TERMIN WYCIECZKI: 26.VII – 09.VIII.2015
UPPER PENINSULA w MICHIGAN jest niezwykle ciekawym obszarem pod względem zarówno przyrodniczym jak i historycznym. Półwysep położony jest nad największym (powierzchniowo) na świecie zbiornikiem wody słodkiej – jeziorem Górnym (Superior Lake), zachwycającym niesamowicie krystalicznie czystą wodą, obfitującą w szczupaki, pstrągi, łososie, bassy i 80 innych gatunków smakowitych ryb. Dla uzmysłowienia sobie skali wielkości tego jeziora można przytoczyć fakt, że jego objętość jest tak duża, że mogłaby pokryć wodą całą Amerykę Północną i Południową na wysokość 1 stopy czyli 30 cm. Żeby je okrążyć trzeba przebyć odległość…. 1300 mil (2092 km). Na dnie jeziora znajduje się ponad 6,000 wraków statków, które zatonęły tu w przeciągu ostatnich 300 lat. Woda jest tu tak przejrzysta, że wiele z nich widocznych jest z brzegu lub łodzi turystycznych (firma Glass Bottom Shipwreck Tours z Munising organizuje wycieczkowe rejsy szlakiem wraków, udostępniając szklane widokowe dno, przez które można podziwiać pozostałości statków; bilet $32/osoba za dwugodzinny rejs). Upper Peninsula to również miejsce niewyobrażalnie wielkich piaszczystych wydm, których wysokość dochodzi prawie do 100 metrów!!!…. i z których to można w ramach rozrywki dosłownie stoczyć się prosto do jeziora (rozrywką natomiast nie będzie już powrót stromo w górę, zajmujący minimum 1,5 godziny). Od południa półwysep oblewają wody jeziora Michigan, które jednak w tej części stanu nie tworzy tak pięknych krajobrazów jak jezioro Superior. Kolejną olbrzymią atrakcją tego obszaru są wodospady – a jest ich tu około 200 i niektóre z nich należą do najpiękniejszych jakie w tej części Stanów widzieliśmy. Po za tym plaże kryją w sobie skarby w postaci prawdziwych agatów, które można znaleźć przeczesując otoczaki i drobny piasek (zabronione jest natomiast zabieranie tych agatów z plaży….). Dużo ludzi przyjeżdża tu z kajakami, a także z własnymi łódkami i pontonami i wybiera się na ryby, których tu jest niewiarygodnie dużo. Wybrzeża obu jezior pełne są też zabytkowych latarni morskich, do których można dotrzeć czasami jedynie po kilkumilowej pieszej wędrówce. Do całości należy jeszcze dodać piękne, czyste i pachnące świeżością lasy, pełne smakowitych jagód oraz zabytkowe już kopalnie i huty miedzi i żelaza, przynoszące niegdyś dochody rzędu miliardów dolarów. I tak właśnie w wielkim skrócie powyższy opis powinien zachęcić każdego do przyjazdu tutaj i rozkoszowania się pięknem i klimatem tego obszaru.
TRASA: Chicago [Illinois] – Wisconsin [przez Madison, Wausau, Minocqua] – Michigan [Ottawa National Forest: Henry Lake; Porcupine Mountains Wilderness State Park – Presque Isle River Waterfalls, Summit Peak, Lake of the Clouds; Bonanza Falls, Green, Ontonagon, Victoria Ghost Town, Victoria Dam, Twin Lakes State Park, Wyandotte Falls, Houghton, McLain State Park, Calumet, Eagle River Falls, Jacob’s Falls, Eagle Harbor, Silver River Falls, Agate Beach, Copper Harbor, Fort Wilkins State Park, Manganese Falls, Estivant Pines Trail, Mandan Ghost Town, Haven Falls, Bete Grise Lighthouse, Betsy, Gay, Schoolcraft Township Park, Quincy Mine Hoist, Houghton, Sand Point Lighthouse, Silver Mountain lookout, Sturgeon River Gorge & Falls, Van Riper State Park, Ishpeming, Negaunee, Michigan Iron History Museum, Marquette, Presque Isle Park, Lakenenland Sculpture Park, Face Rock, Scott Falls, Munising, Alger Falls, Wagner Falls State Scenic Site, Pictured Rocks National Lakeshore, Munising Falls, Olson/Tannery Falls, Miner’s Castle Beach, Miners Falls, Mosquito Falls, Chapel Falls, Au Sable Point Lighthouse, Log Slide Overlook, Sable Falls, Grand Marais, Blind Sucker campground, Muskallonge Lake State Park, Tahquamenon Falls [Upper & Lower Falls] State Park, Whitefish Point, Seney National Wildlife Refuge, Seul Choix Point Lighthouse, Manistique, Palms Book State Park – Kitch-iti-kipi Spring, Sac Bay Ghost Town, Fayette State Park, J.W. Wells State Park, Menominee], Wisconsin [Manitowoc- Lincoln Park Zoo, Wisconsin Maritime Museum; Sheboygan – Lottie Cooper shipwreck, Kohler, Port Washington, Cedarburg – Cedar Creek winery], Milwaukee], Chicago.

PRZEWODNIKI: Michigan – Laura Martone; A guide to 199 Michigan waterfalls – Laurie Penrose; Michigan atlas topograficzny DeLORME; Wisconsin atlas topograficzny DeLORME; Michigan State and National Parks – Tom Powers; Hiking Michigan – Upper Peninsula – Eric Hansen; Hiking Michigan – Roger Storm.
NOCLEGI: bezpłatnie w lasach państwowych (National Forest), kempingi $13 -$18/noc
KOSZT BENZYNY: $325; 1,804 mile = 2,903 km (średnie spalanie -14 mil/galon). Średnia cena benzyny $2.50/galon
CAŁKOWITY KOSZT WYJAZDU: $887
ŚRODEK TRANSPORTU: Toyota Camper ’87 (RV) stan jako taki

NIEPRZYJEMNOŚCI: spowodowane mogą być ugryzieniem muchy czarnej (black fly), (na które to nie działają żadne dostępne środki na komary, kleszcze, pająki itp). Pojawiają się na plażach w północnej części stanu Michigan podczas upalnych i bardzo wilgotnych dni. Jedyną ochroną przed ich upierdliwością jest nakładanie bluzek z długimi rękawami i długich spodni….. albo po prostu unikanie wypoczynku na plaży. Ich ugryzienia są bardzo bolesne. Kiedy atakują nie można się od nich odpędzić, a jeśli gryzą to odczuwa się to jak wbijanie szpili w skórę….
LOKALNE SMAKOŁYKI:
*wędzone ryby – „whitefish” i pstrągi, zakupione tylko i wyłącznie w lokalnych „Fish house”. Mamy wtedy gwarancję, że zjadamy świeżutkie lokalnie złowione ryby. Cena waha się od $6.99 – $9.99 za funt (czyli prawie pół kilograma).
*dzikie jagody (nie borówki amerykańskie!) dostępne w lasach i przy plażach.
POGODA: Lato jest najlepszym okresem do podróżowania po Upper Peninsula. Zima jest potwornie śnieżna, zimna i sroga. Przykładowo w części Keweenaw spada w ciągu zimy średnio ponad 8 metrów śniegu (kumulacja). Rekordowym rokiem była zima 1978-79, kiedy to opad śniegu osiągnął prawie 10 metrów. Do tego dochodzą niskie temperatury i zamiecie śnieżne.

PRZYDATNY: Język fiński – Upper Peninsula to największe skupisko Finów w USA.
Dzień 1
Wyjeżdżamy o 5.30 rano, przy pełnej organizacji… no może nie do końca wszystko okazało się dopięte na ostatni guzik. Problem pojawił się przy tankowaniu propanu potrzebnego do pełnego funkcjonowania wyposażenia naszego RV-ika – lodówki, kuchenki i ogrzewania. Żaden z pracowników sklepu Menards nie mógł poradzić sobie z napełnieniem zbiornika, pistolet pompy odskakiwał i koniec. Panowie wręcz zasugerowali, że problem leży po naszej stronie. Zmartwieni tym faktem po prostu ruszyliśmy dalej w kierunku wakacyjnego celu, postanawiając zająć się tym problemem po drodze. Przejechaliśmy granicę z Wisconsin i kolejno Madison, Portage, Stevens Point i Wausau i dopiero tam udało nam się znaleźć miejsce gdzie mogliśmy uzupełnić gaz (U-Haul – 141 Grand Ave, Schofield). Na szczęście tankowanie tym razem odbyło się bez zarzutów i mogliśmy już na dobre zacząć nasze wakacje. Przejeżdżamy przez Minocqua i Woodruff (ulubione miejscówki rybaków) i poprzez jeziora i lasy (drogą M i B) przekraczamy granicę ze stanem Michigan. Z głównej asfaltowej trasy nr 64 zjechaliśmy do kempingu Henry Lake w Ottawa National Forest (11miejsc, $13/noc, łazienek brak, widoczne są krany w kilku miejscach, ale nie sprawdzaliśmy, czy działają) i ku naszemu zdziwieniu stwierdziliśmy, że jesteśmy tu zupełnie sami…no jeśli nie liczyć setek niezbyt przyjemnych kompanów w postaci komarów. Przez gąszcze przedzieramy się do jeziora, by chwilkę popatrzeć na otwartą taflę akwenu i szybko, zbierając za sobą kilka gałęzi na ognisko, pędzimy z powrotem w kierunku auta. Wilgotność i upał dają się we znaki – stąd też i taka ilość komarów. Ognisko rozpoczynające naszą wakacyjną podróż zapłonęło i pierwsza kiełbaska została na nim przysmażona. Długo nie udaje nam się jednak pozostać na zewnątrz (środki przeciwkomarowe działają niestety mało skutecznie) i po godzinie kończymy ogniskową biesiadę.
Dzień 2
Wstajemy o świcie i po śniadaniu ruszamy dalej w kierunku Porcupine Mountains Wilderness State Park i kierujemy się bezpośrednio do zachodniej części parku – Presque Isle River Waterfalls (droga 519). Budka strażnicza jest jeszcze zamknięta (przed wjazdem znajduje się punkt płatniczy – system kopertowy). Zostawiamy na szybie samochodu kartkę z informacją dla rangera, że nie zapłaciliśmy za jednorazowy wjazd do parku, ponieważ zamierzamy wykupić całoroczny karnet na wszyskie stanowe parki w Michigan i zgłosimy się do nich jak tylko wrócimy ze szlaku (karnet $31 – ważny do końca roku kalendarzowego). Wędrówkę zaczynamy od Falls Picnic Area, kierując się ścieżką na północ dochodzimy do mostu zwodzonego, z którego doskonale widać spektakularne „potholes”, czyli okrągłe dziury w skalistym dnie rzeki wyrzeźbione przez wiry i siłę spływającej wody.

Przechodzimy na drugą stronę i rozpoczynamy East River Trail, który łącznie z West River Trail daje 2,5-milowy szlak wiodący brzegami rzeki Presque. Wschodnia „dzika” część jest słabo uczęszczana przez turystów i wszyscy kierują się od parkingowej strony, gdzie dostęp do lepszego widoku na wodospady umożliwiają drewniane schody i pomosty.

My wędrujemy mijając kolejno Manabezho,

Manido i Nawadaha Falls,

zakręcamy na moście (South Boundary Road) i już w kierunku północnym po kładkach penetrujemy stronę zachodnią rzeki.

Upał i duchota dają się poważnie we znaki i pod sam koniec wędrówki brakuje nam już wody. Po dotarciu do auta padamy na pobliską zacienioną trawkę i tak leżymy z godzinę wykończeni pierwszym tegorocznym debiutem piechurskim. Nie spodziewaliśmy się w tym rejonie temperatur powyżej 30°C i wysokiej wilgotności, przy której, jak wiadomo, dość niekomfortowo się wędruje. Po regeneracji sił zasiadamy do naszego kampera (kupujemy jeszcze u strażnika „Michigan State Park Pass”) i przenosimy się w kolejne miejsce (jadąc South Boundary Road na wschód) – wyjście na Summit Peak (597 m n.p.m). Szlak jest całkiem przyjemny (długość 1 mila) i biegnie szeroką ścieżką pośród drzew. Na samym szczycie znajduje się wieża widokowa, na którą trzeba wdrapać się po drewnianych wysokich schodach. Dzisiejsza pogoda tak nas wykończyła, że zapragnęliśmy jedynie usytuować się gdzieś na kempingu i zanurzyć po szyję w jeziorze Górnym (Superior Lake). Znaleźliśmy ostatnią miejscówkę na Union Bay Campground przy 107-ce (z powodu remontu łazienek cena za kemping została obniżona z $32 do $18/noc). Na nasze nieszczęście miejsce, które pozostało znajdowało się obok przenośnych prysznicy i toalet…. Niezrażeni tym faktem przebieramy się w stroje kąpielowe i walimy bezpośrednio na kamienistą plażę znajdującą się przy kempingu. Woda jest zimna, ale przy dzisiejszym skwarze nie robi nam to żadnej różnicy i zanurzamy się w niej po szyję. Po tym wspaniałym relaksie wracamy do naszego super podśmierdującego miejsca i rozpalamy ognisko racząc się kiełbaskami. Kemping ogólnie jest niezaciekawy – ale takie są z reguły kempingi stanowe – miejsce przy miejscu, mało prywatności, duży ruch samochodów … nie da się wcale odpocząć, tym bardziej, że nasza 2-letnia Basia ubzdurała sobie, że przesiadywanie na drodze jest czymś zabawnym i nie da się jej stamtąd ściągnąć nawet przekupując słodyczami. Żegnamy dzień pięknym zachodem słońca oglądanym z kempingowej kamienistej plaży.

Dzień 3
Od 4 rano czekamy na wschód słońca, ponieważ natrętne muchy uniemożliwiają dalszy sen. Opatentowuję w myślach nowy wynalazek, który nazwałam wsysaczem much. Miałby on wyglądać jak mini odkurzacz, wyposażony w mini trąbę wsysającą z mega mocą te upierdliwce. Z kolei cały ranek mozolnie organizujemy się z naszym wyjazdem z kempingu. W końcu około południa opuszczamy miejsce „budowy” (naprzeciw naszego pola trwała już od świtu budowa nowego budynku) i jedziemy do najbardziej reprezentacyjnego punktu parku stanowego – Lake of the Clouds (zachodni kraniec drogi nr 107).

Z parkingu jest bardzo łatwe podejście drewnianymi schodkami na punkt widokowy, skąd rozpościera się spektakularna panorama okolicy, usłanej zalesionymi wzgórzami oraz jedyne w swoim rodzaju jezioro o turkusowym kolorze wody (tylko przy słonecznej pogodzie niestety…). Pospacerowaliśmy chwilkę po drewnianym pomoście i ruszyliśmy w kierunku wschodnim w poszukiwaniu miłej piaszczystej plaży, gdzie dzieciaki dałyby upust swojej skondensowanej energii. Jadąc 107-ką mijamy South Boundary Road (którą przybyliśmy wczoraj) i podjeżdżamy jeszcze około 1 milę zatrzymując się na poboczu (przy moście). Zejście na plażę jest wydeptaną ścieżką znajdującą się właśnie przy moście, chociaż można też próbować szczęścia schodząc na skróty po wielkich ostrych kamieniach …. Spędzamy tu godzinkę zajadając przy okazji lunch (catering prosto z kamperowej kuchni – indyk z hummusem i papryką z grzankami) i delektując się ciszą niezakłócaną przez innych ludzi. Temperatura wody jest tu idealna do kąpieli, więc spędzamy w niej prawie 2 godziny. Jadąc dalej 107-ką na wschód skręcamy na południe w 64-kę, by dosłownie po przejechaniu 1 mili skręcić na zachód (w szutrową drogę) i dotrzeć do pięknego wodospadu o wdzięcznej nazwie Bonanza. (wodospad znajduje się tuż przy parkingu).

Nacieszywszy oko wracamy z powrotem na północ i skręcamy na wschód w 64-kę jadąc cały czas wzdłuż wybrzeża jeziora Superior. Zatrzymujemy się na chwilkę w Green Park (czynny od świtu do zmroku), by dzieci mogły wskoczyć na huśtawki znajdujące się przy plaży (bardzo przyjemne miejsce by spędzić tu dłuższą chwilę). Po dotarciu do Ontonagon zjeżdżamy na marinę w poszukiwaniu kempingu, ale jedyne co tu zastajemy to port pełen jachtów i opuszczone miejsce, które zapewne kempingiem kiedyś było. Obok znajduje się prywatny RV Campground, ale nie jest to zdecydowanie miejsce dla nas. Przejeżdżamy miasteczko i kierujemy się dalej na wschód do miejskiego kempingu (Ontonagon Township Park & Campground, $30/noc, prysznice na „tokeny” $0,75/3 minuty) położonego nad samym Superior (przy Lake Shore Drive). Miejscówka świetna i dlatego zapewne wszystkie pola są zajęte. Zostajemy więc w części piknikowej (czynnej do 11pm) i wypuszczamy maluchy na podbój placu zabaw, który jest tu olbrzymi i pełen różnorakich ślizgawek i zjeżdżalni na przyjaznym piaskowym podłożu. Wykorzystujemy stacjonarnego parkowego grilla na podwyższoną bazę ogniska i pieczemy kiełbachy na kiju, wmawiając dzieciom, że to takie „modernistyczne” ognisko na metalowym słupku…. Zachód słońca jest wspaniały…i w ogóle całe popołudnie i wieczór tu spędzony uważamy za „petardę”. Pachnące wysokie sosny i piękne położenie tego parku nad samym jeziorem dają mu z pewnością wysokie noty w naszej klasyfikacji miejsc odwiedzonych.

Zbieramy się już po zmroku i dosłownie cofamy o jakąś milę na zachód zatrzymując się na noc na parkingu plażowym (parking na 6 aut). Razem z nami nocuje tu jeszcze kilka innych osób, też zapewne rozczarowanych brakiem miejsc na kempingu.
Dzień 4
Wiatr wieje okrutnie, ale nie powstrzymuje nas to od odwiedzin plaży, przy której nocowaliśmy.

Fale kłębią się i kołtunią, uderzając z wielką siłą o piaszczysty brzeg wyrzucając tony kamieni.

Piasek wdziera się w oczy…. postanawiamy, więc po krótkiej eksploracji wrócić do auta na śniadanie i ruszać dalej w nadziei na stabilizację pogody. Przejeżdżamy przez Ontonagon i skręcamy w 45-tkę na południe zaglądając na chwilę do Ottawa National Forest Ranger Station (1209 Rockland Road), by zasięgnąć trochę informacji o terenie i wziąść kilka bezpłatnych mapek okolicy. W wyglądającej na opuszczoną wiosce Rockland skręcamy w wyboistą Victoria Dam Road prowadzącą do Victoria Ghost Town (wejście bezpłatne). Miejsce urokliwe i pełne autentycznego klimatu sprzed ponad 100 lat. Przesympatyczna fińska wolontariuszka proponuje nam wycieczkę jako przewodnik ($5/osoba), ale z naszymi rozwrzeszczanymi dziećmi przy boku nie miałoby to racji bytu. Zostajemy więc sami w chatce z wyposażeniem z epoki pieca kaflowego oglądając wnikliwie wszystkie eksponaty .

Najwnikliwej jednak Basia z Jasiem sprawdzają wytrzymałość drewnianych zabawek z początku ubiegłego wieku.

Te wydają się jednak nie do zdarcia… nawet po wielokrotnym zgniocie…. dalej pozostają w nienaruszonym stanie. W skansenie znajduje się tylko 5 domów, co wcale nie oznacza, że miejsce nie jest warte odwiedzin.

Poza nami przyjechało tu tylko 2 osoby, a więc tłumów nie ma, co tworzy dodatkowy atut tego miejsca. Mamy też okazję podziwiać drwali, którzy oczyszczają teren skansenu ze skutków ostatniej burzy. Przechadzamy się też ścieżką po lesie, ale po ataku komarów szybko zawracamy w stronę auta. Szutrową drogą dojeżdżamy nad tamę – ciekawą atrakcję – Dopiero w 1959 roku wymieniono tu rury prowadzące wodę z jeziora z drewnianych na metalowe. I właśnie model tej drewnianej rury można teraz tu „podziwiać”. Zawracamy znowu w kierunku Rockland i skręcamy na północny-wschód w drogę 26. I tu nasz wiekowy kempingowóz zaczyna szwankować … tzn dźwięk, jaki wydobywa się spod jego podwozia jest po prostu przerażający. Wczoraj zahaczyliśmy o jakiś wystający kamień i teraz właśnie odczuliśmy tego skutki. Pierdzimy jak najgłośniejszy Harley i dzięki temu zaczynamy wzbudzać ciekawość gdziekolwiek się pojawimy. Zajeżdżamy do parku stanowego Twin Lakes, gdzie gotujemy sobie wyborny obiad z „torebki” i ruszamy dalej do wodospadów Wyandotte, które o tej porze roku na okazują się nie być wodospadami, a jedynie wąską stróżką kapiącej wody. Mimo wszystko warto było tu zajrzeć, bo poobiedni spacer po lesie dobrze nam zrobił. Jadąc dalej zaglądamy w Houghton do Walmartu i spożywczaka w celu uzupełnienia zapasów, a przede wszystkim zakupu lepu na muchy, które są dla nas strasznym utrapieniem. Przejeżdżamy jedyny most prowadzący na półwysep Keweenaw i w Hancock skręcamy w lewo w 203-kę prowadzącą do parku stanowego F. J. McLain. Tu korzystając z ustronnego miejsca na parkingu postanawiamy rozbić obóz mechanika. Mundi wjeżdża na wysoki krawężnik przednim kołem i nurkuje pod auto, dzierżąc w dłoniach kawałek rozciętej puszki po kukurydzy.

Janek przysnął podczas drogi, więc tylko z Basią (w wózku) udajemy się na eksplorację parku. Sam kemping położony jest spektakularnie na skarpie bezpośrednio nad jeziorem Superior. My wałęsamy się po całym terenie parku, ale niestety piaszczyste podłoże na leśnych szlakach nie pozwala na wjechanie wózkiem i poznanie tej najciekawszej części. Mundi dłubie przy samochodzie kilka godzin [sic!] i gdy wreszcie kończy, biegniemy szybko podziwiać zachodzące słońce, które tuż przed schowaniem za horyzont wyjrzało na chwilkę zza chmur dając spektakularne zakończenie dnia.


Ponieważ na kempingu nie ma już wolnych miejsc udajemy się Lake Shore Drive do miejskiego parku – County Park Beach i tam w zasadzie obok parku (z powodu zakazu przebywania w parku po zmroku) idziemy spać.
Dzień 5
Jadąc drogą Calumet Water Works wspinamy się do miasta Calumet i tuż przed wjechaniem do jego centrum następuje przepalenie załatanej wczoraj rury wydechowej i z wielkim pierdem wkraczamy jak banda harlejowców robiąc spektakularne widowisko. Miasto Calumet przypomina trochę polskie upadające poprzemysłowe miasto u schyłku lat 80-tych poprzedniego wieku…zakurzone wystawy sklepowe z jakimiś przestarzałymi sprzętami AGD, sztuczne „przywiędłe” kwiaty, dużo sklepów jest wręcz opustoszałych i, zaglądając do środka, widać np. porozrzucane butelki, kawałki połamanych krzeseł, stare gazety i inne tego typu gadżety.


Tworzy to jednak niepowtarzalny klimat, dla którego warto się tu zatrzymać i przyjrzeć mu się z bliska. Rozklekotane parkometry przywołują co najmniej czasy prezydenta Kennedy’ego….

Wiele tablic z zakazem wstępu „no trespassing” przytwierdzonych jest do sypiących się dawnych restauracji czy warsztatów samochodowych. Mówiąc krótko dziura zabita dechami, ale zarejestrowana jako „National Register of Historic Places”.


Na pewno dofinansowanie zaniedbanego miasta postawiłoby go na nogi i ściągnęło rzesze turystów – potencjał jest i to duży. Prawie 150 lat temu okolica Calumet była głównym dostawcą miedzi w Stanach Zjednoczonych, a więc lata świetności dawno minęły, choć dawne bogactwo jest gdzieniegdzie zauważalne. Dochody z produkcji miedzi przekraczały kilkakrotnie dochody pochodzące z wydobycia złota w Kalifornii z czasów legendarnej „gorączki złota”.


Drogą 26/41 pojechaliśmy dalej na północ mijając po prawej stronie drogi „rest area”, na której znajduje się olbrzymia „metrówka” prezentująca na wysokość ilość opadów śniegu w tym rejonie….. (rekord to 10 metrów w zimie 1978/1979). W ostatnim sezonie spadło tu „jedynie” 8,5 metra białego puchu.

Zatrzymujemy się też na chwilkę w Phoenix (rozwidlenie 41 i 26-ki), by zajrzeć do historycznej kuźni (Blacksmith Shop, wejście gratis).

Jakieś 4 – 5 mil dalej jadąc 26-ką zatrzymujemy się przy starym moście nad rzeką Eagle, by rzucić okiem na mało spektaklarny 12-metrowy wodospad (o takiej samej nazwie). I dalej jadąc już wzdłuż wybrzeża „zaliczamy” jeszcze jeden wodospad – Jacob’s Falls (przy samej 26-tce) i lądujemy w Eagle Harbor, położonej w zacisznej zatoczce z widokiem na latarnię morską. W tym przyjemnym małym miasteczku (a niegdyś wielkim porcie – w czasach świetności „bumu miedziowego”) zwiedzamy małą zabytkową szkołę (National Register of Historic Places) z klasyczną budką na dzwon na dachu (z 1853 roku).

Szkoła ta stała się kolebką powstania sekretnego bractwa Knights of Pythias, którą założył tutejszy nauczyciel Justus Rathbone, a któremu przyświecała idea – „lojalność, honor i przyjaźń”. Chłopaki nie mieli w ówczesnych czasach portali społecznościowych, więc musieli się udzielać w tej oto formie. Jedziemy dalej – wieje strasznie, a woda w jeziorze Górnym jest przerażająco zimna… na pewno więc nie zamierzamy dziś piknikować na plaży. Dalej na wschód znajduje się kolejny niewielki wodospad o imieniu Silver River Falls,

szemrający niemrawo w lesie…… i niecałą milę dalej – Agate Beach Picnic Area – piękna zatoka, na której, sugerując się nazwą, powinny znajdować się agaty (ale w tym akurat miejscu nie znajdujemy żadnego).

Spacerujemy sobie po wzgórzu nad zatoką i podziwiamy widoki. Ponieważ dzień się już powoli kończy pędzimy co sił w kołach do Fortu Wilkins (park stanowy), który okazuje się „petardą” dzisiejszego dnia.


Perfekcyjnie zrekonstruowany fort daje potężną dawkę historii – każdy barak, dom, pokój, sala urządzone na wzór oryginału z przed 150 lat. Poprzebierani wolontariusze udzielają obszernych odpowiedzi na niekończące się nasze pytania. Pokazują naszym dzieciom zabawy i gry z minionej epoki.


Na środku fortu ustawiona jest wielka armata, tworząc pokusę nie do odparcia dla wszystkich przebywających tu dzieci – każdy musi się na nią wspiąć, nie zwracając w ogóle na znak informujący o zakazie wchodzenia.


Poza wielką bieganiną, jaką dzieci uskuteczniają tu z nowo poznanymi kumplami, uwagę ich przykuwa interaktywna wystawa w jednym z domów – bębenki żołnierskie i werble, które można używać do woli, grając według nut lub zasłyszanej wcześniej melodii z głośnika.


Walą pałeczkami wyładowywując resztki pozostałej w nich energii. Na sam koniec „zaglądamy” jeszcze do wychodka, stojącego na tyłach fortu w oryginalnym stanie … i zapachu.

Po 3 godzinach spędzonych w forcie jedziemy na kemping stanowy znajdujący się tuż obok. Wolnych miejsc na nocleg już nie ma, ale korzystamy z bezpłatnych gorących prysznicy, co daje nam dużo energii do kolejnej pieszej wycieczki. Jedziemy dalej do końca asfaltowej 26-tki, potem telepiąc się szutrową, wyboistą drogą 1 milę do wyjścia na szlak Horseshoe Harbor Trail (długość 1,6 mili) (parking na 8 aut). Po przejściu przez las (bardzo wyboistą ścieżką, pełną wystających korzeni) dochodzimy do wielkiego garbu skalnego wpadającego bezpośrednio do jeziora Superior. Trzeba dużo się natrudzić, żeby na ten garb się wdrapać.


O dziwo szlak jest bardzo uczęszczany i poza nami pojawia się tu może z 20 innych osób spragnionych widoku spektakularnego zachodu słońca, lub po prostu lokalnych imprezowiczów z alkoholowym ekwipunkiem rozmieszczonym równomiernie po kieszeniach. Słońce chowa się niestety szybciej za chmury …..niż za horyzont nie ujawniając oszałamiającego widowiska. Natomiast po przeciwnej stronie zatoki (w ramach rekompensaty) możemy podziwiać piękny wschód księżyca, wstającego zza przybrzeżnych skał.


Już po zmroku z latarkami w dłoniach wracamy ostrożnie (po ścieżce z wystającymi korzeniami) do samochodu i postanawiamy zostać tu na noc, bo za bardzo nie chce nam się tłuc z powrotem po wybojach wąską drogą w poszukiwaniu czegoś lepszego.
Dzień 6
Zbieramy się po szybkim śniadaniu i wracamy po tych okrutnych wybojach do Copper Harbor. Próbujemy znaleźć Manganese Falls, ale stan wody jest bardzo niski i wodospady stają się niewidoczne… przynajmniej nam nie udaje się ich odnaleźć. Tą samą drogą (Manganese Road) jedziemy dalej na południe do wyjścia na 2-milowy szlak Estivant Pines (z Manganese Road przy małym jeziorku trzeba skręcić w prawo w Burma Road na zachód). Szlak można obrazowo zcharakteryzować jako spacerek przez sosnowy las …..po wystających z ziemi korzeniach, które na zabagnionych terenach przykryte są drewnianą kładką. Jest to zachowane oryginalne stanowisko najstarszych sosen białych w całych Stanach Zjednoczonych (a ich wysokość sięga nawet 50 metrów). Miejsce to jednak nie jest jakieś szczególne atrakcyjne i ogólnie mówiąc go nie polecam. Wracamy z powrotem do Copper Harbor i skręcamy na 41-kę, kierując się na południowy-zachód. Z trudem trafiamy w leśną dróżkę (Mandan Road) prowadzącą do – zarośniętego z powrotem przez las – Mandan Ghost Town, z którego tak naprawdę nie wiele zostało … no może poza dwoma opuszczonymi domostwami. Na drugim końcu wioski-widma na drodze staje nam powalone pewnie przez jakąś niewielką nawałnicę drzewo, które Mundek bez trudu usuwa i możemy spokojnie przedostać się do asfaltówki.

Po przejechaniu 2,5 mili skręcamy w Gay Lac La Belle Road i przy rozwidleniu drogi odbijamy w prawo, by po 0,5 mili znaleźć się w parku Haven Falls.

Park jest uroczy – drewniane stoliki porozstawiane w zacienionej dolince, do której spływa wodospad, drewniany mostek nad potokiem… idealne miejsce na piknik i zabawę dla dzieci, które od razu wzięły się do pracy, budując tamę z kamieni. W międzyczasie pojawia się tu drużyna weselników organizując park na plenerową uroczystość ślubną. Przyozdabiają mostek płóciennymi kokardami i polnymi kwiatami, zadaszoną piknikową wiatę owijają białymi prześcieradłami i wieszają ozdoby. Pan kamerzysta wypuszcza drona, który co chwila krąży nad naszymi głowami zagłuszając delikatny szum wodospadu. Para młoda ubrana na „ludowo” krząta się nerwowo dopinając na ostatni guzik przygotowania do uroczystości. Miejsce rzeczywiście wybrali sielankowe. Nie chcąc im przeszkadzać w przygotowaniach pakujemy się do wozu i jedziemy dalej w naszą objazdówkę. Wracamy z powrotem do rozwidlenia dróg i jedziemy drogą Lac La Belle/Bete Gris Road do samego końca do latarni morskiej Bete Gris Lighthouse. Przed dotarciem do latarni odkrywamy super miejscówkę – piaszczysty pas plaży, położony tuż przy drodze, którą jedziemy. Najprawdopodobniej jest to sekret „tubylców”, bo miejsce to nie figuruje w żadnym przewodniku czy publikacji o Michigan. Woda w płytkiej zatoce Bete Gris Bay musi być naprawdę ciepła, bo wszyscy siedzą zanurzeni po szyję z uśmiechami na twarzach. Bardzo malownicze i na pewno godne polecenia na spędzenie przyjemnego popołudnia. My jednak zawracamy i jedziemy dalej w poszukiwaniu przygód… a nie namaczania w wodzie. Sytuacja trochę się komplikuje, gdy przy następnym przystanku na „rest area” w okolicy Betsy przyłącza się do nas „szambonurek”…. a precyzyjnie określając kierowca cuchnącej szambocysterny. Po kolei zatrzymując się w plażowych punktach widokowych, by wykonywać swoją pracę czyszczenia szamba, pozostawia po sobie niemiły ślad w powietrzu. Próbowaliśmy przeczekać ten śmierdzący moment lub też wyprzedzić jego tempo pracy, ale jak na złość dziwnym trafem po prostu nie dało się. Albo w jednym przypadku on był za szybki, albo my za wolni w drugim. W końcu żegnamy się z nim dopiero na postoju przy moście w Gay, odbijąc w kierunku Traverse Bay. Jedną milę za miasteczkiem (tuż po przejechaniu skrzyżowania z drogą Big Traverse Bay Road) znajdujemy Schoolcraft Township Park. Miejsce to przypomina trochę kemping położony bezpośrednio nad jeziorem Górnym. Każde miejsce ma swojego grilla i ławki i bezpośrednie zejście do jeziora.

Jest plac zabaw i łazienka. Ponieważ do wieczora jest jeszcze dużo czasu, Mundek tnie kolejną puszkę po groszku konserwowym i robi drugie podejście do wyciszenia dziury w rurze wydechowej. Dziaciaki wariują na placu zabaw i na plaży… gdyż do wody niestety nie da się wejść, … bo jest okropnie zimna. Piknikujemy sobie tak do wieczorka podziwiając wschód księżyca nad zatoką. W ciągu całego naszego pobytu przyjechały tu może 2 samochody … taka petarda z dala od utartych ścieżek otrzymuje 10 punktów w naszej dziesięciostopniowej skali. Pomino zakazu przebywania tu w nocy postanawiamy zostać do rana.


Dzień 7
Wstajemy o świcie i wyglądając przez okno dostrzegamy parę młodych ludzi zbierających jagody tuż obok naszego kampera. Wczoraj byliśmy tak blisko jagodowiska i nawet nie zdawaliśmy sobie z tego sprawy. Śniadanie fundujemy sobie więc na łące zbierając do garnuszków świeżutkie, pachnące i soczyste jagody. Niebo w gębie!!!


Lokalni żniwiarze jagód okazują się oczywiście Finami, zamieszkującymi pobliskie zabudowania. Ze dwie godziny uzupełniamy tak zapasy witamin i nie możemy się od nich uwolnić. Z wielkim żalem opuszczamy w końcu jagodowisko. Zaznaczając na mapie wielki wykrzyknik, by wrócić tu w przyszłości, ruszamy drogą Big Traverse Bay Road/Rice Lake Road do miasteczka Lake Linden, mijając po drodze malownicze jeziorka Rice i Torch. Zaglądamy na chwilkę do katolickiego kościoła św. Józefa i rozpoznajemy te same identyczne dekoracje ławek i bocznych ołtarzy, którymi wczoraj strojono wiatę „weselną” przy Haven Falls. Zapewne odbyła się tu ta oficjalna część ceremonii. Otaczamy jezioro od zachodu jadąc 26-tką; mijamy ruiny zabytkowej huty miedzi Quincy Mill, której najbardziej fotogeniczną resztką jest pogłębiarka uwięziona przy brzegu jeziora, a za moment dosłownie niecałą milę dalej (mieścina o nazwie Mason) naszym oczom po lewej ukazuje się zapomniany park maszyn, czyli stare rozklekotane samochody, dystrybutory paliwa, warsztat i pełno innych „klimatycznych” zardzewiałych rupieci. Na posesji nie ma żyweg ducha, więc śmiało krążymy wokół starych rozgruchotanych krążowników szos, rozrzuconych puszek po oleju silnikowym i dziurawych opon. Skansen samochodowy okazuje się nie lada lekcją historii amerykańskiej motoryzacji dla nas wszystkich.





Dalej 41-ką wspinamy się do Quincy Mine & Hoist (Keweenaw National Historic Park) – niegdyś jednej z największych kopalni miedzi (wstęp bezpłatny, wycieczki z przewodnikiem $15-20/osoba).

W budynku Visitor Center & Gift Shop dostajemy bezpłatne broszury i mapki i wędrujemy sobie sami po całym terenie byłej kopalni.



Basia i Jasio zainteresowani są najbardziej odkręcaniem wszystkich napotkanych śrubek, ale gdy tylko wchodzimy do budynku – majstersztyku inżynieryjnego jak na owe czasy – kopalnianego wyciągu Hoist nr 2 całą ich uwagę pochłania makieta kolejowa z pędzącym na niej pociągiem. Jest tu sporo do zwiedzania i zajmuje nam to grubo ponad 2 godziny.


Wygłodniali wskakujemy na rybkę z frytkami do rock’n rollowej knajpki Four Suns Fish & Chips, umiejscowionej naprzeciwko kopalni.

Jedzenie nie jest jednak zbyt smaczne (raczej typu fast-food’ owego – wszystko ocieka tłuszczem!!!), ale tuż obok w sklepie rybnym, robimy zakupy w postaci wędzonego łososia i pstrąga, co pomaga nam zrekompensować przetłuszczony posiłek. Z pełnymi brzuchami wyjeżdżamy z półwyspu Keweenaw przez zabytkowy most zwodzony Portage Canal Lift Bridge…

i przejeżdżamy przez historyczne śródmieście regionalnej „metropolii” i uniwersytecki kampus. W uroczym kameralnym Houghton (zamieszkałym przez 7,700 mieszkańców) mieści się Michigan Technological University z liczbą studentów przekraczającą również 7,000 osób. Da się to zauważyć na ulicach miasta – pomimo sezonu wakacyjnego spacerują tu prawie wyłącznie sami młodzi. Chcąc przywołać sobie wspomnienia sprzed 10 lat, zahaczamy na moment do przystani promu na wyspę Isle Royale, będącej ostoją dzikości chronioną statusem parku narodowego, a którą przemierzyliśmy w ciągu 3 dni trampingu. Jadąc na południe wzdłuż wybrzeża cieśniny i jeziora Portage i później zatoki Keweenaw zaglądamy na chwilkę do Sand Point Lighthouse – małej czerwonej latarni morskiej otoczonej ze wszystkich stron wylegującymi się na plaży turystami w parku rekreacyjnym prowadzonym przez indian Ojibwa. Wyjeżdżając z tego miejsca od razu skręcamy na zachód na 38-kę, by dostać się do Sturgeon River Gorge – 80-metrowy kanion wyrzeźbiony przez rzekę Sturgeon, na której utworzyły się wodospady – Lower i Upper. Z 38 – ki skręcamy na południe w Prickett Dam Road (Forest Hwy 2270) i po paru milach niewygodnej trzęsawki dojeżdżamy do małego parkingu, skąd znajduje się wyjście na Silver Mountain – szlak prowadzący po 250 drewnianych schodkach do punktu widokowego. Ponieważ Jankowi przysnęło się troszkę postanawiamy, że Mundek z Basią w plecaku-nosidełku wdrapią się na górę, a ja ze śpiącym Młodym zostanę w RV-iku. (Jakiegoś wielkiego szału widokowego na SIlver mountain nie stety nie ma). Potem jedziemy już na szlak prowadzący do wodospadów Sturgeon (długość 1,5 mili w obie strony). Szlak po doprowadzeniu do krawędzi kanionu schodzi stromo w dół. Mimo tych niedogodności jest w 100% godny polecenia. Rzeka utworzyła dwa spektakularne różniące się znacznie od siebie wodospady.

Wyższy – szeroki, spokojny zamienia się za kilka metrów w wąską czeluść, skąd woda spada z wielkim hukiem tworząc niesamowite widowisko.

Wracamy już o zmierzchu, wspinając się pionowo skrótami, co całkowicie pochłania naszą całą energię. O zmroku podjeżdżamy do oddalonego o jakieś 5 mil kempingu (Sturgeon Road Campground/bezpłatny) i ku naszej radości znajdujemy jeszcze trzy wolne miejsca. Kiełbaski smażone na wielkim ognisku wieńczą aktywnie spędzony dzień.
Dzień 8
Po nocnej burzy niebo jest dalej zachmurzone i siąpi deszcz. Po rozgrzewającej owsiance zbieramy się i pomimo niesprzyjających warunków pogodowych ruszamy w podróż poszukując nowych wrażeń. Dojeżdżamy do 28-ki, która łączy się z 41-ką w kierunku wschodnim. Mijamy kilka „road park’ów”, czyli zjazdów wyposażonych w toalety, ławeczki, kraniki z wodą pitną, grille itp.


Zajeżdżamy na nie, ale z powodu intensywnego deszczu nie chce nam się wychodzić na zewnątrz. Na dłuższą chwilę zatrzymujemy się dopiero w Van Riper State Park, gdzie uwagę naszą przyciąga ciekawa wystawa o łosiach introdukowanych na tych terenach. Dowiadujemy się, że łosie zostały tu w ciekawy sposób przetransportowane z odległego ponad 600 mil stąd parku w Kanadzie…. Najpierw z helikoptera strzelano do łosi nabojami usypiającymi, gdy już padły na ziemię smacznie śpiąc, helikopter lądował tuż obok niego i kilku silnych pracowników parku podpinało go linami do helikoptera. Następnie helikopter przelatywał do głównej bazy, skąd śpiącego wciąż zwierzaka ładowano do kontenera i ciężarówką przewożono do Michigan, gdzie po założeniu kołnierza z nadajnikiem puszczano w końcu na wolność. W 1985 roku wykonano 30 takich przerzutów, co zaowocowało wzrostem populacji łosi do 1000 osobników w 2000 roku.

Deszcz wciąż pada, więc jedziemy dalej do wyjątkowo szpetnego miasta – Ishpeming, i Negaunee, które też urodą nie grzeszy…. miejsca te związane są przede wszystkim z wydobyciem rud żelaza, ukazując olbrzymie połacia hałd ciągnące się wszerz i wzdłuż. To na tym zagłębiu polegała gospodarka USA podczas drugiej wojny światowej. To dzięki nim Henry Ford zbudował swoje motoryzacyjne imperium. Po przejechaniu tych 2 miasteczek zatrzymujemy się w Michigan Iron Industry Museum (73 Forge Road, Negaunee, wstęp bezpłatny) – małym, ale treściwym muzeum przedstawiającym kwintesencję przemysłu i wydobycia żelaza na tym terenie. Cała „gorączka złota” w Kalifornii była niczym w porównaniu z dochodem pochodzącym z wydobycia tu rud żelaza. W Marquette przejeżdżamy przez centrum i na nabrzeżu kierujemy się do ruin Iron Boat Loading Dock – olbrzymiej betonowo-stalowej konstrukcji służącej do wyładowywania rudy żelaza z wagonów kolejowych bezpośrednio na statki.


Taka forma załadunków na jeziorach Superior i Michigan funkcjonuje do dziś, jedynie trochę zmodernizowana i przeniesiona poza obszary miejskie. Przykład taki możemy zaobserwować kilka mil na północ od miasta (Presque Isle Dock) z miejsca widokowego Hot Pond Beach. Ogromnych rozmiarów dok wychodzący w wodę długości 380 metrów „przerzuca” rocznie 10 milionów ton kruszca i działa tu nieprzerwanie od 1911 roku. Ma 200 „kieszonek”, z których każda ma pojemność 250 ton. Typowy załadunek olbrzymiego 1000-stopowej długości transportowca trwa 4 godziny. Widok robi na nas naprawdę duże wrażenie.

W sąsiednim od północy parku krajobrazowym Presque Isle objeżdżamy jednokierunkową pętelką dookoła cały kompleks parkowy, zatrzymując się jedynie na krótki spacer w Middle Bay. Razem z gromadą innych gapiów przypatrujemy się skaczącym z urwiska do wody kilku śmiałkom. Iście pocztówkowa zatoka jest przepiękna i mieni się zielonkawo-turkusowym kolorem.

Tu zagaduje nas Indianka z plemienia Lakota zapraszając na międzynarodowy indiański festiwal słońca „Sun Dance”, który ma odbyć się za kilka dni w tej okolicy. Niestety napięty plan wycieczki prowadzi nas dalej i musimy podziękować. Wracamy w kierunku Marquette i dalej na południe 41-ką i 28-ką po 15 milach dojeżdżamy do ostatniej atrakcji dnia dzisiejszego – Lakenenland Sculpture Park (wstęp bezpłatny, czynne 365 dni w roku). Miejsce niesamowite – olbrzymi obszar, na którym poustawiane są rzeźby – instalacje z metalu, betonu, drewna… z różnych resztek urządzeń mechanicznych….


Są stare wagoniki kolejowe z kopalni, jest rozklekotany dźwig, stare rozgracone auta i traktor, chatka ze starym rowerem w środku, wielki słoń, zrobione z tarcz metalowe kwiaty, krokodyl, roboty i wiele wiele innych śmiesznych instalacji. Dopatrzeć się też można w dziełach tych trochę politycznych przesłań autora. Jest też polski akcent – olbrzymia rzeźba zwierza – z rybą o tęczowym kręgosłupie, na którym namalowane są dwie polskie flagi z orzełkiem i napis „Savitski Saursus” – szczerze mówiąc nie mamy pojęcia o co tu chodzi i zapewne powinniśmy skontaktować się z artystą, by nam to wyjaśnił. Park jest tak przygotowany, że w zasadzie można go zwiedzić samochodem, bo droga, przy której ustawione są rzeźby jest bardzo szeroka. My jednak musimy wyprowadzić nasze dzieci na spacer zanim do szczętu rozniosą nasz dom na kółkach.








Przy głównym parkingu umiejscowiona jest ogromna piknikowa wiata z wielkim żelaznym bogato zdobionym kominkiem – dzieło prawdziwego rzemieślnika-artysty. Całość wzniesiona z grubych pali sosnowych, a na środku wielki stół z piły tarczowej i drewniane stołki, obok wiaty stos porąbanego drewna czekającego na rozpalenie w kominku.


Tuż obok plac zabaw i amfiteatr z roztrojonym pianinem na zapleczu.


Wszędzie kolorowe rabatki kwiatowe zasadzone w drewnianych wyżłobionych pniach drzew, uroczy domek – kibelek, dwa stawy pełne ryb, jednym słowem petarda turystyczna. Po zmroku siadamy przy kominku i pieczemy kiełbaski – jesteśmy tu zupełnie sami, i bardzo szczęśliwi, że możemy gościć w tym niezwykłym „artystycznym świecie”.
Dzień 9
Dzień rozpoczynamy od krótkiego spacerku szlakiem Bog Trail (długość 0,25 mili) zaczynającego i kończącego się na posiadłości pana Lakenena.

Szlak, poprowadzony przez małe torfowisko leśne, wiedzie również wśród ciekawych instalacji typu budka telefoniczna przytwierdzona do drzewa czy „nogi topielca wstawione do góry nogami” prosto w bagno.


Krocząc po wąskiej kładce objadamy się przy okazji rosnącymi wzdłuż soczystymi jagodami. Z wielkim żalem rozstajemy się z tym miejscem i jedziemy na wschód 28-ką mijając po drodze kilka zjazdów „rest area”. Za Au Train Beach zatrzymujemy się na takim właśnie zjeździe i krótkim spacerkiem po plaży dochodzimy do Face in the Rock – na skale widoczna jest twarz wyrzeźbiona przez francuskiego podróżnika w 1820 roku.

Dosłownie po drugiej stronie 28-ki, tuż przy drodze znajduje się piękny niewielki wodospad o nazwie Scott.

Woda spada z półki skalnej do basenika, a za samym wodospadem można śmiało się schować w kameralnej wnęce. Wracając do auta naszym oczom ukazuje się stado żurawi kanadyjskich (sandhill cranes) drepczących szybko w kierunku lasu. Te piękne majestatyczne ptaki są bardzo nietolerancyjne na ludzką obecność i bardzo ciężko je spotkać!!! Podobno mogą wznosić się nawet do wysokości 6,000 metrów. Następnie dojeżdżamy do miasteczka Munising, skąd odpływają rejsy wycieczkowe na Pictured Rocks National Lakeshore. Sprawdziliśmy prognozę pogody i według niej kupiliśmy bilety na rejs na następny dzień rano ($37/osoba, $1/dziecko do 6 lat, długość rejsu 2,5 godz). Dziś miało padać do końca dnia, co zaburzyło nam pierwotny plan skorzystania z „sunset cruise”, czyli rejsu o zachodzie słońca, który jest najbardziej spektakularny z oczywistego powodu. Po zakupie biletów udajemy się do „Fish House” po wędzonego pstrąga i „whitefish” ($8.50-10/funt), które rozpływają się dosłownie w ustach….Przy okazji mamy szansę trochę popodglądać rybaków na zapleczu filetujących świeżo złowione ryby. Po tym wspaniałym posiłku jedziemy do Visitor Center (400 E Munising Ave, czynne codziennie 9am-5pm) po bezpłatne mapy i foldery i ruszamy już na podbój lokalnych wodospadów. Pierwszy z nich 5-metrowy Alger Falls (skrzyżowanie 28-ki z 94-ką), nie niesie ze sobą zbyt dużo wody, przez co jest bardzo słabo widoczny.

Pół mili dalej drogą 94 zajeżdżamy na parking i szeroką wybetonowaną ścieżką podchodzimy do spektakularnego wodospadu Wagner Falls (wysokość 6 metrów), który poza nami przyciąga tu dziesiątki innych turystów.

Wracając do samochodu pogoda drastycznie się zmienia i po całym dniu nieobecności wychodzi w końcu słońce. Jednogłośnie stwierdzamy, że musimy w takim razie „przebook’ować” bilety naszego rejsu na dzisiejszy wieczór. I ku naszej radości udaje nam się tego dokonać bez żadnych dodatkowych opłat. Do 7pm mamy jeszcze trochę czasu, więc korzystając z pięknej pogody i słońca byczymy się na plaży razem z dziećmi, których do reszty pochłonęło grzebanie w piasku i kamieniach. Piętnaście minut przed czasem jesteśmy już zwarci i gotowi stojąc w długiej kolejce osób oczekujących na wejście na pokład jednego z dwóch stojących statków wycieczkowych. Zajmujemy miejsce w pierwszym rzędzie, co daje nam oczywiście najlepszą perspektywę obserwacyjną. Pomimo słońca pogoda jest bardzo wietrzna i ubrani jesteśmy „na cebulki” z naciągniętymi na uszy czapkami. Pani kasjerka poinformowała nas, że podczas rejsu może nieco pobujać, co jak się potem okazało, źle wpłynęło na nasze samopoczucie, a zjedzony godzinę wcześniej obiad okazał się bardzo złym pomysłem. W momencie wypłynięcia słońce niestety zaszło za chmury, co zabrało dużo uroku kolorowym klifom, obok których przepływaliśmy.

Na szczęście w drodze powrotnej wyjrzało na ostatnie 20 minut dając nam widowisko nie do opisania. Skały „Pictured Rocks” mieniły się na przemian ostro żółto – pomarańczowymi kolorami, przechodząc miejscami w czerwień i brąz.





Po zrobieniu zdjęcia ostatniemu promieniowi zachodzącego słońca schodzimy na dolny pokład, bo jesteśmy już nieźle skostniali od silnie wiejącego wiatru.


Po zmroku dopływamy do portu i niechcąc już ruszać się z miejsca w poszukiwaniu lepszego noclegu, zasypiamy na parkingu portowym. Dodać jeszcze tylko trzeba, że wycieczka była super świetna i poza skalnymi klifami, które są oczywiście gwoździem programu podpłynęliśmy też do latarni morskiej Grand Island East Channel Light (według przewodnika najczęściej fotografowana latarnia w Michigan), widzieliśmy wielkie łuki skalne i wodospad wpadający bezpośrednio do jeziora Superior.

Przepływaliśmy też w miejscu, gdzie spoczywa kilka wraków XIX-wiecznych statków.
Dzień 10
Po bardzo spokojnym noclegu obok wyblakniętego znaku „no overnight parking” (którego wczoraj niezauważyliśmy) ruszamy na zakupy w celu uzupełnienia zasobów spożywczych i paliwowych…. i na obiecane „młodym gniewnym” lody. Po tych czynnościach zaczynamy turnee po okolicznych wodospadach. Pierwszy Munising (wysokość 15 metrów) okazał się łatwy do odnalezienia. Łatwość dojazdu i oznaczenia oraz wielki parking ściągają setki odwiedzających. Trzeba koniecznie go zobaczyć, bo jest naprawdę piękny. Po krótkim spacerze dochodzi się do platformy widokowej dolnej, skąd jest najlepszy widok wodospadu.

My wdrapujemy się jeszcze po schodach na wyższą część, ale niestety widok stąd przesłaniają gałęzie drzew.

Kolejny wodospad – 12-metrowy Olson (inna nazwa Tannery) jest już trudniej dostępny – najpierw trzeba znaleźć nieoznaczone miejsce parkingowe (maksymalnie na 8 samochodów; jadąc ulicą Munising na północny-wschód trzeba skręcić w Washington i od razu zaparkować po prawej stronie drogi) potem wejść w las po przekroczeniu Munising Road i wdrapać się na wzgórze, po którym już dochodzi się do wodospadu – ukrytego głęboko w lesie. Wodospad tworzy wystająca półka skalna (w kształcie półksiężyca), z której rozpryskują się krople wody. Pod wodospadem można swobodnie przejść, gdyż rzeka wcięła się bardzo głęboko w skałę tworząc olbrzymie wyżłobienie.

Pomimo niedogodności w odnalezieniu tego szlaku ściągają tu dziesiątki hałaśliwych turystów, zabierając trochę urok temu miejscu. Następnie przejeżdżamy do Miner’s Castle Beach (dojazd z H58 skręcamy na północ w H11 – odbijamy w Miner’s Beach Road), gdzie urządzamy sobie szybki piknik, a chłopaki budują wielki wigwam na plaży z wyrzuconych przez sztorm kawałków drewna.

Następnie podjeżdżamy do końca Miner’s Castle Road i spacerujemy na punkty widokowe, skąd rozpościera się widok na Superior lake. Punkty umiejscowione są na wysokim klifowym wybrzeżu, które wczoraj podziwialiśmy płynąc łodzią. Ktoś wpadł na dobry pomysł, żeby w drewnianych barierkach umiejscowić plastikowe przeźroczyste prześwity dla dzieciaków, żeby nie trzeba było ich podnosić w celu pokazania widoków.

Wyjeżdżamy z parkingu na południe i za milę skręcamy na wschód do wyjścia na wodospad Miners (długość szlaku 0,6 mili; wysokość wodospadu 12 metrów). Szlak jest bardzo prosty i prowadzi przez piękny gęsty las, a sam wodospad dosłownie „rzuca na kolana”.

Olbrzymia masa wody spada pionowo w przepaść do kanionu. Dla zwiedzających przygotowana jest platforma widokowa, ale podczas naszego pobytu znalazło się kilku śmiałków, którzy zeszli, a w zasadzie zjechali na tyłkach, pod samo podnóże wodospadu. Po tym przyjemnym spacerku wracamy do 58-ki i dalej jadąc na wschód dojeżdżamy do szutrowej drogi – Chapel Road prowadzącej do dużego parkingu, skąd wychodzą szlaki na wodospady Mosquito i Chapel, a także nieco dłuższe prowadzące na wybrzeże jeziora. Dzień ma się już ku końcowi, ale postanawiamy jeszcze przejść się na jeden z wodospadów. Wybór pada na Mosquito (2 mile). Szlak okazuje się trochę trudny do przebycia (szczególnie dla Janka) ze względu na wystające z ziemi korzenie i kamienie. Pomimo tych niedogodności dochodzimy do celu i mamy okazję podziwiać w zasadzie nie jeden a dwa wodospady.

Nie zabawiamy tu długo, mimo cudowngo uroku tego miejsca, bo otaczający nas gęsty las robi się coraz bardziej ciemny i straszny i nie chcąc utknąć w lesie na noc, musimy szybko się stąd ewakuować. Do parkingu dochodzimy już po zmroku i tu też postanawiamy nocować, by z samego rana ruszyć na podbój Chapel Falls.
Dzień 11
Po rozgrzewającej owsiance ruszamy na szlak (długość 2,8 mili) ku wodospadowi Chapel, prowadzący szeroką polną drogą w zasadzie po płaskim terenie. Wodospad jest piękny, ale nie ma w zasadzie dobrego miejsca, żeby strzelić mu fotkę, jako że stoimy niebezpiecznie na półce skalnej, skąd spada woda, a podnóże wodospadu jest nieosiągalne. Krążymy wokół niego przechodząc przez mostek na drugą stronę rzeki, ale jedyna możliwość sfotografowania wodospadu jest z góry przez co nie widać jego pełnego majestatu. Wracając do auta mijamy już tłumy turystów zmierzających ku wodospadowi…. A my o 10 am jesteśmy już gotowi do dalszej drogi. Wyjeżdżamy Chapel Road do H-58 (Adams Trail) i jadąc dalej na północny-wchód docieramy do kempingu Hurricane River, skąd wychodzi szlak do latarni morskiej Au Sable Point (długość 3,5 mili). Szlak jest bardzo prosty i prowadzi zamkniętą dla ruchu samochodowego nabrzeżną drogą przez las. Tylko skok w bok w lewo i jesteś na pięknej kamienistej plaży, na kórej rozrzucone są wraki statków, które zatonęły tu w przeciągu ostatnich 300 lat.




„Okazy” są całkiem sporej wielkości i na pewno są jedną z głównych atrakcji po drodze.

U celu latarnia Au Sable wynagradza pamiętnymi doznaniami wzrokowymi trud piechurski (wejście na szczyt kosztuje $3), a tuż obok niej znajduje się Visitor Center z bardzo ciekawymi eksponatami z wraków statków znalezione na pobliskiej plaży. Można liznąć wiedzy o tragicznych zatonięciach statków w jeziorze Górnym.


Widoki stąd są niesamowite – dostrzegamy 300-metrowe strome zbocza wydm wpadające bezpośrednio do szmaragdowego jeziora.

Stoi też znak ostrzegający przed aktywnymi w tym obszarze niedźwiedziami (black bear).

Na całym półwyspie żyje ich około 15,000 sztuk i chociaż nie notuje się raczej żadnych tragicznych wypadków z ich udziałem to lepiej nie spotkać ich na swojej drodze. Ciekawostką jest to, że pomimo nazwy sugerującej ubarwienie ich sierści na czarne to można też spotkać misie w kolorze brązowym czy cynamonowym, należące do tego samego gatunku. Ich pożywienie to przede wszystkim dzikie owoce lasu, owady i orzechy, ale dochodzi też do sytuacji, że niedźwiedzie zakradają się na kempingi czy śmietniki i pałaszują wszystko co znajdą. Dlatego ważne jest, żeby nigdy nie zostawiać jedzenia na zewnątrz, a w trakcie długich wędrówek z plecakiem zawieszać na noc jedzenie w workach wysoko na gałęziach drzew. Po powrocie do samochodu przejeżdżamy kawałek dalej (na wschód) na punkt widokowy Log Slide Overlook. W zasadzie są tu 2 punkty widokowe, z tym że jeden z nich – „piaszczysty” to istna petarda – wielka pochylona stromo plaża (o różnicy wysokości 300 metrów), z której, nieświadomi jaki trud ich czeka z powrotem, śmiałkowie zbiegają (czytaj: staczają się) w ciągu kilkunastu sekund w dół do jeziora. Stojąc na szczycie wydmy ledwo dostrzegamy ludzi, którzy właśnie stoczyli się na sam dół i teraz pływają sobie w jeziorze.




Po tych pełnych emocji widokach, wracamy do H58 i dojeżdżamy do kolejnej atrakcji – wodospadu Sable (wysokość 23 metry). Żeby dojść do platformy widokowej trzeba pokonać odległość 0,4 mili (650 metrów) po schodach – najpierw w dół, potem w górę….


ale wysiłek jest warty, bo wodospad jest naprawdę spektakularny, a niedaleko leżąca plaża pełna agatów i pięknych otoczaków jest świetna na spędzenie miłego popołudnia. Po wyczerpującym wdrapaniu się po schodach jedziemy do Grand Marais – jak się okazuje miasta opanowanego, nie wiedzieć czemu, przez samych emerytów. Ponieważ skończyły nam się zasoby wodne w kamperze zajechaliśmy na miejski kemping (Woodland Park Campground, $21-30/noc, prysznice i pralnia), by je uzupełnić (dump station). Tam naszym oczom ukazało się pole kempingowe, na którym dosłownie poustawiane były dziesiątki wozów kempingowych, sąsiadujących jeden przy drugim, przy czym jakiekolwiek drzewko to był już mega luksus…. W miasteczku uzupełniamy też zapasy paliwa i zgłodniali rozglądamy się za jakimś pożywieniem. Zachęceni przez pracownika stacji/sklepiku jedziemy do lokalnego „Fish House” (Canal Street na północ od stacji benzynowej, dom z łodziami), ale pomimo głośnych nawoływań nikt się nie pojawia. W miasteczku są tylko trzy jadłodalnie – Dunes Saloon (pełen pijaczków), zamknięta Sportsman’s Restaurant i Breakwall Bakery & Cafe, która okazuje się strzałem w dziesiątkę. Nowiutka dwupiętrowa restauracja – skonstruowana z drewnianych bali – dosłownie wszystko w środku z pachnącego jeszcze drewna ozdobiona wypchanymi zwierzętami. Klimat super!!! W dolnej części poza stolikami stoisko ze świeżo upieczonym chlebem….Jedzenie też niczego sobie (zamówiliśmy okoniowatą rybę – perch – $12 i pizzę – $13 – rozmiar 14”). Jedyną wadą był czas oczekiwania na posiłek…. rozumiem to, że cała restauracja była wypełniona po brzegi wygłodniałymi gośćmi, ale prawie półtorej godziny musieliśmy czekać na nasz posiłek, na co nasze dzieci zareagowały totalnym wariactwem….. było ganianie po całym lokalu, niekończące się wchodzenie i schodzenie po schodach, przepychanie pod nogami klientów, siedzących wygodnie przy swoich stolikach… i na sam koniec jeszcze musieliśmy czekać 20 minut na rachunek…. Dopiero po 7pm opuszczamy cywilizację w poszukiwaniu noclegu. Nieświadomi niczego co do jakości wybieramy drogę H58 na wschód i ku naszemu zdumieniu tuż za miasteczkiem (na granicy Alger i Luce County) kończy się asfalt i zaczyna droga dla czołgistów. Maksymalna prędkość jaką możemy rozwinąć na tej utwardzanej gąsiennicami trasie to 5 mil/h. W naszym kamperze wszystko się telepie, łącznie z nami… wszędzie tumany kurzu… do tego robi się ciemno, a na drodze nie ma żadnych znaków informujących o tym czy prowadzi ona do kempingu czy też nie. Nie mija nas żaden samochód i zaczynamy nabierać podejrzeń, że najzupełniej w świecie zabłądziliśmy…..W końcu chyba po godzinie takiego telepania odnajdujemy jeden z trzech zaznaczonych na mapie kempingów – Blind Sucker # 1 ($13/noc), który o dziwo jest pełen ludzi. Na nasze szczęście są jeszcze 2 wolne miejsca….szybko bierzemy prysznic w naszej kabince, i dla zasady spalamy parę patyków, zapadając wkrótce w głęboki sen.
Dzień 12
Po pysznym śniadaniu ruszamy dalej drogą dla czołgistów i zatrzymujemy się za kempingiem Lake Superior (brak wolnych miejsc!) na chwilowy relaks. Plaża jest tu piaszczysta, pełna wielkich otoczaków, i nikogo poza nami tu nie ma. Ponure niebo jest w pełni zachmurzone, co trochę odbiera blasku temu miejscu. Jedziemy dalej na wschód (H58/407) i dojeżdżamy do parku stanowego Muskallonge Lake, mijając po drodze małą osadę, której nazwa nawet nie widnieje na naszej mapie topograficznej. W parku jest kemping, na którym przy okazji dobieramy wody do naszego zbiornika w kempingowozie. Jezioro o dziwo bardzo płytkie pełne jest olbrzymich Muskie/Musky, czyli ryb z rodziny szczupakowatych (nazwa w języku Indian Ojibwa oznacza „brzydki szczupak”) o bardzo dużych rozmiarach dochodzących do prawie 2 metrów długości i 30 kg wagi. Muskie są super drapieżnikami żywiącymi się rybami, żabami, wężami, ptakami, myszami, a nawet młodymi muskie, i tylko człowiek – rybak jest dla nich zagrożeniem. Zatrzymujemy się na chwilkę na placu zabaw, żeby dzieci troszkę dały upust swojej energii, a następnie drogą 407/H37 (asfaltową wreszcie na szczęście!) jedziemy na południe, skręcamy w 123 na północny-wschód, by dojechać do perełki tego regionu Tahquamenon Falls. Wodospady znajdują się w dwóch częściach parku – my zaczynamy od „górnych”. Parking jest przeogromny, a tuż za nim istne miasteczko pełne straganów z pamiątkami, restauracja, lodziarnia, browar… do tego jeszcze trzeba dodać setki turystów i robi się z tego niezły komercyjny młyn.

Wodospady same w sobie są bardzo spektakularne i jest kilka miejsc, z których można je oglądać.



Przechodzimy przez wszystkie, kończąc na 100-stopniowych schodach i następnie na skróty przez las wracamy na parking, racząc się jeszcze słodkimi malinami rosnącymi na krzakach. Na parkingu postanawiamy, że skorzystamy z jednej komercyjnej oferty w tym miejscu – kręconych lodów, które dzieciakom sprawiają niesamowitą frajdę (w międzyczasie zepsuła się maszyna do lodów, przez co w ramach rekompensaty za długie oczekiwanie dostajemy mega, a raczej przemega porcje). Wodospady w części dolnej są równie „komercyjne” aczkolwiek zachwycająco piękne. Za $20 można wypożyczyć sobie łódkę, żeby przepłynąć na wyspę rzeczną, która pozwala na całkowitą eksplorację wodospadów. Ludzi tu jak mrówek, nie czuję w ogóle klimatu tego miejsca. Niedaleko wodospadu jest kemping, z którego bezpłatnych prysznicy korzystamy z radością i jedziemy na zachód słońca do Whitefish Point. Po drodze jednak trafiamy na lokalną wędzarnię ryb (Brown Fisheries – skrzyżowanie 123/Whitefish Point Road), w której zaopatrujemy się w „whitefish” ($9/funt). Po zakupach mkniemy już prędko na północ i pomimo, że Great Lakes Shipwrecks Museum (bilet $13/osoba) jest już zamknięte zwiedzamy wszystkie obiekty z zewnątrz.



Przy samym Superior jest spora platforma widokowa na jezioro i kamienistą plażę.

Chcieliśmy na koniec pobytu tutaj przejść sobie krótkim szlakiem po lesie (Interpretive trail), ale po 15 sekundach obsiada nas chmara komarów i pomimo „wysprejowania” prawie całej butelki płynu, komarów nie ubywa, a wręcz stają się jeszcze bardziej kąśliwe. Uciekamy więc z lasu czym prędzej i postanawiamy jechać dalej w celu poszukiwania mniej zakomarzonego noclegu. Docieramy do „rest area” za Newberry (28/117 okolica Watson Corner) już dawno po zachodzie słońca. Tu zostajemy na noc.
Dzień 13
Dzień rozpoczynamy od wizyty w Seney National Wildlife Refuge – Wigwam Access Point (przy drodze nr 77). Tu spacerujemy po grobli podziwiając podpływające do nas ciekawskie łabędzie (Trumpeter Swan).

Park ten można określić jako mokradła, jeziora, bagna, porośnięte bujną roślinnością i zamieszkałe przez tysiące gatunków ptactwa i zwierzyny. Jednym słowem raj dla ornitologów, zoologów i botaników…. no i rybaków, którzy mogą sobie tu zarzucać wędki od późnej wiosny do końca września i wyciągać szczupaki, pstrągi czy sandacze (wystarczy tylko ważna licencja rybacka na stan Michigan wykupiona np. w Walmarcie za $68 – ważna cały rok). Po krótkim spacerze i podkarmieniu łabędzi polnymi kwiatkami i trawą jedziemy do Visitor Center, gdzie dzieci mają okazję podotykać i pobawić się wypchanymi wiewiórkami, wydrami czy bobrami. Stoją też wypchane okazy niedźwiedzia, wilka czy lokalnie występujących kilku gatunków sów.

Na stoliku z eksponatami przeznaczonym dla dzieci do dotykania są też kości, całe szczęki czy wyprawione skóry zwierząt, pojemnik z piaskiem, gdzie najmłodsi mogą sobie odbijać ślady zwierząt używając specjalnych pieczątek. Nasi młodzi są wniebowzięci i spędzamy tu ponad godzinę, żeby mogli się tym wszystkim pobawić …i przytulić do każdego wypchańca… Na tarasie budynku ustawiona jest luneta wycelowna w gniazdo rybołowa, którego mamy akurat okazję podziwiać wracającego do domu ze zdobyczą w szponach. Zwiedzanie tego parku polega na bardzo powolnym przejechaniu autem wyznaczoną jednokierunkową trasą (długość 7 mil) i wypatrywaniu zwierząt i ptaków, których jest tu mnóstwo. Nam udało się zobaczyć wydry rzeczne, żurawie kanadyjskie, rybołowa, łabędzie, kaczki z gatunku loon i bobra.

Pogoda niestety zaczyna się psuć i pada deszcz. Zjeżdżamy drogą nr 77 na południe do 2-ki i dalej 432/431 dojeżdżamy do wybrzeża jeziora Michigan. Stoi tu – odmalowana jak z obrazka – latarnia morska Seul Choix Point z 1895 roku (bilet $5/osoba). Na latarnię nie wchodzimy i oglądamy wszystko z zewnątrz, zaglądając tylko do „muzeum – szopy” pełnej pozostałości z wraków statków i wyblakłych czarno-białych zdjęć.

Ponieważ deszcz przybrał na sile, uciekamy do auta i jedziemy do Manistique – miasteczka słynącego z dziwnego betonowego mostu (Siphon Bridge), który w zależności od stanu wody w kanale może być w niej zanużony „po brzegi” i idąc takim mostem możemy z łatwością rękami dotykać wody. (most to taka betonowa rynienka, wewnątrz której można przejść). Budowa tego mostu i całej przemysłowej infrastruktury dookoła miała miejsce w 1919 roku, kiedy to zakłady papiernicze potrzebowały olbrzymiej ilości energii do produkcji. Skonstruowano wtedy równolegly do rzeki kanał, gdzie woda płynęła na wyższym poziomie prosto z tamy. Deszcz tak strasznie pada, że nie mamy ochoty wychodzić z samochodu … nie ma też żywej duszy na ulicach, by „zasięgnąć języka”… Ruszamy więc dalej 442-ką na zachód do Palms Book State Park, trafiając po drodze na Jansen’s Fishery (pyszny wędzony pstrąg!!!). Park słynie z krystalicznie czystego jeziorka, z którego środka bije źródło nazwane – Kitch-iti-kipi Spring. Głębokość jego wynosi ponad 12 metrów, a ilość krystalicznie czystej wody bijąca z jego wnętrza w ciągu sekundy to 630 litrów!!! Na środek źródła – jeziora można dostać się za pomocą zadaszonego mini promu (wstęp bezpłatny), którym operującami są sami turyści, kręcąc wielkim kołem – sterem.


Wypłynęliśmy więc poruszani mięśniami Jasia, który dzierżył ster przez cały „rejs”. Na środku promu jest wielki otwór, przez który widać piaszczyste dno z wielkimi bąblami wypychanymi z dna wody. Co chwilę widok ten zakłócają olbrzymich wielkości dorodne pstrągi pływające we wszystkich kierunkach.

Stojąc na brzegu woda wydaje się być turkusowo-jaskrawo-zielona. Niesamowity widok.


Deszcz ciągle pada, więc po zobaczeniu tego cudu natury wskakujemy do auta i jedziemy dalej 2-ką na zachód w kierunku Garden Peninsula. Skręcamy w 183-kę na południe i mijając sady i pola docieramy do Fayette State Park. Deszcz przybrał na sile, więc nawet nie wychodzimy z auta…. postanawiamy rozejrzeć się za miejscem na nocleg. Zjeżdżamy na sam południowy koniec półwyspu nad zatokę Sac Bay i tam na końcu świata znajdujemy jakby zapomniany Colonial Park (mały park z placem zabaw i drewnianym kibelkiem). Dla poprawy humoru serwujemy sobie wędzoną rybkę na kolację.
Dzień 14
Słońce!!!! Super nowina – zaczynamy dzień z wielką radością. Jadąc w kierunku Fayette, zatrzymujemy się w Sac Bay „ghost town”, by pstryknąć kilka strasznych zdjęć duchów …..w prześcieradłach.


Na parkingu w parku stanowym jesteśmy jako pierwsi i rozpoczynamy zwiedzanie od Visitor Center (interaktywna makieta oryginalnego historycznego miasta).

Cały kompleks składa się z 20 odrestaurowanych lub zrekonstruowanych budynków (m.in. szkoła, sklep, opera, biura, hotel, rezydencje mieszkalne, maszynownia) wypełnionych pamiątkami po ówczesnych mieszkańcach i 2 wielkich piecy hutniczych i piecy do wyrobu węgla drzewnego.



Fayette było miasteczkiem przemysłowym, którego główną produkcję stanowiła surówka hutnicza, z której później wytwarza się stal i żeliwo. W wielu pomieszczeniach lub przed spotkać można było wolontariuszy poprzebieranych w stroje z XIX wieku, fascynatów – rzemieślników z dumą prezentujących swoje dzieła.



Najbardziej urzekł nas pan wyrabiający łuki i strzały metodą prymitywną, czyli za pomocą tego co sam znajdzie w lesie. Sznurek do łuku robił z drzewa, groty do strzał z krzemieni.


Wśród swoich rekwizytów miał też torbę ze skóry upolowanego przez siebie czarnego niedźwiedzia (klapą tej torby była misiowa buzia).

Po czterech godzinach opuszczamy ten wspaniały żywy skansen i udajemy się na super obiad do naszego kampera.



Nasza wycieczka powoli dobiega końca i z żalem żegnamy się z Upper Peninsula. Wracamy drogą 2/35 jadąc zachodnim brzegiem jeziora Michigan. Zatrzymujemy się jeszcze na pożegnanie w parku stanowym J.W. Wells, gdzie malcy bawią się na plaży budując skomplikowany system tam. Dojeżdżając do miasta granicznego z Wisconsin odkrywamy jeszcze jedną perełkę miasto Menominee, pełne odrestaurowanych XIX-wiecznych budynków, z mnóstwem restauracji i galerii. W mieście odbywa się akurat jakiś festyn, więc zostajemy na chwilę… i tylko na chwilę, bo okazuje się, że na festynie poza masą żądnych społecznej integracji przy piwku i otaczających ten tłum policjantów nic się nie dzieje. Przedostajemy się na drugą stronę rzeki Menominee i już jesteśmy w Marinette w stanie Wisconsin. Dzień ma się już ku końcowi, więc zaczynamy rozglądać się za noclegiem, co okazuje się już nie takie proste jak wcześniej, bo tereny przez które jedziemy to rolniczo-przemysłowe i nie ma ciekawych miejscówek na nocleg. Ostatecznie lądujemy na „rest area” za Green Bay (168 mila, Hwy 43).
Dzień 15
Nasz ostatni dzień wakacji spędzamy w zasadzie objeżdżając nadbrzeżne miasteczka. Manitowoc to pierwsze miejsce, gdzie się zatrzymujemy – to tutaj w 1962 roku na jedną z głównych ulic miasta spadł ważący ponad 9 kg fragment radzieckiego satelity Sputnik. Dzień zaczynamy w malutkim Lincoln Park ZOO (wejście bezpłatne). Dzieci są zachwycone… my również czytając wszystkie ciekawostki na tablicach informacyjnych ulokowanych przed każdą klatką ze zwierzęciem. Np. to, że kozy uwielbiają pływać, orły mogą wznieść się na wyskość 3,000 metrów, sowy mogą usłyszeć mysz wędrującą 30 cm pod śniegiem itp. Kolejny punkt dzisiejszej wycieczki to Wisconsin Maritime Museum (bilet $15/osoba) i po rozsądnej naradzie część męska towarzystwa udaje się zwiedzać museum, damska pozostaje w kamperze i relaksuje się czytaniem książek.

Po 2 godzinach chłopaki wracają pełni wrażeń i wiedzy na temat statków, łodzi podwodnych i wszystkiego co potrafi pływać. Następny przystanek to Sheboygan z wystawionym wrakiem statku Lottie Cooper niedaleko mariny.

Następnie miasteczko Kohler – stolica najlepszej jakości zlewów, wanien i toalet. Zaglądamy tu do Kohler Design Center – „show room’u” firmowego, z ciekawymi modelami armatury łazienkowej, a także całymi modelami kuchni i łazienek. Wszystko to piękne i stylowe … a najbardziej ceny…. oczy stają w poprzek. Jedziemy dalej wdłuż wybrzeża na południe do Port Washington – przyjemnego, portowego miasteczka, którego centrum szpecą niestety kominy elektrowni ulokowanej nad jeziorem Michigan. Ponieważ jest wczesne popołudnie ruszamy dalej do Cedarburga i jego słynnej winiarni na degustację pysznego lokalnego winka. Po drodze mijamy uroczy Grafton i zatrzymujemy się na parkingu przed winiarnią Cedar Creek. Winiarnia oferuje darmową degustację wszystkich win, które sprzedaje. Wybornie smakuje La Belle Vie – idealne białe winko w taki upał…. Po spróbowaniu i zakupieniu kilku wybornych trunków udajemy się na zwiedzanie budynku (winiarnia ulokowana jest w starym młynie pełnym staroci).

Miejscówka świetna ! Świetne jest też całe miasteczko Cedarburg – pełne restauracji i galerii sztuk. I tu kończymy niestety nasze wakacje pełne niezapomnianych chwil i miejsc. Przez Milwaukee wracamy do Chicago.

Super relacja. Dziekuje za wazne wskazowki. Musimy sie tam wybrac
PolubieniePolubienie