TERMIN WYCIECZKI: 22.IV – 09.V.2016
Wiosna jest perfekcyjnym czasem na wakacje w środkowej części Kalifornii (ze średnią temperaturą około 20ºC). Krajobrazy przepełnione są kwitnącymi łąkami z soczysto zieloną trawą. Wodospady pełne są wtedy wody. Czasami jednak doświadczyć można bardzo silnych wiatrów szczególnie na wybrzeżu Pacyfiku…. zimowa czapka z nausznikami staje się wtedy niezbędna!).
TRASA: Chicago – Oakland, San Francisco [downtown, Golden Gate Bridge, Presidio, Fort Point National Historic Site, Fort Mason Center, Ghirardelli Square, Lombard Street], Mission San Jose, Santa Clara – University Campus, San Jose, Gilroy, San Juan Bautista Mission, San Juan Bautista State Historic Park, Pinnacles National Park [część wschodnia – Bear Gulch Cave Trail, Bear Gulch Reservoir, High Peaks Trail & część zachodnia – Balconies Cave Trail & Balconies Cliff Trail], Mission Nuestra Senora de la Soledad, Arroyo Seco Road, Arroyo Center – Los Padres National Forest, Mission San Miguel Arcangel, J. Lohr Winery – Paso Robles, Los Padres National Forest Cerro Alto campground, Montana De Oro State Park [Spooners Cove, Bluff Trail, Hazardous Reef Trail], Morro Bay, Morro Rock, Cayucos, Pico Beach, Piedras Blancas Elephant Seal Rookery, Ragged Point, Salmon Creek Falls Trail, Jade Cove & Plaskett Rock Point Trail, Sand Dollar Beach, Pacific Valley Bluff Trail, Limekiln State Park [Limekiln Trail, Falls Trail, Hare Creek Trail], Julia Pfeiffer Burns State Park [McWay Cove Waterfall Trail, Canyon Falls Trail], Big Sur Ranger Station, Pfeiffer Big Sur State Park [Pfeiffer Falls & Valley View Trail], Bixby Bridge, Palo Colorado Road, Garrapata Beach, Garrapata State Park [Rocky Ridge Trail], Mission San Carlos Borromeo Del Rio Carmelo, Carmel by the Sea, Monterey [Cathedral of San Carlos Borromeo, Fisherman’s Wharf, Lovers Point, Sunset Drive, Point Pinos Lighthouse], Moss Landing, Elkhorn Slough National Estuarine, Seacliff State Beach, Santa Cruz [Beach Boardwalk, University of California – Campus], Big Basin Redwood State Park [Redwood Trail], Roaring Camp and Big Trees Narrow Gauge Railroad, Waddell Beach, Pigeon Point Lighthouse, Bean Hollow State Beach, Pebble Beach, Pomponio State Beach, San Gregorio State Beach, San Gregorio, Half Moon Bay, El Granada, James Fitzgerald Marine Reserve, Montara State Beach, San Francisco [Golden Gate Park, Haight – Ashbury District, Baker Beach, Golden Gate Bridge], Sausalito, Muir Woods National Monument [Loop Trail], Muir Beach, Stinson Beach, Bolinas, Point Reyes Station, Point Reyes National Seashore [Point Reyes Bird Observatory, Tule Elk Reserve, McClures Beach Trail, Point Reyes Beach North, Point Reyes Beach South, Sea Lion Overlook, Point Reyes Lighthouse, Bear Valley Visitor Center & Earthquake Trail & Kule Loklo Trail], San Rafael [Mission San Rafael Arcangel, Museum of International Propaganda], Berkeley [University of California – campus], Oakland – Chabot Space and Science Center, San Francisco [Ghirardelli Square, Cable Car Rotation Station, San Francisco Maritime National Historic Park, Fisherman’s Wharf – Boudin Bakery & Pier 39 & Pier 45; Mission District – Mission San Francisco de Asis, Women’s Building, Mission Dolores Park], Oakland – Chicago.

PRZEWODNIKI: Atlas Delorme South California; Atlas Delorme North California; Coastal California (Lonely Planet) Sara Benson & Andrew Bender; San Francisco and Northern California – Eyewitness Travel guide, California – Eyewitness Travel guide, www.hikespeak.com; www.modernhiker.com
KOSZT PRZELOTU: $745/4 osoby (Spirit Airlines: Chicago/Illinois – Oakland/California)
ŚRODKI TRANSPORTU: Kamper czyli RV (Recreational Vehicle) – (Cruise America 5623 John Muir Drive, Newark, CA). Całkowity koszt wynajmu RV (Ford V-8 – długość auta 19 stóp) na 14 dni $1,544; Thrifty car Rental – Oakland Airport (Kia Optima) $46/dzień (wliczony nielimitowany przejazd przez płatne mosty wartości $12 wykupiony bezpośrednio przy wypożyczaniu auta), Thrifty car Rental Oakland Airport (Nissan Sentra) $70/2 dni.
KOSZT BENZYNY: RV $271 (104 galony = 1028 mil, średnie spalanie 10 mil/ galon); Samochody osobowe: $7 (Kia) plus $12 (Nissan)
ŚREDNIA CENA BENZYNY: $2.80/galon (1 galon w przybliżeniu to 4 litry)
DŁUGOŚĆ TRASY: RV – 1028 mil plus „osobówkami” po San Francisco około 150 mil.
NOCLEGI: bezpłatnie lub na kempingach (kemping w Pinnacle National Park $23/noc; kemping Cerro Alto w Los Padres National Forest $18/noc) plus motel w Oakland $175/2 noce.
KILKA SŁÓW WSTĘPU: Przygotowywując każdą podróż zawsze dokładnie analizujemy mapę topograficzną terenu, na który się wybieramy, przeszukujemy internet i przeglądamy przewodniki, by ułożyć najbardziej optymalną trasę zadowalającą każdego z naszej czwórki. A ponieważ jest w naszym gronie dwoje małych dzieci zawsze musimy brać pod uwagę również ich dziecięce potrzeby. I chociaż od urodzenia są zahartowane wędrówkami górskimi i średniowygodnymi warunkami podróży jako odpowiedzialni rodzice musimy z nimi również spędzić trochę czasu na placu zabaw czy plaży. Zawsze staramy się by nasze wakacje były rozsądne finansowo i pełne niekomercyjnych atrakcji. Lubimy spędzać czas w górach, lasach i dzikich, odludnych miejscach, których w Stanach nie brakuje. Opisana relacja dostarcza wiele cennych informacji na temat atrakcji turystycznych w środkowej Kalifornii, jak również koszty tychże atrakcji, a czasami możliwości ich uniknięcia. Ze względu na podróżowanie z dziećmi w formie „road tripu” wybraliśmy opcję poruszania się kamperem – (RV), która daje nam niezależność i wygodę bez względu gdzie się znajdziemy. Nie musimy codziennie szukać hoteli czy moteli ani restauracji czy sklepów, bo wszystko mamy „na miejscu”.
KILKA SŁÓW O WYPOŻYCZANIU RV: Wypożyczenie RV w firmie Cruise America znacznie różniło się od nabytego przez nas wcześniej miłego doświadczenia z firmą Apollo. Tym razem trafiliśmy na mało profesjonalną „masówkę”. Jest to najbardziej popularna i wszechobecna wypożyczalnia, której dewizą nie jest jakość ale ilość. Klient traktowany jest mało profesjonalnie i niestety nasza opinia na temat tej firmy nie jest dobra. Samochód jaki otrzymaliśmy był brudny i niedotankowany do pełna. Wskaźnik propanu i wody również wskazywał ¾ pojemności. Obsługujący nas przedstawiciel był arogancki i nieuprzejmy i zdawał się być znudzony naszymi pytaniami. Tu należy uwzględnić ważną informację – poziom propanu i benzyny ma być identyczny przy oddawaniu samochodu….. (tak sobie zastrzegł arogancki pan). I również należy pamiętać o opróżnieniu zbiorników z brudną wodą. Samochód przed oddaniem należy sprzątnąć – tzn. zamieść podłogę, zmyć naczynia i ogarnąć z grubsza wszystko inne. (Kara za oddanie brudnego auta wynosi $150). Godziny odbioru (1pm – 4pm) i zwrotu RV (9am-11am) nie są zbyt korzystne. A za każdą godzinę spóźnienia trzeba zapłacić $25 (tak przynajmniej jest napisane w regulaminie).
W wyposażeniu RV znajduje się: kuchenka, zlew, lodówka, mini zamrażalka, prysznic, WC, 2 łóżka (jedno rozkładane z dziennej kanapy ze stołem, drugie nad kabiną kierowcy), stół, generator i klimatyzator. W przypadku Cruise America za wypożyczenie zestawu naczyń i garnków trzeba dodatkowo zapłacić $100. My nie zamawialiśmy tej opcji przy rezerwacji, a mimo wszystko zestaw znajdował się na wyposażeniu.
Cena bazowa przy rezerwacji za 14 dni wynosiła $1,686 (14 nocy X $75/noc = $1050 plus wliczony limit przejechania 100 mil dziennie $490 za 14 dni plus podatek stanowy $146). Przy odbiorze kampera firma pobiera również depozyt na czas korzystania z auta i wynosi on w przypadku Cruise America $500. (trzeba zapłacić kartą kredytową). Depozyt jest zwrotny, gdy podczas końcowej inspekcji wszystko z autem jest ok. Rezerwując RV musimy również zapłacić zaliczkę (kartą kredytową) – w naszym przypadku było to $300, (która przepada w przypadku rezygnacji). My niewykorzystaliśmy wszystkich mil z pakietu i w rachunku końcowym dostaliśmy zwrot $142 ($0,35 x 372 mil + podatek). Całkowity koszt wynajmu na 14 dni wyszedł $1544. (co dało stawkę $110/dzień). (Jeżeli przekroczylibyśmy limit przejechanych mil to za każdą następną firma liczy sobie $0,35). W zależności od firmy jest też dodatkowa opłata za korzystanie z generatora – może być liczona za każdą zużytą godzinę ($3,50) lub wykupiona jako pakiet $7/za każdy dzień (jeśli ktoś nie chce „wchodzić” w koszty generatora, to trzeba w Walmarcie zakupić „power inverter”, by móc naładować (poprzez gniazdko zapalniczki) baterie laptopa, telefonu itp). My nie używaliśmy w ogóle generatora. Generator umożliwia pracę mikrofalówki i klimatyzatora oraz możliwość ładowania przez gniazdko, gdy pojazd nie jest podłączony do prądu np. na kempingu.
Wakacje w RV jest to najbardziej wygodna wersja wakacyjna, szczególnie jeśli podróżujemy z dziećmi i chcemy jak najwięcej zobaczyć, nie marnując czasu na codzienne poszukiwanie moteli czy hoteli (szczególnie w obszarach dzikich i rzadko zaludnionych). W Kalifornii jest wiele firm zajmujących się wypożyczaniem tego typu aut – od minivanów do olbrzymich gabarytowo autobusów wycieczkowych. (m.in. El Monte RV, Apollo, Cruise America, Camper USA, 1st Choice RV, Corona Motorhome, Jucy RV Rentals, Road Bear RV itp.). Ceny w sezonie sięgają horendalne sumy, dlatego warto przemyśleć wybór innego terminu. Inną bardzo korzystną finansowo opcją mobilnych wakacji jest tzw “RELOCATION”, czyli w ciągu danego przez firmę czasu (z reguły jest to tydzień lub trochę dłużej) musimy przewieźć auto z punktu A do punktu B. (np z Las Vegas do Los Angeles). Opłata jest wtedy symboliczna – od $1 do kilkunastu dolarów za dzień. Jeśli chcemy pojeździć sobie trochę dłużej to wypożyczalnia liczy nas np. $60 za każdy kolejny dzień. (Oferty „relocation” można znaleźć m.in. na stronie www.transfercarus.com lub bezpośrednio na każdej stronie internetowej w wyżej wymienionych firmach wypożyczających RV).
Parki stanowe: Koszt wjazdu do parku stanowego to $8-15/za samochód za 1 dzień. Zakupiony bilet upoważnia do wstępu do wszystkich parków stanowych danego dnia. (Roczny karnet $185/auto).
SOUTHERN CALIFORNIA ANNUAL ADVENTURE PASS ($30) potrzebny w: Angeles National Forest, Cleveland National Forest, Los Padres National Forest, San Bernardino National Forest. (zakupiony online www.myscenicdrives.com ) ważny przez 12 miesięcy od daty zakupu). Niezbędny jeśli ktoś zamierza korzystać z kempingów lub szlaków turystycznych należących do wyżej wymienionych lasów państwowych. W przypadku tej opisanej wycieczki „pass” przyda się jedynie w Los Padres N.F
UWAGA na: Poison Ivy (trujący bluszcz) i Poison Oak (trujący dąb) szczególnie w okolicach rzek i potoków. Poparzyć się można także zeschniętymi liśmi tych roślin. Pomoże dostepny wszędzie hydrocortisol, który należy nanieść na swędzące rany. W celu zminimalizowania poparzenia najlepiej jest zakładać długie spodnie wybierając się na szlak.
CAŁKOWITY KOSZT WYCIECZKI $ 3,674
Dzień 1
Lot Chicago – Oakland odbył się bez żadnych problemów, a jedynym uniedogodnieniem było nieprzerwalne zabawianie naszej małej Basi, która była niesamowicie znudzona podróżą trwającą prawie 5 godzin. Pomimo, że lecieliśmy w piątek odprawa przebiegła bez zastrzeżeń i długich kolejek, a samolot wyleciał nawet kilka minut wcześniej. Po wylądowaniu w Oakland skierowaliśmy się od razu na przystanek, skąd zabrał nas autobus do wypożyczalni samochodów (7600 Earhart Rd). Wszystkie wypożyczalnie znajdują się w tym samym miejscu (Alamo, Avis, Budget, Dollar, Enterprise, Fox, Hertz, National, Payless, Thrifty). Mieliśmy kilka rezerwacji, ale wybraliśmy Thrifty Car Rental, bo po prostu nie było tam kolejki…. i mieli na stanie dużo aut…. (w przeciwieństwie np. do wypożyczalni Payless, gdzie kolejki też nie było… ale brakowało im też samochodów). Wypożyczyliśmy nowiutką Kia Optima (na liczniku tylko 5 mil) i dodatkowo wykupiliśmy za $12 nielimitowany „pass” (na czas wynajmu samochodu oczywiście) – FasTrack – na przejazdy przez mosty na autostradach (które wszystkie bez wyjątku są w okolicach San Francisco płatne). Za wynajem na jeden dzień auta płacimy $46. Pierwsze kroki kierujemy do Walmartu po kilka niezbędnych rzeczy typu śpiwory czy suchy prowiant. I autostradą 880/80 mkniemy w kierunku San Francisco. Most (San Francisco-Oakland Bay Bridge), który prowadzi do centrum jest totslnie zakorkowany i tylko dzięki zakupionej wcześniej przejazdówce Bridge Pass FasTrack omijamy sprawnie bramki i długie kolejki oczekujących samochodów. Przejeżdżamy przez downtown i Chinatown i jedziemy bezpośrednio na punkt widokowy Golden Gate Bridge (Vista Point ulokowany jest po północnej części mostu).

To chyba najbardziej oblegane miejsce turystyczne miasta. (olbrzymi parking i 2 budynki z łazienkami czynnymi całą dobę). Słońce zaczyna akurat zachodzić, więc mamy idealną porę na zdjęcia. Nockę spędzamy w „naszej” Kia na parkingu.


Dzień 2
Wygnieceni i lekko zmarznięci budzimy się na widok wschodzącego słońca nad zatoką San Francisco. Niestety nie mieliśmy szczęścia podziwiać wschodu we mgle – tak bardzo znanego z widokówek miasta. Wcinamy po bananie i urządzamy sobie mały spacerek po moście. Z bliska wygląda imponująco, a kolor czerwonej farby znakomicie kontrastuje z błękitnym niebem i granatową wodą zatoki.

Dochodzimy mniej więcej do połowy długości mostu i zawracamy zmęczeni hukiem śmigających samochodów. Za chwilę to my śmigamy już przez Golden Gate Bridge w kierunku miasta i na pierwszym zjeździe odbijamy na moment do Fort Point, by spojrzeć na most z innej perspektywy i dopełnić fotograficznych wariacji w temacie Mostu. (Jeżeli nie wykupujemy nielimitowanego przejazdu na mosty to przejeżdzając Golden Gate nie ma możliwości zapłaty manualnej. Po przejechaniu mostu mamy 48 godzin, żeby zapłacić kwotę $7.25 online (www.bayareafastrak.org) lub podając numer karty kredytowej przez telefon (877)-229-8655; mosty są płatne tylko w jednym kierunku np. Golden Gate opłacamy tylko wjeżdżając do San Francisco). Krążymy trochę po Presidio of San Francisco mijając setki rowerzystów i uprawiających jogging kalifornijczyków.

Przemieszczając się w kierunku wschodnim wdłuż wybrzeża zajeżdżamy na poranne sushi do supermarketu Safeway (15 Marina Blvd) i mając jeszcze kilka godzin do odbioru RV-ka robimy sobie spacerową rundkę najpierw po Fort Mason,

a potem serwujemy dzieciakom olbrzymie lody w kawiarni Ghirardelli na Ghiraldelli Square (900 North Point Street), gdzie przy okazji można skosztować darmowych czekoladek tej najbardziej znanej amerykańskiej firmy cukierniczej. W kawiarni znajdują się zabytkowe urządzenia służące do produkcji czekolady, które w godzinach otwarcia cukierni pracują wytwarzając smakołyki.

(Smak lodów –cóż… szału nie ma …. cena natomiast znacznie przewyższa standardowe ceny w lodziarniach).

O 12-tej wsiadamy do auta i jedziemy 80-tką na drugą stronę zatoki San Francisco Bay do miejscowości Newark po odbiór naszego kempingowozu. Po godzinie wyjeżdżamy już z wypożyczalni i kierujemy się oczywiście po zakupy żywnościowe (Costco: 43621 Pacific Commons Blvd, Fremont) i techniczne (Walmart: 44009 Osgood Rd, Fremont). Ze względu na ogólne wycieńczenie i późną godzinę parkujemy obok Walmartu i zapadamy w zasłużony sen.
Dzień 3
Po szybkim śniadaniu zajeżdżamy do XVIII-wiecznej franciszkańskiej Misji San Jose (43300 Mission Blvd, Fremont; wejście $5/osoba, czynne 10m – 5pm), która jest niestety jeszcze zamknięta, ale mamy przynajmniej szansę zwiedzić mały kaktusowo – różany ogród i kościół z zewnątrz…..

Plączemy się tu chwilkę i po godzinie wyjeżdżamy 880-tką na południe w kierunku Santa Clara. Tu na krótki czas zatrzymujemy się w kościele St Clare, trafiając tu pomyłkowo zamiast do kościoła misyjnego…potem krążymy dookoła uroczego miasteczka i podziwiamy najbardziej ukwiecony campus uniwersytecki, jaki widzieliśmy w życiu, otoczony strzelistymi palmami … w zasadzie jeden wielki pachnący ogród. To jezuicki prywatny uniwersytet będący najdłużej działającą wyższą uczelnią w Kalifornii – nieprzerwanie od 165 lat. W Gilroy – światowej stolicy czosnku – zatrzymujemy się przy przydrożnym straganie po warzywa i owoce. (Można tu kupić 5 małych avocado za 1 dolara!!!, co jest nie lada okazją). W końcu dojeżdżamy do najważniejszej atrakcji dnia dzisiejszego – franciszkańskiej misji – San Juan Bautista Mission (bilet $4/osoba, czynne od 9.30 am do 4.30pm, 19 Franklin St, San Juan Bautista). Park tworzy kościół misyjny, dzwonnica i szereg przynależnych do niego budynków z urządzonymi komnatami oraz dziedziniec przykryty dosłownie różanym ogrodem, otoczonym palmami i przeogromnymi kaktusami.


Po przeciwnej stronie znajdują się budynki (hotel, stadnina koni, dawne zabudowania farmerskie) należące do San Juan Bautista State Historic Park ($3/osoba). Całe miasteczko tworzy wspaniały, niepowtarzalny klimat i szczerze mówiąc nie chce się go opuszczać. Wyjeżdżamy jednak dalej – w kierunku Holister i wskakujemy na malowniczą 25-tkę (biegnącą wdłuż uskoku tektonicznego San Andreas), mknąc najpierw przez tereny rolnicze, a potem przez piękne faliste pastwiska urozmaicone rozłożystymi dębami. Skręcamy w 146-kę na południe i dojeżdżamy do Pinnacles National Park, a w zasadzie do kempingu znajdującego się przy wjeździe do parku. Po drodze wyprzedzamy żółtego kompaktowego RVika z belgijską tablicą rejestracyjną, który robi na nas piorunujące wrażenie, prawdopodobnie z powodu swojego oryginalnego ekwipunku, akcesoriów off-road i hard-corowego kształtu. Takim śmiało można podbijać Dakar. Kemping ($23/miejsce; prysznice, dump station) jest olbrzymi i nieoblegany, więc bez problemu znajdujemy sobie odosobnione miejsce. Nad nami krążą sępy, których gniazda znajdują się na nieopodal rosnących wysokich drzewach. Rozpalamy ognisko i pieczemy, nabyty w Costco, produkt o pięknej nazwie „polska kielbasa”, który o dziwo kiełbasę przypomina. Przeraźliwe zimno wygania nas do łóżek, szybciej niż tego byśmy sobie życzyli.
Dzień 4
Rozpoczynamy szybkim owsiankowym śniadaniem i wyjeżdżamy z kempingu w kierunku południowo-zachodnim, zatrzymując się na parkingu na końcu 146-tki. Stąd wychodzi nasz szlak Bear Gulch Cave Trail (długość pętli 2,4 mile). Wchodząc na szlak, nie byliśmy do końca pewni czy uda nam się go przejść….. z powodu braku latarki… która nam się niefortunnie wczoraj zepsuła. Po przejściu około pół mili znajduje się wejście do jaskini i wyraźna tablica informująca, „Flashlight required beyond this point”. Pomimo jej braku i tak postanawiamy spróbować i w razie potrzeby podświetlać sobie drogę lampą błyskową z aparatu lub telefonem.

Większość podziemnej części udaje nam się pokonać bez przeszkód, a na sam „schodowy” końcowy etap „podłączamy się” do grupki ludzi oświetlających sobie drogę latarkami.

W jaskini płynie z wielkim hukiem wodospad dodając istnej grozy temu miejscu. Gdy wychodzimy już na samą górę rozpościera się przed nami piękny widok otaczających gór. Docieramy do Bear Gulch Reservoir i tu chwilkę odpoczywamy obserwując dzieciaki wrzucające kamienie do wody i zajadając słodkie przekąski (na które licznie piknikujące tu również wiewiórki miały na pewno ochotę). Jaskinia, przez którą właśnie się przecisnęliśmy należy do tzw „talus caves”, czyli jaskiń powstałych przez osunięcie się olbrzymich głazów, które tworzą „dach” nad wąskimi kanionami. Przed rozpoczęciem tego szlaku trzeba upewnić się w Visitor Center czy szlak jest w ogóle otwarty, bowiem przez kilka miesięcy w roku ta część jest nieczynna z powodu okresu ochronnego żyjących tu nietoperzy. Park jest również słynny z tego, że jego terytorium zamieszkują kondory. Można je czasami dostrzec górujące nad najwyższymi szczytami parku. W końcu nie jesteśmy do końca pewni czy udało się nam je zobaczyć, … czy były to po prostu pospolite „turkey vultures” (czyli sępniki różowogłowe). Po krótkim odpoczynku ruszamy górną częścią pętli – szlakiem Rim Trail mijając wielu wspinających się śmiałków dochodzimy do parkingu.


Jednym słowem szlak petarda. Janek spisał się znakomicie pokonując całą trasę bez żadnego narzekania i z pełnym uśmiechem. Wypijamy na pokrzepienie hektolitry zimnego soku prosto z naszej rvikowej lodówki i podjeżdżamy kawałeczek do Ranger Station (Bear Gulch Day Use Area), gdzie Janek otrzymuje (od rangera) parkowy „zeszyt ćwiczeń”, który wypełnia malunkami i odpowiednimi podpisami, zdając w ten sposób egzamin na Rangera Juniora. Po rangerskiej przysiędze zawisa na jego piersi złota plakietka, (którą z dumą prezentuje każdemu napotkanemu osobnikowi przez następne kilka dni). Ponieważ park jest podzielony na dwie części i nie ma drogi je łączącej, musimy wrócić 146-tką do 25-ki i naokoło poprzez King City przedostać się do części zachodniej. Mijamy malownicze rancza, winiarnie i farmy i drogą G15 dojeżdżamy do wąziutkiej jednopasmowej 146-ki, która prowadzi nas bezpośrednio na Chapparal Trailhead parking leżący u podnóża gór Pinnacles. Ponieważ dzień już miał się ku końcowi mobilizujemy maksymalnie nasze siły i malowniczą doliną ruszamy na Balconies Trail (długość w obie strony 2 mile).


Po przejściu około 0,8 mili zaczyna się prawdziwy „hardcore”. Szlak schodzi w ciemną czeluść i musimy najpierw wpuścić Mundka na rozpoznanie terenu wewnątrz głębokiej jaskini, żeby zobaczył czy jest jakiekolwiek z niej wyjście. Mamy już na szczęście działającą latarkę, bo bez niej niestety nie da się pokonać tego szlaku. Po szczęśliwym powrocie zwiadowcy, zsuwamy się prawie pionowo w dół do mrocznej groty i kroczek po kroczku w świetle latarki suniemy wzdłuż głazów. Jeżeli nasza latarka przestałaby działać, nie mielibyśmy żadnych szans, żeby się stąd wydostać, a zważywszy, że uczęszczalność szlaku jest minimalna…. moglibyśmy tu pozostać dłuższą chwilę. Przeciskanie się najlepiej wychodzi Jasiowi, który dzięki swoim gabarytom jest w stanie wejść przez każdą szczelinę bez najmniejszego problemu. Kiedy wydostajemy się już z jaskini z radością witamy przenikające przez skały promienie zachodzącego słońca.

Przed nami jeszcze do pokonania kilka miniaturowych szczelin, nad którymi zwisają ogromne skały i wychodzimy już na rozwidlenie szlaków. My skręcamy na Balconies Cliff Trail i wędrujemy po lekkich wzniesieniach podziwiając Machete Ridge w blasku zachodzącego słońca.

Jednym słowem szlak okazał się istną petardą. Już o zmierzchu opuszczamy park pełni wrażeń. Przejeżdżamy Soledad i skręcamy w Arroyo Road prowadzącą do Mission Nuestra Senora de la Soledad (wjazd bezpłatny). Tu niestety, (co oczywiście było do przewidzenia), zastajemy zamknięty kościół, ale przynajmniej udaje nam się pokrążyć trochę po dziedzińcu i pstryknąć kilka zdjęć.

Niecałą milę od misji znajdujemy olbrzymi „uklepany” parking i tam postanawiamy spędzić noc.
Dzień 5
Po nocy pełnej delikatnych hałasów spowodowanych przepinaniem przyczep od ciagników i traktorów (jak się okazało zaparkowaliśmy w miejscu skrzyżowań pól uprawnych i przez pół nocy jeździły tędy maszyny rolnicze). Ruszamy G17 na południe i skręcamy w G16 (Arroyo Seco Road) zakładając, że uda nam się przedostać poprzez malownicze góry (należące do Los Padres National Forest) do Mission San Antonio de Pedua. Niestety po dojechaniu do kempingu Arroyo Center otrzymaliśmy informację od rangera, że niestety droga jest dalej nieprzejezdna. Zjechaliśmy zatem sobie na krótki odpoczynek nad rzekę (Arroyo Seco), która okazała się przejrzysto czysta i…. przeraźliwie zimna… więc o kąpieli nie było nawet mowy. Zawracamy, przekraczając rzekę w punkcie Gaging Station i wskakujemy na 101-kę (w kierunku południowym). Ponieważ droga, którą jedziemy prowadzi przez piękne winnice, postanawiamy jednak opuścić tereny rolnicze i zjechać na G19, by „zahaczyć” o trochę dzikości. Mijamy Nacimiento Reservoir, w którym utrzymuje się bardzo niski stan wody…. widoczny skutek wieloletniej suszy w Kalifornii. W ostatnim roku ludność wielu najbardziej „wysuszonych” miejsc miała nakaz bezwględnego oszczędzania wody, przy bezpośrednim zakazie podlewania trawników i ogródków oraz mycia samochodów przed domami. Mijamy sarnę – mamę z noworodkiem, który jest wielkości małego pieska i potyka się co chwilę upadając na trawę. Nad naszymi głowami krążą wszechobecne tu sępy, a przed samochodem czmychają przepiórki. Ponieważ przez pomyłkę dojechaliśmy do Paso Robles musimy 101-ką zawrócić w kierunku północnym do Mission San Miguel Arcangel (wstęp bezpłatny; 775 Mission Street, San Miguel; czynne 10am-4.30pm).

Misja jest przepiękna – stare obdrapane mury otaczają kościółek i dziedziniec z wielką fontanną (a w niej ławica chińskich pomarańczowych karpi) i kaktusami wielkości drzew. W tyle dzwonnica i zaniedbany cmentarz.


Do tego palące południowe słońce…. wydaje nam się, że jesteśmy gdzieś w Meksyku z dala od cywilizacji…. Budynki misyjne i kościółek trochę podupadły po trzęsieniu ziemi, które miało tu miejsce 13 lat temu. Pomimo tego jest to jedna z piękniejszych misji jakie widzieliśmy w Kalifornii.


Dalej drogą Estrella Road, mijając liczne winnice dojechaliśmy do winiarni J. Lohr (6169 Airport Rd, Paso Robles), w której to można bezpłatnie skosztować kilku ichniejszych gatunków wina. Wino nie za bardzo nam smakuje (White Riesling za słodki, a chardonnay zbyt kwaśne)…. więc nie robimy tu zakupów. Jedziemy dalej w kierunku miasteczka Paso Robles i zaglądamy na chwilkę do Walmartu (180 Niblick road) po kilka drobiazgów. Przy samym wejściu do sklepu znajduje się stanowisko z lokalnymi winami … i o dziwo to samo wino, które przed chwilą próbowaliśmy w winiarni, i które kosztowało $18 … tu kosztuje niecałe $9…. Jednym słowem albo ujawniła się tu negocjacyjna globalna siła hipermarketu albo praktyka zrobienia w bambuko snobistycznych turystów, skorych przepłacać na łonie winnicy. Ponieważ w okolicy znajdują się dziesiątki winiarni wybór przy zakupie szlachetnego trunku mamy spory. Dzień się już kończy i postanawiamy spędzić dzisiejszą noc na nieodległym kempingu Cerro Alto (Los Padres National Forest; zjazd z drogi nr 14; $18/noc/auto; uwaga trujący dąbek – poison oak – w okolicy potoku). Niespełna pół roku temu mieliśmy przyjemność również tu nocować, ale wtedy przebywaliśmy tu w listopadzie w zupełnej ciemności i mrozie. Tym razem trafiła się nam ciekawsza miejscówka – ulokowana pod wielkim eukaliptusem. Rozpalamy w końcu wielkie ognisko i smażymy „polskie” kiełbaski, delektując się lokalnym czerwonym winem. Dzieciaki bawią się aż do zmroku, potem szybka kąpiel w naszej kamperowej kabinie prysznicowej i kiedy zaczynamy przygotowywać się do snu, niespodziewanie do naszych drzwi ktoś zaczyna dość intensywnie pukać. Ponieważ jest już zupełnie ciemno, a na zewnątrz nie ma żadnego oświetlenia (na kempingu nie ma prawie nikogo poza nami) przechodzą nas ciarki ze strachu, że oto jakiś leśny dziad chce nas ukatrupić. Po otwarciu drzwi oczom naszym ukazuje się młodociana para kanadyjskich Francuzów władająca łamaną angielszczyzną…. a w ich oczach dostrzegamy przerażenie….. Po krótkiej rozmowie chłopak tłumaczy nam, że w jednej z prymitywnych kempingowych toalet, a w zasadzie na jej dnie znajduje się ludzka głowa i kępy ludzkich włosów. Ludzie ci są przestraszeni i proszą nas, żeby ktoś z nas poszedł i to zobaczył i pomógł podjąć jakąś decyzję w tej sprawie….. Nie zabrzmiało to zachęcająco, ale Mundek postanawia to sprawdzić. Przed dotarciem do toalety przed „zwiadowcami” zatrzymuje się stary mercedes – beczka i osoba nią kierująca okazuje się pracownikiem kempingu (zwana „host’em”), który ze zdziwieniem przysłuchuje się makabrycznej historii… Od razu proponuje przerażonym Kanadyjczykom, że zaraz to sprawdzi i jeśli im ma to w czymś pomóc, odda im pieniądze za kemping. Podczas gdy kierowca – host pojechał zostawić samochód na parkingu, troje przerażeni udają się w podejrzane miejsce. Cała ta atmosfera rodem z Hitchcocka tak się udzieliła, że Mundi miał przez chwilę niepewności czy Mike nie jest przypadkiem jakimś Freddy Kruggerem czy innym seryjnym killerem, który pojechał po narzędzie zbrodni i zaraz do kompletu obetnie im głowy i spuści do kibelka. Mundi zajrzał w dziurę pełną fekalii i ku jego uciesze głowy ludzkiej tam nie zobaczył…. tylko pukle włosów…. W tym momencie dołączył do nich Mike i też z lekkim uśmieszkiem zaproponował zmianę miejsca z dala od tej toalety…. Dziewczyna z przerażeniem w oczach powtarzała tylko „łi, łi, łi”. I tak to właśnie bywa, gdy ktoś naogląda się za dużo horrorów.
Dzień 6
Po porannych czynnościach i zatankowaniu wody do zbiornika RVikowego, wyruszamy z kempingu – horroru (sprawdziwszy jeszcze raz zawartość przerażającej toalety…. czy przypadkiem przez noc nie przybyło tam kilku innych głów) w kierunku wybrzeża. Przejeżdżamy przez miasteczko Morro Bay i kierując się na południe dojeżdżamy do wspaniałego parku stanowego – Montana de Oro (wstęp bezpłatny).

Na sam początek udajemy się na plażę w Spooner’s Cove, by malce mogły nacieszyć się zabawą w piasku i skokami przez fale w czasie trwającego przypływu. Nieopodal nas przepływają delfiny, a na drugim krańcu plaży wyleguje się samotnie foka. Plaża jest praktycznie pusta, poza kilkoma poszukiwaczami małż i innych mięczaków. Na pewno jest to jedno z bardziej spektakularnych miejsc parku. W części północnej zatoki wznosi się łuk skalny, z którego można zejść bezpośrednio do pieczary zalewanej co chwilę falami.


Przy łuku skalnym płynie też mały strumyczek, w którym to nasze dziaciaki budują liczne tamy. Spędzamy tu 4 wspaniałe poranne godziny. Gotujemy następnie wykwintny obiad (czyli makaron z pomidorowym sosem ze słoika) i wyjeżdżamy do miejsca, skąd wychodzi szlak Bluff Trail (droga dalej jest już niestety zamknięta). Zrobiło się okrutnie wietrznie, więc ubieramy się w czapki z nausznikami i wyruszamy na spacer po wysokiej skarpie położonej wzdłuż Oceanu Spokojnego.


Szlak dostarcza wspaniałych widoków i nawet w jednym miejscu można po drewnianych schodkach zejść na plażę, usłaną brązowymi muszelkami. Przed wejściem na szlak jest tablica informująca o lokalnych zagrożeniach – trujący bluszcz, kleszcze i grzechotniki. Na szczęście poza licznymi jaszczurkami nie napotykamy niczego innego. Spodnie wkładamy oczywiście długie ze względu na niską temperaturę, ale i na trujący bluszcz, który potrafi okrutnie poparzyć. Po zakończeniu tego spektakularnego szlaku zaglądamy do miniaturowego Visitor Center, ale niestety nie wstrzeliwujemy się w jego godziny otwarcia (11am – 2pm). Leżący niedaleko kemping niestety nie dysponuje już wolnymi miejscami, musimy więc szukać innych opcji na dzisiejszą noc. Ponieważ jeszcze jest chwilka czasu do zachodu słońca wychodzimy na Hazardous Reef Trail (wychodzący z tego samego parkingu co Dune trail – niedaleko eukaliptusowego zagajnika).

Szlak prowadzi nas wdłuż wysokich traw piaszczystą ścieżką do skalnej szerokiej zatoki, skąd rozpościera się malowniczy widok na Pacyfik i Morro Rock. Wiatr wieje niesamowicie mocno, więc nie zabawiamy tu długo.


Wracamy na moment zachodu do Spooner’s Cove, ale słońce niestety chowa się za chmury, psując całe widowisko i uniemożliwiając zrobienie ciekawych zdjęć. Ponadto statyw pod wpływem iście huraganowego wiatru po prostu przewraca się.


Już po ciemku zaczynamy szukać miejca na nocleg i parkujemy przy wyjściu na szlak Los Osos Elfin Forest (17th street, Morro Bay). Zapomniałam jeszcze dodać, że w niektórych miejscach parku na plaży można natknąć się na lepiące plamy ropy naftowej, która najprawdopodobniej przywędrowała tu z jakiegoś przeciekającego tankowca. Nikt jednak nie potrafił nam wytłumaczyć skąd tak naprawdę plamy się tu znalazły i czy ktoś zajmuje się ich usuwaniem.
Dzień 7
Dzień zaczynamy od krótkiej objazdówki po miasteczku Morro Bay zaglądając nawet do wędzarni ryb (Fishery), ale ceny tutejszych przysmaków skutecznie nas odstraszają (Najtańsza wędzona ryba kosztowała $20/funt – czyli mniej niż pół kg). Miasteczko zamieszkiwane jest chyba wyłącznie przez emerytów, bo nikogo poniżej 60-ki nie zauważyliśmy. Podjeżdżamy pod olbrzymią Morro Rock od strony południowej i przystajemy na chwilkę przy panu obserwującym (przez olbrzymią lunetę) gniazdo sokoła umiejscowione na szczycie Morro. W zatoce pluskają się wydry i pływają foki. Po plaży przejechał pickup’em szybko ranger i zaczął wyganiać z wody serfera-ryzykanta, który pomimo bardzo wysokich fal i porywającego wiatru ryzykował życiem za chwilę przyjemności.

Opuszczamy to urocze miejsce i jedziemy na północ 1-ką do osady Cayucos, w której to według przewodnika Lonely Planet serwują najlepsze rybne taco w centralnej Kalifornii (Ruddell’s Smokehouse 101 D street). Jedzenie okazało się zwyczajne, bez żadnych rewelacji – Janek wyjadł wszystkie krewetki i kawałki tuńczyka z tacosów, a Basia nawet na nie nie spojrzała… Po „obfitym” posiłku powędrowaliśmy na plac zabaw, ulokowany na plaży, a następnie spacerkiem na molo, skąd mieliśmy szansę podziwiać, wynużającego się co chwila z wody, wieloryba.

Przy brzegu szaleją serferzy.

Fala jest wysoka, ale nie wieje tak bardzo jak przy Morro Rock. Spacerujemy jeszcze przez chwilkę po miasteczku, mijając liczne restauracje i galerie sztuki, po czym wskakujemy z powrotem na słynną Jedynkę. Mijamy malowniczą Cambrię i zatrzymujemy się na chwilę na Pico Beach (przy ujściu rzeki San Simeon), by przyjrzeć się z bliska wyrzuconemu przez wzburzony ocean „draft wood”, który pokrywał tu całą zatokę.

I znowu porywisty wiatr uniemożliwił nam spacerowanie. Po prostu poruszaliśmy nogami w miejscu…..nie przemieszczając się. Podjeżdżamy następnie do jednej z większych atrakcji na wybrzeżu oceanu – Piedras Blancas Elephant Seal Rookery (wjazd bezpłatny) – będącej domem dla liczącej około 17,000 sztuk populacji słoni morskich. (Dla porównania w 1970 roku było ich tu zaledwie 20 sztuk). Widok jest po prostu obłędny – setki wielkich, tłustych, ryczących i wylegujących się na plaży ssaków, całościowo tworzy niepowtarzalny widok!!!


Spacerujemy wzdłuż wybrzeża po drewnianym deptaku widokowym obserwując z ciekawością pełzające po piasku zwierzęta. Co chwilę można też zaobserwować mini walki „na ugryzienia” i ciężko tak naprawdę stwierdzić, czy jest to forma zabawy czy rywalizacji.


Samce tworzą sobie haremy liczące od 30 do 100 samic i rzeczywiście na plaży widoczne są przede wszystkim „panie”, dostrzegamy zaledwie jednego olbrzymiego samca. Taki Alfa „szczęściarz” w ciagu swojego życia może dorobić się nawet 500 sztuk potomstwa. Zadziwiający jest fakt, że słonie morskie potrafią być szybsze niż człowiek…. Jeśli ustawimy obydwu zawodników na wydmie piaskowej, to tonowe zwierzę poradzi sobie lepiej niż przeciętny homo sapiens. Następna na naszej trasie jest Point Piedras Blancas Lighthouse (Brama wjazdowa jest zamknięta, można przed nią zaparkować i podejść do latarni pieszo, ale z powodu porywistego wiatru jakoś nam się nie chce wychodzić z auta).

Jedziemy dalej serpentynami podziwiając strome górskie zbocza spadające prosto do oceanu. (Piorunujący widok obserwujemy w okolicy Rugged Point!). Przy ujściu rzeki Salmon Creek znajduje się malutki parking na kilka aut i tu właśnie parkujemy, by ruszyć wreszcie na szlak (Salmon Creek Falls Trail – długość 0,6 mili). Szlak rozdziela się prawie na samym początku, my podążamy wzdłuż strumienia w górę. Kilka ścieżek łączy się na przemian i rozdziela, ale w końcu dochodzimy do dolnego wodospadu. Ogromna masa wody spada z wielkim hukiem pośród wielkich głazów. Nas jednak interesuje dotarcie do górnego bardziej spektakularnego wodospadu. Wspinaczka na wysoką skałę obok nas wydaje się zbyt niebezpieczna, więc zwiadowca Mundi idzie szukać innej drogi. Po 20 minutach wraca po nas i wszyscy razem mozolnie, pokonując przeszkody (m.in. wąską jaskinię, przez którą musimy się przecisnąć na „kucaka”) i miejscami przenosząc „ręcznie” Basię w plecaku (bo przejścia pomiędzy głazami okazują się zbyt ciasne), docieramy do wąskiego „przesmyku”, skąd po przeciwnej widać już zapierającą dech górną część wodospadu Salmon Creek (36 metrów wysokości).

Ponieważ miejsce to jest zbyt niebezpieczne, dzieci z tatą zostają z tyłu, a ja z rozstawionym statywem pstrykam kilka zdjęć i delikatnie się wycofuję. Schodzimy po chwili ze szlaku i pełni wrażeń podążamy Jedynką dalej na północ. Widoki dosłownie wywalają nas w kosmos!

Dzień ma się już ku końcowi, więc parkujemy naszego Rvika w dużej zatoczce przy drodze i podziwiamy lekko przymglony zachód słońca wpatrzeni w przybrzeżną Bird Rock.

Dzień 8
Po szybkim śniadaniu (z widokiem na Bird Rock) przejeżdżamy dosłownie 2-3 mile (odległość od Plaskett campground to 0,25 mili na południe) i parkujemy po lewnej stronie drogi (w małej zatoczce na poboczu).


Stąd wychodzi spektakularny szlak Jade Cove & Plaskett Rock Point (długość 1,5 mili w obie strony). Przedzieramy się przez wysokie krzewy i łąki usiane ziołami i kwiatami, wydającymi niesamowicie intensywne zapachy wiosny. Szlak jest bardzo sielankowy i zarazem bardzo łatwy do przejścia.


Przy samej skarpie natomiast znajduje się bardzo strome zejście na kamienistą plażę, ale wygląda to zbyt ryzykownie, by schodzić tam z dziećmi.

Widoki przybrzeżnych skał, o które rozbijają się co chwila potężne fale i wszechobecne tu kolorowe kwiaty tworzą widok nieporównywalny do żadnego na świecie. Następnym naszym punktem jest Plaskett Campground (należący do Los Padres National Forest; ulokowany przy Plaskett Ridge Road), gdzie uzupełniamy zapasy wody w naszym wozie. Kemping oczywiście załadowany turystami do pełna …ani jednego wolnego miejsca. Rezerwacje na takie miejscówki trzeba robić zapewne z rocznym wyprzedzeniem. Podjeżdżamy kawałeczek dalej na północ i parkujemy na wielkim parkingu, z którego prowadzi krótki szlak po schodach na jedną z piękniejszych kalifornijskich plaż – Sand Dollar Beach. (parking $10/auto, my posiadamy Southern California Annual Adventure Pass, więc nie musimy płacić).

Ku naszemu zdziwieniu zamiast opisywanego w każdym przewodniku złocistego piasku, całą plażę pokrywają tylko duże, szare otoczaki – „gadające kamienie”.

Pomimo tego „mankamentu”, plaża naprawdę jest przeurocza – strome klify nad nią i wystające skały z błękitnego oceanu obmywane przez wysokie fale.

Można by tu spędzić cały dzień rozkoszując się jej pięknem… Ale już po 2 godzinach „plażowania” wracamy do auta inną drogą – ścieżką w górę wychodzącą ze środkowej części Sand Dollar Beach. Po dotarciu na parking zauważamy „przewrażliwioną” rangerkę, która wlepia każdemu mandaty za brak opłaty. ($10 trzeba umieścić w kopercie pobranej ze skrytki przy wjeździe, a jej drugą część przytwierdzić do szyby jako dowód zapłaty). Również i my dostajemy pogróżki od niesympatycznej pani, która stwierdza, że to, iż posiadamy przypięty do lusterka „pass” nie zwalnia nas od wypełnienia koperty i umieszczenia na niej numerów naszej „przepustki”(???). Dziwi nas to trochę, ale nie chcąc wchodzić z nią w dyskusję, grzecznie wykonujemy polecenie. Ponieważ już porządnie zgłodnieliśmy, urządzamy sobie barbeque na parkingowym grillu. Z pełnymi brzuchami ruszamy na kolejny spektakularny szlak – Pacific Valley Bluff Trail (długość 1 mila; wychodzący z małego zjazdu przy drodze około 1 mila na północ od Sand Dollar Beach; wejście przez furtkę; szlak dobrze oznaczony). Spokojnym spacerkiem po nadmorskiej łące dochodzimy do kolejnych malowniczych klifów.

Widok niesamowity!!! Po godzinie znowu podążamy na północ do Limekiln State Park (wjazd $10/auto). Wychodzą stąd 3 szlaki – (Limekiln Trail, Falls Trail, Hare Creek Trail – łączna ich długość to około 3 mile), prowadzące przez gęsty redwood’owy las. (Wszystkie szlaki wychodzą z kempingu – oczywiście wolnych miejsc na nim brak). Najpierw kierujemy się wzdłuż rzeki, by po wielu zmaganiach i przeprawach po powalonych pniach i kamieniach dotrzeć do wodospadu, który z wysokości ponad 30 metrów spektakularnie spływa dwoma strugami do doliny.

Następny szlak – Limekiln prowadzi do historycznych piecy wapiennych, które były zasilane energią ze spalonego redwoodowego drewna.

Trzeci szlak prowadzi wzdłuż wartko płynącego strumienia Hare Creek i daje przyjemne zakończenie wędrówki w parku.

Po męczącym, ale pełnym wrażeń „hiking’u” bierzemy zasłużony prysznic (bezpłatny) w łazience przy parkingu, gdzie zaparkowaliśmy. Tuż przed zmierzchem wyjeżdżamy znowu na Jedynkę i cofamy się kawałeczek na południe wspinając się na Nacimiento-Fergusson Road, gdzie z przydrożnej zatoczki podziwiamy niezwykle fotogeniczną panoramę okolicy.

Nocujemy właśnie w tym miejscu razem z kilkoma innymi podróżnymi śpiącymi w swoich wozach.
Dzień 9
Po śniadanku zjeżdżamy do Jedynki i mkniemy dalej na północ.

Mijamy wypełniony po brzegi kemping Kirk Creek i zatrzymujemy się dopiero w McWay Cove Waterfalls (wjazd $10/auto; uwaga trujący bluszcz przy szlakach). My jednak nie płacimy za wstęp, tylko ustawiamy się wzdłuż drogi pośród innych samochodów (w wielu opisach parku na internecie jest napisane, że rangerzy pozwalają parkować bezpłatnie przy drodze). Pomimo godzin porannych jest już tłum ludzi – zresztą co się dziwić – wodospad McWay Cove jest najważniejszym punktem wycieczkowym na wybrzeżu Big Sur, a może i nawet całego kalifornijskiego wybrzeża Pacyfiku. Ważną informacją do dodania jest fakt, że spadająca bezpośrednio struga wody do oceanu jest najlepiej podświetlona wieczorem i wtedy to stanowi prawdziwą perełkę do sfotografowania. Razem z tłumem przedostajemy się do punktu widokowego, skąd rozpościera się panorama na lazurową zatoczkę.

Następnie przez tunel pod drogą przeprawiamy się pieszo na parking parkowy, skąd wychodzi szlak na Canyon Falls (długość 1 mila w obie strony).

Wędrując po redwood’owym lesie wzdłuż strumienia, przeprawiając się wielokrotnie przez wodę i gubiąc szlak, który po zimie nie został jeszcze należycie przygotowany i naprawiony.

Strumień w pewnym momencie rozdziela się i kierujemy się wdłuż jego prawej odnogi, by w końcu dotrzeć do 9-metrowego wodospadu (którego to widok nie powala na kolana….). Przed powrotem do auta zaglądamy jeszcze do turbinowej kabiny (umiejscowionej w małym domku przy szlaku) napędzanej siłą płynącej wody. I dalej jadąc wdłuż wybrzeża docieramy do Big Sur Ranger Station (47555 CA-1, Big Sur), gdzie miła rangerka zaopatrza nas w kilka darmowych map terenu. Podjeżdżamy około milę na północ i parkujemy (razem z dziesiątkami innych aut) wzdłuż drogi w małej zatoczce, unikając tym samym opłaty $10 za wjazd na oddalony o kilka kroków parking parku stanowego Pfeiffer Big Sur. Przechodzimy przez „visitor center (połączony z małą kawiarnią)” i ruszamy na szlak Pfeiffer Falls & Valley View Trail (długość około 2 mile w obie strony). Choć według przewodnika Lonely Planet to prosty i „kids friendly” szlak…. to według nas średnio trudny ze stromymi podejściami (ze sterczącymi wszędzie korzeniami utrudniającymi wędrówkę, szczególnie dzieciom) i niesłychanie męczący dla nas wszystkich. Wodospad tworzą 2 spokojnie spływające strugi wody z wysokości ponad 12 metrów. Po wyczerpującym marszu wsiadamy do auta i kierujemy się na plażę Pfeiffer Beach (drogą Sycamore Canyon Road), by podziwiać zachodzące słońce. Ku naszej dosłownej rozpaczy…. po pierwsze kampery nie mogą jechać tą drogą, a po drugie warujący tam ranger informuje nas, że parking jest pełny i nikt dzisiaj już tam nie wjedzie. Smutno było usłyszeć tą informację, bo miejscówka ta była opisywana w przewodniku jako petarda turystyczna. Jedziemy więc dalej wdłuż Jedynki w kierunku północnym powoli rozglądając się za jakimś miłym miejscem na nocleg. Mijamy malowniczo położone zatoki, strome klify i soczyste pastwiska. Zatrzymujemy się dopiero przy zabytkowym moście Bixby Bridge (z 1932 roku; wysokość 85 metrów) i razem z setką innych turystów fotografujemy go ze wszystkich możliwych miejsc. Stojąc na moście można dostać niezłych zawrotów głowy. Łączący 2 strome klify wpadające do oceanu malowniczo wkomponowywuje się w krajobraz wybrzeża.

2 mile dalej za mostem skręcamy w prawo w Palo Colorado Road w poszukiwaniu jakiegoś fajnego miejsca na nocleg. Wjeżdżamy w „redwoodową” dolinę iście z krainy czarów lub raczej… z horrorów. Wąziutką półpasmową drogą przeciskamy się pomiędzy potężnymi drzewami. Wśród nich dosłownie „wepchane” są „chatki – puchatki”, które z powodu wysokich gęsto rosnących drzew, (zabierających całe światło słoneczne), przez całą dobę muszą być doświetlane. Ponury klimat i brak żywej duszy daje niezłe podłoże dla naszej wyobraźni – przenosimy się do jakichś najmroczniejszych opowieści o trollach czy wiedźminach. Dolina jest bardzo wąska i biegnie równolegle do rzeczki, nad którą co chwila „przerzucony” jest mostek prowadzący do prywatnej ponurej posesji. Z wielkim trudem udaje nam się zawrócić i wracamy z radością na wybrzeże oceanu. W odległości około 1 mili od wyjazdu z tej magicznej drogi zatrzymujemy się na szerokim poboczu i krótkim spacerkiem docieramy do Garrapata Beach – istnej petardy !!! Zejście na plażę jest nieco skomplikowane. Schody są urwane (zapewne przez sztormowe fale) przy samym końcu i trzeba zsuwać się po resztce wystającego betonu. Plaża jest piaszczysta otoczona skalnymi klifami i przy zamglonym zachodzącym słońcu tworzy niepowtarzalny klimat!!! Spędzamy tu zaledwie 20 minut ponieważ słońce już zaszło i czas wracać.


Wdrapujemy się z powrotem na urwane schody i poprzez pachnącą łąkę docieramy do auta. Zostajemy tu na noc, bo nie mamy już ochoty krążyć w poszukiwaniu czegoś bardziej przyjaznego turystycznie.
Dzień 10
Rano wyruszamy na północ, zatrzymując się jeszcze w kilku małych punktach widokowych.

jadąc poprzez coraz bardziej zurbanizowane obszary docieramy do Mission San Carlos Borromeo De Carmelo (3080 Rio Rd, Carmel-By-The-Sea; bilet $6,50/osoba dorosła). Dziś niedziela, a więc cały parking przy kościele jest zajęty, udaje nam się znaleźć miejsce dopiero gdzieś daleko w jednej z uliczek. Zwiedzanie zaczynamy od kościoła – bazyliki i zachrystii pełnej oryginalnych dewocjonalii.


Potem muzeum główne i mniejsze pomieszczenia, gdzie oglądamy średnio-ciekawy film o misji. Po wchłonięciu całej dostępnej tu historycznej wiedzy udajemy się na przepiękną publiczną plażę Carmel-by-the-Sea (bezpłatna), gdzie pomimo nie najwyższych temperatur, dzieciaki szaleją budując zamki ze śnieżnobiałego piasku i szukając lokalnych krabów pomiędzy kamieniami.

Jedynym mankamentem tej cudownej plaży jest to, że jest to jedyne (zapewne w promieniu wielu mil) miejsce, gdzie lokale mogą poplażować sobie ze swoimi czworonożnymi przyjacielami. Nie mam nic przeciwko pieskom, ale ich ilość przewijająca się w ciągu godziny wokół nas osiągnęła na pewno liczbę około stu. Ludzie są tak zapatrzeni w swoje pupilki, że pozwalają im swobodnie wałęsać się wokół niekoniecznie zadowolonych z tego faktu ludzi …. Niektóre z nich są naprawdę pokaźnych rozmiarów, a my po prostu boimy się o swoje dzieci, które biegają po całej plaży. Po tym zwariowanym „plażowaniu” przejeżdżamy przez urocze miasteczko Carmel-by-the-Sea i Jedynką wzdłuż piaszczystych nadbrzeżnych wydm dojeżdżamy do Monterey. Parkujemy w centrum i spacerkiem idziemy najpierw do katedry San Carlos Borromeo (500 Church Street), w której wnętrzu można zobaczyć kawałki oryginalnych malowideł ściennych wystające z odnowionych ścian. Potem spragnieni lokalnych przysmaków spacerujemy po Fisherman’s Wharf # 2, gdzie znajdują się 2 sklepy rybne ze świeżozłowionymi lokalnymi specjałami (niestety już zamknięte). Wracając w kierunku brzegu dostrzegamy 5 samochodów straży pożarnej na sygnale stojące w pełnej gotowości przy kolejnym pomoście. Okazuje się, że w jednej z restauracji włączył się alarm przeciwpożarowy, ale nic nie wskazuje na to, by było co tu gasić. Dzieciaki robią sobie zdjęcie z uśmiechniętym strażakiem i dostają od niego naklejki z logo „Monterey Fire Department”. Po zapewnieniach strażaka, że akcja pożarowa jest już zakończona zaglądamy do bardziej komercyjnego miejsca – Fisherman’s Wharf # 1, które wdłuż całej długości pokryte jest restauracjami, cukierniami, biurami obsługującymi rejsy czarterowe, sklepikami z tandetnymi pamiątkami oraz masą innych pułapek turystycznych. W ramach promocji, każda z restauracji serwuje spacerującym turystom miseczki z „cream chowder” (gęstą kremową zupą małżową), która jest naprawdę przepyszna i (o dziwo smakuje też naszym maluchom). Po takim półgodzinnym spacerze po molo jesteśmy już totalnie najedzeni samymi poczęstunkami. Wracamy do auta i wdłuż wybrzeża (jadąc Cannery Road) dojeżdżamy do Lover’s Point. Niebo jest bardzo zachmurzone, co na pewno odbiera sporo uroku temu miejscu. Przy wejściu na plażę spotykamy starszego pana spacerującego ze śnieżnobiałą wielką papugą o imieniu Nadia. Mundi zaprzyjaźnia się z Nadią (z pochodzenia Rosjanką) i w tymże języku przemawia do niej przez najbliższe 15 minut. Nadia chyba doskonale rozumie się z Mundim, bo z przyjemnością siedzi na jego ramieniu i skrzeczy mu prosto do ucha. Spacerujemy jeszcze chwilę po parku, a ponieważ słońce już zaszło ustawiamy nasz kempingowóz przy wybrzeżu. Mundi wczuł się w nieodpartą potrzebę parkowego grillowania, co po zmroku prawdopodobnie nie do końca jest legalne w parku miejskim. Więc szybko po zaserwowaniu kiełbasek prosto z ognia, uciekamy spać.
Dzień 11
Poranek zaczynamy od objazdówki (ulicą Sunset Drive) wdłuż przepięknych rezydencyjnych terenów Pacific Grove. Mijamy Point Pinos Lighthouse i modernistyczne domki osadzone bezpośrednio na piaszczystych wydmach porośniętych fioletowo-różową roślinnością.

Część z tych domów była oflagowana pomarańczową taśmą dookoła, sugerując, że niedługo ulegną rozbiórce…. i na ich miejscu powstanie kolejna kilku-milionowa rezydencja. Lighthouse Avenue jedziemy na wyczekiwany przez dzieci Dennis the Menace Playground (polska wersja – Denis Rozrabiaka), niestety plac jest czynny dopiero od 10 rano. Jest to miejsce znane przede wszystkim z tego, że jego założycielem był znany rysownik komiksowy Hank Ketcham, (a którego miedziany pomnik warty ponad $30,000 został skradziony w latach 90-tych z parku). Z zewnątrz obserwujemy tylko wielką stalową lokomotywę stojącą u wejścia do parku.

Wyjeżdżamy więc z miasta w kierunku Santa Cruz. Zaglądamy jeszcze do sklepu Costco (w Seaside) po kilka spożywczych drobiazgów. Na tyle sklepu znajduje się punkt skupu butelek – jako jeden z niewielu w okolicy….. co widać po olbrzymich kolejkach ludzi, taszczących wielkie plastikowe wory wypełnione butelkami i puszkami.

Po drodze zatrzymujemy się jeszcze przy przydrożnym straganie (tuż przed miasteczkiem Moss Landing) z warzywami i owocami, gdzie za „grosze” kupujemy trochę witamin. (Ceny są naprawdę zachęcające – 10 małych avocado za $1 czy 5 funtów soczystych pomarańczy za $1, 3 grapefruity za $1). Skręcamy na mały mostek w kierunku Moss Landing i oczom naszym ukazują się leniwie wylegujące się na powierzchni wody drzemiące wydry morskie, które delikatna fala znosi w kierunku brzegu. Jeszcze nigdy nie widzieliśmy wydr z tak bliskiej odległości.

Za mostem skręcamy w prawo i jedziemy do samego końca mariny, mijając dom, „wyjęty” iście z filmu Pippi Langstrumpf ze sztucznym koniem na werandzie. Jest tu kilka restauracji, gdzie można też zakupić świeże i wędzone ryby, ale ceny są bardzo wygórowane. Mijamy jakąś wielką elektrownię i jedziemy do Elkhorn Slough National Estuarine Research Institute. Dookoła biedne i zaniedbane tereny…. a kiedy w końcu dojeżdżamy do wyznaczonego miejsca okazuje się, że „visitor center” jest dzisiaj nieczynne. Jeszcze przed wjazdem do Santa Cruz parkujemy przy drodze i po wielkich schodach schodzimy na plażę należącą do parku stanowego Seacliff. Przy pomoście stoi zacumowany wrak statku z I wojny światowej (SS Palo Alto)…. i nie byłoby w tym nic nadzwyczajnego gdyby nie fakt, że statek ten zbudowany jest z betonu.

Co dziwne podobno dobrze utrzymywał się na wodzie. Park jest bardzo zaniedbany i śmierdzący, łazienki najbrudniejsze jakie do tej pory widzieliśmy w Kalifornii.

Po bardzo stromych schodach wdrapujemy się z powrotem na górę, sapiąc i odpoczywając co 3 stopnie. Wskakujemy do auta i jedziemy do Santa Cruz – przejeżdżamy przez miasteczko mijając wielki tandetny historyczny już lunapark z kasynem i mariną (przy Santa Cruz Beach Boardwalk) i zatrzymujemy się na klifie przy West Cliff Drive z widokiem na tą całą szopkę i serfujących w zatoce smiałków. Santa Cruz rywalizowało od zawsze z Huntington Beach o miano amerykańskiej stolicy serferskiej… niestety korona została przyznana w 2008 roku temu drugiemu. Przyrządzamy sobie wspaniały obiad w postaci smażonej ryby i zajadając się nią spoglądamy na panoramę miasta. Następnie krążymy jeszcze po mieście, mijając latarnię morską i główną ulicą miasta Pacific Avenue, wypełnionej młodziakami, przejeżdżamy obok miejsca, gdzie kiedyś była katolicka misja zniszczona przez trzęsienie ziemi (teraz tylko mała replika). Na sam koniec zwiedzania miasta zaglądamy na ogromny kampus uniwersytecki (University of California), położony pośród idyllicznych łąk i wzgórz Santa Cruz Mountains. Uniwersytet został założony przez grupę hipisów na terenie starej farmy (na ponad 800 hektarach porolniczych). Wszystkie farmerskie budynki stoją zachowane do dzisiaj, nadając bardzo oryginalny rustykalny charakter tej uczelni. Budynki uniwersyteckie, znajdujące się w leśnej części kampusu, są natomiast zaprojektowane w bardzo modernistycznym oryginalnym stylu. Całość tworzy bardzo ciekawą fuzję architektoniczną. Ale najbardziej wystrzałowym miejscem całego kampusu jest trochę ospałe pozornie Leonardo Lane – kompleks kilkudziesięciu, żyjących w komunie, rock’n rollowych starych Rvików lub przyczep kempingowych – oficjalnie miejsce zakwaterowania najbiedniejszych studentów, a faktycznie – moim zdaniem – swoista kuźnia ideologiczna różnej maści nurtów i rezerwat cyganerii artystycznej. Ruszamy na spacer tą alejką i widzimy niesamowicie przyjaznych młodych ludzi – (zapewne potomków hippisów:)) siedzących przed swoimi „rezydencjami”. Niektórzy z nich nawet założyli małe ogródki „przydomowe”, chodując poza kaktusami warzywa i „zioła”….

Objeżdżamy teren uniwersytetu zaglądając w każdą drogę, która prowadziła do jakiegoś uczelnianego modernistycznego budynku. Już późnym wieczorem wskakujemy na drogę Grade Road, biegnącą wysokim grzbietem górskim (Ben Lomont Mountain) a prowadzącą do Big Basin Redwood State Park (wjazd $10/auto). Po pokonaniu około 8 mil trasy (za skrzyżowaniem z drogą Alba Road) pośród redwoodowych lasów znajdujemy w końcu wielką zatoczkę przy drodze, gdzie urządzamy sobie nocleg.
Dzień 12
Po szybkim śniadaniu ruszamy i drogą King Hwy wjeżdżamy do parku jeszcze przed godziną 7 rano. Parkujemy przy Visitor Center i ruszamy na szlak Redwood Trail (długość 0,6 mili – pętla). Jest to tzw. „self guided tour” czyli szlak z oznaczonymi punktami, które są opisane w broszurce (dostępnej w skrzynce przed wejściem na szlak). Ścieżka wiedzie wzdłuż najbardziej spektakularnych drzew „Coast Redwood”, sięgających wysokości prawie 100 metrów (np. Mother of the Forest). Drzewo to było najwyższe w całym parku, ale niestety burza utrąciła mu wierzchołek skracając o 10 metrów. Część drzew leży powalona dając realny wzgląd na ich wielkość. Nasze dzieciaki z radością wspinają się na nie i wędrują wdłuż nich jak po mostach. Niektóre drzewa są wypalone w środku tworząc wielkie komnaty gdzie z powodzeniem można wstawić kanapę, telewizor…..i np. lodówkę pełną piwa.

Coast Redwood to niesamowite drzewa – odporne są na trzęsienia ziemi i ogień, insekty i gnicie. Są to najwyższe drzewa na świecie. Do swojej egzystencji potrzebują dużo wilgoci co zapewnia im często występująca w tym rejonie nadoceaniczna mgła. Żyją ponad 2000 lat. Spotkać je można tylko w jednym miejscu na ziemi – w pasie nadoceanicznym od okolic Big Sur do południowego Oregonu. Po przyjemnym porannym spacerze podjeżdżamy do miniaturowej zatoczki, skąd po drewnianych stopniach schodzimy do platformy widokowej wychodzącej na wodospad Sempervires (wysokość 6 metrów). Przejeżdżamy przez zacienione pole kempingowe – bardzo klimatyczne i praktycznie niezamieszkałe. Ponieważ musimy wracać mniej więcej tą samą drogą w kierunku Santa Cruz – postanawiamy zajechać jeszcze do Roaring Camp and Big Trees Narrow Gauge Railroad (5401 Graham Hill Rd, Felton; bilety na przejazd $20-27/osoba), skąd odjeżdżają wagoniki ciągnięte przez XIX-wieczne parowe lokomotywy. Parkujemy przed wjazdem unikając opłaty $8 na teren parku. Park to jedna wielka atrapa starego miasteczka z dzikiego zachodu i jedynie lokomotywy są tu autentyczne. Miejsce idealnie przygotowane dla zorganizowanych grup szkolnych czy kolonii. Poza przejażdżką pociągiem oferuje „gold panning” (płacąc $5 masz gwarancję, że znajdziesz w misce pełnej żwirku opiłki prawdziwego złota), kręcenie świeczek z gorącego wosku, pokazy kowalskie, demonstracje drukarskie, wystawy historyczne, jadłodalnię i sklepik z drewnianymi zabawkami i innymi komercyjnymi pierdułkami. My jesteśmy jeszcze przed sezonem, więc wszystkie te atrakcje poza sklepikiem są pozamykane (na szczęście!) Pociąg odjeżdża chwilkę po tym jak się tam zjawiamy. Dzieci szaleją biegając po całym miasteczku. Po godzinie opuszczamy park i malowniczą drogą Boonie Doon Road zjeżdżamy serpentynami do wybrzeża Pacyfiku (Davenport). Skręcamy na północ na Jedynkę i po kilku milach zatrzymujemy się na Waddel Beach (wjazd bezpłatny). Dzieciaki pogrzebały trochę w piasku, a my z wielkim zainteresowaniem obserwowaliśmy kitesurfingowców, którzy napędzani potężnym wiatrem dosłownie szybowali nad falami. Podjeżdżał taki kitingowiec na plażę, wypakowywał plecak, maszerował z ekwipunkiem na plażę, pompował latawiec (wyglądający trochę jak spadochron), przypinał się do niego i ruszał pędem z deską w ocean.

Po godzinie obserwacji latawcujących starszych panów ruszamy do następnego punktu – latarni morskiej Pigeon Point (wstęp bezpłatny). To strasznie zaniedbane miejsce, generalnie zasługujące na nazwę rudera, ale niewielka inwestycja finansowa pomogłaby na pewno stworzyć z niej pełną uroku atrakcję turystyczną, tym bardziej, że jest to podobno jedno z lepszych miejscówek do obserwacji przepływających w oceanie wielorybów. Latarnia (jedna z najwyższych na wybrzeżu Pacyfiku) ogrodzona jest pordzewiałą metalową siatką, sama też okropną rdzą strasząc (W 2001 roku potężny sztorm zniszczył jej górną konstrukcję i od tamtej pory niszczeje w zastraszającym tempie).

Obok w małym budynku znajduje się hostel, okupowany przez jakichś niesfornych nastolatków, sądząc po zachowaniu, najprawdopodobniej z poprawczaka:). I tylko kolorowa, bujnie kwitnąca roślinnność tuszuje upadłość tego miejsca. Około 3 mile na północ zatrzymujemy się na plaży Bean Hollow State Beach (wjazd bezpłatny) – bardzo spektakularnej (w kształcie półksiężyca) i ukwieconej źółtymi „ice plants”.

Milę na północ w Pebble Beach (wjazd bezpłatny) podziwiamy tafoni – małe dziurki (mini wnęki) wyrzeźbione w piaskowcowych skałach – połączone ze sobą tworzą coś na kształt gigantycznego plastra miodu.

Ostatnią atrakcją dzisiaj jest Pescadero State Beach (wjazd bezpłatny)– w tle z piaszczystymi przymglonymi wysokimi klifami. Daleko na plaży siedzi samotny człowiek na kłodzie drzewa, dając idealny kadr do zdjęcia.

Spacerowanie wdłuż klifów jest surowo zabronione ze względu na ich niestabilność i „kruchość” i możliwość osunięcia się piechura razem z klifem do oceanu. Nocleg organizujemy sobie w niedalekiej odległości od tychże klifów, więc nie ma mowy nawet o takim wieczornym spacerze. Jemy kolację i szybko idziemy spać.
Dzień 13
Ruszamy o poranku i pierwszy krótki postój robimy na pięknej Pomponio State Beach ($8/auto). Potem tylko na dosłownie sekundę zaglądamy na San Gregorio State Beach ($8/auto). Tu uwagę naszą przykuwają porozwieszane ogłoszenia zawierające ofertę pracy dla – pobierającego opłaty za parking – „ciecia” za $12/godzinę oraz dla sprzątaczki za $10/godzinę. To raczej nie za dużo rozpatrując wysokie koszty utrzymania w Kalifornii. Zatrzymujemy się na chwilkę w wiosce San Gregorio przed sklepem, którego właściciel jest najwidoczniej zagorzałym przeciwnikiem rowerzystów…. „No bikes on sidewalk” czy „Bicyclers please remove your shoes” najwyraźniej nie wyrażają jego sympatii dla kolarstwa i kolarzy… Przejeżdżamy przez centrum miasteczka Half Moon Bay, po czym mały rekonesans w małej marinie, gdzie można kupić bezpośrednio od rybaków świeżo złowione łososie ($9/funt) i rockfish ($6/funt). Bez zakupów podążamy jednak dalej na północ do James Fitzgerald Marine Reserve (200 Nevada Ave, Moss Beach; czynne 8am – 8pm, wjazd bezpłatny). Jest to miejsce, gdzie pływy wyrzucają na brzeg bardzo dużo fauny morskiej. Pomimo, że akurat jest przypływ udaje nam się na plaży odnaleźć kilka krabów, muszle, małże, gąbkę morską, chitony i kelp.

W małym Visitor Center oglądamy wszystkie dostępne tu wodne zwierzęta oblane formaliną i pozamykane w słoikach.

Na zewnątrz tego malutkiego budynku na ekranie można obejrzeć filmik dokładnie opisujący lokalny ekosystem morski. Jadąc dalej na północ mijamy piękną piaszczystą plażę – Montara State Beach (wjazd bezpłatny), na sąsiedniej jakiś dziwny wysprejowany bunkier –pozostałość umocnień wojskowych wybrzeża z czasów wojny. Podobno na plaży pod nim jest plaża nudystów, której nazwa – a mianowicie Gray Whale Cove State Beach – jest całkiem adekwatna do wylegujących się tu sylwetek i to w wersji rozbieranej (biorąc pod uwagę typowy przekrój społeczeństwa amerykańskiego). Pokonując ponad kilometrowy tunel, a następnie las eukaliptusowy porastający stoki San Pedro Valley, wjeżdżamy jakby do innego świata – a mianowicie do aglomeracji San Francisco. Co nas bardzo przyjemnie zdziwiło – wybrzeże Pacyfiku w bardzo bliskiej odległości San Francisco – jest nieskomercjalizowane i zupełnie dzikie, pełne pięknych piaszczysto – kamienistych plaż i niezdobytych klifów. Drastycznie różni się ono od okolic Los Angeles, gdzie zabudowania ciągną się dziesiątkami mil i zamieszkiwane są przez tabuny bezdomnych. Miasto-sypialnia Daly City (składające się z identycznych osiedli małych domków ustawionych jeden obok drugiego) boryka się z poważnym problemem osuwisk, które występują na klifowym wybrzeżu, potęgowane dodatkowo trzęsieniami ziemi. Całe rezydencje po sztormach wpadają do oceanu. Jakby tego było mało na terenie tym przebiega uskok tektoniczny San Andreas, a więc trzęsienie ziemi może zdarzyć się w zasadzie w każdej chwili. Mimo tych niedogodności obszar jest bardzo gęsto zaludniony. Przejeżdżając obok San Francisco Zoo zauważyliśmy kilka helikopterów kołujących nad wybrzeżem, zjechaliśmy więc na chwilę na plażę i najwyraźniej byliśmy świadkami akcji ratunkowej. Najprawdopodobniej zaginął serfer i spuszczani na linach z helikopterów nurkowie mieli za zadanie go odnaleźć. Akcję utrudniał silny wiatr i wysokie fale. Na plaży pojawiło się już sporo gapiów. Nie chcąc być świadkiem zakończenia tej akcji ruszamy dalej Jedynką wdłuż wybrzeża. Wjeżdżamy do Golden Gate Park – największego parku rekreacyjnego na terenie miejskim San Francisco. Mijamy ogród różany, papugi siedzące na drzewach, małe jeziorko, gdzie dziadkowie puszczają sobie mini żaglówki na wodzie, wielki wiatrak sprzed ponad wieku, grupki wylegujących się na trawie młodzików. Jednym słowem „luz blues” – mnóstwo miejsca, żeby się zrelaksować i porządnie odpocząć z dala od miejskiego zgiełku. Zahaczamy o kultową dzielnicę wywrotowców Haight Ashbury, gdzie co chwila mijamy jakiegoś niezrównoważonego emocjonalnie człowieka, wszyscy tu wyglądają jakby właśnie wrócili z całonocnej mocno zakrapianej imprezy. W powietrzu unosi się zapach panującego tu zioła. Mijamy charakterystyczne (nieco już wyblaknięte) damskie nogi w kabaretkach i czerwonych szpilkach wystające z okna (1452 Haight Street), wszechobecne wszędzie murale, małe klimatyczne butiki.

W dzielnicy rosyjskiej objazd kończymy na rosyjskiej katedrze – Holy Virgin Cathedral (6210 Geary Blvd) z połyskującymi złotymi kopułami. Jako że pora obiadu już dawno za nami postanawiamy zatrzymać się na chwilę w jakimś przyjemnym miejscu obierając za cel miejscówkę – Baker Beach (wjazd bezpłatny) – z perfekcyjnym widokiem na Golden Gate Bridge.

Zajadając, wpatrujemy się w promieniujący czerwienią w zachodzącym słońcu most, którym za godzinkę przejeżdżamy po raz kolejny, by tym razem z Conzelman Drive, (prowadzącej do kilku punktów widokowych) podziwiać Golden Gate od strony północno-zachodniej z całą panoramą San Francisco w tle. Na scenicznej drodze Bunker Road przejeżdżamy wąskim jednokierunkowym klaustrofobicznym tunelem i znów wracamy do cywilizacji w gęsto zaludnionym Sausalito, gdzie domy dosłownie wydają się tu przyklejone do stromych stoków. W miasteczku znajduje się Bay Model Visitor Center (2100 Bridgeway, czynne do 9am – 4pm od poniedziałku do piątku, wejście bezpłatne), ale docieramy niestety zbyt późno, by móc podziwiać gigantycznych rozmiarów hydrauliczny model zatoki San Francisco. Model „wyposażony” jest w prawdziwą wodę, ukazuje pływy i prądy morskie. Ponieważ mamy jeszcze chwilę czasu do zachodu słońca jedziemy do Muir Woods National Monument ($10/osoba – najbardziej wygórowana opłata za wejście na teren NPS w Stanach!… Nawet mapkę parku trzeba zakupić w sklepiku!). Na szczęście tłumów nie ma i można bez problemu znaleźć miejsce na parkingu. (Wzdłuż drogi jest zakaz parkowania ze względu na bardzo liczne zakręty). Wyruszamy chodnikiem wdłuż potoku spacerując pośród gigantycznych rozmiarów Sequoia sempervirens (potocznie zwane California Redwoods). Drzewa całkowicie przesłaniają światło słoneczne i wszędzie panuje półmrok.



Na moście nr 1 skręcamy w lewo i wznosimy się (idąc szlakiem Bohemian) do nieco wyżej położonej części parku. Przy moście nr 2 szlak zmienia nazwę na Hillside Trail. Cały czas idziemy wąską ścieżką prowadzącą przez gaje redwood’owe. Wracając do auta o godzinie 5.30pm zauważamy rangera wywieszającego tabliczkę z napisem „Admission free”. Cóż na spacerowanie w resztkach światła słonecznego pozostało może jeszcze z 1,5 godziny…. ale pomimo tego napływający tłum wydawał się większy niż w czasie kiedy my zaczynaliśmy spacer. Zjeżdżamy na wybrzeże do Muir Beach, gdzie od razu „wita” nas informacja o przekroczeniu stanowej normy zawartości jakiejś szkodliwej dla zdrowia bakterii w wodzie z bezwzględnym zakazem kontaktu z wodą. A jednak znaleźli się tacy użytkownicy tej plaży, którzy zignorowali zakaz, spacerując brzegiem, obmywanym co chwila przez fale oceaniczne. Kilkoro nastolatków, pomimo silnego wiatru, rozpaliło ogniska na piaszczystej plaży. Klimacik fajny, ale zostać na nocleg tu nie możemy, bo to teren parku narodowego i na pewno prędzej czy później zjawi się ranger, który będzie wyganiał nocnych imprezowiczów. Wyjeżdżamy dalej Jedynką na Muir Beach Overlook, ale opadająca szybko gęsta mgła uniemozliwiła nam podziwianie widoków.

Miejscówkę na nocleg znajdujemy w okolicy Mount Tamalpais State Park w ukrytej zatoczce bezpośrednio odchodzącej od Jedynki. Ustawiając samochód na nocleg zauważamy, że rączka służąca do operowania zaworu od zbiornika z brudną wodą dynda na „ostatnim włosku”. Zresztą mimowolnemu uszkodzeniu podczas naszej eskapady uległy jeszcze inne urządzenia. Ciągle wyłączająca się lodówka, zacinające się nieustannie drzwi do łazienki, nieustannie zapchany odpływ prysznica, niedziałające diody wskazujące stan wody w zbiornikach…Ten RV ma przejechane 7,500 mil, a więc licząc statystycznie wypożyczany był około pięciu razy. Jeszcze drugie tyle i z pewnością ten bubel można będzie wyrzucić na szrot.
Dzień 14
Poranek wita nas gęstą mgłą, utrzymującą się niestety prawie do południa. Podjeżdżamy do pobliskiego miasteczka Stinson Beach i zatrzymujemy się przed placem zabaw (przy Parkside Cafe), by spokojnie przygotować śniadanie, bez rozsadzających wnętrze kampera dzieci. Zapach aromatycznej kawy roznosi się na cały plac, a my obserwujemy lokali podjeżdżających co chwilę po pachnącego rozbudzacza. Po spaleniu kalorii na huśtawkach i karuzelach zabieramy pociechy na plażę za kawiarnią. Plaża ta również jest objęta zakazem wchodzenia do wody ze względu na przekroczoną zawartość bakterii E. coli i Enterococci. Zresztą cała infrastruktura jest tu przebudowywana przed nadchodzącym sezonem turystycznym i panuje straszny bałagan. Nie chcąc narażać się na bezpośredni kontakt z zakażoną wodą zawracamy więc do auta, obiecując młodym inną „zdrowszą” plażę. Jedynką jedziemy dalej na północ otaczając po lewej stronie Bolinas Lagoon, następnie, skręciwszy w lewo w Olema Bolinas Road obieramy kierunek południowy do niegościnnego Bolinas. Lokalna społeczność usunęła wszystkie kierunkowskazy by utrudnić dojazd turystom, chociaż w dzisiejszej dobie GPS’ów nie stanowi to najmniejszego problemu dla nikogo. Mieszkańcy bardzo niechętnie witają tu ludzi z zewnątrz, co zresztą obserwujemy przejeżdżając naszym Rvikiem przez centrum Bolinas. Dojeżdżamy do końca Wharf Road i zawracamy, bo tak naprawdę nie ma tu nic ciekawego do oglądania. Bardzo wąską drogą Mesa Road dojeżdżamy do Point Reyes Bird Observatory (wjazd bezpłatny), gdzie dwoje młodych wolontariuszy – biologów prowadzi obserwacje ornitologiczne. Obrączkują ptaki złapane w sieci porozwieszane w niedalekiej odległości od obserwatorium. Co pół godziny wyruszają na krótki spacer sprawdzając 12 miejsc i jeśli znajdą jakiegoś ptaszka zaplątanego w pułapkę, chowają go do płóciennego woreczka i następnie w biurze nakładają mu specjalną obrączkę z numerem, i od razu po tej czynności wypuszczają na wolność. Wybieramy się razem z nimi na taki obchód, ale nie udaje nam się zostać świadkiem takowego wydarzenia. Oglądamy w „visitor center” różne szkielety i piórka lokalnego ptactwa i idziemy na krótki szlak schodzący do rzeki. Nie chcąc wracać tą samą drogą idziemy wąską ścieżką przez zarośla, które okazują się „bogate” w trujący bluszcz, co niestety już po fakcie odczuwa jedyny właściciel krótkich spodenek w naszej drużynie czyli Mundek. Po powrocie do domu na jego łydkach pojawiają się swędzące rany i bąble…. które utrzymują się przez kolejne kilka dni, gojąc się bardzo trudno. Ścieżka doprowadza nas do asfaltówki i nią wracamy do naszego auta. Dalej Jedynką dojeżdżamy do Point Reyes Station, gdzie tankujemy i nabieramy wody do Rvkowego zbiornika (bezpłatny dystrybutor wody na stacji benzynowej). W miasteczku zaglądamy też na degustację sera do Cowgirl Creamary…. ale próbujemy pyszny organiczny kozi serek, którego cena jednak jest chyba najbardziej wygórowaną ceną sera na świecie. Sir Francis Drake Boulevard wyjeżdżamy z miasteczka w kierunku Point Reyes National Seashore (wjazd bezpłatny). Tuż przed miasteczkiem Inverness mijamy czeską restaurację ”Vladimir’s (Restaurant Czechoslovakian) z wielkim drewnianym logo Pilsner Urquell (12785 Sir Francis Drake Blvd) i rosyjską przeuroczą drewnianą replikę daczy umiejscowioną na palach – Lipnosky’s Dacha (12830 Sir Francis Drake Blvd) z kopułami i krzyżami prawosławnymi. Jedziemy dalej na północ drogą Pierce Point Drive mijając farmy i tysiące pasących się tu łaciatych krów.

Jak tylko minęliśmy zabudowania farmerskie zobaczyliśmy wielkie stado jeleni (Tule Elk) pasących się na ukwieconej łące. Widok wspaniały!!! Dojeżdżamy do samego końca drogi i wychodzimy na krótki, ale stromy (w drodze powrotnej) szlak prowadzący do plaży McClures Beach. Plaża robi na nas piorunujące wrażenie…. otoczona wysokimi klifami mała urocza zatoczka.


Dzieciaki od razu zabierają się do budowania tamy na małym potoczku spływającym do zatoki. Po 10 minutach są całe oblepione w mokrym piasku, ale patrząc na ich niesamowitą radość wynikającą z tarzania się i babrania w piachu, dajemy im pozwolenie na zupełną swobodę w organizacji zabawy.

Plaża jest zupełnie wyludniona, co nadaje jej dodatkowo niepowtarzalnego klimatu. Po 1,5 godziny zziębniętych małolatów taszczymy do auta, gdzie od razu wrzucamy pod gorący prysznic. Wyjeżdżamy w kierunku południowym zaczynając już rozglądać się za jakimś klimatycznym noclegiemi, aż tu nagle ku naszej wielkiej radości jelenie przeniosły się teraz bliżej drogi i mamy je dosłownie na wyciągnięcie ręki….


Pojawia się też zdezorientowany kojot, który przemyka pomiędzy naszym autem, a wrogo nastawionym do niego stadem jeleni.

A jelenie przechodzą sobie przez drogę w ogóle nie odczuwając lęku przed nami. Wyglądają majestatycznie oświetlone promieniami zachodzącego słońca. Po 30 minutach obserwacji wspaniałego widowiska jedziemy dalej na południe, skręcając w prawo na Francis Drake Boulevard i po przejechaniu 5,5 mili na plażę Point Reyes Beach North. Zatrzymujemy się na olbrzymim parkingu (dostępne łazienki) i z okna Rvika podziwiamy zachodzące słońce i wzburzone fale uderzające z wielką siłą o brzeg.

Zasypiamy kołysani przez wiatr…..
Dzień 15
Wstajemy o świcie. Niesamowicie rześkie powietrze stawia nas od razu na nogi. Jedziemy na samo południe Point Reyes National Seashore niesamowicie poharataną drogą aż do Elephant Seal Overlook. Spacerujemy ścieżką do punktu widokowego, z którego (z dużej odległości) oglądamy wylegujące się na plaży foki. Drą się okrutnie, a ich ryk spotęgowany jest jeszcze przez odbijające się od skał echo.

Pogoda się psuje i zaczyna kropić deszcz. Podjeżdżamy do parkingu, skąd już pieszo idziemy około 0,5 mili do Point Reyes Lighthouse Visitor Center. Tuż za budynkiem znajduje się 308 schodów (o wysokości 30 piętrowego budynku), którymi schodzimy w dół do samej latarni morskiej.

Latarnię specjalnie wybudowano poniżej płaskowyżu, by jej światło nie ginęło w zalegającej często w tych obszarach mgle, ale jednocześnie na tyle wysoko, by miało ono wystarczający zasięg. Wąskimi schodkami schodzimy razem z Basią, która jest niesiona w wózku jak księżniczka do samej latarni i na razie nie chcemy się martwić o drogę powrotną do góry.

Widok stąd cudowny. Jest stąd świetne miejsce do obserwacji przepływających niedaleko wielorybów i podobno – według rangera – ktoś je dzisiaj widział. Zapoznajemy się z historią tego uroczego miejsca, po czym zaczynamy mozolną wspinaczkę po tych 308 schodach….. Wyczerpujący trening sprawnościowy wykończył nas konkretnie. Sapiąc zaglądamy do Visitor center, gdzie znajduje się muzeum z ciekawostkami dotyczącymi okolicznej fauny i flory. Przed jego wejściem stoi olbrzymia czaszka wieloryba szarego. Znajdujemy dużo ciekawych informacji dotyczących wielorybów np. to, że konsumują dziennie nawet do 2 ton pożywienia. Migrując pokonują dziennie do 120 km. Cała trasa ich podróży w obie strony to od 10 do 13 tysięcy km. Lato spędzają w okolicach Alaski, a zimę w ciepłych wodach na wysokości Meksyku, gdzie na świat przychodzą małe. Migrując zawsze płyną w odległości 3- 4 km od brzegu i z łatwością można je wypatrzyć posługując się lornetką czy teleobiektywem. Deszcz znowu zaczął padać, więc uciekamy szybko do auta, mijając po drodze pasące się przy muzeum sarenki. Podjeżdżamy 20 mil do Bear Valley Visitor Center (czynne od 10am – 4.30pm). Deszcz przestał na szczęście już padać, więc wybieramy się na spacer po szlaku Earthquake Trail (długość 0,7 mili pętla). Spacerek jest bardzo łatwy i prowadzi do miejsca, gdzie możemy zobaczyć namacalne „skutki” wielkiego trzęsienia ziemi z 1906 roku, które było najsilniejszym i najtragiczniejszym, jakie nawiedziło rejon San Francisco. Zginęło wówczas ponad 3000 ludzi, a 80% (25 tysięcy) tych, którzy ocaleli musiało zamieszkać w prowizorycznych namiotach, gdyż ponad 28 000 budynków zostało zniszczonych przez trzęsienie lub pożary spowodowane trzęsieniem ziemi. Wędrujemy dokładnie do miejsca zetknięcia się 2 płyt tektonicznych – oceanicznej [pacyficznej] i kontynentalnej (północnoamerykańskiej) zwanego uskokiem San Andreas. Stoi tutaj przemieszczony drewniany płot, który przetrwał to trzęsienie – ziemia przesunęła się wtedy wdłuż uskoku o około 6 metrów rozrywając ogrodzenie.

Na tablicach poustawianych wzdłuż ścieżki możemy zobaczyć wiele zdjęć z tego tragicznego wydarzenia i przeczytać dużo informacji na ten temat. Spacerujemy też Kule Luklo trail (długość 0,8 mili) do miejsca, gdzie pośród wysokich drzew eukaliptusowych można zobaczyć replikę wioski Indian Coast Miwok, którzy zamieszkiwali te tereny zanim zjawili się przybysze z Europy. Nie ma tu zbyt wiele do oglądania (kilka drewnianych szałasów i podziemny dom spotkań oraz mały ogródek), ale miejscówka jest bardzo przyjemna … chyba ze względu na te eukaliptusy i wszędzie biegające przepiórki (California quail). Warto też odwiedzić muzeum w Visitor Center (bezpłatne) – ma bardzo ciekawe ekspozycje o zwierzętach, zamieszkujących te tereny. Po pochłonięciu wszelkich możliwych informacji o florze i faunie wyruszamy małymi, lokalnymi drogami w kierunku San Rafael, gdzie pierwsze kroki kierujemy do misji San Rafael Arcangel. Kościół jest zamknięty, ale warto tu zajrzeć, bo budynek z zewnątrz prezentuje się też okazale.

Niedaleko tego kościoła (przy ulicy 1000 5th Avenue) znajduje się nowo powstałe Musuem of International Propaganda (wejście bezpłatne, czynne od środy do soboty 12pm – 3pm). My trafiliśmy akurat na ostatnie przygotowania przed oficjalnym otwarciem, które miało się odbyć dnia następnego….. ale mimo to udało nam się porozmawiać chwilę z właścielami tego unikalnego na skalę światową muzeum. Podróżowali oni po całym świecie zbierając różne pamiątki przez okres ponad 40 lat….i teraz całą tą kolekcję udostepniają innym. Udaje nam się dojrzeć kilka eksponatów z polskimi akcentami, kilka radzieckich (m.in butelkę z Leniniadą – lemoniadą) czy północnokoreańske książeczki propagandowe…. Z pewnością podczas następnej wycieczki w te rejony musimy tu zajrzeć na dłużej.

Przejeżdżamy przez most (Richmond – San Rafael) na drugą stronę zatoki do miasta Richmond, które raczej nie zachęca do odwiedzin. Zaparkowaliśmy pod Walmart’em, ale niestety po 2 godzinach snu, zostaliśmy wypędzeni z parkingu przez strażnika miejskiego. Przenieśliśmy się po długich poszukiwaniach gdzieś na inną plazę nieopodal Walmartu i tam kończymy nasz nocny wypoczynek.
Dzień 16
Po tak nieprzespanej nocy, zaczynamy się organizować i pakować, bo do godziny 11am musimy oddać RV do wypożyczalni. Dotankowywujemy propan (U-haul: 5330 International Blvd, Oakland – Uwaga dzielnica gangsterska!) i benzynę, zamiatamy i doprowadzamy do stanu idealnego kempingowóz i wypożyczamy osobówkę (nissan versa) w Thrifty Car Rental (7600 Earhart Rd, Oakland) i na 2 samochody jedziemy do Cruise America (5623 John Muir Drive, Newark). Po inspekcji Rvika i załatwieniu wszelkich formalności wskakujemy w osobówkę i 880-tką jedziemy na północ. Zjeżdżamy do śródmieścia Oakland i chińskiej dzielnicy, a ponieważ pada deszcz robimy sobie rundki samochodem, zwiedzając miasto przez okno auta. Dojeżdżamy do Berkeley i tu już lejący deszcz nie może zniweczyć planów Mundka – wielkiego fascynata zwiedzania kampusów uniwersyteckich. Berkeley to najstarsza „jednostka” Uniwersytetu Kalifornijskiego (150 lat), ciesząca się od lat pierwszym miejscem w kategorii uczelni publicznych w USA i na świecie, także uczelnia macierzysta kilkudziesięciu noblistów.

University of California w Berkeley ma też polskie akcenty. Literaturę słowiańską wykładał tu w latach 1960–1978 Czesław Miłosz. Studiuje tu ponad 38,000 studentów rocznie, a cały kampus zajmuje prawie 500 ha. Spacerujemy po nim 2 godziny. Do ciekawszych miejsc, w jakie zaglądamy jest górująca nad miasteczkiem uniwesyteckim prawie 100-metrowa Sather Tower – wieża zegarowa z dzwonnicą (jedna z 3 najwyższych tego typu wież na świecie), skąd rozpościera się wspaniały widok na cały kampus i zatokę (wjazd windą na platformę widokową $3 od osoby). Dzwonnica to tak naprawdę carillon – instrument muzyczny, będący zespołem dzwonów, na których można wybijać melodie za pomocą specjalnej klawiatury. Dzwonów jest 61, a najcięższy z nich waży prawie 5 ton. Wieża ta wzorowana jest na podobnej budowli znajdującej się na placu św. Marka w Wenecji. Większość budynków oglądaliśmy tylko z zewnątrz, bo zapewne z powodu weekendu wszystko było zamknięte. Po kampusie przemykają sarny, czując się tu jak u siebie w lesie. Na koniec wycieczki zaglądamy na pyszną kawę do wypełnionej po brzegi studentami kawiarni Strada (2300 College Ave). Naszym następnym i kulminacyjnym punktem dnia było muzeum Chabot Space and Science Center (10000 Skyline Blvd, Oakland, wstęp $18, dzieci $14). Wjeżdżamy wąską serpentynową drogą na wysokość 470 m npm, gdzie stoi budynek muzeum i planetarium. Miejsce to przeznaczone jest przede wszystkim dla dzieci, które mogą wszystkiego tu dotknąć oraz wykonywać naukowe doświadczenia, ale największą petardą jest chyba kino, gdzie rozłożeni niemal w pozycji leżącej oglądamy na suficie kina, niczym na sklepieniu niebieskim, trójwymiarowe filmy o kosmosie. Na 3 piętrze znajdują się oddzielne budynki z zabytkowymi potężnymi teleskopami, wciąż funkcjonujące. Wszystkie te ekspozycje niezmiernie podobają się Jankowi, który pomimo próśb personelu o opuszczeniu muzeum z powodu zamknięcia, w ogóle nie zamierza tego zrobić. I trzeba niestety użyć podstępu, żeby go stamtąd wyprowadzić. Po tych kilku godzinach spędzonych w muzeum jesteśmy wykończeni, więc jedziemy bezpośrednio do motelu (Civic Center Lodge, 50 6th St, Oakland).
Dzień 17
Rano korzystając z uprzejmości pana w motelowej recepcji drukujemy sobie „boarding pass” na jutrzejszy lot do Chicago i w miarę możliwości, żeby nie tracić czasu wskakujemy na autostradę (880 i 80) prowadzącą nas do San Francisco. Od razu po przejechaniu mostu (San Francisco-Oakland Bay Bridge) skręcamy w prawo i jedziemy w porannych korkach wzdłuż doków na The Embarcadero street. Jest to trasa, którą poruszają się również „streetcars”, czyli zabytkowe (pochodzące sprzed ponad 70 – 80 lat) tramwaje (linia F Market & Wharves). Poza tramwajami ciekawostką są również ryksze (pedicabs), którymi powożą, uposażeni w umięśnione łydki, młode dziewczyny i chłopaki. Taka przejażdżka kosztuje $20 za milę (1,6 km).

Po 40 minutach powolnej jazdy wzdłuż chyba najbardziej ruchliwej turystycznie ulicy w San Francisco (Embarcadero przechodzi w Jefferson Street) skręcamy na północ w Hyde Street i po przejechaniu kilku przecznic w końcu znajdujemy wolne miejsce do zaparkowania. Kierując się w stronę doków skracamy sobie drogę przez Ghirardelli Square, gdzie oczywiście częstujemy się czekoladkami. Wędrujemy do Cable Car Rotation Place (Beach & Hyde Street), czyli do zajezdni, gdzie następuje przekręcenie tramwaju do jazdy w kierunku przeciwnym.


Ostatnia działająca na świecie ręcznie sterowana kolejka linowa (przejazd $7), jest na pewno ikoną San Francisco. Działa nieprzerwanie od końca XIX wieku, a obwozi dziś głównie turystów. Ciekawy jest tu system hamulcowy składający się z 3 oddzielnych części – metalowy „break shoe”, awaryjny hamulec i drewniane (sosnowe) hamulcowe bloki pomiędzy kołami, które muszą być wymieniane co kilka dni. Więcej informacji na temat tramwajów linowych można dowiedzieć się w Cable Car Museum (1201 Mason St, wejście bezpłatne). Po całym widowisku „tramwajowym” przechodzimy pośród kolorowych straganów z pamiątkami do San Francisco Maritime National Historical Park – Museum & Visitor Center (Hyde & Jefferson Street). Poza bezpłatnymi mapkami i folderami można tu zapoznać się z ciakawą historią żeglugi morskiej, rozkoszując się modelami okrętów i interaktywnymi wystawami. Visitor Center to tylko namiastka tego co możemy znaleźć na przeciwko ulicy w plenerowej części tego historycznego parku narodowego (Hyde street Pier). Podążamy więc zachęceni głośnym huknięciem do pierwszego eksponatu tj. maszyny parowej, gdzie dzieciaki pociągając za sznurek cieszą się z powodu wydobywanego przez urządzenie głośnego hałasu….. potem zwiedzamy Lewis Ark, ciągniemy sznury podnosząc ciężkie beczki (Block&Tackle) jak niegdyś marynarze….

Nie wchodzimy dalej na molo, by zwiedzać wnętrza okrętów, bo z naszymi dziećmi byłoby to po prostu niemożliwe, tym bardziej, że mieliśmy już okazję je odwiedzić kilka lat temu, więc z pewnością polecamy wszystkim, którzy znajdą się w tym miejscu (bez małych dzieci). Podążamy dalej na wschód, mijając kafejki, restauracje i sklepy z typową turystyczną badziewiarnią w temacie San Francisco na tysiąc możliwych sposobów. Docieramy do Fisherman’s Wharf market, gdzie przepychamy się pomiędzy stoiskami w poszukiwaniu najwspanialszych krewetek dla Jasia – smakosza.

Są tu wszelkie owoce morza – wielke kraby, homary, małże, krewetki, ostrygi, ośmiornice…. kucharze uwijają się bardzo szybko, by sprostać olbrzymiej masie wygłodniałej klienteli.

Zamawiamy zasmażane krewetki i siadamy na skwerku słuchając przyjemnego rzępolenia lokalnego artysty-grajka. Posuwając się dalej na wschód mijamy lokalnych artystów i wyłudzających pięniądze szołmenów (a nawet szczerego do bólu koleżkę z kartką: „won’t lie – need $ for weed”). Promenadą ciagną tłumy turystów łapiąc się na te wszystkie pułapki. Boudin Bakery oferuje pokazowe zagniatanie ciasta i bułek w witrynie swojej piekarni, co zachęca od razu do zakupów pachnącego pieczywa.

Docieramy w końcu do osławionego mola Pier 39, gdzie na pomostach wylegują się „sea lions”, obfotografowywane ze wszystkich stron. Pojawiły się tutaj około 25 lat temu i od tamtej pory są nieodłącznym akcentem tego miejsca. Niektórzy wiążą ich przybycie z trzęsieniem ziemi w 1989 roku i można przyjąć, że od owego czasu ich populacja w tym miejscu znacznie wzrosła, chociaż widywano je już tam także wcześniej. Rybacy musieli na dobre opuścić molo nr 39, by nie utrudniać życia nowym przybyszom, których liczba dochodzi dziś nawet do 1700 sztuk. Tłuściochy porykują i wygrzewają się na słońcu, budząc podziw i ciekawość wszystkich odwiedzających.

Dzieciaki już nam zaczynają wariować, więc powoli zarządzamy odwrót do auta, zaglądając jeszcze na przystań nr 45, by pooglądać okręty wojenne (USS Pampanito i Jaremiah O’Brien).

Wygłodniali i zmęczeni spacerem postanawiamy wypróbować coś z kuchni meksykańskiej – jedziemy więc do Mission District. Jest to dzielnica słynąca przede wszystkim z murali – czyli malowideł na budynkach, przedstawiających jakąś ciekawą historię czy personę. Zdecydowanie jedną z najokazalszych tego typu jest mural na Women’s Building (3543 18th Street). Kolorowe malowidła ukazują wielki wkład i znaczenie kobiet we współczesnej historii.

(Inne niedaleko położone murale warte zobaczenia to – Balmy street pomiedzy 24 i 25 street & and Treat Street and Harrison Street; Carnaval Mural 24th Street and South Van Ness Avenue; Clarion Alley – jeden “block” powyżej 17th Street, pomiędzy Valencia Street and Mission Street). Po szybkiej rundce pomiędzy budynkami ozdobionymi muralami zasiadamy w meksykańskiej jadłodajni (El Toro Taqueria, 598 Valencia street) rozkoszując się zabójczo pysznym burrito z guacamoli. Jedzenie nie dość, że pyszne to i tanie jest, a porcje naprawdę wielkie. Stołują się tu lokalni mieszkańcy, turystów poza nami nie widać….. Z pełnymi brzuchami odwiedzamy kościół misyjny (Mission San Francisco de Asís – 3321 16th Street), gdzie odbywa się akurat koncert muzyki organowej Paula Meier’a. W kościele zebrała się niewielka grupa fanów, by wysłuchać koncertu, z przyjemnością też byśmy zostali, ale dzieciaki mają na ten temat inne zdanie. Przeczuwając kraniec cierpliwości naszych malców po całodziennym realizowaniu punktów turystycznym, postanawiamy dać im porcję dziecięcego szaleństwa na ślizgawkach i huśtawkach w parku Mission Dolores Park, gdzie podziwiamy panoramę San Francisco. Chyba najbardziej urokliwy plac zabaw w mieście, przyciąga nie tylko dzieciaki, ale i mnóstwo młodych ludzi, imprezujących na trawiastym wzgórzu w otoczeniu palm. Chwilę przed zmierzchem opuszczamy miasto i brnąc w korkach docieramy po 2 godzinach do motelu. Tu już tylko pakowanie i przygotowania do jutrzejszej podróży.
Dzień 18
Poranna nerwówka przed odlotem, zbieranie wszystkiego i wszystkich, oddanie samochodu do wypożyczalni… wszystko w pośpiechu…a już na lotnisku okazuje się, że samolot lecący z Chicago do Oakland ma 1,5 h opóźnienia, w związku z tym nasz odlot jest również opóźniony…. zaczynamy więc zabawianie naszej młodzieży atrakcjami na lotnisku…. potem w samolocie…. i wycieńczeni tymi akcjami docieramy do Chicago, snując już plany na kolejną wycieczkę.
Wow, tyle przydatnych informacji. Zdjecia super. Kalifornia- moje marzenie. Musze kiedys sie tam wybrac:-)
PolubieniePolubienie
Twoje opisy sa bardzo praktyczne i pomocne dla takiego laika jak ja, uwielbiam Twoj blog!!
Kalifornia, moj nastepny przystanek!! Zuza czekam na plan wycieczki do Parku Yosemite :)))
PolubieniePolubienie