South Dakota

Termin wycieczki: 4.VII – 20. VII.2014

Opisana poniżej relacja dostarcza przede wszystkim cennych informacji osobom podróżującym z dziećmi, co nie oznacza, że ci podróżujący bez nich nie znajdą tu wielu opisów miejsc, które poprostu trzeba zobaczyć odwiedzając Południową Dakotę. Miejsce to zachwyciło nas i utwerdziło w przekonaniu, że wszędzie gdzie dotarliśmy pełno było przyrodniczych „niespodzianek” i krajobrazowych „cudów”.

Podróżowaliśmy głównie po rejonie Black Hills, będącym również rajem dla motocyklistów, którzy co roku na początku sierpnia opanowywują tą część stanu zjeżdżając się na Sturgis Motorcycle Rally (ponad 400,000 motocyklistów !!!). Południowa Dakota kojarzy się każdemu głównie z Mount Rushmore czyli tzw „głowami prezydentów”, ale to przede wszystkim dzika przyroda – na wschodzie ciągnące się w nieskończoność prerie, a na zachodzie pionowe granitowe góry, wodospady, jaskinie, potoki pełne pstrągów, lasy zamieszkałe przez dzikie kozy górskie, ale i „badlands” czyli ziemie pustynne z niesamowicie zerodowanymi formami o dziwacznych kształtach. To również miejsce, gdzie poszukiwacze złota zostawili po sobie wiele śladów, a które dzisiaj stanowią nie lada atrakcje dla zwiedzających. Jednym słowem idealne miejsce na wspaniałe i niedrogie wakacje dla tych wszystkich, którzy kochają przyrodę i dziki zachód. My od kilku lat na wakacje udajemy się wiekowym „kempingowozem” zaopatrzonym w miejsca do spania, kuchenkę, lodówkę i mini łazienkę, co niezmiernie ułatwia nam organizację tychże wakacji spędzanych z malutkimi dziećmi. Auto jest niezmiernie powolne osiągając średnią prędkość 40 mil na godzinę co praktycznie uniemożliwia nam bezpieczne poruszanie się po autostradach, gdzie wszyscy pędzą średnio 70 – 80 mil/h. Fakt ten sprawia, że wybieramy drogi słabo uczęszczane i wolne od zapędzonych kierowców ciężarówek poznając małomiasteczkowe oblicze Ameryki, a mówiąc krótko największe „zadupia” jakie można sobie wyobrazić….

Trasa: ILLINOIS (Chicago; Galena) – IOWA – NEBRASKA – SOUTH DAKOTA (Lewis & Clark Recreation Area; Tyndal; Mitchell; 1880 Town, Badlands National Park, Wall; Ellsworth Air Force Museum, Bear Country; Rapid City, Nemo Road, Sturgies, Spearfish, Spearfish Canyon Scenic Byway (Bridal Veil Waterfall, Roughlock Falls, Little Spearfish Falls), Lead, Deadwood, Pactola Reservoir, Hill City, The 1880 Train, Keystone, Mount Rushmore NM, Iron Mountain Road [tunele], Custer State Park, Wildlife Loop Road, Needle Hwy [tunele], Little Devils Tower trail, Sylvan Lake, Droga 87 [tunel], Creazy Horse, Custer, Jewel Cave National Monument, Four Mile Old West Town, Custer, Gordon Stockage Historic Fort, Mount Cooldge, Wind Cave National Park, Cold Brook Lake Project, Hot Springs – Mammoth Site, Hot Springs – gorące źródła, Cascade Falls), NEBRASKA (Teadstool Geologic Park, Alliance-Carthenge, Nebraska National Forest), IOWA (Maquoketa Cave State Park), ILLINOIS (Chicago).

SDmap

Przewodniki: Mount Rushmore & The Black Hills including The Badlands – Laura A Bidwell; Hiking Black Hills Country – Bert & Jane Gildart; Atlas topograficzny South Dakota DeLorme; Atlas topograficzny Nebraska DeLorme;

Środek transportu: kamper Toyota Escaper 1987 w stanie znośnym zwany potocznie „kredensem”.

SONY DSC

Koszt benzyny: $621 (174 galony)

Długość trasy: 2,480 mil = 3,992 km

Noclegi: Kempingi $5 – $18, lub bezpłanie w lasach należących do National Forest

Dzień 1

Początek naszej „wyprawy” nie zapowiadał się najlepiej…. kiedy już załadowaliśmy po brzegi naszego kampera, usadawiając wygodnie nasze potomstwo, coś niezapowiedzianego stało się z naszym autem. Podczas tankowania dostrzegliśmy jakoś dziwnie wyglądający smar, który ochlapał wnętrze przednich nadkoli. Skłoniło nas to do zawrócenia z trasy i odwiedzenia mechanika, który na szczęście nie podzielił naszych obaw i utwierdził w przekonaniu, że to tylko towot pochodzący z rutynowego smarowania podwozia w czasie zmiany oleju. Kamień spadł nam z  serca… Po tej wspaniałej wiadomości, że wszystko z naszym wozem jest w porządku ruszamy w końcu na zachód autostradą 90-tką z Chicago do Rockford i przeskakujemy na 20-tkę by spokojnie już toczyć się w kierunku Galeny. Zatrzymujemy się na chwilkę w okolicy miasteczka Elizabeth na „rest area” by rozprostować kości i rozładować „zagęszczoną atmosferę” powstałą wskutek niewyjaśnionego konfliktu Jasio – Ziemia. Żałujemy niezmierne, że zbyt późno się tu znaleźliśmy bo główną atrakcją jest tu Apple River Fort State Historic Site, zamknięty już niestety dla zwiedzających (311 E. Myrtle, Elizabeth; czynny w godz 9am-4pm od środy do niedzieli). Do Galeny dojeżdżamy dopiero wieczorem i z trudem udaje nam się znaleść miejsce do zaparkowania. Miejsce to niezmiernie popularne wśród turystów – dziś z powodu Święta Niepodległości – pęka w szwach. Po objechaniu wszystkich możliwych uliczek udaje nam się znaleść parking nad samą rzeką obok wypożyczalni kajaków i kanoe (S. Bench Street/hwy20). Korzystając z ostatnich chwil dnia przechadzamy się główną ulicą miasta i pstrykamy kilka fotek.

SONY DSC

Cały wał nadrzeczny „pokryty” jest na całej szerokości ludźmi czekającymi w napięciu na pokaz fajerwerków. Wciskamy się i my w ten tłum i czekamy… Widowisko miało rozpocząć się tuż po zmroku, ale mijają minuty i nic się nie dzieje. Dopiero po 10pm po kilku nieudanych próbach wystrzałów niebo rozświetlają fajerwerki.

DSC09689h

Jakoże jest już bardzo późno postanawiamy nie ruszać się z miejsca i przenocować na parkingu w naszym kamperze.

Dzień 2

Nocleg przebiegł w spokoju i ciszy i zakłócony został dopiero o świcie przeraźliwym wrzaskiem Basi domagającej się śniadania. Za niedługą chwilę ten dzwięk został „wzbogacony” o kolejny wrzask – tym razem Janka, który domagał się również posiłku. Po spełnieniu życzeń i napełnieniu brzuchów ruszamy na podbój dziekiego zachodu…. powolutku mila za milą ciągniemy się 20-tką, przejechawszy rzekę Mississippi (będącej granicą ze stanem Iowa), Dubuque, Waterloo, Fort Dodge …..docieramy do Sioux City. Przedostajemy się na drugą stronę rzeki Missouri i jedziemy chwilkę przez Nebraskę (wjeżdżając na drogę nr 12), gdzie tak na prawdę nic się nie dzieje. Za Newcastle (drogą nr 19) przekraczamy rzekę Missouri i „wkraczamy” dumnie do Południowej Dakoty. I tak toczymy się jeszcze chwilę wdłuż rzeki by w końcu  – wycieńczeni „rozwrzeszczaną młodzieżą” zdecydować się na cywilizowany nocleg na kempingu. Naszym celem jest Louis and Clark Recreation Area i Cottonwood campground (prowadzony przez NPS, $16/noc, gorące prysznice). Wypuszczamy przeładowanego (skumulowaną w zamknięciu) energią Janka na kempingowy plac zabaw, Basia dostaje „przydział miejsca” w chodziku a my w końcu odreagowywujemy „tranzytowy” stres racząc się małym zimnym piwkiem.

Dzień 3

Pobudkę rozpoczyna jak zawsze Basia i jej delikatnie mówiąc śpiew skowronka…. Janek za chwilę dołącza się jako drugi głos do chóru i nie ma już możliwości ponownego zapadnięcia choćby w kilkuminutową drzemkę. Jemy owsiankę i po krótkim spacerze brzegiem Missuri suniemy już dalej zaglądając na chwilkę do Tyndall, gdzie rzekomo miało znajdować się zoo z jego słynnym mieszkańcem – „zonkey” czyli zebroosłem. Zoo niby jest ale w zasadzie cały jego „dobytek” zlokalizowany jest w chłopskiej zagrodzie otoczonej siatką. Objeżdżamy więc je dookoła bo wejścia do niego nie ma, i wypatrujemy zebroosła ale poza lamami, wołem, sarną i osłami żadnego innego stwora nie widzimy.

SONY DSC

Są jeszcze kucyki, które Janek dokarmia źdźbłami trawy, ale i te nie mają nic wspólnego ze sławnym zonkey. Może to i lepiej, że go nie spotkaliśmy bo jak wytłumaczyć trzylatkowi, że zonkey to nie żadne zwierzę tylko jakiś zmutowany genetycznie stwór, który stworzył człowiek na swoje potrzeby. Za Tyndall zmieniamy trasę na 37 i dojeżdżamy do Mitchell  – miasteczka znanego z Corn Palace czyli budynku ozdobionego wewnątrz i na zewnątrz „obrazami” zrobionymi wyłącznie z kukurydzy.

SONY DSC

Jakoś nie rzuca nas jego wygląd na kolana … i po 10 minutach już nas tam nie ma. Mamy niewiele czasu żeby dostać się do naszej następnej atrakcji a w zasadzie pierwszej poważnej atrakcji na tej wycieczce – 1880Town. Pokonujemy 160 mil w miarę sprawnie chociaż atmosfera zagęszczona jest aż po sufit….. Nie ma nic gorszego niż spędzenie kilku godzin z 2 małymi osobami pozbawionymi przestrzeni i możliwości wariowania w dosłownym tego słowa znaczeniu. Na zjeździe nr 170 opuszczamy autostradę i parkujemy pomiędzy stacją Shell’a i wejściem do skansenu (bilet $11/osoba, czynny 6am – 9pm czasu górskiego). Właśnie w tym punkcie zmienia się czas z centralnego na górski czyli jednym słowem oszczędzamy godzinkę.

SONY DSC
„Truck driven by Van Kilmer in the movie Thunderheart”

Przez następne 5 godzin penetrujemy tu każdą dziurę i zakamarek – a jest co penetrować…. wszystkie budynki są autentyczne (chociaż przywiezione z różnych miejsc Południowej Dakoty), umeblowane i pełne ciekawych historii.

SONY DSC

SONY DSC

W ciągle prosperującym saloon’ie można posiedzieć przy stoliku racząc się zimną lemoniadą albo zagrać na stuletnim automcie na „quotery”($0.25).  Można też wypożyczyć sobie epokowe stoje ($7/osoba) i zrobić sobie super fajną sesję fotograficzną. W stodole – będącej muzeum  – znajduje  się całkiem pokaźna wystawa poświęcona filmowi „Tańczący z wilkami”, który był nakręcony na terenie stanu (znajduje się tu również kilka rekwizytów filmowych). Dużo jest też informacji dotyczących Indian – szczególnie fotografii. Delikatny „niesmak” budzi wychodek z podaną instukcją użycia kolb kukurydzy o określonym kolorze i w określonej kolejności (wielkorotnego użycia) zamiast papieru toaletowego…..Na końcu miasteczka umiejscowiony jest mały kościółek przywieziony tu z całą „zawartością” – perfekcyjne miejsce na ceremonię ślubną w oryginalnym stylu.

dsc09849.jpg

Gdzieś w samym rogu skansenu na słońcu wygrzewa się stary wielbłąd. Ogólnie powiedziawszy miejscówka ciekawa i godna polecenia dla małych i dużych.

SONY DSC

dsc09876.jpg

SONY DSC

Kilka minut po 10pm zostajemy grzecznie wyproszeni …. jak ten czas szybko zleciał….. i wracamy do naszej karety odeżdżając w ostatnich promieniach zachodzącego słońca na oddaloną kilka mil na zachód „rest area” gdzie szybko zapadam w głęboki sen.

SONY DSC

Dzień 4

Zrywamy się przed 6 rano i po zjedzeniu gorącej owsianki pędzimy w deszczu autostradą do zjazdu nr 131 prowadzącego do Badlands National Park (bilet $15/auto – ważny 7 dni). Zatrzymujemy się w Big Badlands Overlook, gdzie musimy sterczeć przymusowo przez godzinę w aucie bo burza nabiera niewyobrażalnej siły i jak tylko wychylilibyśmy nosy, zmyło by nas momentalnie z powierzchni ziemi.

dsc09954_1.jpg

Burza przeszła, ale sine niebo pozostało nadając niepowtarzalnego „soczystego” klimatu tej jałowej ziemi. Po przejściu paru kroków po kładce zboczyliśmy na chwilkę w bok w celu zrobienia zdjęcia i to okazało się olbrzymim błędem – do naszych butów przykleiło się około 10 kg błota, a raczej mokrej gliny, która w  kontakcie z podłożem powodowała niesamowity ślizg. Do tego nie dało się jej w żaden sposób pozbyć …. wycieranie w drewnianą kładkę niewiele pomogło. Wyglądaliśmy wszyscy żałośnie…. Musieliśmy zmienić buty i dopiero w nowych udaliśmy się na punkt widokowy.

SONY DSC

Zapomniałam napisać, że niesamowitego uroku dodawały tu rozsiane aż po horyzont „yellow sweet clover„ czyli nostrzyki żółte –  archeofity, których za rok już tu nie będzie, ponieważ jest to roślina dwuletnia i kwitnie już po raz drugi z rzędu na tym terenie. Pachnące żółte kwiaty na pustyni to naprawdę rarytas dla zwiedzających….. Podjeżdżamy kawałek do następnego punktu  – wychodzą stąd 3 szlaki  – Door Trail, Window Trail i Notch Trail. Zaczynamy od Door Trail – ale w zasadzie dochodzimy tylko do końca kładki bo brnięcie po lepkiej i śliskiej glinie nie daje możliwości swobodnego i bezpiecznego poruszania się. Za dużo jest przepaści w które można się zsunąć, więc decydujemy się nie narażać siebie i dzieci….

SONY DSCSONY DSCSONY DSC

SONY DSCNastępny szlak – Window Trail wiedzie kładką do samego końca i jest króciutki więc dochodzimy do samego punktu widokowego, a ostatni ze szlaków – Notch – najciekawszy w parku jest już większym wyzwaniem. Ziemia w ciągu zaledwie godziny po burzy zdążyła już wyschnąć, więc decydujemy się na 1,5 milowy spacer, pokonując wspinaczkę po wysokiej (około 30-metrowej) drabinie,

DSC00156f

co wcale nie wydaje się prościzną  – szczególnie dla Janka. Szlak kończy się nad przepaścią dając niesamowity widok na pamoramę parku.

SONY DSC

Basia zasnęła kołysana przez tatę w plecaku-nosidełku i nawet nie zdążyła nacieszyć się pierwszym w swoim życiu przebytym szlakiem. Wracamy w pełnym słońcu, które smaży nas niemiłosiernie  – w końcu czujemy, że jesteśmy na pustyni.

SONY DSC

Zejście po drabinie okazuje się znacznie trudniejsze niż wejście po niej. Musimy się rozdzielić sprowadzając najpierw Jasia na dół.

SONY DSC

Uciekamy do auta i ruszamy w kierunku Ben Reifel Visitor Center, żeby trochę sie ochłodzić w klimatyzowanym pomieszczeniu…. bo na zewnątrz jest ponad 40°C. W budynku informacji aż roi się od turystów, chociaż w zasadzie nie ma tu za wiele do oglądania. Kilka wystaw i krótki filmik o parku zajmuje nam około 40 minut… (film chyba nie zaciekawił Janka i Basi bo poszli sobie spać zaraz na jego początku).  Ruszamy dalej Badlands Loop Road na zachód i zatrzymujemy się we wszystkich punktach widokowych robiąc krótkie spacerki.

SONY DSCSONY DSC

Drogą nr 240 wjeżdżamy następnie do miasteczka Wall i kierujemy nasze kroki do reklamowanego wszędzie (nawet w londynskim metrze!) Wall Drug czyli wielkiej badziewiarni, gdzie można kupić dosłownie wszystko (nawet drewniane pudełeczka made in Poland!!!). Miejsce to pommino swojego kiczowatego charakteru trzeba odwiedzić i chociażby skosztować hot doga z bizona, który okazuje się naprawdę smaczną kiełbaską. Hamburger z bizona już nie smakuje tak wykwintnie…. ceny są tu przystępne, a jeśli ktoś ma ochotę na kawę to kosztuje tu całe $0.25 (hot dog z bizona $5,65, bizonowy haburger z sałatką $7,49, frytki $2,69). W restauracji pracuje dużo studentów z całego świata  – m.in. jest też bardzo sympatyczna para z Polski, która przyjechała tu popracować w ramach programu „work and travel”. Rozmawiamy z nimi chwilkę dzieląc się wrażeniami z odwiedzonego parku Badlands. Po napełnieniu brzuchów uciekamy czym prędzej z miasteczka i organizujemy sobie całkiem porządny nocleg na „rest area” (mila 99 obok miasteczka Wasta).

Dzień 5

Jakoś nie możemy się zebrać z naszego noclegu…. opóźniając nasz zamierzony plan rozpoczęcia zwiedzania muzeum lotnictwa od momentu jego otwarcia…. Ale niestety perfekcyjna organizacja w drużynie z dwójką małych dzieci po prostu nie działa.

SONY DSC
40 kołowiec na rest area

Dowlekamy się w końcu do zjazdu nr 67 i South Dakota Air and Space Museum (wejście bezpłatne, czynne 8.30am-6pm), gdzie Mundek i Janek „odkrywają swoje drugie Ja”…. zafascynowani historią, modelami i w ogóle wszystkimi pierdółkami dotyczącymi lotnictwa nie pozwalają się wyciągnać z budynku, i w jednej chwili każdy z nich staje się potencjalnym kandydatem na zawodowego lotnika.

SONY DSC

Najciekawszym okazem dla mnie osobiście jest samolot B52 (należący niegdyś do prezydenta USA), który mógł pozostawać w powietrzu przez 365 dni w roku, a paliwo było do niego dotankowywane w powietrzu przez inne samoloty. Dopiero około 2pm udaje mi się dosłownie wyszarpać chłopaków z budynku muzeum i zmobilizować do dalszej podróży.

SONY DSC

Wskakujemy na chwilkę na autostradę by dosłownie 6 mil dalej z niej zjechać na drogę nr 16T, którą to dojeżdżamy do następnej atrakcji turystycznej w dosłownym tego słowa znaczeniu – Bear Country USA (Drive through Wildlife Park)($16 od osoby). Jest to położone na ogromnym obszarze „zoo”, gdzie dzikie zwierzęta poruszają się swobodnie, dlatego też surowo zabronione jest opuszczanie samochodu lub nawet otwieranie szyb w oknach.

SONY DSC

Poprostu jedzie się wyznaczoną trasą auto za autem i wypatruje niedźwiedzi, wilków, jeleni, pum, górskich kozic itp.,

SONY DSC

przy czym „wypatruje” to nie jest odpowiednie słowo, ponieważ zwierzyna sama wychodzi na drogę i szczerzy kły, lub złowrogo patrzy nam w oczy.

SONY DSC

SONY DSCSONY DSC

Wycieczka warta jest wydania tych $16, szczególnie dla osób, które nie miały nigdy „szcześcia” napotkania takowej zwierzyny w naturze.

SONY DSC

Całą trasę pokonać można tylko raz i nie ma możliwości powrotu, chyba że zapłacimy za kolejny bilet. Po zakończeniu przejazdu parkujemy przy visitor center i udajemy się na mały spacerek do „Babyland”, gdzie fikają małe niedźwiadki i inne stworki.

DSC00560a

Miło jest popatrzeć jak misie wdrapują się na drzewa i dosłownie dyndają na gałęziach jak małpki.

SONY DSC

Późnym popołudniem opuszczamy Bear Country i wracamy na północ w kierunku Rapid City, robiąc zakupy w Safeway’u (mają tu polish soussage!!!) i zaglądamy też na kolację do chińskiej restauracji Hunan (1720 Mt Rushmore Rd), tylko dlatego, że w przewodniku napisane jest, że właścicielem jest światowej sławy fotograf przyrody– Robert Wong, którego prace podziwiać można wewnątrz tegoż lokalu. Zdjęcia są niesamowite i bardzo inspirujące, jedzenie natomiast zbyt słone, i szczerze mówiąc nieróżniące się niczym nadzwyczajnym od podawanego w każdej innej chińskiej knajpie. Proponuję więc jedynie zatrzymać się tu na chwilę i pooglądać fotografie, a posiłek zjeść sobie zupełnie gdzie indziej. W promieniach zachodzącego słońca wjeżdżamy jeszcze na Wzgórze Dinozaurów (940 Skyline Drive; wjazd bezpłatny; czynne od świtu do zmierzchu) i taszczymy śpiącą już Basię w nosidełku na sam szczyt, z którego dumnie spoglądaja na miasto realnych rozmiarów kamienne dinozaury.

SONY DSC

Słońce już zaszło i na żer wyszły chmary komarów, które nie pozwalają nam się nacieszyć wieczornym spacerem po wzgórzu, zmuszając do bardzo szybkiej ewakuacji spowrotem do auta. Zjeżdżając serpentynami do miasta jesteśmy prowadzeni przez sarenkę, która najwyraźniej woli tuptać po drodze asfaltowej niż leśnej. Na nocleg udajemy się w mało przyjemne miejsce, a mianowcie do zjadu z autostrady nr 55 na stację benzynową Pilot Truck Stop.

Dzień 6

Nocleg okazał się spokojny i w miarę możliwości zbieramy się szybko i ruszamy w kierunku Canyon Lake (droga 44) na szybkie śniadanko by już za chwilę stanąć przed niesamowitą drewnianą kaplicą „Chapel in the Hills” (3788 Chapel Ln, wstęp bezpłatny; czynne od 8 am do zmroku), bedącą wierną repliką kaplicy w Bergen w Norwegii.

SONY DSC

Miejsce to jest niesamowicie urokliwe, rzadko odwiedzane przez turystów, a więc w spokoju można sobie pospacerować pośród pachnących sosen i świergocących ptaków. Do zwiedzania udostępniona jest świątynia, leśna ścieżka z ustawionymi wzdłuż jej długości rzeźbami świętych i małe museum – kabinka, a wszelakie informacje na temat „wikingowego” cuda można uzyskać w małym „visitor center”.

SONY DSC

dsc00631_1.jpgDosłowny rzut beretem od Chapel in the Hills znajduje się kolejna ciekawa atrakcja – stawy chodowlane – Cleghorn Springs State Fish Hatchery (4725 Jackson Blvd; wjazd bezpłatny; czynne od poniedziałku do piątku 7:00 a.m. – 3:30 p.m.). Tu Janek łapie wiadro pełne karmy dla ryb i biegnie razem z innymi dziećmi do betonowych stawów wypełnionych po brzegi pstrągami.

SONY DSC

Dzieciaki wrzucają śmierdzące kulki do wody, a tysiące ryb rzuca się na nie jak wygłodzone piranie na kroplę krwi. O 10.30am przychodzi strażnik i zaprasza nas do odwiedzenia zamkniętego pomieszczenia  – pawilonu, w którym znajdują się „kotły” z mniejszymi pstrągami.

SONY DSC

Tu też można je dokarmiać, ale tylko zproszkowaną karmą, znajdującą się bezpośrednio przy zbiornikach. Po obejściu wszystkich mini-stawów i dokarmieniu ryb wychodzimy na zewnątrz, gdzie Mundek bawi się w łowienie a w zasadzie łapanie „gołymi”rękami kłębiących się w wodzie pstrągów. Janek jest wniebowzięty i z trudem przychodzi mu decyzja o opuszczenieniu tego miejsca.

SONY DSC

Ale po czekoladowej zachęcie nie ma już żadnych oporów, zważywszy również na fakt, że naszym następnym punktem programu jest Storybook Island (1301 Sheridan Lake Rd.; wjazd bezpłatny, czynny 9am-7pm codziennie tylko w sezonie letnim) czyli olbrzymi plac zabaw pełen dziecinnych niesamowitości. Pierwsza atrakcja zdobyta przez Janka to oczywiście pociąg, którym za jedyne $1 można się kajtnać 2 razy.

SONY DSC

Potem – pokaz magika na całkiem wysokim poziomie ($2/osoba), karuzele, na których razem z Basią kręcą się w nieskończoność, chuśtawki, ślizgawki i tysiąc innych rzeczy od których ciężko jest niestety odciągnać Janka by podążać dalej zgodnie z naszym planem. Zachęcony kolejną czekoladką z wielkim smutkiem, ale ciekawy następnej atrakcji opuszcza dosłownie w podskokach plac zabaw. Podjeżdżamy do Main street, gdzie parkujemy i przechodzimy się do 6th street, gdzie to znajdują się sławne na całe miasteczko graffitti.

SONY DSC

SONY DSC

Cała alejka a w zasadzie budynki przy niej stojące pokryte są od stóp do głów malowidłami w stylach różnych….

SONY DSC

robimy kilka fotek i prechodzimy dalej z powrotem do Main street obok sławnego strażackiego browaru (Firehouse Brewing Company).

SONY DSC

Kiedy już dochodzimy do długowyczekiwanej atrakcji a mianowicie miejskich fontanien czyli „sprinklers” tu już naszego Młodego Gniewnego powstrzymać się nie da. Jak burza wpada pod tryskające strugi wody i piszcząc z radości zaczyna ochlapywać siebie i innych wodą.

SONY DSC

Przyjemność na pewno to wielką, zważywszy na temperaturę powietrza, która oscyluje w granicach 35°C. Woda jest lodowata bo po jakis 15 minutach nasz Młodziak trzęsie się cały z zimna, a jego usta stają się sine. Znak to aby wydobyć go z tego miejsca jak najszybciej i zaprowadzić do auta co okazuje się bardzo trudną walką ….. jakoś udaje się go w końcu odciągnać od wody, oczywiście za pomocą przekupstwa. Miejscówka ogólnie świetnie przystosowana do spędzenia miłego popołudnia – dookoła fontanieniek porozstawiane są stoliki z parasolami dla rodziców nadzoruących swoje pociechy. Za fontannami mały amfiteatr, w którym odbywają się koncerty i inne wydarzenia, tuż obok „eleganckie” publiczne toalety. Zbieramy się, myśląc już tylko o jaknajszybszym opuszczeniu miasta i pędzimy Nemo Road (CR234) w poszukiwaniu noclegu. Zaraz po opuszczeniu Rapid City wkraczamy w krainę górską i wszechobecną soczystą zieleń drzew. Droga jest bardzo malownicza. Za miasteczkiem Nemo skręcamy na Boxelder Forks Campground ($16/noc, prysznicy brak) i wybieramy najlepsze miejsce (nr 13) na rozbicie obozowiska.

SONY DSC

Mundek bierze orzeźwiającą kąpiel w rzece a ja z Jankiem zbieramy drewno na ognicho. Smażymy „polish saussage”, która nie ma niestety wiele wspólnego z jakąkolwiek polską kiełbasą, a jest czymś pomiędzy zmielonym na miał serdelkiem a dziwnie pachnącą mortadelą….

Dzień 7

Po śniadaniu ruszamy dalej na północ drogą CR26 w kierunku amerykańskiej stolicy Harlejowców czyli Sturgis.

SONY DSC

Miasto poza kilkoma klimatycznymi barami nie oferuje nic nadzwyczajnego. Robimy sobie kilka pamiątkowych fotek na rozklekotanych lub prowizorycznych motorach stojących przed kajpami i suniemy dalej na autostradę w kierunku Spearfish.

SONY DSC

Kierowani przez GPS-a trafiamy w końcu po okrężnej drodze do Termesphere Gallery (1920 Christensen Drive, Spearfish; wejście bezpłatne; czynne pon-pt 9-5pm, ndz 12-5pm; można fotografować), która ku naszej rozpaczy jest chwilowo zamknięta ale kartka na drzwiach informuje nas, że za 3 godzinki ktoś tu jednak wróci i otworzy wrota galerii dla zwiedzających.

SONY DSC

Właścicielem i twórcą tej galerii jest Dick Termes – światowej sławy artysta malujący w trójwymiarze (6-punktowa perspektywa). Nie pozostaje nam nic innego jak pojechać do następnego punktu wycieczki czyli D.C. Booth Historic National Fish Hatchery (423 Hatchery Cir, Spearfish; wstęp bezpłatny; czynne odświtu do zmierzchu).

dsc00808_1.jpg

Miejscówka pierwszorzędna jeśli chodzi o miłe spędzenie czasu z dzieciakami. Janek dokarmia oczywiscie pstrągi, których jest tu znacznie więcej niż wody w której pływają…..

dsc00811_1.jpg

odwiedzamy stary „Railcar” w ktorym mieści się obecnie muzeum, a „pan konduktor” opowiada historię związaną z tymże wagonem i pokazuje nam wszystkie urządzenia i przedziały. W wagonie tym do roku 1920 rozwożone były ryby do zarybiania pobliskich jezior, i z informacji, które podał nam przewodnik tym wagonem przewieźli aż 72 miliardy tychże rybek. Po 2 godzinach czas wreszcie wrócić do galerii Termesphere. Pan artysta Dick Termes zamieszkuje tutaj w domu w kształcie kopuły i róznież jego galeria i wiekszość jego dzieł jest kulistych.

SONY DSC

SONY DSC

DSC00849sSpędzamy tu małą chwilkę i uciekamy na Spearfish Canyon Scenic Byway (droga nr 14) – jedną z bardziej spektakularnych tras w Black Hills. Pierwszą „petardą” (po przejechaniu 6 mil od Spearfish) jest 20-sto metrowej wysokości wodospad Bridal Veil spływający wąską smugą do potoku Spearfish.

SONY DSC

Wodospad jest widoczny z drogi a po wschodniej stronie jest umiejscowiony punkt widokowy dla chcących go sfotografować.

DSC00876h

Kilka mil dalej zatrzymujemy się na przydrożnym parkingu w celu uspokojenia i nakarmienia płaczącej w niebogłosy Basi, a chłopaki korzystając z okazji pluskają się w rzece. Zaraz za miejscowością Savoy skręcamy w prawo i zatrzymujemy się na Roughlock Falls Picnic Area. Wiedzie stąd 1-milowy szlak a w zasadzie wybetonowana droga prowadząca do spektakularnych wodospadów.

DSC00912f

Są 3 punkty widokowe ale najpiekniejszy znajduje się na samym dole, gdzie spędzamy najwięcej czasu.

SONY DSC

SONY DSC

Wdrapawszy się z powrotem po stromej ścieżce na parking postanawiamy udać się niezwłocznie na pobliski kemping o wdzięcznej nazwie „Rod and Gun” (7 miejsc, woda, $16/noc), gdzie rozpalamy wielkie ognisko i wcinamy na kolację kaszę jeczmienną z sosem kurkowym (mniam!). Kemping jest położony w miejscu, gdzie 24 lata temu kręcono „Tańczący z wilkami”.

SONY DSC

Siedząc przy ognisku patrzymy w rozgwieżdżone niebo i opowiadamy Jasiowi leśne bajki o potworach.

Noc 8/9

I tego się nie spodziewialiśmy …. chrup chrup chrup….. o 3 nad ranem budzi nas czyjeś chrupanie…. chrup ….. no to mamy pasażera na gapę…. Odkrywamy, że potwór dorwał się do naszego chrupkiego pieczywa znajdującego się w jednej z szuflad…. i do tego pożarł jeszcze najlepsze na świecie migdałowe batoniki … Oczywiście jak tylko zapaliliśmy światło chrupanie ustało a potwór zaszył się gdzieś w zakamarkach szafek….. Nie sposób było go zlokalizować. Wracamy więc do łóżek i zapadamy w czujny detektywistyczny sen.

Dzień 8

Wstajemy bardzo rano i od razu po błyskawicznym śniadaniu ruszamy z powrotem do drogi nr 14 – parkujemy przy Latchstring Restaurant w zasadzie nad samym wodospadem Little Spearfish. Ruszamy wzdłuż drogi w kierunku szlaku, ale tu spotyka nas niemiła niespodzianka: Napis – „Trail Closed” jednoznacznie dawał do zrozumienia, że iść dalej nie możemy. Czego jednak się nie robi trzymajac się zasady  „Jest ryzyko jest zabawa” – ruszamy więc spokojnie dalej rozglądając się bacznie dookoła i szukając jakiejkolwiek przyczyny zamknięcia szlaku. Przed nami pojawia się wąski most, którego metalowa konstrukcja wydawała się nam całkiem solidna, mimo wszystko Mundi jako  pierwszy udaje się po nim w celu sprawdzenia jego wytrzymałości. Po wykonaniu testu wraca po resztę brygady i już w czwórkę, kroczek po kroczku przechodzimy na drugą stronę rzeki. Dla mnie takie przejścia wiążą się z dodatkowym stresem spowodowanym lękiem wysokości, a wysokości były naprawdę pokaźne. „Z nożem na gardle” patrząc przed siebie …a nie na stopy, pod którymi poprzez wielkie dziury widać było tylko przepaść i kłębiącą się wodę, przedostaje sie na drugą stronę ….. i szybko uciekam wgłąb lasu. Za kilka kroków dochodzimy do miejsca widokowego – a widok ten jest niesamowity – stoimy u podnuża wodospadu czując dosłownie jego silny podmuch a wraz z nim dość intensywną mgiełkę wody na sobie.

SONY DSC

Nacieszywszy się widokiem ruszyliśmy dalej ścieżką po szlaku i udało nam się przejść w zasadzie kilkaset metrów bo drogę zagrodził nam szlaban z informacją o zamknięciu z powodu urwanego mostu. Zawracamy i znowu z sercem w gardle pokonujemy żelazny most prowadzący do parkingu.

SONY DSC
Whitetail Creek – widok z drogi 85

Dalej 14-tką i 85-tką suniemy do Lead – miasteczka słynącego z największych i najgłębszych (ponad 2,500 metrów!) i najbardziej produktywnych kopalni złota na północnej półkuli. Według przewodnika w ciągu całego okresu działalności tutejszych kopalń wydobyto tu 40 milionów uncji (1,25 mnl kg) tego kruścu. Miasteczko położone jest na stromych wzgórzach więc z wielkim wysiłkiem forsując do granic wytrzymałości nasz wehikół pokonujemy kolejne wzniesienia, dodatkowo zmagając się z utrudnieniami związanymi z robotami drogowymi pokrywającymi dosłownie całe „downtown”. (Miasto zapada się z powodu licznych pokopalnianych tuneli znajdujących się pod jego centrum). Generalnie poza szybkim wyskokiem do Visitor Center (160 W Main St) i  „looknięciem” na ziejącą z ziemi dziurę pokopalnianą  (open cut) nie zatrzymujemy się na dłużej w miasteczku i zjeżdżamy do Deadwood. Parkujemy przed Visitor Center (767 main Street, parking $0,25 za pół h) i udajemy się na podbijanie dzikiego zachodu.

SONY DSC

Pierwsze kroki kierujemy do „Saloon nr 10”, gdzie odbywa się inscenizowana strzelanina, bacznie obserwowana przez dziesiątki turystów. Basia nie wytrzymuje jednak tego napięcia i zaczyna nerwowo płakać niezadowolona z przebiegu sprawy, co powoduje, że musimy sie wycofać wgłąb lokalu. Basia w ciagu kilku chwil zmienia przeraźliwy płacz w promienny uśmiech, którym zdobywa serce lokalnego żulika, sączącego drinka przy barze. W ciagu kilku chwil z powodu braku innego towarzystwa, deadwood’owski żulek staje się naszym najlepszym fumflem i z dumą przyznaje, że jego matka była polką, ale niestety nie nauczyła go mówić po polsku. Jedyne co przechodzi mu przez zachrypnięte gardło to „na sdrofie” i „jak se mas?” …..i na tym punkcie kończymy w zasadzie konwersacje z panem, bo z tłumu wyłania się Mundek z Jasiem. Opuszczamy świątynię rospusty i udajemy się w kierunku hotelu Hampton Inn, przed którym ma odbyć się kolejne przedstawienie grane przez lokalnych aktorów upodobniających się do rzezimieszków z czasów gorączki złota.

SONY DSC

dsc01029.jpg

Miejscówka na przestawienie okazuje się mierna, gra aktorów też jakaś taka miałka i nudna. Troszkę zniesmaczeni wracamy do centrum Deadood i wałęsamy się zaglądając przy okazji do kilku sklepików (i na obiecane –  za dobre zachowanie  – lody dla Jasia).  W Lucky Nugget Gambling Hall (622 Main street) a w zasadzie dokładnie w piwnicy pod nim mieści się makieta kolejowa Deadwood (wejście bezpłatnie) – warto zajrzeć choćby na chwilkę i docenić starania jej twórcy.

SONY DSC

Janka nie można dosłownie oderwać od szyby wystawowej – przylepiony do niej z wywieszonym językiem chłonie każdy ruch lokomotywy ciągnącej ciężkie wagony towarowe oraz każdy misternie wykonany szczegół zatapiając się myślami w świecie makiety kolejowej.

SONY DSCSONY DSC

Po opuszczeniu Deadwood jedziemy 385-tką na południowy wschód mijając co chwila bardzo komercyjne kempingi, pensjonaty, stragany z lokalnym badziewiem i inne tego typu miejsca, które jednoznacznie wskazują na przybliżanie się do najbardziej rozpoznawalnej w Południowej Dakocie atrakcji – Mount Rushmore, do której każdy odwiedzający ten stan człowiek zajechać poprostu „musi”. Dzień miał się już ku końcowi więc zaczęliśmy rozglądać się za noclegiem. Zajeżdżamy do Sheridan Lake Recreation Area i wypełniony po brzegi kemping ($24/noc, prysznicy brak)  i po przejecaniu jego „uliczek”, zniesmaczeni panującym tu klimatem opuszczamy czym prędzej i cofamy się nieco na północ w kierunku rezerwuaru Pactola (droga 258). Tutejszy  kemping Pactola jest wypełniony po brzegi, więc jedyną opcją jest odbicie w szutową dróżkę nr 253 w kierunku Bear Gulch Campground. Tocząc się 6 mil spąglądamy na boki w celu znalezienia ewentualnego miejsca na nocleg.  Kiedy już docieramy na miejsce oczom naszym ukazuje się straszne pobojowisko a raczej wysypisko – sterty worków ze śmierdzącymi odpadkami, a nad nimi unoszące się stado much i do tego jeszcze odrażający odór …. Niestety wszystkie 6 miejsc jest zajęte – ktoś z „mieszkańców” nas informuje, że cały kemping jest zarezerwowany z powodu jakiegoś ichniego „familly reunion”…. Cóż i tak byśmy tu pewnie nie zostali….. cofamy się więc do wcześniej upatrzonego miejsca około 1 mili od kempingu i tu rozbijamy obóz. Miejsce wspaniałe, na polance, otoczonej wysokimi sosnami jest o wiele ciekawszą alternatywą niż wszystkie inne opcje dzisiejszych poszukiwań.

SONY DSCJanek skacze z tatą pomoczyć nogi w potoku, a ja z Basią zaczynamy śpiewać kołysanki. Zupełnie wypadł nam z głowy nocny nalot intruza myszowatego… dopiero teraz gdy zapadł zmrok… koszmarna myśl o potworze powróciła. Jutro musimy poszukać jakiegoś sklepu z pułapkami na myszy.

Dzień 9

Rano robimy sobie krótki spacerek po okolicznej łące…..pełnej kwiatów i ….ostów.

DSC01072s

SONY DSC

Po wydostaniu się z głuszy dobijamy do 385-tki i po krótkim postoju na parkingu przed Winiarnią Praire Berry (23837 U.S. 385 Hill City), która okazuje sie niestety jeszcze zamknięta ruszamy do Hill City, słynącego z kolei parowej The Train 1880, która przewowozi już teraz tylko turystów. Po zaparkowaniu biegiem ruszamy na stację kolejową (222 Railroad Ave) bo według naszych informacji za chwilę odjeżdża pociąg. Lokomotywa właśnie „nabierała wody” i za minut kilka pan kolejarz daje znak do odjazdu.

 

dsc01143.jpg

Z wielkim gwizdem i tumanami czarnej pary lokomotywa wytacza się w kierunku Keystone.

SONY DSC

A my ruszamy do centrum miasteczka kierując kroki do restauracji Bumpin Buffalo Bar & Grill (245 Main Street), gdzie według naszego przewodnika model pociągu nieustanie krąży wokół jedzących hotdogi klientów. Jak się okazje pociąg rzeczywiście kiedyś jeździł, ale lat ponad 10 temu się zepsuł i nikt od tantej pory nie wziął się za jego zreperowanie….. cóż najbardziej zasmuciło to naszego młodego fascynata kolei….. ale na pocieszenie i otarcie łez zabieramy go na obiecane lody, na które zasłużył swoim prawie „wzorowym” zachowaniem (Bar Dairy Queen, wielkie waniliowe kręcone lody $3).

DSC01233d

Po krótkim spacerze zasiadamy do swojej ukochanej bryki i przemieszczamy się kilka mil dalej na północ do miejsca, gdzie obdywał się Festiwal Drwali. (Po drodze wskasujemy tylko do sklepu rolniczego po pułapki na myszy!!! Bo nasz sublokator znowu poskubywał chrupki chlebek w nocy…)

SONY DSC

Na festiwalu w zasadzie nie działo się nic nadzwyczaj interesującego – drwale ścinali ustawione kłody na czas, ludzie bili brawo, dzieci zajadały się śmieciowym fastfood’owym żarciem, komentator gadał przez megafon podając czas ścięcia kolejnej kłody, a my włóczyliśmy się bez celu. Jedyną atrakcją dla nas a w zasadzie dla Janka okazała sie konkurencja wyszperowywania dwudziestopięcio-centówek w trocinach. Dzieciaki tarzając się w drzewnych wiórach nurkowały w poszukiwaniu monet. Janek z dumą przyniósł nam 1 pieniążek i po tej konkurencji opuszczamy festiwal widząc w oddali pędzącą lokomotywę, którą postanawiamy gonić.

SONY DSC

Wskakujemy do auta i ruszamy pędem drogą nr CR C323 (a w zasadzie dróżką) która co chwilę przecina tory kolejowe po których pędzi ziejąca parą lokomotywa z wypełnionymi po brzegi turystami wagonikach.

SONY DSC

Pogoń okazuje się jedną z ciekawszych atrakcji naszej wycieczki. Maszynista nieustannie do nas trąbi, turyści machają, Janek się cieszy przylepiony do szyby samochodu i również macha do turystów w pociągu. Trasa jest niezwykle malownicza i w ogóle nieuczęszczana więc „mamy” pociąg w stu procentach dla siebie…..

SONY DSC

Jak tylko doraliśmy do Keystone pobiegliśmy jeszcze na dworzec kolejowy by ostatni raz pomacać panu maszyniście już razem z setką innych gapiów.

SONY DSC

Przejazd takim pociągiem kosztuje $24 w jedną stronę i odbywa się w sezonie letnim 5 razy dziennie (7.30am, 10am, 1.15pm, 3.45pm, 6.45pm wyjazd z Hill City). Miasteczko Keystone to malutka przyjazna mieścinka nastawiona oczywiście na turystów i ich portfele.Spotykamy tu też dużo entuzjastów starych samochodów……

SONY DSC

SONY DSC

SONY DSC

Ponieważ nadciąga wielka burza uciekamy, zresztą  w ostatniej chwili do auta, gdzie w spokoju obserwujemy jak w przeciągu dosłownie kilku minut ulice zamieniają się w rwące potoki a na szybę lecą nam z wielkim łomotem kule gradowe. W ciagu następnych kilku minut stan wody w rzece podnosi się do miejsca, z ktorego wylewa sie już poza jego koryto. Nie czekając na poprawę pogody jedziemy na małą przejażdżkę do kolejnej atrakcji –  Black Hills Glass Blowers oferującej bezpłatne pokazy wydmuchiwnia szkła (909 Old Hill City Rd, czynne 9-5pm, ndz 11-5pm; zakaz fotografowania). Gościu-artysta dmuchał właśnie łabędzie i do ich środka wlewał niebieski płyn, potem to „zalepiając”. Dla kogoś kto lubi takie pierdułki nie lada atrakcja….. (w sklepie pełno jest wszelakiego rodzaju figurek, dzbanuszków, kwiatuszów itp). 244-ką dojeżdżamy do Mount Rushmore National Monument (13000 Hwy 244; czynne 8am-10pm, parking$11). Wstęp jest generalnie bezpłatny ale trzeba zapłacić $11 za parking, bo zaparkować gdzie indziej i tak się  nie da. (bilet na parkowanie jest ważny do końca roku kalendarzowego, ale tylko na samochód, którym wjeżdżamy w chwili jego zakupienia). Przed wyjściem zastawiamy sidła na mysz przytwierdzając mocno ser do pułapki. Oby się złapała!!! Zwiedzanie zaczynamy omijając oblegane przez tłumy główne wejście i kierujemy się na wybetonowaną ścieżkę (Nature Trail),

SONY DSC

prowadzącą do Sculptor’s Studio, które akurat zamykają, więc szybkim przelotem przechodzimy przez jego wnętrze niewczytując się dogłębnie w tablice informacyjne. Potem dźwigając wózek (a w nim księżniczkę Basię oczywiście) wtachujemy się mozolnie po 421 schodach by dotrzeć w końcu do najbardziej spektakularnego widoku na Prezydenckie głowy (do którego dotarlibyśmy tocząc wózek po chodniku od strony głównego wejścia!!!).

SONY DSC

Zaglądamy jeszcze na chwilkę do Visior Center i teatru, gdzie odbywają się projekcje filmu dokumentalnego o budowie i historii tego pomnika. Nastepnie z wymęczoną Basią zmykam czym prędzej do auta by położyć ją spać i oczywiście sprawdzić, czy zdobycz złapała się na nasze sidła. Niestety jednak pułapka pozostawała w identycznym położeniu jak ją zostawiliśmy 3 godziny temu. (Jak się okazało po czasie …. myszowata się wyprowadziła i już nigdy o niej nie usłyszeliśmy). Z ciekawostek jakie znaleźliśmy w przewodniku o trwającym 14 lat (1927–1941) „projekcie rzeźbiarskim” to to, że brało w nim udział 400 robotników, którzy stworzyli szerokie na 56 metrów i wysokie na 18 metrów dzieło, przy którym nikt o dziwo nie zginął… co na tamte czasy było wręcz niewarygodne. W ekstremalnie twardym granicie rzeźbli oni za pomocą dynamitu i młotów pneumatycznych, zawieszeni w prymitywnych wagonikach przymocowanych linami do skały. Smutną częścią tej historii jest to, że góra ta należała do świętych miejsc plemienia Dakotów i została im, jak wiele innych terenów, bezprawnie odebrana m. in. w celu „przyciągnięcia jak największej liczby turystów” do stanu. Nie dość, że zabrali Indianom ich własność to jeszcze utworzyli z niej symbol amerykańskiej demokracji i wolności. Paradoksalne ale prawdziwe. Codziennie o godzinie 9pm odbywa się w amfiteatrze odśpiewanie hymnu amerykańskego i podświetlenie prezydenckich głów, na które to widowisko walą tłumnie turyści.

SONY DSC

Janek i tata też walą razem z turystami i wracają dopiero po 10pm kiedy my już z Basią smacznie śpimy. Ponieważ nie ma już czasu na znalezienie jakiegoś kempingu wyjeżdżamy drogą 244 na zachód i zatrzymujemy się po prawej stronie drogi w zatoczce zaraz za tablicą informującą, że wjeżdżamy do Black Hills National Forest. Razem z nami nocują tam też skałkowicze ….. na niedalekich skałkach.

Dzień 10

Rano decydujemy, że wstąpimy jeszcze na chwilkę do Mount Rushmore NM na szybką fotkę w świetle poranka. Jadąc w jego kierunku ujrzeliśmy przy drodze pasące się stado Kóz Śnieżnych (Mountain Goats) sztuk 10.

SONY DSC

Oczywiście zatrzymaliśmy wóz i ruszyliśmy pędem z aparatem na spotkanie z nimi. Najsłodsze były koźlątka, których uszy ledwo wystawały z wysokich traw.

SONY DSC

Za chwilę już na poboczu stało 15 innych aut i zdenerwowane tym faktem kozy powędrowaly sobie w głąb lasu.

SONY DSC

Zbieramy się więc i my i na wczorajszym bilecie parkingowym wjeżdżamy do monumentu.

DSC01555a

Po krótkim spacerze na taras widokowy i pstrknięciu kilku oklepanych fotek jedziemy już zakręconą 16-ką czyli Iron Mountain Highway w kierunku Custer State Park.

SONY DSCNiesamowicie spektakularna trasa prowadzi nas przez tunele wydrążone w skałach, (w których na szczęście się mieścimy)  DSC01636g

i drogi – serpentyny wijące się wśród soczystych traw i pachnących iglaków.

SONY DSC

SONY DSC

SONY DSC

Wjeżdżamy w końcu do parku ($15/auto – bilet ważny 7 dni) i pierwszy postój robimy sobie przy Game Lodge, gdzie wskakujemy na chwilkę zobaczyć wnętrze „schroniska” i skorzystać z cywilizowanej łazienki. W w barze siedzi grupka chińczyków oglądająca finałowy mecz mistrzostw świata w piłce nożnej (Niemcy – Argentyna) nie wykazując przy tym żadnych emocji [?!]. Cóż z dzieciakami i tak nie mamy szansy obejrzeć widowiska więc jedziemy bezpośrednio do Visitor Center, w którym akurat rozpoczyna się pogadanka o bizonach. Po zaopatrzeniu się w kilka niezbędnych (bezpłatnych) map terenu podjeżdżamy dosłownie pół mili do wyjścia na szlak Lover’s Leap Trail (długość 3.5 mile). Przy wejściu na szlak znajduje się tablica z bardzo ważną informacją o tym, że końcowa część  szlaku gęsto porośnięta jest „Poison Ivy” czyli trującym bluszczem, który powoduje groźne poparzenia skóry, więc nie zastanawiając się długo cofamy się do auta i pomimo strasznego upału zmieniamy krótkie spodenki na długie portki. Teraz już w bezpiecznym umundurowaniu ruszamy stromym podejściem w górę.

SONY DSC

Podejście jest naprawdę wyczerpujące ale po dotarciu do przełęczy idziemy już prawie po płaskim terenie aż do punktu widokowego.

SONY DSC

Generalnie a szlaku poza jedną grupką ludzi (w krótkich spodenkach….więc chyba nie przeczytali informacji o poison ivy) nie spotykamy nikogo. Po zdobyciu „szczytu” łagodnie schodzimy w dół aż do doliny rzeki, gdzie to właśnie występują w dość gęstym rozmieszczeniu trujące bluszcze porastające brzegi potoku.

SONY DSC

Miejscami musimy nawet przedzierać się przez gęstwiny z Jaśkiem na rękach bo obawiamy się o to by się nie poparzył trującymi roślinami. Basia ulokowana wygodnie w plecaku-nosidełku spogląda w spokoju na otaczającą ją przyrodę. Szlak dochodzi w końcu do „16-tki” i dalej już (około 1 mili) musimy iść poboczem. Wyczerpani dosłownie padamy…..  jest już niestety za późno, by wziąść udział w „wildlife loop caravan” prowadonym przez wolontariuszy rangerów (bezpłatna wycieczka). Wycieczka ta polega na jechaniu własnym autem za samochodem pilotem, który zatrzymuje się w miejscach gdzie można obserwować wolnopasące się bizony (przy okazji pan wolontariusz opowiada ciekawe historie). Trzeba dodać, że bizony biegają sobie po parku swobodnie, a ich ilość szacowana jest na około 1300 sztuk. W poszukiwaniu noclegu a zarazem wiedzeni chęcią spotkania jakieś dzikiej zwierzyny zjeżdżamy z głównej drogi parkowej (Wildlife Loop Road) na zachód w szutrową 8-kę (Barnes Canyon Road). Mijamy miejsca, gdzie bizony wyraźnie zaznaczyły swoją obecność, ale żadnego osobnika nie udaje nam się spotkać (widzimy tylko 3 sarny). Mimo tego droga, którą wybraliśmy jest przespektakularna i na pewno godna polecenia. Przejeżdżamy obok Bagder Hole (dom należący do nieżyjącego już poety Charlesa Badgera Clarka) i zatrzymujemy się przy Legion Lake na parkingu skąd mamy idealny widok na rybaków (i rybaczki) moczących kije w jeziorku. Korzystając z tego, że za rogiem znajduje się kemping (Legion lake Campground  $21/noc) (niestety wypełniony po brzegi) bierzemy gorący prysznic (bezpłatnie) i już w zupełnych ciemnościach, pokonując niezliczone zakręty (drogą 16A) docieramy z powrotem do Game Lodge, przy którym parkujemy i zapadamy w zasłużony sen.

Dzień 11

Wstajemy o poranku i oczom naszym ukazuje się truchtający obok naszego auta bizon!!!….

SONY DSC

tak po prostu sobie idzie jakby nigdy nic…… a wczoraj cały dzień spędziliśmy na wypatrywaniu i nie wypatrzyliśmy żadnego okazu.

SONY DSC

Dziś sam nas znalazł……. i w całej okazałości przeszedł obok nas niemalże ocierając się o maskę naszej toyoty. Pełni nadziei na zobaczenie całego stada jedziemy szybko pod Peter Norbeck Visitor Center, skąd rusza o godzinie 9am wycieczka (jak się okazuje jesteśmy jedynymi jej uczestnikami). Prowadzeni przez pana Hawarda jedziemy wolniutko do pierwszego punktu „widokowego” znajdującego się tuż na początku Wildlife Loop Road, a dokładnie przy „dump station” a oczom naszym ukazują się dziesiątki bizonów i bizoników spacerujących swobodnie pomiędzy autami, domkami kempingowymi, część z nich wyleguje się wręcz perfidnie przed czyimś namiotem….. ???!!!.

SONY DSC

Bizony mają to do siebie, że robią co chcą i chodzą gdzie im się podoba…. w końcu są u siebie i mają do tego prawo….

SONY DSC

Ale trzeba uważać bo pomimo, że nie są to z reguły zwierzęta agresywne…. dzwięk klaksonu na przykład może je wyprowadzić z równowagi…. a następstwem tego może być ztaranowanie samochodu, w którym przebywamy.

SONY DSC

Wystarczy sobie obejrzeć na youtube jak wygląda spotkanie z bizonem w parku stanowym Custer (lub np. Yellowstone NP) i od razu odechce się komuś wygłupów. Ponieważ bizony zmierzają w naszym kierunku odjeżdżamy dalej do nastepnego punktu widokowego …na bizony.

SONY DSC

Tym razem stado może około setki pasie się w dalszej odległości i sokojnie możemy wyjść z auta, żeby na nie popatrzeć. Następnym punktem jest „preria” i kilka historii o kręconych tu filmach (np. „National Treasure” z Nicolasem Cage’m) oraz miasteczko piesków preriowych. Odwiedzamy też miejsce, gdzie odbywa się coroczny „Roundup” czyli spęd bizonów w celu ich sprzedaży. Kowboje na koniach (i w pickup’ach) zapędzają tu wszystkie bizony by je zbadać, zaszczepić i w końcu wybrać około 300 sztuk na licytację, a zebrane pieniądze zasilają budżet parku stanowego. Co roku we wrześniu można tu przyjechać i bezpłatnie wziąść udział w tym widowisku. Ostatnim postojem jest „ośli przystanek” i polega na wyjęciu worka marchewek z lodówki i karmieniu tychże zwierzatek pasących się przy drodze.

SONY DSC

Osiołki – sępy jak tylko spostrzegą potencjalnego sponsora od razu przybiegają i łapczywie przeczesują delikwenta od stóp do głów.

SONY DSC

W pewnym momencie zostajemy otoczeni przez całe stado „burros” i jakoże marchewy się już skończyły musimy uciekać ile sił w nogach żeby osły nie zaczęły nas zjadać.

dsc01901.jpg

Po prawie 3 godzinach żegnamy się z naszym przewodnikiem Hawardem i jedziemy dalej Wildlife Loop Road, łaczącej się z drogą 87 i znowu lądujemy nad Legion Lake.

SONY DSC

Po krótkiej naradzie decydujemy się jechać 14 milową Needle Highway, która prowadzi przez tunele znacznie węższe i niższe od tych, które udało nam się przejechać Iron Highway. Według wymiarów jakie podaje przewodnik powinniśmy zmieścić się na styk…. przypomnę, że poruszamy się RV-kiem i nasze gabaryty są dwa razy większe niż samochodu osobowego. Pan Howard powiedział nam, że wczoraj jakiś RV utknął w jednym z tuneli i stworzył przez to gigantyczne korki…. cóż będziemy monitorować sytuację na bieżąco i w razie niebezpieczeństwa wycofamy się…. taki plan właśnie przyjmujemy. Needle Highway jest najbardziej spektakularną drogą w Black Hils i smutno by było się nią nie przejechać.

SONY DSC

Mijamy więc Legion Lake i wskakujemy na 87-kę w kierunku północnym. Po przejechaniu 3 mil odbijamy na chwilkę w Playhouse Road (nr 753) i zajeżdżamy na przecudowny Center lake Campground – miejsce idealne na spędzenie wakacji. (Oczywiście wypełniony po brzegi turystami). Na skrzyżowaniu stoi sobie mały leśny teatrzyk – Black Hills Playhouse – który jest najdłużej działającym profesjonalnym teatrem letnim w USA (od 1946 roku). Dzięki wolontariuszom i licznym sponsorom został odrestaurowany kilka lat temu (za kwotę ponad $500.000) i od czerwca do połowy sierpnia grane są tu sztuki teatralne – dramaty, musicale, komedie – dla każdego coś dobrego….. (jutro np. wystawiana jest sztuka Monty Pythona!). Wracamy do głównej drogi i dalej już serpentynami pniemy się w górę 87-ką.

SONY DSC

Pierwszy tunel okazał się przysłowiowym „piernięciem”, drugi natomiast wywołał w nas lekką panikę. Chcąc nie chcąc stajemy się widowiskiem a skalę lokalną. Ja idąc przez tunel „prowadzę” Mundka – kierowcę starannie oglądając co chwilę wszystkie rogi naszego auta czy przypadkiem nie zahaczają o wystające skały tunelu…..

DSC02054d

na koniec Mundek dostaje gromkie brawa….. Nadmienić należy, że wymiary na znakach informacyjnych (przed wjazdami do tuneli) są podane troszeczkę „na wyrost” i nasz strach był tu zupełnie niepotrzebny. Parkujemy na chwilkę i spacerujemy po „okolicy” spoglądając na przeciskające się przez gardziel auta.

SONY DSC

Jakkoże dzień się nam już kończy zjeżdżamy na do Sylvan Lake w celu „zdobycia” jakiegoś sympatycznego kempingu…. co oczywiście okazuje się niemożliwe. Objeżdżamy teren kempingu dookoła i co prawda znajdujemy jedno wolne miejsce, ale po próbie zamówienia go okazuje się, że już ktoś nas wyprzedził. System jaki obowiązuje w Custer State Park polega na tym, że telefonicznie (specjalne aparaty telefoniczne umieszczone na budynku łazienki) łaczymy się z operatorem – rangerem, który informuje nas czy na danym kempingu są jakieś dostępne miejsca i jeśli takowe się znajdzie to musimy mu podać numer karty kredytowej jako jedyna możliwość płatności. W naszym przypadku jednak zostaje nam znalezienie jakiegoś noclegu na „dziko” co też uczyniamy. Miejscówkę znajdujemy przefantastyczną  – niedaleko wyjścia na szlak „Little Devils Tower”.

SONY DSC

Skręcamy w polną dróżkę z 87-ki i zaszywamy się polance otoczonej wysokimi świerkami. Ogniska co prawda zrobić tu nie możemy, raczymy się więc kiełbaską podgrzną w gorącej wodzie zagryzając pajdą chleba.  O zmroku podchodzą do nas 4 piegowate sarenki dziwiąc się zapewne co na ich terenie robi taki dziwny pojazd….

Dzień 12

Rano po szybkim śniadaniu ruszamy na szlak – Little Devils Tower (długość 3,5 mili). Pierwsza część szlaku jest raczej łagodna i wiedzie przez kwieciste łąki,

SONY DSC

następnie zaczyna się wspinać by ostatecznie w części końcowej dojść do etapu prawdziwej wspinaczki po wysokich, stromych skałach.

SONY DSC

SONY DSC

Wzajemnie się podtrzymując i wciągając docieramy w końcu na sam szczyt, z którego rozpościera się fantastyczna panorama (widać m.in. Harney Peak – nawyższy szczyt w Południowej Dakocie).

DSC02196g

SONY DSC

Widoki zapierają przysłowiowy dech w piersiach.

SONY DSC

Zejście ze szczytu okazuje się znacznie trudniejsze niż wejście i zajmuje nam dużo więcej czasu.

DSC02278g

Schodząc spotykamy dopiero ludzi, którzy nadziwić się nie mogą, jak taki mały brzdąc mógł pokonać taki trudny szlak o własnych nogach (i rękach). Janek na prawdę wykonał kawał dobrej roboty. Każdy, kto przeszedł ten szlak rację przyznać nam musi…..Trochę wymęczeni decydujemy się na jeszcze jeden spacer tym razem dookoła Sylvan Lake (1 mila).

SONY DSC

Pakujemy Basię w wózek i wyruszamy na zatłoczony chodnikowy szlak. Po jeziorku pływają kajaki i rowery wodne, czwórka nastolatków upchana na małym pontonie, aż się prosi, żeby zapaść się do wody…. (swoją drogą nie mam pojęcia jak oni się zmieścili), ktoś skacze ze skały na główkę, ktoś łowi ryby  – ogólnie mówiąc rekreacja kwitnie.

SONY DSC

Idziemy wdłuż brzegu chodniczkiem, który ku naszemu nieszczęściu kończy się wraz z momentem dotarcia do tamy. Tego nie przewidzieliśmy …. przechodzimy przez wąską gardziel taszcząc złożony wózek na plecach i schodkami dochodzimy do rozgałęzienia z innym szlakiem …

DSC02322d

my natomiast zupełnie nieprzygotowani do panujących tu warunków  pakujemy z powrotem Basię do wózka i co chwila wdrapując się na skałki taszczymy go do góry….będąc zapewne pośmiewiskiem wszystkich mijających nas ludzi. W końcu dochodzimy do miejsca gdzie wózek toczony być już może i dalszą część szlaku pokonujemy już z przyjemnością.

SONY DSC

Jeziorko jest bardzo  spektakularne, a otaczające go skałki w kształcie bobków dodają mu niesamowitego klimatu.

SONY DSC

W związku z tym, że ulubionym zajęciem Janka stało się w tym właśnie momencie grzebanie patykiem w piasku na plaży rozdzielamy się i część damska udaje się do samochodu na drzemkę. Część męska rodziny grzebie  więc razem w piachu przez najbliższą godzinę i rozwijając tą pasję zaczyna nawet budować zamek za pomocą wyciągniętej z plecaka koparki. Chłopaki nawet próbują skorzystać z kąpieli wodnej ale po zanurzeniu stóp szybko zmieniają plany. Woda górskiego jeziora jest lodowata i z podziwem patrzą tylko na pływających nastolatków – twardzieli …. wracając do grzebania w piasku. Po skończonej zabawie chłopaków i zarazem drzemce Basi podjeżdżamy spowrotem na Sylvan lake Campground by skorzystać z zasłużonego gorącego prysznica. Zaraz po nim wyruszamy w kierunku Custer obierając drogę nr 87 (w kierunku północnym) biegnącą przez tunel (ostatni potrzebny do naszej kolekcji tuneli).

SONY DSC

Droga okazuje się niezwykle widowiskowa, pełna serpentynowych zakrętów i widoków gór.

SONY DSC

Skręcamy w 385-tkę biegnącą na południe i jadąc nią „rzucamy okiem” na Creazy Horse Memorial (wjazd jest tak skonstruowany, że nie można się wycofać i lub zakręcić) (bilet kosztuje $28 za auto lub $11 za osobę).

KONICA MINOLTA DIGITAL CAMERA
Creazy Horse Memorial

W Custer tankujemy i drogą nr 16 odbijamy na zachód w celu znalezienia noclegu, który planujemy na Comanche Park Coumpground. Ale rezygnujemy z tego pomysłu bo jest już bardzo późno i nie zamierzamy już rozpalać ogniska, a za kilkugodzinny parking na kempingu płacić nam się nie uśmiecha. Znajdujemy jakąś boczną drogę milę czy dwie na zachód i tam „padamy” na odpoczynek.

Dzień 13

Budzi nas dźwięk uruchamiania koparki, obok której zaparkowaliśmy wczoraj w nocy (myśleliśmy, że jest to stara, porzucona koparka, która czeka tylko na powolną śmierć poprzez zardzewienie i zarośnięcie roślinnością). Pan operator podjechał tu swoim pick-upem, wysiadł, przemknął  poprzez wysokie trawy do koparki, następnie ją uruchomił, podjechał nią do pick-upa i zaparkował obok nas. (w tym momencie wydawało nam się przez chwilę, że pan chce nas zepchnąć tą koparką z drogi…..) Następnie za pomocą jakiś magicznych czynności podpiął auto do koparki i odjechał w siną dal (z tym podpiętym pickupem oczywiście), machając nam przyjaźnie na pożegnanie. Jasio nie mógł uwierzyć w to co zobaczył. Zjadamy szybko poranną owsiankę i ruszamy w kierunku Jewel Cave National Monument (Scenic Tour $12/osoba dorosła, dzieci – wstęp bezpłatny). Jeszcze przed parkiem droga asfaltowa kończy się i brniemy po jakiś wykopaliskach…. doświadczamy koszmaru robót drogowych w pełnej okazałości. Ruch jest wahadłowy a więc musimy czekać w nieskończoność aż kolumna samochodów z przeciwnego kierunku skończy swój przejazd. Spędzamy na tej drodze chyba z godzinę. Docieramy na parking Jewel Cave chwilę przed 9am i ku naszemu zdziwieniu poza naszym autem jest tylko 4 inne pojazdy. Delegacja mama plus Janek udaje się na penetrację jaskini, a tato z Basią zostają w RV-iku. Przewodniczka po jaskini okazuje się, mówiąc krótko, beznadziejna. Nie można spokojnie zrobić zdjęcia, bo się pani bardzo gdzieś śpieszy.

SONY DSC

Robi postoje w najmniej ciekawych miejscach, a tam gdzie z kolei stawaliśmy i słuchaliśmy jej opowiadań, które bełkotała, trajkotała lub jak kto woli recytowała jak nakręcona…..nie było ciekawych widoków. Zepsuła ta pani nam całą wycieczkę tym swoim międzleniem i poganianiem. Jaskinia i jej formy nie były powalające na kolana i generalnie można było sobie tą wycieczkę darować.

SONY DSC

Przemieszczamy się do punktu Historic Area, gdzie znajduje się historyczne wejście do jaskini – w zasadzie miejsce, gdzie Jewel Cave została odkryta ponad sto lat temu.

SONY DSC
„historyczne” wejście do jaskini Jawel Cave

SONY DSC

Piknikujemy trochę przy stoliku wsuwając śledzia z puszki i ruszamy dalej wlokąc się remontowaną 16-tką znowu w kierunku Custer (na wschód). Przed miasteczkiem zatrzymujemy się na chwilkę w Four Mile Old West Town (bilet $5/osoba) – komercyjnym mini skansenie pełnym starych gratów na sprzedaż, ale Janek nie daje się namówić na wejście do środka, skrzecząc tylko o obiecanej niespodziance w postaci lodów. I oczywiście jak tylko dojeżdżamy do Custer wrzeszy już jak opętany, nie pozostaje nam więc nic innego jak dotrzymanie obietnicy i wizyta w lodziarni. Pomimo, że kupujemy średnie porcje, ledwo udaje nam sie je zjeść…. za to Janek nie poddał się i z honorem wpałaszował wszystko do końca, bez mrógnięcia okiem. Spacerujemy sobie z tymi lodami po miasteczku zaglądając do starej siedziby sądu –  Court House, za którym znajdują się powozy i karety oraz urządzenia rolnicze z XIX wieku  – taki mini skansen. Przesłodzeni lodami wracamy z niesmakiem do samochodu i ruszamy dalej na wschód 16-tką zatarzymując się w Gordon Stockage Historic Fort (wjazd bezpłatny).

SONY DSC

Mały fort, ulokowany na zachodnim brzegu jeziorka Stockage, składa się z 3 oryginalnych kabinek i kilku innych wystylizowanych na ich wzór wiernych kopi, a wszystko otoczone jest płotem z drewnianych bali.

SONY DSC

Zajeżdżamy szutrową drogą na drugą stronę jeziorka, gdzie kilku rybaków moczy kije w nadziei na wyłowienie pstrąga i ponieważ droga niespodziewanie kończy się musimy zawracać. Jakoże do wieczora jeszcze daleko nie zostajemy tu na dłużej, ale notujemy w pamięci, że miejsce to idealnie nadaje się na nocleg. Jadąc dalej na wschód zaglądamy na chwilkę nad Bismark Lake, (nie należące już do Custer State Park, obowiązuje tu dodatkowa opłata za wjazd – tzw. day use) i przy Legion Lake skręcamy na południe w 87-kę w kierunku Wind Cave National Park. Zaraz za zakrętem znajduje się wjazd na Mount Cooldge (1836 m. n. p. m.) – górę, na której umiejscowieone są liczne anteny telewizyjne i radiowe a także znakomity punkt obserwacyjny dający panoramiczny widok 360 stopni.

SONY DSC
Widok z Mount Cooldge

Wjazd jest wąską szutrową drogą długości 1 mili, troszkę stromo, stanowiąc dla naszej toyoty kolejne wyzwanie. Miejsce to nie jest w zasadzie w ogóle uczęszczane przez turystów, nie ma nawet o nim wzmianki w przewodniku. Jadąc dalej na południe mijamy kilka miasteczek piesków preriowych, bynajmniej nie mające nic współnego z psami ale raczej z wiewiórkami…a nazwano je tak ze względu na odgłosy jakie wydają w momencie zagrożenia. Przypomina to szczekanie psa i stąd ta nazwa.

KONICA MINOLTA DIGITAL CAMERAKONICA MINOLTA DIGITAL CAMERA

Miasteczka te charakteryzują się niezliczoną ilością nor – kopczyków połączonych ze sobą tunelami. Pieski wystawiają z nich łebki i jak tylko podejdzie się bliżej zaczynają szczekać, ostrzegając o zbliżającym się zagrożeniu, po czym szybko chowają się w swoich norach. Podobno ilość piesków w miasteczku może dochodzić do około 25,000 a pożywienie jakie zjadają równa się pożywieniu zjedzonemu przez sto krów czy 800 owiec. Te małe szkodniki dają się łatwo oswoić i prowadzić na smyczy jak prawdziwego psa czy kota…. tylko w sumie po co?

KONICA MINOLTA DIGITAL CAMERA

 

Po drodze mijamy jeszcze 10 dzikich indyków, spacerujących sobie wzdłuż pobocza oraz stado antylop a także 2 wielkie bizony.

SONY DSC

Dobijamy do drogi nr 89 i wjeżdżamy do Parku nardowego Wind Cave (wjazd bezpłatny) kierując się od razu na kemping Elk Mountain Campground ($18/noc, brak prysznicy, bezpłatne drewno na ognisko). Kemping jest całkiem przyjemny, czysty i prawie pełny. Rozpalamy ognisko i pieczemy zakupione wcześniej grube serdle nazwane „Turkey Polska Kielbasa”. W związku z jej serdelkowatością wielką trudność sprawia nam utrzymanie jej na kiju nad ogniskiem… wielokrotnie musimy wyławiać ją z żaru ogniska. Smak tego czegoś na pewno nie przypomina smaku polskiej kiełbasy. Zaprzyjaźniamy się z naszym sąsiadem Australijczykiem, który odbywa kilkumiesięczną podróż po Stanach razem ze swoją rodziną, poruszając się również wiekowym Rvikiem i jest zauroczony pięknem natury  w tym kraju…cóż któż nie jest.

 

SONY DSC

Janek dzielnie walczy z gasnącym ogniskiem dorzucając kłody, co chwila rzucając jakiś śmieszny tekst typu „ugryzłem się w ząbek” albo „połknąłem już kaszel i teraz pływa mi w brzuchu”. Jednym słowem wspaniale spędzamy jeden z ostatnich miłych wieczorów na naszej wycieczce.

Dzień 14

Budzimy się o 5 rano, dzięki wrzaskom Basi i już nie udaje nam się niestety zmróżyć oka. Szykujemy śniadanie i po załadowaniu kilku kłód drewna do samochodu ruszamy 385-tką na południe w kierunku Hot Springs. Tuż przed miasteczkiem odbijamy z głównej drogi zaglądając na chwilkę do Cold Brook Lake Project – jest to małe jeziorko rybackie połaczone z  przyjemnym kempingiem ($8/noc, woda, prysznicy brak, plac zabaw) – idealne miejsce na bazę wypadową. Dojechawszy do Hot Springs od razu kierujemy się do Mammoth Site (1800 US 18 Bypass; czynne pon-sob 9am-3.30pm, ndz 11am-3.30pm; bilet $10/osoba). (W cenę wliczony jest krótki film oraz 30 minutowa wycieczka z przewodnikiem dookoła wykopaliska, umiejscowionego wewnątrz budynku, oraz zwiedzanie muzeum).

SONY DSC
Lyuba – baby mammoth from Siberia – replica

W miejscu tym w 1974 roku podczas prac budowlanych robotnicy natknęli się na skamieniałości mamutów zachowanych w idealnym stanie (największa ich koncentracja na świecie!!! – 61 sztuk w jednym miejscu).

SONY DSC

Od tamtej pory nieprzerwanie pracują tu archeolodzy odnajdując coraz to nowe kości (pracują tu tylko przez 1 miesiąc znajdując tak dużo skamieniałości, że pozostałą część roku muszą przeznaczyć na ich badanie laboratoryjne).

SONY DSC

Poza mamutami znaleziono tu również niedźwiedzie, wilki, amerykańskiego wielbłąda, woły i mniejsze ssaki. Dookoła wykopaliska znajdują się wybetnowane chodniki po których można spacerować podglądając pracujących archeologów i wolontrariuszy no i oczywiście skamieniałości.

SONY DSC

Następnym punktem dzisiejszego dnia jest kąpiel w gorących źródłach, i nie jest to komercyjny basen Evans Plunge zasilany w 100% wodą z tychże źródeł, ale „sekretne” miejsce w rzece Fall River obok Brooksite Apartmants (201 South River Street), gdzie za darmo można pomoczyć tyłek w leczniczej ciepłej wodzie. Po 2 godzinkach wyruszamy dalej na południe 71-ką do wodospadów Cascade Falls, które okazują się w zasadzie byle jakimi wodospadami, w dodatku otoczonymi trującym bluszczem i lokalnymi indiańskimi pijaczkami. Uciekamy więc z tamtąd czym prędzej w kierunku Nebraski. Wjeżdżając do Ardmore – ostatniej na naszej trasie mieściny położonej w Południowej Dakocie – ogarnia nas przeraźliwy strach…. a może nawet panika. Wszystkie domy są opuszczone, szyby w oknach powybijane lub „zabite dechami”, drzwi trzepoczą na wietrze, nie ma tu żywej duszy…. aż strach pomyśleć co by było, gdyby zepsuł nam się tu samochód. To idealne miejsce do nakręcenia jakiegoś horroru z zombie w roli głównej…. Uciekamy stąd jak najszybciej pchani przez silny preriowy wiatr. Jedziemy szutrową drogą wdłuż torów kolejowych, po których równolegle do nas toczy się 100 wagonowy pociąg towarowy.  Przemierzamy dzikie bezludzia Ogala National Grassland by w końcu o zachodzie słońca dojechać do naszego celu Teadstool Geologic Park (bilet dzienny $3, kemping $5, brak wody, tylko 6 miejsc kempingowych). Poza nami stacjonuje tu tylko 1 para.

SONY DSC

W sumie nie ma się czemu dziwić – miejsce jest zbytnio oddalone od jakichkolwiek atrakcji turystycznych. Rozpalamy ognisko ale wiatr jest tak silny ze musimy je od razu zgasić by nie spowodować pożaru na otaczającym nas terenie. Zwiewa wszystko co wystawiliśmy na zewnątrz samochodu, łacznie z wanienką Basi, po którą musimy pędzić, żeby jej nie stracić. Przez okno kampera podziwiamy zachód słońca.

KONICA MINOLTA DIGITAL CAMERA

SONY DSC

Dzień 15

Wstajemy raniutko tuż po wschodzie słońca by jak najszybciej wyjść na szlak.

SONY DSC
wejście na szlak

Temperatura ma dzisiaj dojść do 40°C.  Szlak wychodzi z kempingu i jest prostym 1 milowym spacerkiem wśród gliniastych i piaskowcowych białych grzybów skalnych – miejsce to przypomina trochę Badlands National Park.

SONY DSC

SONY DSC

SONY DSC

Przedpołudniowy żar z nieba wygania nas ze spaceru po parku i zaczynamy mozolną tułaczkę przez najnudniejszy stan Ameryki – Nebraskę. Na naszej trasie kolejnym miejscem godnym uwagi jest „Carhenge” w miasteczku Allince (wjazd bezpłatny). Jest to pole pełne wysprejowanych samochodów powbijanych w ziemię, tworzących ciekawe artystyczne instalacje.

SONY DSC

Upał jest okropny i nie możemy wytrzymać tu zbyt długo.

DSC02884g

Fajnie było by tu zostać do zachodu słońca – na pewno zdjęcia były by powalające na kolana. Wyjeżdżamy  z Alliance i wleczemy się 2-ką wzdłuż torów. W zasadzie nic się nie dzieje do końca dnia, poza tym, że dzieci dają czadu zamęczone monotonią i nudą….. W końcu dojeżdżamy do Nebraska National Forest, gdzie znajdujem świetny kemping położony nad rzeką Middle Loup. (Bessey Recreation Complex campground $8-$11/noc – prysznice). Chłopaki od razu wskakują do rzeki by zregenerować siły, po czym zbierają drewno na ognisko, które płonie dzisiaj wyjątkowo długo, celebrując koniec wakacji. Smażymy resztki wspaniałej amerykańskiej – polskiej kiełbasy i grzejemy tyłki siedząc na ławeczkach wokół ogniska wspominając ostatnie dwa tygodnie.

Dzień 16

Wstajemy mozolnie zbierając się do wyjazdu…. czeka nas trudny i monotonny dzień spędzony w samochodzie, co raczej nie napawa optymizmem. 91-ką suniemy na zachód aż do granicy z Iowa i przekroczywszy rzekę Missouri zjeżdżamy od razu na plac zabaw, by nasi najmłodsi mieli chwilę relaksu. Jedziemy dalej 30-tką i podśmierduje zza okna a powodem tego są wielkie zagrody pełne stojącego w błocie i g….. bydła. Śpimy na parkingu przy kasynie Meskwaki.

Dzień 17

Wymemłani drogą powrotną już nie możemy się doczekać powrotu do domu…ale na drodze staje nam jeszcze Maquoketa Cave State Park (wjazd bezpłatny), który okazuje się istną petardą.

DSC02989k

System jaskiniowych korytarzy i leśnych ścieżek tworzy bardzo przyjemny program na spędzenie kilku godzin. Wszystkie jaskinie połączone są systemem szlaków prowadzących w dwóch kierunkach z parkingu.

SONY DSC

Bezpłatne mapki rozdawane przed wejściem przez rangerkę pomagają nam zorganizować dobrze plan  wycieczki. A ponieważ jaskiniowe nietoperze zarażone są tzw „White Nose Syndrome” trzeba przed wejściem na szlak i po powrocie z niego dokładnie wyczyścić buty o specjalną szczotkę by nie roznosić chorubska. Dwie największe jaskinie są w środku podświetlone a trasa w nich wybetonowana by swobodnie można się bylo przemieszczać. Nie udało nam się zobaczyć żadnych stalaktytów i stalagmitów – niestety z tego co wyczytaliśmy na ulotce większość z nich została zniszczona przez „niegrzecznych” turystów dawno temu. Mimo wszystko wycieczka jest przyjemnym zakończeniem super czadowych wakacji. Ładujemy się do auta i przejechawszy rzekę Mississippi wjeżdżamy do stanu Illinois. Za 3 godziny jesteśmy już w Chicago witani korkami na ulicach i fantastycznym świeżym powiewiem spalin.

 

Dodaj komentarz

Blog na WordPress.com. Autor motywu: Anders Noren.

Do góry ↑