Foods z planem zakupu warzyw i owoców, ale po zorientowaniu się w cenach szybko ta myśl nam odeszła…. Ceny jabłek zaczynały się od $4/funt (czyli prawie pół kg), organiczne truskawki $8/funt…. (zadziwiające jest to, że te same warzywa i owoce w Chicago w sklepie tej samej sieci kosztują o wiele taniej …a przecież pochodzą z Kalifornii). Kupiliśmy więc bułki i kefir na śniadanie i rozsiedliśmy się wygodnie w części jadalnej sklepu. Basia co chwilę wskakiwała na krzesła i stoły, co w znaczący sposób rozbudziło nerwy ochroniarza…. i nie omieszkał podchodzić do nas i zwracać nam uwagi…. Po tym jakże bogatym posiłku podjechaliśmy na pobliską plażę – słynną Manhattan Beach „wyposażoną” w długie, zabytkowe molo.

Zaparkowaliśmy przy samej plaży (parkometry $1,50/godzinę) i powędrowaliśmy po przystrojonym świątecznymi choinkami molo do samego końca, gdzie znajdowało się mini oceanarium, a raczej kilka zbiorników z pląsającymi w środku rekinkami. Budynek był generalnie zamknięty, ale krzątająca się tam pani z obsługi pozwoliła nam na chwilkę zajrzeć do środka i nacieszyć oko. Zeszliśmy na klasyczną kalifornijską plażę – wszerz i wzdłuż pokrytą boiskami siatkowymi, gdyż Manhattan Beach jest tym dla siatkówki plażowej, co Winbledon dla tennisa. Janek i Basia w końcu stali się najszczęśliwszymi dziećmi pod słońcem…. gonili się z falami, lądując co chwilę w wodzie.

Przez prawie 2 godziny biegali po plaży jak opętani… co jednoznacznie określało nas jako przybyszy z z zewnątrz…. Nikt poza naszymi dziećmi nie zachowywał się w ten sposób, bo też i lokalne dzieciaki do fal przywykły … ale miło było patrzeć jak spalają skumulowaną energię na skokach do wody. Po tym przyjemnie spędzonym czasie musieliśmy się zbierać i załatwiać wszelkie inne formalności związane z zakupami i wynajmem RV-ika, bo w wypożyczalni mieliśmy się zjawić o godzinie 12pm. Zajechaliśmy po drodze to sklepu ze sprzętem turystycznym REI (1800 Rosecrans Ave, Manhattan Beach) w celu zakupu plecaka – nosidełka dla Basi, co w praktyce okazało się nie lada wyzwaniem, ponieważ córka nasza usadowiła się w namiocie wystawionym na środku sklepu i za nic w świecie nie dała się stamtąd wyprowadzić, wrzeszcząc wniebogłosy, kiedy próbowaliśmy przymierzyć ten plecak. I jak to zawsze bywa zbiegło się pół obsługi sklepu, próbując pomóc nam w tej czynności. Niestety Basia do nosidełka włożyć się nie dała i kupiliśmy go w ciemno, wierząc informacjom na ulotce (dotyczącym limitu wagowego dziecka). Po tej szopce zgłodnieliśmy nieco, a że nasz ulubiony sklep – Trader Joe’s był tuż obok wskoczyliśmy na małe co nieco (zawsze mają tam smaczne przekąski jako degustacje i darmową kawę), robiąc przy okazji zakupy na podróż. Teraz już tylko należało jak najszybciej przetransportować się do wypożyczalni kamperów, co też uczyniliśmy. Na miejscu w ciągu półtorej godziny załatwiliśmy wszystko, łącznie z krótką prezentacją obsługi kempingowozu i przeładowaniem wszystkich bagaży i zakupów do środka. Propan był naładowany do pełna (gaz zasila lodówkę, ogrzewanie i oczywiście kuchenkę), woda również. Generator w schowku – w razie czego. Poza tym firma Apollo jako jedna z niewielu ma w darmowym zestawie telewizor z DVD (zasilany generatorem lub podłączem do prądu np. na kempingu) oraz zestaw naczyń, garnków, sztućców i ekspres do kawy (jest nawet korkociąg do wina i durszlak). Samochód w środku prezentował się znakomicie. Dużo przestrzeni i wszystko praktycznie usytuowane. Chociaż jak dla nas był trochę za długi i za wysoki, co stanowiło czasami problem z parkowaniem. Ale była to i tak najkrótsza wersja do „zdobycia” w tej wypożyczalni. Kolejnym miejscem, które musieliśmy odwiedzić w celu zaopatrzenia się w niezbędne rzeczy był Walmart (3705 E. South Street, Long Beach). Następnie pędem pojechaliśmy (na dwa auta) znowu w okolice lotniska do wypożyczalni Advantage, w celu zwrócenia samochodu osobowego i na szczęście udało się nam to zrobić w miarę „zgrabnie”, unikając popołudniowych korków. (Samochód przed oddaniem musi być zatankowany do pełna, bo w przeciwnym razie za każdy brakujący galon doliczają dużą karę). Mieliśmy jeszcze nadzieję, że uda nam się „złapać” zachód słońca na plaży, ale niestety dotarliśmy już po całym widowisku.

(Słońce o tej porze roku zachodzi niestety bardzo wcześnie, czyli w okolicach godziny 5pm). Za to podświetlone dekoracje bożonarodzeniowe nadały temu miejscu szczególny charakter. Z Manhattan Beach, pojechaliśmy na nieco komercyjną promenadę miejską i przystań do Redondo Beach, by w końcu spokojnie coś zjeść i wziąść prysznic w naszym super domu na kółkach. Ciężko było nam się poruszać i parkować tą kolumbryną, bo nie jest to raczej miejski samochód…. W niedługim czasie znaleźliśmy się w niedalekiej uliczce i poszliśmy spać, bo brak snu poprzedniej nocy dał nam się porządnie we znaki.
Dzień 3
Szybka poranna akcja i przed 7am zebraliśmy się z naszego miejsca noclegowego i przenieśliśmy się na inne parkingowe miejsce, nie zauważywszy znaku informującego o tym, że właśnie dzisiaj jest tu zakaz parkingu od godziny 8 rano z powodu sprzątania ulic. Zjedliśmy sobie smacznie śniadanie i już mieliśmy odjeżdżać, kiedy to pani policjantka wręczyła Mundkowi przez okno mandat za parkowanie w niedozwolonym miejscu ($45)… tak właśnie cudownie zaczął się pierwszy dzień kalifornijskiego zwiedzania…. Cóż pojechaliśmy w kierunku Palos Verdes, mijając wielomilionowe rezydencje i wyskakiwaliśmy co chwilkę na szybkie zdjęcie na tle klifu lub oceanu.

Zagadnęła nas miła pani z sąsiedztwa spacerująca z pieskiem i po krótkiej rozmowie na temat parkowania utwierdziła nas w przekonaniu, że policjanci z Redondo Beach są wyjątkowo „niegrzeczni”. Cóż nie zmienia to faktu, że mandat trzeba zapłacić i to w jak najszybszym czasie. A oto instrukcja: kupuje się tzw. „money order” na daną kwotę (np. w Walmarcie), wypisuje się numer mandatu na „money order”, wypełnia się mandat i w dołączonej kopercie, naklejając zwykły znaczek („forever”). Za dni kilka, by uniknąć kar ze strony wypożyczalni aut, lepiej upewnić się na stronie internetowej w tym przypadku firmy MoneyGram czy czek został już zrealizowany. Następnym przystankiem jest Point Vicente Lighthouse & Intepretive Center (31501 Palos Verdes dr, Rancho Palos Verdes), skąd mamy okazję podziwiać z daleka… (zamkniętą dla turystów) latarnię morską Point Vicente oraz wysokie strome klifowe wybrzeże, wszechobecne palmy i muzeum z ciekawymi wystawami (otwarte 10am-4pm, wejście gratis).

Jest to znakomite miejsce do obserwowania wielorybów (w poprzednim sezonie od listopada do maja widziano ich tu aż 4441 sztuk). Z klifu, na którym zbudowane jest Interpretive Center podobno „gołym okiem” widać pomarańczowe ryby zwane garibaldis (oficjalna ryba-symbol Kalifornii).


My jednak, pomimo zapewnień pracowników muzeum, nic nie dostrzegamy. Ruszamy dalej w kierunku osuwiska Portuguese Band. Pogoda w ogóle jest znakomita, jak na tę porę roku – cieplutko i słonecznie i jedynym mankamentem jest długość dnia – zaledwie niecałe 11 godzin, dlatego postanawiamy codziennie wstawać o 5 rano, by zdążyć zjeść śniadanie przed wschodem słońca i wraz z nim rozpocząć zwiedzanie. Następnie zajeżdżamy do szklanej kapliczki Wayfarers (5755 Palos Verdes Dr S, Rancho Palos Verdes, wejście bezpłatne), będącej dziełem syna znanego architekta Franka Lloyda Wrighta.


Miejsce to jest wpisane na listę „US National Register of Historic Places” i popularne wśród nowożeńców ze względu na bardzo atrakcyjne położenie nad oceanem, przepiękny ogród i oczywiście romantyczną atmosferę (koszt godzinnej ceremoni ślubnej waha się zaledwie od $1,500 do $3,000 w zależności od dnia tygodnia).

Jadąc dalej Palos Verdes Drive dotarliśmy do miejsca, skąd ze zbocza naszym oczom ukazał się trzeci co do wielkości port kontenerowy na świecie … jednym słowem największy port jaki w życiu widzieliśmy…. nie sposób było to ogarnąć wzrokiem.

Większość statków przypływających z Azji do USA jest przeładowywane właśnie tutaj w Long Beach. Podobno rocznie rozładowywują tu około 7 milionów kontenerów wypełnionych po brzegi produktami „made in China”. Ruszyliśmy się kawałek dalej od „miejsca widokowego” i zaparkowaliśmy przy Korean Bell of Friendship (3601 S Gaffey St, San Pedro, gratis).

Jest to wielki 17-tonowy dzwon wykonany z brązu, umiejscowiony pod tradycyjnym bogato zdobionym kolorowym dachem, wspartym na 12 kolumnach (reprezentujących znaki zodiaku koreańskiego) i jako całość tworzy bardzo ciekawe miejsce, na pewno godne odwiedzenia szczególnie w porze zachodu słońca.

Posuwając się dalej na południe wzdłuż zatoki zatrzymaliśmy się przy Fish Market (w San Pedro), tu poza zakupem ryb można wybrać się na rejs statkiem po zatoce lub „podglądanie wielorybów”, oferowane poza sezonem jedynie w weekendy. Jako że w brzuchach nam burczało z głodu, kupiliśmy sobie kanapki z rybą, co niestety okazało się totalnym niewypałem…. bo tuńczyk w kawałku bułowatego chleba okazał się wyłowiony prosto z puszki i w dodatku zatopiony w tłustym majonezie. A do tego jeszcze rozpieszczone przez turystów mewy siadały nam niemalże na ramionach, próbując wysępić chociaż odrobinę posiłku dla siebie. Zniesmaczony tym kulinarnym „wydarzeniem” Mundi zaczął rozglądać się staranniej po „okolicy” i odkrył fantastyczną ofertę … A mianowicie można było sobie samemu wybrać świeżą rybę w sklepie i następnie poprosić kucharza, który za darmo tę rybę przyrządzi na grillu.

Wybraliśmy więc dwie zupełnie przez nas nieznane wcześniej gatunki ryb, jakie znaleźliśmy w chłodni – Mullet i Pompano – pochodzące podobno z Meksyku (w ofercie była też ryba o wdzięcznej nazwie Robalo, ale jakoś nie odważyliśmy się jej spróbować). Atmosfera w tym miejscu była iście odpustowa, do „kotleta” przygrywał skocznie meksykański zespół mariachi. Jaś w między czasie przykleił się do automatów do gry, a Basia od jednej do drugiej bujanej zabawki na monety. Po 30 minutach dostaliśmy z powrotem nasze wygrillowane ryby i od razu pobiegliśmy z nimi do RV-ika, bo mieliśmy już dosyć wszędzie szwędających się mew i ich błagalnych utkwionych w nas oczu… (Mullet okazał się w smaku nawet ok, natomiast smak ryby Pompalo raczej nie przypadł nam do gustu). Kilka mil od targu rybnego ulokowany jest ponad 300-metrowy, zabytkowy transatlantycki statek Queen Mary (1126 Queens Hwy, Long Beach), w którym obecnie znajduje się hotel, muzeum i restauracje oraz centrum handlowe.

Tam też pojechaliśmy. Statek uważany jest za jeden z 10 najbardziej nawiedzonych przez duchy miejsc w Ameryce….tak przynajmniej uznał Time Magazine w 2008 roku. Za „jedyne” $80 od osoby, można wybrać się na 2,5-godzinną wycieczkę w poszukiwaniu zjaw i upiorów. Jednemu z pracujących tu przewodników (o nazwisku Peter James) podobno udało się skontaktować ze 150 duchami zamieszkującymi na statku. Cóż na pewno nie będziemy tego sprawdzać…. Dodatkową atrakcją zacumowaną tuż przed Queen Mary jest radziecka łódź podwodna „Skorpion” i należący do niej sklep z suwenirami przywołującymi czasy komunizmu (m.in. t-shirty i kieliszki z napisem CCCP, radzieckie odznaki i medale, żołnierskie czapki za jedyne $300/sztuka, wańki-wstańki, matrioszki…itp).

Do kompleksu „statkowego” przylega bezpośrednio (sezonowa jak myślę) wioska świętego Mikołaja, gdzie właśnie trwają generalne próby przed wieczornymi występami. Kilka wystrojonych w króciutkie spódniczki Mikołajek wykonuje po kolei swoje partie wokalne, a my jesteśmy jedyną ich publicznością. Wszyscy biegają i kończą przygotowania do dzisiejszego otwarcia sezonu świątecznego. Ponieważ słońce już zaszło wracamy do auta i zaczynamy powoli rozglądać się za noclegiem, co wcale nie okazuje się łatwe (ciągle jesteśmy na terenie olbrzymiej aglomeracji Los Angeles). Dojeżdżamy do Huntington Beach i wbijamy się gdzieś pomiędzy Ocean Drive i ulicę 17, gdzie nie ma zakazu postoju.
Dzień 4
Wstajemy 5 rano i po błyskawicznym śniadaniu parkujemy przy Ocean Drive, podziwiając wschód słońca.

Surferzy zaczynają już swoje popisy na wysokich falach, rowerzyści prześcigają się z rolkowcami i porannymi biegaczami, na plaży grupka młodych kobiet ćwiczy jogę. W Huntington Beach, jak w całym Orange County, życie koncentruje się na plaży.


Dzień tutaj budzi się jak widać na sportowo. Zatrzymujemy się na tyłach ekskluzywnego centrum handlowego Huntington Beach (na wszystkich parkingach przy plaży limity długości samochodu nie pozwalają nam znaleźć miejsca) i wybieramy się na spacer na molo, skąd podziwiamy wyczyny wielu, jak na Surf City USA przystało, beachboys’ów brykających na deskach.


To co nas tu najbardziej cieszy to widok przesiadujących na barierkach mola pelikanów, którym wędkarze wrzucają resztki wypatroszonych ryb prosto do dziobów.

Te wielkie ptaki nie czuły żadnego lęku przed człowiekiem, bo stał się ich podstawowym żywicielem…

Z innych stworzeń, których obserwacją możemy się cieszyć są dwie foki, które Jasio wypatrzył między deskami w molo. Młoda foczka pląsała w wodzie wokół swojej mamy. Po kilkuminutowym wpatrywaniu się we wszystko dookoła – schodzimy na plażę i pozwalamy dzieciom poszaleć z dobijającymi do brzegu falami, co oczywiście sprawia im niesamowitą radość.

Robimy kilka fotek i po 2 godzinach jedziemy już dalej wzdłuż wybrzeża Pacyfiku do Balboa Beach, przypominającego swym stylem i bogactwem kurorty z Lazurowego Wybrzeża.

Udaje nam się znaleźć parking pomiędzy tymi bagatymi domostwami i dzięki temu spędzamy godzinkę na plaży miejskiej, gdzie tuż wzdłuż brzegu przed naszymi oczami przepływają trzy delfiny.

Plaża jest praktycznie wyludniona, może ze względu na bardzo wysokie fale i ostrzeżenia przed wchodzeniem do wody.

W centrum miasteczka wśród wąskich uliczek odnajdujemy wejście na prom, który przewozi samochody i pasażerów na wyspę Balboa, ale niestety gabaryty naszego RV-ika nie pozwalają nam z niego skorzystać. Robimy więc podział drużyny i ja z Jasiem wchodzimy na pokład promu, a Mundi z Basią podążają drogą lądową na około, by nas odebrać po drugiej stronie. Za prom płacimy dosłownie $1,25 za dwie osoby, ale i dystans do pokonania jest śmiesznie krótki.


Cała frajda trwa może 2 minuty. Płyniemy przez zatoczkę pełną jachtów. Mundi po pokonaniu całej trasy przez Newport Beach nie może wyjść z zachwytu po mijanych po drodze salonach samochodowych Porsche, Maserati i Bentley’a. Kolejną na naszej drodze zamożną wioską (dzisiaj, gdyż niegdyś była to biedna osada cyganerii artystycznej) jest Laguna Beach. Podziwiamy ją jednak już tylko z okien samochodu, pędząc w kierunku Mission San Juan Capistrano (otwarta 10am-5.30pm, bilet $9/osoba, $6/dziecko).



Miejsce pełne uroku i ciekawych historii okazuje się hitem dnia. Jedyną niedogodnością były wszędzie porozstawiane na dziedzińcu misyjnym stoły i przygotowująca się obsługa dużego przyjęcia, które miało miejsce tuż po zamknięciu obiektu dla zwiedzających. W misyjnym ogrodzie wokół fontanny z japońskimi pomarańczowymi rosną gigantyczne kaktusy i drzewka pomarańczowe, uginające się pod ciężarem owoców.


We wnętrzach komnaty z pełnym oryginalnym wyposażeniem, oryginalna kaplica i dzwony, pamiętające czasy św. Junipero Serra (jedyna w Kalifornii, w której odprawiał mszę).

Jest to jedna z 21 katolickich misji rozsianych wzdłuż tzw. El Camino Real (drogi królewskiej) – na pewno jedna z piękniejszych, jakie uda nam się zobaczyć podczas tej wycieczki.



Gdy już opuściliśmy misję włączono kolorowe iluminacje świetlne, które dodały uroku temu miejscu po zmroku. Trasą 74 Ortega Highway wyjeżdżamy z miasteczka przez góry w kierunku Palm Springs, szukając szansy na wykorzystanie w pełni możliwości naszego wozu. Według mapy topograficznej miały być tu ulokowane kempingi należące do Cleveland National Forest. Ku naszej rozpaczy okazało się, że owszem były ale niestety już zamknięte. Szlabanu nie dało się sforsować, musieliśmy więc spędzić noc przy drodze na dzikiej zatoczce pod wielkim „baobabem”.
Dzień 5
Obudzilliśmy się jeszcze przed 5 rano i po śniadaniu zaczęliśmy jechać dalej 74-ką zatrzymując się na chwilkę w miejscu piknikowym, gdzie nazbieraliśmy sporo drewna na ognisko. Zjechaliśmy z gór w kierunku jeziora Elsinore i dalej 74-ką dotoczyliśmy się do Orange Empire Railway Museum w Perris, które było niestety zamknięte (chociaż i tak nie zachęcało do odwiedzin). Tutejsze okolice w niczym nie przypominały nadoceanicznych kipiących bogactwem miasteczek, a wręcz odpychały swoją brzydotą i wszechobecnym bałaganem. Być może to nasz błąd w percepcji tych obszarów, gdyż nie mogąc przywyknąć do braku zieleni trawników, jakimi syciły oko nadbrzeżne rolowane dywaniki muraw, stojące w kontraście do tychże wypalonych kalifornijskim słońcem półpustynnych nieużytków, odbieraliśmy krajobraz jako zaniedbany, brzydki i biedny. Ale w zasadzie taka jest cała Południowa Kalifornia, która w ostatnich latach na domiar tego boryka się z klęską suszy i deficytu wodnego. Generalnie nic się tu nie działo. Po drodze zatankowaliśmy w Hemet ($2,59 za galon) i nabraliśmy wody do zbiornika RV (bezpłatnie z automatu na stacji benzynowej przy zakupie paliwa). Przemknęliśmy w miarę sprawnie do Valle Vista, skąd zaczęliśmy powoli wspinać się stromą drogą (trafnie nazwaną Pines to Palms Road) w góry San Jacinto.

Chyba jest to ulubiona trasa sprawnościowa dla motocyklistów na ścigaczach, bo przemknęło ich tu brawurowo chyba ze 30. Przed dojechaniem do Palm Desert zatrzymujemy się jeszcze na 2 dużych punktach widokowych, skąd rozpościera się panorama pustyni, a na jednym z nich Mundi znowu nie może wyjść z zachwytu, ujrzawszy Lamborghini Diablo i zamiast podziwiać krajobraz, jego wszystkie zmysły skupione są na tym majstersztyku włoskiej motoryzacji.


Jest to bynajmniej przedsmak przepychu tego co zobaczymy w dolinie, bowiem kurort Palm Springs i okolice to ulubiony „plac zabaw” hollywood’dzkich gwiazd i zamożnych ludzi z przemysłu filmowego.

Jadąc 111 – tką przez miasto dojeżdżamy do Canyon Road, prowadzącej do Indian Canyons (teren rezerwatu indiańskiego), skąd zamierzamy wybrać się na 2 krótkie szlaki. (wjazd do parku kosztuje $9 od osoby). Zaczęliśmy od totalnej petardy!!! – Andreas Canyon (długość 1 mila) – szlak zaczyna się w oazie wypełnionej palmami (i w niej też się kończy).

Przez środek oazy przepływa wartki potok – ewenement jak na tak suchą pustynię. My poszliśmy w odwrotnym kierunku niż sugerowała parkowa mapa, dzięki czemu wędrowaliśmy bez żadnych „ogonków”.



Basia dzielnie siedziała w plecaku i dopiero pod koniec szlaku musieliśmy ją wypuścić z zamknięcia, żeby chwilę pobiegała dookoła palm. Ponieważ zostało nam bardzo mało czasu do zachodu słońca, pogrzaliśmy ile sił w silniku do Palm Canyon, ale tu niestety ku naszej rozpaczy musieliśmy porzucić nasz samochód dużo, dużo wcześniej przed oficjanym parkingiem, ponieważ nie zmieściłby się między skałami, pomiędzy którymi prowadziła droga.

I tak pieszo dowlekliśmy się po pół godzinie do parkingu i dosłownie minuty dzieliły nas przed zapadnięciem ciemności.

Adrenalina podniosła się dodatkowo po przeczytaniu ostrzeżeń dotyczących grzechotników.

Popatrzyliśmy jeszcze chwilkę na pijące wodę koliberki (z małych buteleczek przyczepionych do sznurków przy budynku Trading Post) i ruszyliśmy ścieżką w dół kanionu, żeby zobaczyć chociaż słynną powykręcaną palmę znaną ze zdjęć w internecie.

Byliśmy już tu zupełnie sami. Mundek wdrapał się na tą palmę i zażyczył sobie sesję zdjęciową, którą wykonujemy w ostatnich przebłyskach dziennego światła.

Szybko już po zmroku wróciliśmy do auta i ruszyliśmy w poszukiwaniu obiecanego dzieciom (w mieście) placu zabaw. Dzieci szalały jak opętane na ślizgawkach z lokalnymi dzieciakami, a ja w końcu zabrałam się za przygotowywanie gorącej strawy. Nawet nie przypuszczaliśmy, że makaron z sosem pomidorowym może smakować tak wyśmienicie. Wykąpaliśmy się szybciutko, zahaczyliśmy jeszcze o Walmart w celu zakupu „money order” (na nasz mandat za parkowanie) i ruszyliśmy dalej w kierunku wschodnim. Wydostając się z Palm Springs zamiat posłuchać się rad GPS-a, który „kazał” jechać nam okrężną drogą omijając autostradę, zaczęliśmy na nią wjeżdżać, ale widząc kilometrowe korki, miny nam od razu zrzedły. Zauważyliśmy ciekawą praktykę lokalnych kierowców, którzy jeden po drugim zaczęli wycofywać się z powrotem na wjazd… poboczem oczywiście. Skoro inni tak robią to i my grzecznie ustawiliśmy się na poboczu, włączyliśmy światła awaryjne i zaczęliśmy powolutku cofać, by przez następne godziny nie tkwić w zakorkowanej autostradzie. Okazało się to bardzo dobrym pomysłem, bo następnie jadąc wdłuż autostrady (Hwy 10) z satysfakcją patrzyliśmy jak nasza decyzja uchroniła nas przed stratą cennego wakacyjnego czasu. Kiedy w końcu dotarliśmy do wjazdu do Joshua Tree National Park od razu zjechaliśmy z Cottonwood Springs Road (prowadzącej do parku) i zaparkowaliśmy w miejscu dozwolonym do kempingowania za darmo (na stronie internetowej parku jest mapa, gdzie za darmo można kempingować). Nocne pustynne niebo rozświetlał księżyc, a do snu kołysał nas szum pobliskiej autostrady…. po prostu pełen romantyzm.
Dzień 6
Wstajemy o świcie i od razu wjeżdżamy do parku, mijając zamknięte Visitor Center, (w godzinach jego otwarcia powinno się uiścić opłatę $20 za wstęp) i szukamy jakiejś ciekawej miejscówki, by obserwować wschodzące słońce.

Przy okazji połykamy błyskawicznie śniadanie i jesteśmy już gotowi do wędrowania po pustyni.

Pierwszym punktem jest Cholla Cactus Garden, który okazał się dla nas miejscem niestety boleśnie zapamiętanym.


Nie wiem czy ktokolwiek zdaje sobie sprawę jaki ból odczuwa się po zetknięciu z tym kaktusem…. najpierw ja zupełnie przez przypadek wdepnęłam w kulkę kaktusową, której kolce zakotwiczyły się momentalnie w wystającym z sandała kawałku mojej stopy.

Zaczęłam krzyczeć wniebogłosy, bo ból był straszny, a nie dało się tego za nic wyciągnąć ze stopy. Jakimś patykiem w końcu odczepiłam kulkę kaktusa, ale kilka igieł dalej tkwiło i powodowało niesamowity ból. Na pomoc przybył Mundek i tak zajęci reanimacją mojej stopy nie zauważyliśmy, gdy za chwilkę niczego nie świadoma Basia złapała delikatnie chollę i cała wielka kaktusowa iglasta kula wczepiła jej się w dłoń. Widok był straszny. Mundi, widząc to, próbował ręką wyrwać całość, ale sam się nadział na zakotwiczające się kolce i też zaczął wrzeszczeć wniebogłosy. Jedynie Janek zachował zimną krew i światły umysł, wychodząc cało z tej sytuacji, zaczął w pośpiechu szukać dużych patyków, żeby w jakiś sposób usunąć iglastą kulę. Niestety nie udało nam się wyjąć krwiożerczego kaktusa z rączki wrzeszczacej z bólu Basi i pobiegliśmy szybko do kampera w celu znalezienia czegoś bardziej praktycznego. I tu dopiero wielkimi widłami do grilla i jakimś widelcem udało nam się wyszarpać kaktusa z rączki, która była już cała zakrwawiona…. potem jeszcze pincetą usuwaliśmy pojedyncze kolce-kotwice i cała operacja zakończyła się powodzeniem. Biedna wycięczona z bólu, zestresowana i zapłakana Basia poszła od razu spać…. a my ruszyliśmy dalej pukając się w głowy, jak mogliśmy pozwolić dwuletniemu dziecku biegać swobodnie po ogrodzie pełnym kaktusów….Z głównej drogi skręciliśmy na zachód w Park Boulevard, zostawiając za plecami (jak się potem okazało) tą najmniej ciekawą część parku. Zatrzymujemy się w kilku punktach widokowych, żeby nacieszyć oko „putynnym klimatem”.



Zdecydowaliśmy się na spacer po szlaku Ryan Ranch (1,2 mili), który zaprowadził nas do ruin adobe – starych zabudowań rancza, w którego murach podobno można dostrzec kawałki prawdziwego złota! (jako że było budowane z materiału z hałdy po kopalni o bogatej zawartości tego kruszcu).


Szlak jest bardzo przyjemny i prowadzi w zasadzie po płaskim terenie szeroką ścieżką wśród drzew Jozuego.

Pośród ruin budynków mieszkalnych łatwo dostrzec porozrzucane niedbale „zabytkowe” puszki, wijące się metalowe kawałki ogrodzeń, studnię, resztki jakiś bliżej nieokreślonych metalowych „antyków”.

Po krótkim spacerze podjeżdżamy do Keys View – punktu widokowego, skąd rozpościera się panorama na otaczające nas góry i dolinę Coachella.

Kilka mil dalej jest wyjście na szlak Hidden Valley (długość 1 mila) – jeden z najpiękniejszych miejsc w parku.

Jak widać większość odwiedzających też tak uważa, bo razem z nami szlakiem przemierzają pielgrzymki, podziwiając otaczające bobkowatokształtne skałki (mekka wspinaczy skałkowych) i wyschnięte poskręcane od wiatru drzewa.


Krótki dzień już niestety ma się ku końcowi, więc ze smutkiem opuszczamy teren parku i jedziemy do Noah Purifoy Outdoor Desert Art Museum (63030 Blair Lane, Joshua Tree; wjazd gratis, czynne od świtu do zmierzchu). (Dojazd jest trochę pogmatwany i trzeba skorzystać z podpowiedzi, jakie są na http://www.yelp.com).

Docieramy tu wraz z ostatnimi promieniami słońca i udaje nam się jeszcze spędzić chwilkę podziwiając artystycznie pozytywne zakręcone twory wyobraźni pana Noah.

Generalnie rzecz ujmując jest to jedna wielka awangardowa graciarnia złożona z połączonych z artystycznym smakiem w sposób zorganizowany rzeczy, jakie można znaleźć na przeciętnym wysypisku śmieci.

Wszystkie konstrukcje znajdują się na terenie posiadłości właściciela-artysty, ale jego samego nie udaje nam się spotkać.

Miejsce pozytywnie odjechane i będąc w okolicy trzeba je koniecznie zobaczyć.

Wracamy do głównej drogi i w miasteczku Joshua Tree tankujemy oraz nabieramy wodę do RV-ika w rock’n rollowym Coyote Corner Store & Bath House (gdzie można wykupić sobie prysznic i przy okazji wygrać niekończący się konkurs fotograficzny zatytułowany ”Przed kąpielą i po”). Sam w sobie sklep jest ciekawym drewnianym obiektem iście z „dzikiego zachodu” (otoczonym zewsząd wielkimi kaktusami). W poszukiwaniu noclegu wyjeżdżamy z miasteczka drogą 247 na NW, a następnie skręcamy w Camp Rock Road na południe w kierunku Big Bear Lake. W miejscowości Cushenbury mijamy jakieś przeraźliwie wielkie cementownie należące do Mitsubishi. Po przekroczeniu granicy federalnych lasów San Bernardino National Forest zjeżdżamy z 18-tki od razu zapadamy w szybki sen.
Dzień 7
Jeszcze przed świtem wyruszamy w dalszą drogę wspinając się bardzo stromą 18-tką i podziwiając wschodzące słońce.

Jezioro sztuczne Baldwin, które mijamy pozbawione jest w ogóle wody, poziom Big Bear Lake też jest znacznie obniżony … zapewne dowód to na borykającą Kalifornię od kilku lat suszę i „kierowanie” wody w rejony bardziej potrzebujące. W pewnym momencie po wjechaniu na podjazd lokalnej poczty nastąpiła spektakularna „stłuczka” zastawy stołowej…. czyli wszystkie rzekomo „nietłukące się” naczynia (będące na wyposażeniu naszej kamperowej kuchni), wyleciały z szafki i potłukły się w drobny mak. Na szczęście nikomu nic się nie stało, tylko do listy zakupów musieliśmy dopisać komplet nowych naczyń. Droga 18-tka, czyli Rim of the World Drive wiedzie nas krawędzią zbocza i mamy okazję podziwiać zapierającą dech w piersiach panoramę gór i zaległej w smogu kotliny aglomeracji Los Angeles.

Za Crestline skręcamy w 138-kę na północ i najbardziej hardcorową drogą jakąkolwiek jechaliśmy zjeżdżamy – ledwo się w niej zresztą mieszcząc – do jeziora Silverwood. Ten odcinek 138-ki jest niezwykle spektakularny – składa się w zasadzie tylko z serpentyn i w dodatku „wysadzany” jest wysokimi sosnami, sterczącymi na każdym z tych zakrętów. Jadąc nią ma się wrażenie, że drąży się w jakimś wąskim labiryncie, staczając się po wielkiej stromiźnie w przepaść. Za jeziorem droga 138 już biegnie po praktycznie płaskim terenie. Mijamy malowniczo „przefałdowane” Mormon Rocks i skręcamy w 2-kę, mając nadzieję na jej pokonanie. Niestety tuż za skrętem mignął nam jakiś znak z informacją, że jakiś odcinek tej właśnie drogi jest zamknięty…. co okazuje się niestety prawdą…..osuwisko skalno-błotne 5 mil od skrzyżowania zablokowało przejazd. Musieliśmy szybko zmodyfikować plan – skręcamy na N4 (Big Pines Hwy) prowadzącą przez San Andreas Rift Zone i otaczając góry San Gabriel od północy, przeskakujemy na 14-tkę prowadzącą do Mission San Fernando Rey de Espana ($5/osoba, czynne 9am-5pm).

Misja jest pełna skarbów i w zasadzie jest jednym wielkim muzeum z eksponatami umiejscowionymi w gablotach. (Można zobaczyć tu krzesło, na którym siedział Jan Paweł II podczas swojej wizyty w 1987 roku). Same budynki są raczej skromne i nie tak spektakularne jak w misji Capistrano.

Zwiedzamy jeszcze skromny kościółek (w którym akurat latynoska para „lekko” przy tuszy bierze ślub) i delikatnie „obdartą” fontannę. I jak zwykle nasze zwiedzanie wygląda tak, że Mundi w zadumie czyta wszystkie opisy i podziwia eksponaty, a ja ganiam za dziećmi gubiąc zbędne kalorie.

Po zamknięciu misji podjeżdżamy do sklepu Trader’s Joe, aby zaopatrzyć się w indyka (niestety w plasterkach) na zbliżające się Święto Dziękczynienia. W Targecie udaje nam się znaleźć identyczną zastawę, która nam się niedawno stłukła i dosłownie „łapiemy” jej ostatnie opakowanie. Rozważając ambitny plan wakacyjny i podcinające nam skrzydła terminy, po szybkiej burzy mózgów wybieramy kompromis, by przetransferować się szybko na „drugi koniec” Kalifornii i powoli od północy wracać do Los Angeles, skąd za tydzień mamy samolot do Chicago. I właśnie wtedy podczas kilkugodzinnej nocnej jazdy na północ jedyny raz podczas naszej wycieczki pada deszcz. Rozpiętość cenowa benzyny wzdłuż autostrady nr 5 jest jakimś istnym szaleństwem – oscyluje od $2,59 do $3,75 za galon. (i to dosłownie na obok sąsiadujących stacjach benzynowych). Po przejechaniu ponad 200 mil, będąc prawie u celu, zatrzymujemy się w przyjemnej zatoczce przy trasie Paso Robles Hwy (nr 46) i zapadamy w krótki, ale głęboki sen.
Dzień 8
Pobudka jak zawsze o 5 am, szybka owsianka i jesteśmy już gotowi powitać kolejny piękny dzień. Miejsce na nocleg okazuje się petardą i mamy szansę podziwiać z punktu widokowego, oddaloną o ponad 20 mil, Morro Rock w świetle wschodzącego słońca.


Następnie zjeżdżając z gór i łącząc się ze słynną „Jedynką” w miejscowości Cambria, skręcamy w prawo, zatrzymując się w najdalej na północ wysuniętym (z przyczyn czasowych) punkcie naszej wycieczki – Piedras Blancas Elephant Seal Rookery (położonej 12 mil na północ od Cambrii; wjazd bezpłatny) – będącej domem dla liczącej 17,000 sztuk populacji słoni morskich.


(Dla porównania w 1970 roku było ich tu zaledwie 20 sztuk). Widok jest po prostu obłędny – setki wielkich, tłustych, ryczących i wylegujących się na plaży ssaków, całościowo tworzy niepowtarzalny widok!!!

Spacerujemy wzdłuż wybrzeża po drewnianym pomoście widokowym obserwując z ciekawością pełzające po piasku zwierzęta. Co chwilę można też zaobserwować mini walki „na ugryzienia” i ciężko tak naprawdę stwierdzić, czy jest to forma zabawy czy rywalizacji. Samce tworzą sobie haremy liczące od 30 do 100 samic i rzeczywiście na plaży widoczne są przede wszystkim „panie”, dostrzegamy zaledwie jednego olbrzymiego samca.

Taki Alfa „szczęściarz” w ciagu swojego życia może dorobić się nawet 500 sztuk potomstwa. Zadziwiający jest fakt, że słonie morskie są szybsze niż człowiek…. Jeśli ustawimy obydwu zawodników na wydmie piaskowej to tonowe zwierzę poradzi sobie lepiej niż przeciętny homo sapiens.

Po opuszczeniu „fokowiska” zajeżdżamy do William R. Hearst Memorial State Park (wjazd bezpłatny) i od razu wskakujemy do Visitor Center, gdzie przemiła wolontariuszka zasypuje nas ciekawymi informacjami.

Prezentuje miniaturowy kubeczek styropianowy, który swój nowy „skurczony” rozmiar zawdzięcza, na skutek zmiany ciśnienia, zanużeniu bardzo głęboko w oceanie. Jasio maluje, koloruje, odgaduje zagadki, masuje czaszki fok i ogląda film o statkach podwodnych… prawdziwie zafascynowany. Pomimo dużego wiatru i bardzo niskiej temperatury wypuszczamy dzieciaki na plażę …gdzie szaleją tym razem w kurtkach i ciepłych czapkach kopiąc doły plastikową koparką. Cały park otoczony jest przepięknymi eukaliptusowymi drzewami nadającymi mu niesamowity klimat. Niedaleko plaży znajduje się zabytkowy sklepik/bar – Sebastian Store (z 1852 roku, 442 Slo San Simeon Road, San Simeon – state historical landmark), wypełniony na werandzie po brzegi rozbawionymi turystami, sączącymi winko i zajadającymi hamburgery. My ruszamy dalej na południe, zajeżdżając tylko na chwilkę na parking należący do rezydencji Hearsta. Zwiedzać zamku nie zamierzaliśmy, bo z naszymi dziećmi wycieczki z przewodnikiem nie miałyby jakiegokolwiek sensu. (Bilet $25-36/osoba). Przejeżdżamy przez Pico Beach, San Simon State Park (wjazd bezpłatny) i malownicze miasteczko Cambria (pełne malutkich, starych domków). Następnie wskakujemy na 1-kę i jedziemy do Morro Rock zwanej Gibraltarem Pacyfiku – wulkanicznej 180-metrowej skały, określanej jako jeden z charakterystycznych miejsc środkowej Kalifornii.

Widok robi rzeczywiście wrażenie…. gdyby nie jedna rzecz, która bardzo psuje majestat Morro – 3 wielkie kominy stojące tuż za nią, a należące do elektrowni… ktoś miał „świetny” pomysł, żeby je tu umieścić. Następnie konkretnie pobłądziliśmy szukając Los Osos Elfin Forest (wejście gratis, najlepszy parking od ulicy 16tej w Los Osos). Szlak ma około 1 milę długości i wiedzie po drewnianej kładce ukazując różne formy miniaturowego lasu.

Nam najbardziej przypada do gustu zagajnik karłowatych dębów tworzących bardzo kameralne miejsce – labirynt.

Do Montana de Oro State Park (wjazd bezpłatny) wjeżdżamy już prawie o zachodzie słońca.


Jest przeraźliwie zimno, ale nie przeszkadza nam to w szybkim biegu na plażę, by uchwycić tą „złotą” chwilę w obiektywie.

Silny wiatr i szybko nastająca ciemność jednak przepędza nas (i nasze zakatarzone „lejące” nosy) szybko z powrotem do auta.

Szkoda bo miejsce jest bardzo spektakularne i chciałoby się tu zostać na dłużej, by delektować się wspaniałymi widokami. Musieliśmy jednak szybko opuścić park (który czynny był tylko do zmroku) i jak najszybciej wykąpać maluchy, które wyglądały jak kocmołuchy po zetknięciu z mokrym piaskiem na plaży. Po tych obowiązkowych czynnościach, do których dołączyliśmy jeszcze ugotowanie obiadu, zdecydowaliśmy się na nocleg na kempingu Cerro Alto w Los Padres National Forest (droga nr 41, $18/noc). Na kemping wjeżdża się „dżunglowym labiryntem” tzn. bardzo wąskim (wyglądającym jakby wyciętym maczetą) tunelem o pionowych ścianach pokrytych gęstą roślinnością. Niesamowite wrażenie, szczególnie jeśli wjeżdża się na kemping w nocy i jedynym oświetleniem są reflektory auta. Porównać to można do jakiejś sceny z horroru….. Trzeba jechać kilka mil tym tunelem, zanim w końcu dotrze się do miejsc kempingowych. Prawie wszystkie miejsca były zarezerwowane, chociaż nikogo żywego tam nie spotkaliśmy. Żwawo zabraliśmy się do rozpalania ogniska, a że drewna mieliśmy duży zapas to i ognisko z tego wyszło całkiem pokaźne. I tu powinien nastąpić szczęśliwy moment smażenia na kiju kiełbasek… ale czyż można być szczęśliwym piekąc tofurky ???? Mundi robiąc zakupy w spożywczaku zamiast zwykłej kiełbasy kupił jej sojową imitację…co okazało się niezjadalne, a przynajmniej takie upieczone z ogniska. Drugą wersją jego zakupu okazuje się kurczakowa wersja „hot”, czyli dla mnie i dzieci nie do przełknięcia. W taki oto sposób kończymy dzień piekąc chleb i zjadając go potem z ketchupem….
Dzień 9
Zbieramy się jeszcze przed świtem wyjeżdżając znowu tym strasznym tunelem. Śniadanie urządzamy sobie przy Morro Rock. Dzisiaj Święto Dziękczynienia, więc pora zaserwować naszego indyka w plasterkach…. (niestety z przyczyn technicznych, słodkich ziemniaków i żurawiny brak). Około 8 rano jesteśmy już w San Luis Obispo.

Parkujemy przy samej Misji (parkometry płatne od 9 am) i spacerujemy wokół kościoła, który wraz z muzeum okazuje się zamknięty z powodu święta.

Objeżdżamy potem miasto i jeszcze raz zaglądamy do Misji (tym razem od strony zaplecza), by mieć pewność, że rzeczywiście jest dzisiaj zamknięta i ku naszemu zdumieniu znalazł się ktoś, kto drzwi jednak otworzył, a był to pan pianista z panią śpiewaczką, którzy zaczęli swoją próbę przed zapewne świątecznym występem. I dzięki temu udaje nam się zwiedzić kolejną misję założoną przez Junipero Serra.

W miasteczku można też zobaczyć ciekawą „ciekawostkę”, a mianowicie Bubblegum Alley – czyli oblepioną gumą do żucia całą alejkę i ściany jej budynków. Jest to atrakcja raczej „niehigieniczna”, więc postanawiamy nie wprowadzać tam naszych dzieci… które pewnie z przyjemnością przeżułyby sobie jakiś jej kawałek jeszcze raz. Ruszyliśmy dalej na południe w kierunku Port San Luis – pięknej zatoki i portu oferującego świeże ryby i kraby oraz bezpośrednie zejście do rezydencji lwów morskich (sea lions). Parkujemy na olbrzymim (bezpłatnym) parkingu mariny (oferującej toalety i prysznice) i ruszamy na spacer na długie drewniane molo „zakończone restauracją i hotelem”.

Na końcu pomostu po stronie zachodniej znajduje się magiczna furtka z napisem „Uwaga – lwy morskie i foki gryzą”. Można ją otworzyć i zejść kilka schodków poniżej głównego poziomu, aby spotkać się twarzą w pysk z ryczącymi fokami, które de facto nie wyglądają na zadowolone z powodu częstych odwiedzin. Wracamy do naszego domu na kółkach i zgodnie z amerykańską tradycją zasiadamy do świątecznego stołu, by celebrować Święto Dziękczynienia. Jak wspomniałam wcześniej zadowalamy się plasterkowaną wersją indyka, co w zupełności nam wystarcza na zaspokojenie głodu. Wracając przez Avila Beach mijamy resorty oferujące gorące źródła i w nich lecznicze kąpiele. W Pismo Beach bezpośrednio przy „Jedynce” znajduje się Monarch Butterfly Grove – czyli miejsce gdzie „zimują” motyle monarchy, oblepiając dosłownie drzewa eukaliptusowe.

Ich populacja sięga tutaj co roku około 25 tysięcy sztuk (w całej Kalifornii zimuje ich około 100 tysięcy rocznie), a w jednym miejscu może być ich tak dużo, że pod ich ciężarem łamią się gałęzie. Niektóre skupiska motyli zajmują obszar kilku hektarów lasu. Na jesieni lecące na południe motyle mogą pokonywać odległość nawet ok. 3000 km. Obserwując z daleka mamy wrażenie jakby to były pomarańczowe ciężko zwisające z drzew liście lub jakieś grono owoców i dopiero patrząc przez porozstawiane wszędzie teleskopy widać, że to jednak tysiące motyli przylegają do siebie. Na południe od „zagajnika motylego” znajduje się super plaża – rozległa Pismo State Beach, na którą można legalnie wjeżdżać i legalnie kempingować w samochodzie na plaży oraz legalnie na tej plaży palić ogniska (555 Pier Avenue, Oceano), płacąc za tę przyjemność $10. Miejsc wolnych na kempingu tu nie uświadczy oczywiście … zresztą wszystkie kempingi w okolicy są już zapchane z powodu Święta Dziękczynienia. Parkujemy obok przy restauracji i zakładając „stroje kąpielowe” w postaci czapek i szalików idziemy na wietrzną plażę pobawić się trochę w piasku.

Wieje okrutnie, ale dzieciom to nie przeszkadza taplać się w mokrym piachu i co chwilę wbiegać do oceanu.

Wielkie mewy-złodziejki, korzystając z chwili naszej nieuwagi, wyciągnęły worek z ciastkami z naszej torby i rzuciły się na niego jak wygłodniałe sępy, pozbawiając nas tym samym podwieczorku.


Siedzimy sobie na tej plaży aż do zachodu słońca, który jest chyba najbardziej spektakularnym jaki udało nam się przeżyć podczas tych wakacji.


W końcu zziębnięci wracamy do naszego kampera i bierzemy zasłużoną gorącą kąpiel, racząc się obiadokolacją. Na plażowym parkingu nie możemy niestety zostać na noc (przed wjazdem ustawione są znaki zabraniające „ No overnight parking”), więc udajemy się w okolice Monarch Butterfly Grove i kempingu (North Beach campground), który nie dysponuje już żadnym wolnym miejscem. Parkujemy wdłuż „Jedynki” i tu razem z innymi „bezdomnymi” turystami spędzamy noc.
Dzień 10
Szybka pobudka i jeszcze po ciemku zabieramy się w to samo miejsce, gdzie wczoraj spędziliśmy popołudnie i wieczór, by z widokiem na ocean raczyć się poranną owsianką. Po tym wybornym śniadaniu jedziemy dalej Jedynką (pośród truskawkowych plantacji) na południe do stanowego parku historycznego La Purisima Mission (2295 Purisima Road, Lompoc; wjazd $6/samochód, czynne 9-5pm).

Miejsce to okazuje się wielką petardą!!! Wszystkie budynki są udostępnione do zwiedzania, można sobie dotknąć każdego eksponatu i poleżeć na pryczy sprzed prawie 250 lat.

Nikt tu niczego w zaszklone gabloty nie powkładał i dlatego miejsce to jest tak bardzo autentyczne.



I tak sobie chodzimy i zwiedzamy …. aż tu nagle w pewnym momencie zabrakło wśród nas Basi…..szukamy ….wołamy …. nic… mija minuta dwie trzy…. Basi nie ma …. Poprosiliśmy o pomoc strażniczkę parku …. ona też szuka, woła i nic… zaglądamy do wszystkich komnat, zakamarków… nie ma i koniec…. zapadła się pod ziemię… mamy serce w gardle… ręce spocone … w głowie się złe myśli kotłują….. Jasio obiega całą misję trzy razy i nic… przeczesaliśmy jeszcze raz misję razem….i Jasio w pewnym momencie dosłyszał cichutkie kwilenie, gdzieś przy oknie jednej z komnat…..nasłuchujemy i rzeczywiście coś jakby myszka cicho …ale nie ma jak wejść do środka, bo drzwi zamknięte…a przez zakratowane okno nikogo nie widać….strażniczka wyjęła klucze i otworzyła drzwi… a tam w kąciku siedzi Barbara. Pomiędzy kratą oddzielającą komnatę, a drzwiami nasza córeczka sobie siedzi i czeka na to co się wydarzy…. zatrzasnęła za sobą drzwi ganiając się z Jasiem i zapewne otworzyć nie mogła od wewnątrz, a i przejść dalej do komnaty się nie dało, bo była taka krata „widokowa” tylko. I zamiast krzyczeć ze strachu, czy chociażby śpiewać, to siedziała cicho…. a my dostawaliśmy szajby nawołując ją…. ona nas zresztą doskonale słyszała…. bo przecież wkładaliśmy głowy do każdego okna między kraty i wołaliśmy…. taka ta nasza Basia…. jajcara. Strachu nam narobiła …. strażniczka już w pewnym momencie myślała, że Basia wczołgała się do jakiejś studzienki albo tunelu …..Po tym szczęśliwie zakończonym incydencie kontynuujemy zwiedzanie jeszcze przez 2 godziny i pełni wrażeń (mijając jeszcze potężnego byka z wielkimi rogami strzegącego swej zagrody) wracamy do auta.

Poprzez wzgórza z winnicami w dolinie rzeki Santa Ynez docieramy do Solvang (miasteczka stworzonego na styl duński), pełnego po brzegi turystów z całego świata. Atrakcja to iście komercyjna – sztuczne wiatraki, wielki sklep Lego, na każdym rogu piekarnia/cukiernia oferująca słodkie przysmaki…. pewnie duch Christiana Andersena też się gdzieś tam plątał pomiędzy tymi stylizowanymi budynkami. Skuszeni namowami Jasia kupujemy kilka duńskich bułeczek i od razu tego żałujemy – gorszych gniotów to w życiu nie jedliśmy…. daliśmy się nabrać na „duński klimacik” i nawet dzieci tego zlepka teraz nie chcą ruszyć. Amerykańscy Duńczycy dużo się jeszcze muszą nauczyć w kwestii wypieków. Prawie w centrum miasteczka znajduje się Misja Santa Ines (bilet $5/osoba, 1760 Mission Dr, Solvang) i szczerze mówiąc jest to najmniej atrakcyjna misja ze wszystkich, które widzieliśmy.

Wszystko schowane w gablotach, przeciętny kaktusowo – różany ogród z taką sobie stojącą na środku małą fontanną.

W ciągu niecałej godziny udaje nam się wszystko zobaczyć i ruszamy już dalej na południe bardzo malowniczą leśną drogą (Alisal Rd – nr 264) do wodospadu Nojoqui. I tu czeka nas niemiła niespodzianka – szlak na wodospad zamknięty z powodu „niebezpiecznych warunków” … taka wielka szkoda, bo wodospad jest naprawdę spektakularny. Pełni rozgoryczenia pędzimy szybko na ostatnią już dzisiejszą atrakcję – Las Cruces (Gaviota) Hot Springs (dojazd – jadąc od północy drogą 101 – zjazd na trasę nr 1, skręć w lewo przejeżdżając nad 101-ką, a następnie od razu w prawo w tzw. „frontage road”, która prowadzi do parkingu; $2/auto ). Szlak prowadzi początkowo starą, stromą przeciwpożarową leśną drogą, mijając po prawej stronie piękne powalone drzewo, na które warto się wspiąć, by z bliska zobaczyć jego pokręcone wielkie gałęzie.


Idąc dalej w górę przy pierwszym rozgałęzieniu należy skręcić w lewo, przy następnym w prawo w wąską ścieżkę prowadzącą wdłuż strumienia. (uwaga na trujący bluszcz – poison ivy). Dziki kompleks źródeł to dwa baseniki – górny i dolny umiejscowione wokół palm. Tak naprawdę nie są to gorące źródła tylko ciepłe – ich temperatura to komfortowe 32°C. Spotykamy tu grupkę sympatycznych Amerykanów, z którymi gaworzymy sobie przez godzinkę, mocząc nogi w siarkowej wodzie (wydzielającej „wspaniały” odór zgniłych jaj).

Po zejściu ze szlaku wyznaczamy na mapie kierunek Los Padres National Forest i lokalizujemy serię kempingów, gdzie zamierzamy zrobić wielkie ognicho. Zawracamy w kierunku Solvang i dalej trasą 154 na wschód. Mijamy Lake Cachuma i dojeżdżamy do pierwszego kempingu – Fremont Campground (na Paradise Rd) i cóż za porażka – zamknięty… dwa kolejne (Paradise & Los Prietos Campgrounds) wypełnione po brzegi….. to już sobie pokempingowaliśmy… przeklęty długi weekend ! Zatrzymujemy auto w zatoczce przy wyjściu na szlak pieszo-rowerowy (Snyder Trail – przedłużenie schodzącego od południa szlaku na Knapp’s Castle) i tu zostajemy na noc.
Dzień 11
Po rozgrzewającej porannej owsiance ruszamy z powrotem w kierunku 154-ki, ale nie dojeżdżamy do niej, tylko skręcamy wcześniej w lewo w historyczny trakt Old Stagecoach Road, który kryje w sobie niesamowite historie pamiętające czasy dyliżansów. Jadąc w stronę Santa Barbara tą wąziutką, niebezpieczną drogą tuż nad przepaścią, pośród wielkich starych drzew, oczom naszym ukazuje się imponujący most Cold Spring Arch, którym przebiega obecnie trasa nr 154. Za moment natrafiamy na perełkę tego regionu – tawernę Cold Spring z 1865 roku (5995 Stagecoach Road).

Miniaturkowe drewniane domki oblepione pnącym się wszędzie bluszczem i otoczone kamiennymi małymi płotkami, a w małych okienkach widoczne ledwo tlące się świeczki, czerwone pelargonie w rozpadających się donicach…w środku stare drewniane ławy, kominek, trofea myśliwskie na ścianach…. to wszystko tworzy niepowtarzalny klimat … wypisz, wymaluj jak z czasów Robin Hood’a.

Tawerna jest jeszcze zamknięta, więc nie mamy okazji skosztować tutejszego jedzenia, ale ktokolwiek się tu pojawi w odpowiedniej porze musi koniecznie tu „pobyć” i wchłonąć tą niesamowitą atmosferę przenoszącą w czasie. Jadąc dalej przecinamy 154-kę i wspinamy się East Camino Cielo Road, skąd po przejechaniu około 2 mil (mijamy Painted Cave Road po prawej) wychodzimy na szlak Knapp’s Castle (długość szlaku 0.8 mili). Spotykamy tu kilku rowerzystów kaskaderów, którzy ubrani w kaski i liczne ochraniacze rzucają się w dolinę razem ze swoimi rowerami górskimi uskuteczniając tzw. downhill biking. Ten szlak kończy się dokładnie w miejscu, gdzie dzisiaj nocowaliśmy, ale my pokonujemy tylko odcinek prowadzący do ruin pałacyku. Przed wejściem na posiadłość spalonego 75 lat temu zamku, znajduje się szlaban z napisem informującym, że na teren prywatny przejść możemy legalnie…. co też czynimy.

Będąc na miejscu panorama powala na kolana.
Z samego zamku niewiele pozostało- zaledwie parę kamiennych łuków, ale można sobie tylko wyobrazić jak mógł prezentować się w całej okazałości na tle tych wysokich, pięknych gór.
Gdzieniegdzie widać pozostawione sprzęty budowlane sprzed kilku lat, kiedy to miała nastąpić odbudowa całego kompleksu.


Zadowoleni z satysfakcjonującego, aczkolwiek niewyczerpującego spaceru wracamy do auta i cofamy się kawałek wcześniej do drogi Painted Cave Rd, prowadzącej do malowideł naskalnych Indian w Chumash Painted Cave. Pomimo znaku informującego, że droga jest bardzo wąska i niebezpieczna i wjazd dużych samochodów jest nierekomendowany, postanawiamy zaryzykować. Droga okazuje się ekstremalnie wąska i stroma. W zasadzie tak wąska, że powinna ona być jako jednokierunkowa. W niektórych momentach muszę nawet wyjść z auta i pilotować Mundka, bo trzeba również patrzeć na nisko zwisające gałęzie drzew, które mogą uszkodzić dach naszego pojazdu. Mundek pokonuje prawie niemożliwe do sforsowania zakręty i w końcu podjeżdżamy pod jaskinię. Nie ma tu miejsca, żeby zaparkować, więc zostawiamy auto na światłach awaryjnych, jako że atrakcja jest tuż przy drodze. Ruszamy biegiem po schodkach, by zobaczyć ponad 400-letnie indiańskie graffiti.

W związku z tym, że nasz wehikuł tarasuje całą drogę nie możemy tu dłużej zostać i biegiem wracamy do auta.

Turlamy się dalej w dół w kierunku Santa Barbara, ale do pokonania mamy jeszcze jedną przeszkodę, a mianowicie z drogi wyrasta wielka skała tworząc jeszcze węższy przesmyk …. który, pokonując powolutku ze złożonymi lusterkami wieńczymy przeprawę sukcesem. Jeśli nie udałoby nam się dokonać tego „bohaterskiego” czynu, utknęlibyśmy tu chyba na wieki … bo nie możliwym byłoby zawrócenie z powrotem. Zatrzymaliśmy się na chwilkę na sesję zdjęciową panoramy Santa Barbary na tle otaczających gór i oceanu z łańcuchem przybrzeżnych wysp Channel Islands. Słyszymy nagle tajemniczy głos dochodzący z jakiejś rezydencji na wzgórzu z myślą o przestrodze, by nie próbować dalszej drogi wzwyż…..”you’re not gonna make it….” Jakże ten głos musiał się zdziwić jak mu odpowiedzieliśmy, że właśnie tę drogę przebyliśmy. Stoczyliśmy się tą dróżką do samego miasta i przy znaku informującym, że zaczyna się właśnie Santa Barbara robimy naszej „świętej” Barbarze fotkę na tle znaku. Nie opieramy się kilku dojrzałym pomarańczom z obok rosnącego drzewka. W Santa Barbara Mission (bilet $8/osobę; 2201 Laguna St) udaje nam się zakombinować troszeczkę. Biletami są tu okrągłe naklejki z datą, które należy przykleić na piersi. Stojąc w kolejce, znajduję jedną taką naklejkę z datą dzisiejszą… w związku z tym płacimy tylko za jeden bilet. Ludzi jest tu co nie miara; dodatkowo odbywa się ślub w kościele i nie można do niego wejść przez następne półtorej godziny.

Ogród też jest zamknięty dla zwiedzających…., otwarte tylko małe muzeum z projekcją filmu i cmentarz misyjny – ogólnie mówiąc trochę niewypał.
Mundi zniesmaczony wrócił do kasjerki, kwestionując pobieranie opłaty wstępu, na co pani, przepraszając za zaistniałą sytuację, zareagowała zwrotem biletu bez żadnego problemu. Misja znacznie lepiej prezentuje się z zewnątrz niż w środku.



Później podjeżdżamy pod budynek sądu (Superior Court of California 118 E Figueroa St; wejście bezpłatne, a parking przy ulicy – 90 minut bezpłatnie).



Powłóczyliśmy się trochę po pięterkach i wjechaliśmy windą na wieżę widokową, skąd rozpościera się niesamowity widok o 360 stopni na całą okolicę.


Jako że dzień już się miał ku końcowi, pognaliśmy szybko do portu, by sprawić naszemu synowi jedyną w swoim rodzaju atrakcję, a mianowicie rejs taksówką wodną Lil’ Toot, którą samodzielnie, chociaż pod ścisłym nadzorem kapitana będzie mógł poprowadzić. Zaparkowaliśmy z widokiem na zatokę przy plaży miejskiej Leadbetter Beach naprzeciw Shoreline Beach Cafe. Ja z Jasiem pognaliśmy w stronę portu, a tata z Basią wybrali się z wiaderkiem i łopatkami na plażę. Taksówki odpływają zawsze z doku przy 113 Harbor Ln. (zejście od strony Chuck’s Waterfront Grill) i dowożą ludzi do Stearns Wharf. Jako że jest już po sezonie, kapitan zakomunikował nam, że przepłynie jednak jedynie po marinie zataczając pętlę. Za tę przyjemność trzeba było zapłacić podwójną stawkę ($10/osoba dorosła i $2 dziecko). Mimo wszystko widok Jasia, który z dumą dzierżył ster w dłoniach był bezcenny.
Pobujaliśmy się 20 minut pomiędzy jachtami bogaczy (kapitan wskazał nawet jacht Kevina Costnera) i wszędobylskimi pelikanami siedzącymi na bojach i zawróciliśmy do punktu wyjścia. Jaś dostał od kapitana naklejkę z napisem „Junior Captain” i dumnie nakleił ją na piersi.

Wróciliśmy do reszty drużyny i już wspólnie podziwialiśmy zachodzące słońce.

Po smacznej jajecznicy z widokiem na morze ruszyliśmy w drogę w poszukiwaniu noclegu, co okazało się niebywale trudnym wyczynem. W Santa Barbara nie wolno parkować kamperami w nocy … na każdym rogu i przy każdej ulicy stoi znak – „No RV parking”. Podjechaliśmy do następnego miasteczka – Montecito i tam krążyliśmy przez długi czas w poszukiwaniu jakiegokolwiek miejsca bez zakazu parkowania w nocy. W końcu stanęliśmy gdzieś w małej uliczce w osiedlu rezydencyjnym.
Dzień 12
Jak zwykle jeszcze przed świtem ruszamy dalej – zatrzymując się na wschód słońca przy 101-ce – oczywiście z widokiem na ocean.


Owsianka i kilka pięknych zdjęć wschodzącego słońca i już prujemy dalej na wschód do Carpinteria Bluffs Nature Preserve (południowy koniec Bailard Avenue, Carpinteria). Szlak wychodzi z parkingu w kierunku oceanu (długość 1 mila) i prowadzi przez tory kolejowe do punktu widokowego, skąd można obserwować wielkie stado „pasących się” na plaży fok.

Jest tu (był właściwie) zjazd na plażę – nad brzegiem oceanu widać śmiesznie stojący pionowo znak stopu, który najprawdopodobniej osunął się wraz z podmytą skarpą do oceanu.

Jadąc dalej wzdłuż wybrzeża tereny stawały się coraz bardziej zaludnione i komercyjne. Wjeżdżamy do Ventura i parkujemy niedaleko misji San Buenaventura, która jest naszym celem.

Misję zwiedzamy za darmo (211 E Main; bilet $4/osoba), bo akurat jest msza i kościół jest ogólnie dostępny dla wszystkich. Samo miasto osaczone jest przez chmary bezdomnych – są wszędzie… leżą na każdym trawniku, na każdej miejskiej ławce, na każdym parkingu…. widok nieciekawy i bardzo psujący oblicze tak ładnego miejsca. Jedziemy dalej 1-ką w kierunku Los Angeles mijając Point Mugu, gdzie zatrzymujemy się na chwilkę relaksu przy drodze i wskakujemy na plażę poskakać trochę po wydmach.

Wszystkie plaże są tu już płatne, ale gdzieniegdzie można legalnie zaparkować za darmo tuż przy oceanie. Chcieliśmy jeszcze przejść się szlakiem Point Dume Trail (Malibu Riviera, Cliffside Drive), ale niestety malutki parking jest cały załadowany samochodami, a przy gabarytach naszego pojazdu nie ma możliwości zatrzymania się w wąskich uliczkach. Jedziemy w takim razie bezpośrednio do Hollywood, gdzie Jaś i tata wyruszają na Christmas Parade (hollywoodchristmasparade.net), by spotkać się ze wszystkimi postaciami z bajek Disney’owskich i poczuć klimat nadchodzących Świąt Bożego Narodzenia (Hollywood Blvd & Sunset Blvd). My z Basią odpoczywamy sobie w spokoju czytając książki i przygotowując bagaże do lotu. Po 2 godzinach chłopaki wracają pełni wrażeń i ponieważ jest już bardzo późno, parkujemy w niedalekiej uliczce i idziemy spać.
Dzień 13
Zaczynamy dzień od przejazdu po słynnej Mulholland Drive od wschodu – podziwiamy panoramę Los Angeles i wznoszący się po drugiej stronie autostrady 101 legendarny napis HOLLYWOOD.


Liznąwszy przez szybę auta smaku high-life porzucamy trasę widokową zjeżdżając do miasta przez Laurel Canyon Blvd i na Sunset Boulevard mijamy „The Viper Room” (klub należący kiedyś do Johnny Depp’a), „Whisky a go go” (gdzie zaczynali The Doors, Janis Joplin, Guns N’ Roses), The Rainbow Bar i wiele wiele innych kultowych miejsc na Sunset Strip, gdzie imprezują obecnie co bardziej rock’n rollowi celebryci. Odwiedzamy Rodeo Drive w Beverly Hills, by przez okna samochodu podziwiać luksusowe butiki Giorgio Armani, Chanel, Prada, Versace czy Louis Vuitton. Opuszczamy Rodeo Drive i kierujemy nasz wehikuł w stronę El Pueblo w Los Angeles – historycznego dystryktu miasta. Znalezienie parkingu graniczy tu z cudem. Nawet te bardzo drogie ($3 za 20 minut) są już pozajmowane. W poszukiwaniu parkingu zajeżdżamy w tak obleśne miejsca, że wręcz nie wierzymy, że jest to centrum amerykańskiej metropolii. Wielkie koczowiska – pełne rozwianych namiotów albo skleconych niezdarnie kawałków sklejki powiązanych sznurkami, by tworzyły schron przed otoczeniem, wszędzie toboły i wózki sklepowe wypchane po brzegi reklamówkami z butelkami i puszkami do zwrotu. Smród i odór unoszące się wokoło takiego miejsca są nie do opisania. Krążymy i krążymy wokół śródmieścia jak satelity, trafiamy też na dzielnicę zakapiorów i dziwnych typów i to wszystko w odległości 1-2 mile od centrum….. W końcu … już prawie zrezygnowani…zupełnie przez przypadek, trafiamy do artystycznej dzielnicy – Art District i znajdujemy jedno jedyne miejsce, które akurat ktoś zwolnił przy Cafe Gratitude (Santa Fe Ave/3rd street). Dzielnica okazuje się przyjazna i widać jak ktoś miał świetny pomysł, żeby z opustoszałych ruder magazynów fabrycznych zrobić ciekawe miejsca, które przyciągnęły jak magnez rzesze młodych ludzi. Powstają nowe modernistyczne budynki mieszkalne, a w starych urządza się sklepy z awangardową odzieżą, nocne kluby i galerie sztuki. Maszerujemy jakieś 2 mile do El Pueblo, zahaczając po drodze o japońską dzielnicę, w której odwiedzamy małe sklepiki pełne dziwnych rzeczy z niezrozumiałymi dla nas napisami. Okolice historycznego Puebla też są osaczone przez chmary bezdomnych koczujących na każdym rogu.

Władze miasta mają z nimi wielki problem. Na pewno nie sprzyja to dobremu wizerunkowi miasta.

Jak już dochodzimy do głównego placu – Paseo de la Plaza robi się już bardziej nieprzyjemnie, bo zaczynamy być nagabywani i proszeni o datki pieniężne.

Przechodzimy na drugą stronę Main Street do kościoła Our Lady Queen of The Angels, wypełnionego meksykańskimi wiernymi.

Jakaś młoda kobieta wchodzi na kolanach do kościoła niosąc na rękach owiniętego w kocyk noworodka. Meksykanie to bardzo religijni ludzie i stanowią wielką siłę kościoła katolickiego w USA. Wracamy na plac i kręcimy się wśród licznych straganów z tradycyjnymi suwenirami o tematyce rodem zza południowej granicy USA.

Wchodzimy do Avila Adobe – najstarszej rezydencji w Los Angeles (1818 rok). Teraz jest to muzeum (wejście bezpłatne) z dziedzińcem kaktusowym i komnatami wyposażonymi w oryginalne eksponaty.

Zaglądamy na chwilkę do chińskiej dzielnicy, ale szczerze mówiąc jest tam brudno i nieciekawie. Udając się w kierunku naszego auta odkrywamy świetny plac zabaw w Grand Parku (N Spring street/W 1st street), na którym dzieciaki szaleją przez godzinę. I jako że dzień się już kończy postanawiamy wspiąć się szybko po schodach na wyższe tarasy Grand Parku, by obejrzeć wielkie fontanny. Stamtąd Hope Street przechodzimy do ostatniej atrakcji dnia dzisiejszego Walt Disney Concert Hall – nowatorskiej perełki architektonicznej miasta.

Wjeżdżamy windą na taras widokowy i tu krążymy wśród mistrzowsko zaprojektowanych z błyszczącego aluminium labiryntowych korytarzy, spotykając na każdym rogu fotografa z długonogą modelką.


Rzeczywiście miejsce to jest idealnym plenerem fotograficznym. Już bardzo zmęczeni dowlekamy się do kampera, który na szczęście stoi cały i zdrowy i wyruszamy w kierunku północnym do Angeles National Forest, zahaczając po drodze do Trader’s Joe w celu wymiany żywności, która nam została, na przekąski i suchy prowiant, który będziemy potrzebować na jutrzejszy dzień już po oddaniu RV. Już w nocy wjeżdżamy 2-ką (Angeles Crest Hwy) stromo pod górę i tylko przekroczywszy granicę National Forest ustawiamy się w miejscu widokowym zamierzając w spokoju spędzić noc. Widok jest niesamowity – cała aglomeracja Los Angeles u naszych stóp, oświetlona milionami świateł. Wstępnie pakujemy bagaże i zapadamy, jak się okazuje, w bardzo krótki sen. Około 11:30 w nocy budzi nas hałas unoszącego się nad nami helikoptera….. wyglądamy przez okno i oczom naszym ukazuje się rzeczywiście policyjny helikopter, przeszukujący szperaczem oddalone od nas około 200 metrów zbocze. Również w podobnej odległości stoi z 10 policyjnych radiowozów i 3 straże pożarne z włączonymi migającymi światłami – istna dyskoteka. Policjanci z latarkami bardzo skrupulatnie przeczesują zbocze szukając kogoś lub czegoś. Różne myśli krążyły nam po głowach: – że może hollywoodzka ekipa filmowa kręci film, albo że może samochód spadł ze skarpy (jak się rano okazało barierki były nienaruszone). Na dole w mieście jednak też latał helikopter podświetlając tamtejszą miejscówkę. I też błyskały światła radiowozów. Obserwowane wydarzenia podpowiadały coś poważniejszego. Mundi wystraszył mnie pomysłem, jakoby szukali niebezpiecznego zbiega, a jak wiadomo zbieg może brać zakładników… i że możemy znaleźć się w pułapce… tak na szczęście się nie stało. Do tej pory nie znamy powodu tej akcji. Za to dnia następnego, już po naszym wylocie, miała miejsce ta straszna strzelanina terrorystyczna w San Bernardino…. aż strach pomyśleć…
Dzień 14
Wyruszamy przed świtem, mając już gotowy plan organizacyjny na dzisiejszy dzień. Samolot mamy o 12.45 po północy, a więc czeka nas ciężki dzień, żeby dotrwać do tego czasu. Zjeżdżamy z góry kierując się do wypożyczalni samochodów Fox i wypożyczamy Toyotę Corollę i już na 2 samochody jedziemy do Walmartu oddać rzeczy, które nam zostały z wycieczki. Tuż przed 11am dojeżdżamy do Apollo i oddajemy nasz wehikuł. Przy okazji dzięki ich uprzejmości drukujemy sobie w ich biurze karty pokładowe do naszego samolotu. Po tych wszystkich obowiązkowych formalnościach udajemy się na plażę do Venice. Plaża i promenada – mekka cyganerii artystycznej – ściąga, na fali kalifornijskiego mitu, wszelakiej maści hipsterów z całego świata, którzy swymi ulicznymi performance’ami próbują, prowadzić w sposób bardziej lub mniej trzeźwy „plenerowy styl życia”. Nie mniej jednak po zmierzchu wskazana jest ostrożność. Janek przez 2 godziny gania fale, Basia dłubie patykami w piachu, Mundi pije piwko, a ja relaksuję się robiąc im wszystkim zdjęcia.

Z powodu silnego wiatru przenosimy się „w głąb lądu” na pobliski plażowy plac zabaw i spędzamy tu ostatnią godzinkę przed zachodem słońca. Z baru na deptaku dobiega muzyka na żywo; Plażową betonową ścieżką ścigają się rowerzyści, rolkowcy i inni mobilni. Mimo to nie czuje się tu zdrowego ducha sportu, a raczej „skacowanego”, dekadenckiego ducha miernoty i niemocy. Następnie robimy sobie przejażdżkę do Santa Monica i tam zaszyci gdzieś w małej uliczce zapadamy w 60-minutową drzemkę regeneracyjną przed lotem. Teraz tylko trzeba oddać auto do wypożyczalni i busikiem przedostać się na lotnisko. Tu wszystko odbywa się zgodnie z planem, poza dodatkową kontrolą bagażu osobistego, gdzie znajdował się mały soczek dla Basi – to wzbudziło podejrzenia oficera, który dokładnie obejrzał pudełeczko i kazał mi je otworzyć, pobrał próbkę jakimś specjalnym wacikiem i po stwierdzeniu, że nie jest to niebezpieczna substancja pozwolił zabrać i oddać w ręce czekającej już na napój Basi. Soczek potrzebny był nam co prawda do samolotu, by podczas zmiany ciśnienia przy starcie dziecko mogło pić ułatwiając w skutek tego pozbycie się „ucisku” w uszach. Lot odbył się bez zarzutów, a w Chicago przywitał nas śnieg, na co tylko nasze dzieci zareagowały z wielką radością.
Zuza, bark mi slow!!! Zbieram pieniadze na te widoki 🙂 Niesamowite zdiecia, wspanialy opis wycieczki :))
PolubieniePolubienie
I really like and appreciate your article post.Thanks Again. Really Great.
PolubieniePolubienie