TERMIN WYCIECZKI: 15.XI – 30. XI.2016
Temperatury powietrza późną jesienią w południowej części stanu Utah nie zachęcają raczej do podróżowania z małymi dziećmi (dzień – średnio około 10°C, noc – średnio około 0°C), ale nie jest to oczywiście niewykonalne. Mając do dyspozycji wygodnego ogrzewanego kampera i ciesząc się (poza kilkoma wyjątkami) totalnym „wyludnieniem” turystycznym, rozkoszowaliśmy się pięknem dzikiej przyrody w samotności.
Długość dnia w tym okresie, niestety też jest dużym minusem – słońce wschodzi po 7am, a zachodzi kilka minut po 5pm, co zmusza nas do bezwględnej organizacji i maksymalnego wykorzystania światła słonecznego. Przeżyliśmy też bardzo mocne uderzenie śniegu… ku ogromnej uciesze dzieci. Deszczu było stosunkowo niewiele….. czasami powiał silny pustynny wiatr, ale rozpatrując całościowo pogoda była dobra i pozwoliła nam prawie w 100% zrealizować nasz plan podróży.
TRASA: Chicago – NEVADA [Las Vegas], ARIZONA, UTAH [St. George, Washington, Hurricane, Road 59]; ARIZONA [Winsor Castle Pipe Spring National Monument, Fredonia], Utah [Kanab, House Rock Valley Road, Wire Pass Trail, Buckskin Gulch Trail – North, Stateline Campground, Kanab, Frontier Movie Town – Little Hollywood museum; Paria Road, Paria Movie Set, Toads Tools Trail, Whitehouse campground, Wiregrass Canyon Trail, Glen Canyon National Recreation Area – Lone Rock campground, ARIZONA [Powell Lake scenic overlook], Page, Lower Antelope Canyon, Horseshoe Bend, Dam Overlook, Navaho Bridge & Marble Canyon, Lee’s Ferry, River trail, Road 89 west, Cliff Dwellers, Dominguez – Escalante Interpretive Site, Jacob lake, Grand Canyon National Park North Rim, Fredonia], UTAH [Kanab, Dinosaur Track Trail, Hancock Road, Coral Pink Sand Dunes State Park, Ponderosa Grove Campground, Sand Dunes Road, Mt. Carmel Junction; Zion National Park – Zion Canyon Road (Watchman Trail, Zion Human History Museum), Grafton Ghost Town, Zion National Park – Zion Canyon Road – (Court of the Patriarchs Trail, Zion Lodge, Emerald Pools Trail, Kayenta Trail, Weeping Rock Trail), Kolob Terrace Road (Hoodoo City trail), LaVerkin Overlook, Zion National Park – Kolob Canyons (Kolob Canyon View Point Trail); Redcliff’s Recreation Area (White Reef Trail, Anasazi Trail, Dinosaur Track Site), Washington, St. George [Red Hills Desert Garden], Snow Canyon State Park (Jenny’s canyon trail, Snow Canyon Campground #24, Butterfly trail, Lava trail, Petroglyph trail); Old Hwy 91, ARIZONA, NEVADA [Valley of the Fire State Park (Arch Rock Campground, Natural Arch trail, Fire Wave trial), Las Vegas], Chicago.

NOCLEGI: Kempingi ($0 – $20) oraz bezpłatnie na ziemiach publicznych (BLM)
Gdzie nocować za darmo w USA?:
US National Forests & Grasslands – na ziemiach lasów federalnych generalnie możemy rozbić namiot, zaparkować RV, czy osobówkę w dowolnym miejscu, (tak zwany dispersed camping), chyba że istnieją jakieś lokalne przepisy tego zakazujące. Zawsze trzeba sprawdzić w lokalnym biurze – National Forest Ranger Station. Czasami można spotkać przygotowane ogniskowe kręgi z kamieni, ale to czy możemy rozpalić ognisko też różni się w zależności od lokalnych przepisów i aktualnego zagrożenia pożarowego. Powinniśmy kempingować w odległości przekraczającej 200 stóp (60 m) od rzeki czy jeziora. W najbliższej okolicy dużych miast np. Denver czy Santa Fe lokalne przepisy zabraniają w ogóle kempingowania poza wyznaczonymi kempingami.
BLM (Bureau of Land Management) – Public Lands – kempingowanie praktycznie ograniczone jest tylko przez tereny przeznaczone na wypas bydła i kopalnie czy kamieniołomy, ale wtedy teren jest ogrodzony płotem i z reguły jest jakaś informująca tabliczka o zakazie wstępu. BLM często oferuje też prymitywne kempingi z toaletami i stołami piknikowymi za darmo lub za niską opłatą $2-$10.
Rest Area/ Rest Stop – znajdują się głównie przy autostradach i drogach szybkiego ruchu. Można legalnie przenocować w samochodzie lub RV. Zawsze dostępe są łazienki, stoliki, czasami place zabaw dla dzieci i wybiegi dla psów.
Truck Stops (Flying J, TA, Pilot) – miejsce, gdzie nocują kierowcy ciężarówek, ze stacją benzynową, fast-foodowym barem i płatnymi prysznicami ($8).
Kasyna – zawsze można zaparkować przed kasynem i przespać się w samochodzie czy kamperze.
Walmart Supercenter (największa sieć hipermarketów w USA) – w większości przypadków można spać w aucie na parkingu przed sklepem. Ale np. w aglomeracji Los Angeles czy Santa Barbara w Kalifornii istnieją duże ograniczenia i można nawet dostać mandat za spanie w samochodzie. Sztuka polega na tym, by dobrze czytać i interpretować znaki i przepisy parkowania.
PRZEWODNIKI: Atlas topograficzny DeLorme Arizona, Utah Road and Recreation Atlas; Paria Canyon, Kanab – Vermilion Cliffs National Monument and Grand Staircase – Escalante National Monument Topographic map [National Geographic]; Hiking Zion & Bryce National Parks E. Molvar & T. Martin; www.hikestgeorge.com; www.alltraills.com; americansouthwest.com; www.tripadvisor.com; www.citrusmilo.com
TRANSPORT: Samolot (Frontier Airlines) – przelot Chicago – Las Vegas – Chicago $545/4 osoby; Wypożyczony camper (Ford E350 V8) $645 (koszt całkowity $1,145 minus $500 certyfikat upominkowy wygrany w konkursie organizowanym przez Cruise America = $645), wypożyczone auta Advantage Car Rental Las Vegas $37 i Thrifty Car Rental – Las Vegas $34
DŁUGOŚĆ TRASY: 1,225 mil (1,971 km)
KOSZT BENZYNY: Kamper – $285 (128 galonów/ średnie spalanie 9,6 mili/galon ) + 2 osobówki razem $7
CENA BENZYNY: $2.10-$2.60/galon (galon to prawie 4 litry)
KOSZT WYJAZDU: $2,030
ZAGROŻENIA: (FLASH FLOOD): Pomimo, że sezon burzowy już za nami, to przebywając na pustyni i w tzw. „slot” kanionach (czyli wąskich, głębokich kanionach) zawsze należy być czujnym i nigdy nie udawać się na piesze wędrówki, gdy zbliża się burza, a nawet deszcz w odległości nawet 50 mil od naszego położenia. W przypadku, gdybyśmy zostali „złapani” przez deszcz – błotnista woda razem z niesionymi przez nią konarami drzew i głazami wdziera się z ogromną siłą i prędkością do kanionu i jesteśmy w pułapce, bo z reguły nie mamy szansy, żeby wspiąć sie po stromych skałach kanionu. Nie ma żartów. Przykładowo rok temu grupa 7 „hikerów” zginęła podczas wędrówki po Keyhole Slot Canyon w parku narodowym Zion. Wyruszyli pomimo prognozy pogody przewidującej 40% szansy na deszcz. Przed ich wejściem na szlak National Weather Service ogłosił już zagrożenie powodziowe, ale uczestnicy wyprawy niestety nie mogli tego sprawdzić, bo znajdowali się poza zasięgiem działania sieci komórkowych. Po 2 godzinach marszu zostali porwani przez „flash flood” i wszyscy zginęli. Ratownicy znaleźli ich ciała rozrzucone w olbrzymich odległościach od siebie. Takich przypadków jest niestety wiele…. (Żeby uzmysłowić sobie jak wygląda flash flood na pustyni wystarczy na Youtube wpisać np. amazing flash flood utah, ale filmiki pokazują bardzo „lajtową” wersję fali powodziowej w szerokiej wyschniętej dolinie rzeki – dry wash).
KILKA SŁÓW o RV: „Recreational vehicle” to pojazd i dom w jednym. Jest to najbardziej wygodna opcja wakacyjna, szczególnie jeśli podróżujemy z małymi dziećmi i chcemy jak najwięcej zobaczyć, nie marnując czasu na codzienne poszukiwanie moteli, hoteli czy restauracji. Pożyczany przez nas RV należy do najmniejszych tego typu pojazdów w Stanach i ma długość „zaledwie” 19 stóp (prawie 6 metrów).

W wyposażeniu znajdują się: 2 łóżka (mieszczące 4 osoby, w tym jedno rozkładane w wersji stół plus kanapy), lodówka, plus mała zamrażalka, kuchenka, mikrofala, ogrzewanie, ochładzanie, zlew, kibelek i prysznic. Na wyposażeniu jest też generator, którego zużycie opłacane jest dodatkowo – za każdą godzinę $3 (lub wykupiony w pakiecie na każdy dzień za $5 x ilość dni). My z generatora nie korzystaliśmy. Właściwie to generator umożliwia pracę mikrofalówki, klimatyzatora dachowego i gniazdek elektrycznych, gdy pojazd nie jest podłączony do prądu np. na kempingu. (jeśli ktoś nie chce wchodzić w koszty generatora, to trzeba w Walmarcie zakupić „power inverter”, by móc naładować (poprzez gniazdko zapalniczki) baterie laptopa, telefonu itp. W RV znajdują się 2 akumulatory, przy czym drugi odpowiedzialny jest za „kabinę mieszkalną”. Ogrzewanie, lodówka i kuchenka zasilane są propanem. Benzyna i propan były nabite do około ¾ pojemności i należało zadbać, by oddając kampera również uzupełnić ich poziom do takiej samej wartości. Samochód przed oddaniem należy sprzątnąć – tzn. zamieść podłogę miotłą (która jest na wyposażeniu), oraz opróżnić zbiorniki z brudną wodą. Opcją dodatkową jest wypożyczenie naczyń i garnków za $100, co wydaje się całkowicie nielogiczne, bo talerze, kubki i sztućce i tak zawsze są w szufladach, a jeśli nie, to zakup garnka i patelni w Walmarcie to zaledwie koszt rzędu $15 – $20. Można też wykupić zestaw do spania za $55/na osobę, ale nam wystarczą 2 śpiwory z Walmart’u po $30 sztuka.
Przy odbiorze kampera firma pobiera również depozyt na czas korzystania z auta i wynosi on w przypadku Cruise America $500 (np. firma Apollo Rental kasuje aż $1,500). (płatne tylko kartą kredytową). Depozyt jest zwrotny, gdy podczas końcowej inspekcji wszystko z autem jest ok. Oddając RV trzeba też pamiętać, że należy to zrobić w godzinach 9-11am, bo w przypadku spóźnienia firma policzy nas po $25 za każdą godzinę. Koszt wynajmu kampera bardzo różni się od terminu i lokalizacji. Poza sezonem ceny są nawet czterokrotnie niższe niż w sezonie. Cena bazowa za dzień w listopadzie wynosiła $45 (w lecie ceny dochodzą do ponad $200/dzień). Dodatkowo doliczana jest opłata $35 za każde przejechane 100 mil . Limit dzienny – opłacany z góry to właśnie te 100 mil. Czyli na 14 dni naszej wycieczki mieliśmy wykupione 1,400 mil na łączną kwotę $490. Jako że nie zużyliśmy wszystkich wykupionych mil firma oddała nam pieniądze przy zwrocie auta. W przypadku tego wyjazdu mieliśmy do dyspozycji certyfikat upominkowy na $500, który wygraliśmy w organizowanym przez Cruise America foto-konkursie, co w znacznym stopniu obniżyło koszt naszej eskapady. A konkurs taki można wygrać przesyłając zdjęcie z wakacji spędzonych właśnie w RV na tle jakiegoś ładnego widoku. Wystarczy zarejestrować się na stronie cruiseamerica.com („share your adventure”) i wrzucić kilka fotek z odbytej wcześniej podróży…. i czekać czy zdjęcie zostanie wybrane na „customer picture of the month„.
Dzień 1
Nasz samolot do Las Vegas startował o 7.15am, a więc czekała nas pobudka o godzinie 3 rano, co wiązało się oczywiście z wielką nerwówką. Zerwanie dzieci o tak wczesnej porze zawsze kończy się miałczeniem i marudzeniem przez kolejne kilka godzin. Jak to zwykle bywa lotnisko O’Hare nawet o godzinie 5.30 rano we wtorek potrafi być zatłoczone powykręcanymi we wszystkie strony kolejkami podróżnych, co oczywiście wpływa na ogólne złe samopoczucie zarówno pasażerów jak i pracowników. Jako że podróżujemy z dziećmi mamy zawsze możliwość skorzystania z przywileju „krótszej” kolejki do odprawy TSA. Tym razem sprawdzanie bagaży jest bardzo staranne i 2 z naszych plecaków są skrupulatnie opróżnione, a zawartość podejżliwie przejrzana. Zapewne uwagę oficerów przykuły liczne przekąski dla dzieci….. Szczęście uśmiechnęło się do nas w samolocie, kiedy to okazało się, że jedynym wolnym miejscem było to właśnie to obok Janka, który ku wielkiej radości mógł zająć „podwójny” fotel przy oknie i rozkoszować się widokami. A było co podziwiać …. mniej więcej od okolic zachodniej części Colorado zaczyna się prawdziwy festiwal krajobrazowo-geologiczny. Wielkie kaniony i góry oglądane z lotu ptaka dają wielce poglądową i praktyczną lekcję geologii.

Pomimo 1,5-godzinnego opóźnienia dolecieliśmy do Las Vegas bez większych strat czasowych i kolejką lotniskową, kursującą między terminalami (kolor czerwony) udaliśmy się na terminal 3 po bagaże. Stamtąd bezpłatnym autobusem dojeżdżamy do McCarran Airport Car Rental Center (7231 Gilespie Street) i korzystamy z wcześniejszej rezerwacji zrobionej w wypożyczalni Advantage. Autobus dowozi podróżnych do głównego lobby gmachu wypożyczalni samochodów firm Thrifty, Advantage, Dollar, Alamo, Avis, Budget, National i Enterprise. Po załatwieniu formalności zjeżdżamy piętro niżej odebrać auto (Kia Forte). Z powodów logistycznych ale również ekonomicznych (przy 4-osobowej rodzinie) potrzebujemy auto praktycznie tylko by dojechać do wypożyczalni Cruise America (551 Old Gibson Rd, Henderson NV) po odbiór (kampera). Mamy umówioną dokładną godzinę na odbiór RV-ika i musimy być co do minuty. Jadąc Hwy-215 zjeżdżamy na chwilkę do REI (sklep ze sprzętem turystycznym) po zamówiony wcześniej plecak – nosidełko dla Basi (Deuter Kid Comfort) i za moment przybywamy do Cruise America. W parę minut załatwiamy wszelkie formalności i wyjeżdżamy szczęśliwi kempingowozem gotowi na podbój dzikiego zachodu. Ale zanim to jeszcze nastąpi musimy zrobić zaopatrzenie żywnościowe (Costco; tu trzeba mieć wykupioną specjalną kartę członkowską klienta) i techniczne (Walmart). Obok Walmartu znajduje się sklep „99 cents” (czyli popularny dolarowiec = wszystko kosztuje $1), gdzie kupujemy trochę zabawek i kolorowanek dla dzieci. (wszystkie sklepy znajdują się w podbliżu wypożyczalni Cruise America). Już po zmroku opuszczamy miasto przejeżdżając przez niesamowicie rozświetlony kolorowymi neonami Las Vegas STRIP (główna reprezentatywna aleja pośród kasyn) i autostradą nr 15 wyjeżdżamy za miasto do zjazdu Ute (nr 80), gdzie parkujemy nasz kempingowóz w zupełnej ciemności pośrodku totalnej pustyni i dosłownie zapadamy w zasłużony sen, będąc jeszcze świadkami niesamowitego spektaklu wypalających się w atmosferze ziemskiej meteorytów przecinających rozgwieżdżone nocne niebo. Sen przebiega bez zakłóceń aż do 5 nad ranem, kiedy to budzi nas głośne walenie do drzwi. Uśmiechnięty pan policjant – typowe rysy Indianina – informuje nas, że znajdujemy się na terenie rezerwatu indiańskiego (Moapa River Indian Reservation) i musimy ten teren niezwłocznie opuścić. Nieformalnie daje nam jednak dobrą radę i wskazuje nam miejsce (po drugiej stronie drucianego ogrodzenia), gdzie możemy zaparkować i kontynuować spanie. Jest naprawdę w porządku – powiedział nam, że widział nasze auto już dawno, ale nie chciał nas budzić, a teraz kończy swoją nocną zmianę i niestety musi to zrobić.
Dzień 2
Dzień zaczynamy od rozgrzewającego śniadania i ruszamy dalej na północny-wschód w stronę Utah. Opuszczamy Nevadę i podziwiamy malowniczy kanion rzeki Virgin leżący na terenie Arizony. Jest tu zjazd (Cedar Pockets exit #18) na malowniczy prymitywny kemping Virgin River Canyon Recreation Area ($8/noc), dokąd z powodu ogromnego zmęczenia nie udało nam się wczoraj dotrzeć. Bez zatrzymywania pokonujemy 30 milowy odcinek Arizony i wjeżdżamy do Utah. Ponieważ zapomnieliśmy o kupieniu kilku drobiazgów musimy zajechać do Walmartu w St. George (2610 Pioneer Rd). Jako że nieopodal znajduje się Costco to dorzucamy jeszcze do naszej lodówki trochę wałówki i tankujemy na ich stacji. Konkurencyjna cena benzyny w Costco jest niższa o $0,45 za galon niż na okolicznych stacjach, więc w przypadku tankowania RV oszczędzamy jakieś $10. Kolejki do dystrybutorów przypominają nam CPN z lat 80-tych w Polsce. Jako że jesteśmy w Utah – światowej kolebce Mormonów – oczom naszym ukazuje się cały ten lokalny folklor wielodzietnych rodzin robiących olbrzymie zakupy. Charakterystyczne stroje kobiece wyjęte „żywcem” z XIX wieku są tak okropne, że nie da się tego opisać … długie bordowe lub granatowe sukienki z falbankowymi rękawami, z kołnierzykami dopiętymi pod samą szyję, a do tego sportowe białe lub czarne buty i obowiązkowy warkocz dobierany chyba pleciony z tydzień temu….i te nieufne spojrzenia…Przez Hurricane docieramy drogą 59 do granicy z Arizoną i „meldujemy się” w Pipe Spring National Monument (wstęp $7/osoba dorosła, czynne 8.30am-4.30pm w sezonie zimowym). Park oferuje do zwiedzania „zamek” Winsor (wejście tylko z przewodnikiem – wliczone w cenę biletu wstępu), szlak widokowy, zagrody z końmi, rogatym bydłem (Texas Longhorn cattle) i kurami, sad i ogrody oraz Kaibab Band of Paiute Indians Visitor Center Museum. Miejsce to było jednym z pionierskich osad Mormonów, których głównym zajęciem była produkcja sera i mleka i sprzedaż tych produktów mieszkańcom Saint George. Na środku tego fortu bije źródełko, którego istnienie w ogóle umożliwiło osiedlenie się w tak nieprzystępnym obszarze pustynnym. Przewodnik indiański jaki nas oprowadzał po „komnatach” fortu był krótko mówiąc niemrawy i mruczał cicho pod nosem, a więc niewiele wynieśliśmy merytorycznych treści, ale za to jego autentyczność malowniczo zrekompensowała nam naszą percepcję pionierskiego ciężkiego życia pierwszych kolonizatorów dzikiego zachodu. Dzieci nasze przez cały jego wykład tarzały się w kurzu i sypały piaskiem, a więc po wyjściu stamtąd wyglądały makabrycznie.

Czasu do zamknięcia obiektu mieliśmy niewiele, a więc ruszyliśmy na krótki widokowy szlak – Ridge Trail, który prowadzi po zboczu góry do granicy rezerwatu indiańskiego (Kaibab Paiute) i z powrotem w dół do fortu.


Akurat tuż obok w zagrodach odbywa się karmienie zwierząt, więc dzieciaki mają ciekawe widowisko.


Janek nawet pomaga rangerce karmić kury suszonymi larwami robaków (ble!).


Wracając do budynku Visitor Center przechodzimy jeszcze przez stylizowane miejsce biwakowe z repliką wozu mormońskiego.


Kompleks jest już nieczynny i rangersi czekają tylko na nas, żeby nas grzecznie wyprosić i pozamykać bramę i muzeum. Niestety jest już 4.30pm i za pół godziny zachodzi słońce, a więc czas na znalezienie jakiegoś fajnego noclegu. Przejeżdżając przez Fredonię zatrzymujemy się na chwilę przy Kaibab National Forest Ranger Station (430 S Main Steet) i tam dowiadujemy się dobrą nowinę, że z powodu sprzyjających warunków pogodowych droga prowadząca do parku narodowego Grand Canyon North Rim będzie otwarta do 1 grudnia, co rozwiewa nasze wątpliwości w 100%. Dane jakie znaleźliśmy na stronie parku narodowego wskazywały na coś zupełnie innego. A więc postanawiamy, że wracając tą drogą za kilka dni przejedziemy się na pewno do North Rim. Mijamy Fredonię i tuż za miasteczkiem skręcamy w szutrową drogę w prawo (Cowboy Drive), przejeżdżamy może z pół mili i znajdujemy ciekawe miejsce – obszerną zatoczkę, gdzie postanawiamy przenocować (teren ten należy już do BLM). Rozpalamy ognisko, a Mundek smaży kiełbasę na metalowym widelcu, bo w okolicy nie ma żadnego przydatnego patyka, który mógłby być użyty do tego celu. Obserwujemy zachodzące na czerwono słońce, a w niedługim czasie wschodzący wielki super księżyc. Piękna, spokojna noc na pustyni.

Dzień 3
Wstajemy o świcie i bez śniadania pędzimy na północ do Kanab – a mówiąc dokładniej do Grand Staircase-Escalante National Monument Visitor Center (745 E. Highway 89; czynne poza sezonem 8.00am-4.30pm od poniedziałku do piątku). W biurze tym codziennie o godzinie 8.30 rano rozpoczyna się cała procedura losowania pozwoleń (pertmits) do wyjścia na legendarny już szlak „The Wave”. Wylosowanie pozwolenia upoważnia danego szczęśliwca do wędrowania tylko dnia następnego niezależnie od zaistniałych okoliczności, (chyba, że jest to losowanie w piątek, a biuro poza sezonem jest nieczynne w weekend to wtedy ranger dokonuje losowania pozwoleń na 3 dni). Dokładnie o 8.30 ranger wprowadza chętnych do pokoju z około 45- 50 krzesłami i każdy przedstawiciel grupy wypełnia jedną aplikację (imię i nazwisko wszystkich osób z grupy, adres, telefon, tablice rejestracyjne auta, numer telefonu i imię osoby kontaktowej). Ważne jest by tylko jedna osoba z grupy wypełniła aplikację, natomiast gdy ktoś chciałby przykombinować i wypełnić dodatkowe podanie to wtedy cała grupa jest wykluczona z losowania. Oddając rangerowi wypełnioną aplikację od razu dostajemy numer zapisany na naszym zgłoszeniu. (Czas na wypełnienie informacji mamy do 9am). Punktualnie o 9 rano ranger wrzuca drewniane kuleczki z numerkami do maszyny losującej i kolejno losuje szczęśliwców. Szczęście to uśmiecha się tylko do 10 osób dziennie. Zważywszy na fakt, że tego dnia było 37 podań, a osób około 80 szanse na wygranie zawsze większe niż w totolotku. Pierwszy los wyciągnęła 4-osobowa grupa, potem 3-osobowa, następnie 2-osobowa i pomimo, że zostało tylko 1 miejsce do rozlosowania ranger przed wyciągnięciem losu powiedział, że nie chce, aby ktokolwiek wędrował sam i jeśli wylosuje grupę 2 osób to pozwoli im pójść na szlak. I tak też się stało. Ostatnimi szczęśliwcami zostały 2 starsze kobiety, które zaczęły piszczeć i skakać z radości. Widać było, że to było ich wielkie marzenie. Nam miny posmutniały, ale jako że dnia następnego był piątek, mieliśmy w planie tu wrócić i spróbować jeszcze raz tym razem z większymi szansami. Pamiętać trzeba o tym, że tak naprawdę to nie jest wytyczony szlak tylko trek po „wilderness” dla osób, które dają sobie radę z mapą i kompasem (dystans w obie strony 6 mil). Podobno (przeczytałam gdzieś na blogu hikerskim) około 30% ludzi w ogóle nie znajduje „Fali” a zdarzają się nawet wypadki śmiertelne. Ludzie wychodzą na wędrówkę źle przygotowani, a pamiętać trzeba, że w lecie temperatura na pustyni wynosi ponad 40°C podczas dnia. Idzie się w pełnym słońcu i galon wody na osobę to minimum jakie trzeba ze sobą zabrać, by się nie odwodnić. Poza tym powrót nocą też może się skończyć tragicznie – jak ten sprzed 3 lat, kiedy to 30-letni kalifornijczyk wracał po zmroku i prawdopodobnie z powodu braku latarki wpadł do kanionu i zginął na miejscu. Jeżeli ktoś rozważa opcję udania się do The Wave bez wymaganego permitu, to naraża się na mandat w wysokości „jedynie” $1500 za osobę. Jeszcze wspomnę o loterii internetowej – bo takowa ma również miejsce. Przyznawany limit pozwoleń to również 10 sztuk na dzień. Na internetowej stronie BLM należy z wyprzedzeniem 3-miesięcznym zaznaczyć 3 interesujące nas daty. Jeśli wygramy to zostaniemy oczywiście powiadomieni przez rangera. My spóźniliśmy się kilka dni i ta możliwość nam przepadła. Jeśli wylosujemy pozwolenie – niezależnie czy osobiście czy online to płacimy $7 opłaty za każdą dorosłą osobę. Jeśli udałoby się nam takie pozwolenie zdobyć to musimy odczekać kolejne 2 tygodnie chcąc starać się o następne. I jeszcze jedna reguła – jakby danego dnia na losowaniu pokazało się 10 lub mniej osób to automatycznie każdy otrzymuje permit i loteria nie odbywa się. Jeśli danego dnia wydane jest mniej niż 10 permitów to następnego dnia można zdobyć pozwolenie na ten właśnie dzień. Bardzo ważną informacją jest też sam dojazd do wyjścia na szlak. Jeśli danego dnia (lub nawet poprzedniego) padał deszcz droga House Rock Valley Road jest nieprzejezdna. I na koniec dodam jeszcze to, że każdy podróżujący z psem musi też posiadać czyli wygrać permit dla zwierzaka.
Po pechowym dla nas losowaniu postanawiamy pojechać właśnie w miejsce, gdzie rozpoczyna się wyjście na Wave, będącym również początkiem szlaku Buckskin Gulch (jednego z najdłuższych i najgłębszych „slot” kanionów na świecie), który prowadzi przez Wire Pass (elewacja 1536 m.n.p.m). Ranger informuje nas, że południowa część szlaku Buckskin jest bardzo „zabłocona” i ciężka do przejścia – postanawiamy więc zaatakować kawałek części północnej. Jedziemy 37,5 mili na wschód i skręcamy w prawo (na południe) w szutrową drogę House Rock Valley. Droga jest stosunkowo łatwo przejezdna (jeśli jest sucho oczywiście) i prujemy nią 20 – 30 mil na godzinę. Temperatura ma osiągnąć maksymalnie tylko 7°C, ale na szczęście jest bardzo słonecznie i w miarę bezwietrznie. Po przejechaniu 8,5 mili dojeżdżamy do całkiem sporego parkingu (jest WC, wody brak), rejestrujemy się wpisując nasze dane do książki umiejscowionej w metalowej „skrytce”, wypisujemy nasze dane na kopercie, której górną część odrywamy i wkładamy za szybę w samochodzie, do dolnej części wkładamy $12 – czyli opłatę za wejście na szlak ($6/osoba dorosła), a następnie wrzucamy ją do specjalnej wrzutni. Wkładamy ciepłe czapki i rękawiczki, „zarzucamy” Basię na plecy Mundka i ruszamy płaskim korytem wyschniętej rzeki w kierunku północno-wschodnim.


Czasami skracamy sobie drogę przedzierając się słabo wydeptanymi ścieżkami przez zarośla sagebrush (Artemisia tridentata) i jałowca (juniperus communis). Zawsze zbieram sobie trochę gałązek sagebrush’a i rozcieram w dłoniach jego listki i kwiatostan uwalniając w ten sposób najpiękniejszy zapach pustyni amerykańskiej.

Wire Pass jest stosunkowo łatwym szlakiem, którego długość do skrzyżowania z Buckskin Gulch wynosi 1,7 mili (w jedną stronę). Po przejściu około 1/2 mili na prawo odchodzi szlak prowadzący do The Wave. Po około 1 mili szerokie koryto „dry wash” zamienia się w „slot canyon” czyli wąski kanion, którego miejscami szerokość dochodzi do pół metra.

Zawsze wchodząc do takiego kanionu trzeba być poinformowanym o pogodzie, a w zasadzie o opadach deszczu, nawet w odległości 50 mil w każdym z kierunków, gdyż te powodują tzw „flash floods” wdzierające się z potężną siłą do „slot” kanionów i uniemożliwiające ucieczkę. Po kilku minutach marszu po kanionie napotykamy na przeszkodę – około 3 metrowy spadek, o którym wiedzieliśmy już wcześniej (od rangera w Kanab), więc nie było to dla nas zaskoczeniem. Pierwszy opuszcza się w dół Mundek i potem cała nasza reszta po kolei przy jego pomocy schodzi na dolny poziom kanionu. Podobno jest jakieś przejście górą, ale na szczęście nie jest to w naszym przypadku konieczne.



Wędrujemy wąskim, głębokim kanionem, aż do rozwidlenia, kiedy to Wire Pass dochodzi do szlaku Buckskin Gulch. Zgodnie z radą rangera udajemy się do jego północnej części, skręcając w lewo. Ale zanim to następuje rozkoszujemy się fotografowaniem tego uroczyska – pionowa wysoka (piaskowcowa) skała połyskuje intensywnym pomarańczowym kolorem i tworzy olbrzymie wgłębienie jakby zalążek łuku skalnego.

Dolina rozszerza się by za chwilę znów zmniejszyć się do szerokości około 2 metrów. Idąc Buckskin Gulch na północ musimy też pokonywać liczne kałuże i błotniste kawałki.

Po około pół godziny marszu zawracamy z powrotem do Wire Pass, bo nasz 5-letni Janek już zaczyna powoli narzekać na brak energii, a paliwo w postaci słodyczy uległo wyczerpaniu. Basia uwalnia się z plecaka, w którym do tej pory jest niesiona i zaczyna własną penetrację terenu, wdrapując się na każdą, dającą możliwość wejścia, skałę.

Wracamy więc znacznie dłużej niż to było zamierzone. Bez problemu pokonujemy 3-metrową przeszkodę w kanionie Wire Pass, na którą wspinamy się pomagając sobie nawzajem.

Wychodzimy z kanionu i dalej już suchym korytem rzeki dochodzimy do parkingu.

(Trzeba uważać, bo łatwo można przegapić powrotną drogę od koryta rzeki do parkingu). Dzień ma się już ku końcowi, więc szybko jedziemy na oddalony o dosłownie 1 milę na południe bezpłatny kemping – Stateline prowadzony przez BLM. Kemping położony jest dokładnie na granicy Utah i Arizony, stąd jego nazwa. Jest tu po prostu pięknie. Nikogo poza nami nie ma, chociaż później dojedzie jeszcze kilka aut. Jest tylko 8 miejsc bardzo ładnie zagospodarowanych, z kręgami na ognisko, wiatą i betonowym stołem z ławkami. Jest też oczywiście WC. (wody i kontenerów na śmieci brak). Korzystając z ostatnich promieni słońca wędrujemy dookoła kempingu, zbierając chrust na ognisko i podziwiając panoramę okolicy. Dziś w nocy ma być minus 5°C…. co staje się powoli odczuwalne. Mimo, że Mundek z wielkim zapałem rozpala ognisko, chętnych do pozostania na zewnątrz brak. Zajadamy się pyszną gorącą jejecznicą w naszym RV-iku i włączamy ogrzewanie na maxa…. Przed nami naprawdę zimna noc.
Dzień 4
Budzimy się jeszcze przed świtem, szybko zbieramy i wyjeżdżamy z powrotem drogą House Rock Valley na północ kierując się do Visitor Center w Kanab.

Z wielką nadzieją meldujemy się o 8.30 rano na losowaniu „permitów” do The Wave. Nasza aplikacja została zachowana z dnia poprzedniego, więc nie musimy jej od nowa wypełniać. Niestety ilość aplikacji dzisiejszego dnia wynosiła 52 ….. ludzi nawaliło co niemiara. Najbardziej przykro zrobiło się nam, kiedy to loterię wygrała para składająca się z jakiegoś młodzika w wyćwiekowanej kurtce i spodniach opuszczonych do kolan oraz dziewczyny z cekinową torebeczką….. i butach na koturnie… i mogę założyć się, że ludzie ci nie doszli do celu…. bo wyglądali jakby nie potrafili odróżnić północy od południa. Dla każdego geografa, hikera czy podróżnika zdobycie i przejście tego szlaku jest prawdziwym marzeniem i wyzwaniem. Cóż nie udało nam się … może następnym razem. Na pewno wiemy, że zobaczyć „falę” musimy. Na otarcie łez zabieramy dzieciaki do muzeum „Little Hollywood” (297 W Center St; wjazd bezpłatny, otwarte od 9 rano codziennie) i plączemy się pomiędzy eksponatami pochodzącymi z wielkich produkcji filmowych – przeważnie westernów.


Najbardziej znanym filmem, którego gadżety możemy podziwiać jest “Desperate Hours“ (Anthony Hopkins i Mickey Rourke) z 1990 roku. Miejsce dosyć ciekawe i warte obejrzenia – dużo makiet drewnianych konstrukcji i całych domów (wszystko w muzeum pochodzi z jakiegoś planu filmowego i jest umieszczone na zewnątrz zaraz za wielkim sklepem z upominkami), wszędzie porozrzucane atrapy strzelb, którymi wymachują nasze dzieci; w małej salce można przysiąść na tzw „krzesełku reżysera” i obejrzeć film o historii tego muzeum.

Po wyjściu z muzeum tankujemy do pełna benzynę i propan i ruszamy w dzikość. 89-tką jedziemy na wschód i po przejechaniu 33 mil skręcamy w lewo na północ w szutrową drogę Paria Road (585) – chyba najbardziej spektakularną drogę w tej okolicy (widoki dosłownie wywalają w kosmos!!!).

Droga jest całkowicie przejezdna dla wszystkich rodzajów aut (oczywiście w okresie bezdeszczowym). Jeden z mało kompetentnych rangerów w Kanab błędnie nas poinformował, że osiągalna jest tylko dla samochodów terenowych z napędem na 4 koła.


Po około 5 milach jazdy, urozmaiconych cudownymi widokami różowo – pomarańczowych Vermillion Cliffs docieramy do niewielkiego parkingu (chyba z najpiękniej położonym WC na świecie), gdzie kiedyś znajdowało się ”Paria Movie Set” czyli miejsce, gdzie kręcono filmy (np. „The Outlaw Josie Wales” z Clint’em Eastwood’em).

Wszystkie zabudowania niestety w zagadkowy sposób spłonęły w 2006 roku. Czytamy tablice informacyjne i podjeżdżamy jeszcze (już gorszej jakości drogą) kawałeczek do zabytkowego cmentarza, za którym parkujemy (kilkadziesiąt metrów dalej), bo ostatni kawałek drogi, ze względu na piaszczyste podłoże na terasie zalewowej, trzeba pokonać już pieszo. Dochodzimy do rzeki Paria (3 minuty marszu) i spacerujemy po gliniastym jej brzegu, co oczywiście powoduje, że buty nasze oblepia ciężko usuwalna lepka i śliska maź. Mundi jako jedyny twardziel decyduje się na zanurzenie nóg w wodzie…. ale szybko je wyjmuje, bo woda jest przeraźliwie lodowata i śliska z powodu osadów ilastych i gliniastych. Po drugiej stronie rzeki znajdowało się kiedyś miasteczko Pahreah (założone w 1870 roku przez pionierów), zniszczone przez nawracające powodzie w przeciągu kolejnych kilkudziesięciu lat.

Do głównej drogi nr 89 wracamy późnym popołudniem podziwiając doskonale oświetlone klify, które teraz lśnią intensywnością kolorów różu, czerwieni, pomarańczy.

Półtorej godziny przed zachodem słońca docieramy na parking (położony po stronie północnej drogi), skąd wychodzimy na szlak – Toadstools Trail (dokładnie 11,4 mili od zjazdu z Paria Road na drodze 89 w kierunku wschodnim).

Szlak jest stosunkowo łatwy (długość 1,6 mili w obie strony) i prowadzi początkowo suchym korytem rzeki, potem jest troszkę delikatnej „wspinaczki” i dochodzimy do oświetlonych zachodzącym słońcem pięknych piaskowcowych grzybów skalnych (hoodoos) – Red Toadstools.

Lepszego czasu na zobaczenie tego uroczyska nie można sobie wymarzyć. Intensywna czerwień i pomarańcz bijąca z tego miejsca jest nie do opisania. Jako że mamy jeszcze chwilkę do zmroku udajemy się na przełaj (w kierunku zachodnim) do punktu zwanego White Toodstools – ale tu już tylko dane nam jest podziwiać oświetlone jedynie białe wierzchołki grzybków, reszta pozostaje w cieniu zachodzącego słońca.

Robi się już potwornie zimno i próbując skrócić sobie drogę zapętlamy się w labiryncie głębokich suchych dolinek okresowej rzeki – takich zerodowanych suchych wodospadzików, co znacznie utrudnia nam powrotne wędrowanie.


Postanawiamy więc zawrócić i tą samą drogą, mijając pomarańczowe grzybki wrócić do auta.

Szlak jest bardzo spektakularny i łatwo dostępny z głównej drogi, więc jadąc 89 po prostu nie należy go pominąć – najlepiej późnym popołudniem ze względu na fotogeniczne walory oświetleniowe.
Już o zmroku cofamy się 1,5 mili na zachód i wjeżdżamy w szutrową Whitehouse Trailhead Road. Mijamy (zamknięty poza sezonem) Paria Contact Ranger Station i już niestety po ciemku docieramy (po przejechaniu 2,1 mili) do Whitehouse campground ($5, wody brak), który niestety okazuje się kempingiem typu „walk- in” czyli przeznaczonym tylko do rozstawienia namiotów. Parkujemy więc na obszernym parkingu i z podziwem obserwujemy twardzieli rozstawiających namioty. (Temperatura już spadła poniżej 0C!!!). Jest to grupa kilkunastu osób, która zapewne udaje się w dniu jutrzejszym na „backpackerski” szlak biegnący kanionem rzeki Paria, a mający swój koniec w Lee’s Ferry w Arizonie (długość szlaku 38 mil = 61km) – czas przejścia od 3 do 5 dni, wymagany permit na nocleg w kanionie – limit 20 osób dziennie/$5 od osoby. Żeby uzyskać pozwolenie na nocleg w Paria Canyon trzeba dzwonić z 3-miesięcznym wyprzedzeniem do Arizona Strip District Office, korzystając ze specjalnego kalendarza dostępnego online. Część z nich wyrusza zapewne tylko na 9-milowy Whitehouse Trail, który też jest spektakularny (permit też wymagany $6/od osoby). Postanawiamy, że za kilka lat, jak nasze dzieciaki podrosną musimy tu koniecznie wrócić i przejść się szlakiem Whitehouse.
Dzień 5
Poranek wita nas słońcem, chociaż jest jeszcze przeraźliwie zimno…. znowu z podziwem patrzę na rozstawione namioty…i ich właścicieli. Po szybkim śniadaniu wracamy do 89-tki i skręcamy na wschód, mijając miejsce, skąd wczoraj wychodziliśmy na szlak Toadstools. Jedziemy 13 mil do Big Water Visitor Center należące do BLM, ale jak informuje nas kartka na drzwiach – miejsce to jest zamknięte z powodu niedoboru kadry pracowniczej. Budynek i wystawy na zewnątrz są profesjonalnie przygotowane i zaprojektowane. Działające łazienki i ujście wody na zewnątrz budynku umożliwia nam dobranie zapasu do naszego RV-ikowego zbiornika. W czasie kiedy podróżujemy jak się później okaże większość zewnętrzych kranów i ujęć jest już „winterized” czyli zabezpieczonych na zimę i nieczynnych. Po przeciwnej stronie 89-ki zaczyna się „księżycowa”droga Smoky Mountain (NPS230), którą się udajemy. Z głównej drogi skręca się w Eathan Allen i po przejechaniu 0,3 mili w prawo w szutrową NP230 (droga przejezdna dla wszystkich aut w porze bezdeszczowej).

Po pokonaniu 5 mil, zatrzymujemy się w miejscu, skąd wychodzi Wiregrass Trail (zatoczka po prawej stronie drogi plus kierunkowskaz ze strzałką wskazującą gdzie zaczyna się szlak). Schodzimy do wyschniętej doliny okresowej rzeki, następnie na rozwidleniu odbijamy w lewo (na wschód). Dolina staje się coraz bardziej głęboka. Dochodzimy do punktu, gdzie dolina znacznie zwęża się i zaczynają się wyschłe wodospady, czyli znaczne „uskoki” w podłożu.

Po pokonaniu kilku z tych „schodów” dochodzimy do miejsca, gdzie przejście jest już niemożliwe – duża kaskada, a pod nią nieznanej głębokości błotne oczko, którego nie da się ominąć.

Mundi wdrapuje się na kulminację powyżej jednej ze ścian mini wąwozu i próbuje znaleźć alternatywne przejście. Opis szlaku znaleziony gdzieś na forum internetowym też dokładnie opisuje to miejsce, że należy je „ominąć” górą i dalej z powrotem zejść do wąwozu. I może nawet poszlibyśmy dalej próbując kombinować, ale dzieciaki tak strasznie zaczęły jęczeć i marudzić, że wracamy z powrotem do auta.

Rezygnujemy, bo nie uśmiecha nam się słuchać jęczenia, choć szlak na pewno w dalszej części jest bardziej spektakularny, gdyż koryto okresowego cieku wcina się głębiej w podłoże skalne.

Wracamy tą samą drogą do 89-ki i skręcamy na wschód w kierunku granicy z Arizoną. Tuż przed granicą jest zjazd na Lone Rock Campground położony w Glen Canyon Recreation Area. Przed samym wjazdem, gdzie stoi zamknięta o tej porze roku budka strażnicza, umiejscowiony jest automat pobierający opłatę za wjazd (na karty kredytowe). Cena za sam kemping jest w porządku – $14, ale żeby na nim zostać trzeba zapłacić dodatkowo $25 za przebywanie na terenie Glen Canyon RA. Trochę to sporo, zważywszy, że na kempingu nie ma nawet łazienek i stolików piknikowych. Postanawiamy zrobić mały rekonesans. Miejscówka okazuje się bardzo klimatyczna – można zaparkować RV lub rozbić namiot tuż nad brzegiem rezerwuaru w zasadzie w dowolnym miejscu.

Można też w dowolnym miejscu rozpalić ognisko. Klimacik fajny, ale i tak musimy jechać dalej, bo jest za wcześnie by rozstawiać obóz. Zawracamy więc do 89-ki i skręcamy w lewo, zajeżdżając też jeszcze na chwilkę na punkt widokowy tuż za granicą stanową, skąd rozpościera się niesamowita panorama na całą dolinę jeziora Powell.

Przejeżdżamy przez gigantyczną zaporę wodną na rzece Colorado i na skrzyżowaniu z drogą 98 skręcamy na wschód w kierunku KEN’S Tours (Lake Powell Navajo Tribal Park, Przy drodze 222), która organizuje wycieczki do Lower Antelope Canyon. Są dwie firmy organizujące wycieczki do dolnej części kanionu Antylopy – obydwie znajdują się obok siebie. Wybraliśmy Ken’s (zamiast Dixie Ellis Tour), bo zezwalają małym dzieciom na zwiedzanie i do tego mają lepsze recenzje. Kilka lat temu odwiedziliśmy Upper Canyon i dlatego tym razem decydujemy się tylko na część dolną. Kupuję bilet dla Mundka i Jasia (dzieci wchodzą za darmo; $20 plus $8 opłata za wjazd do rezerwatu indiańskiego). Ja robię rezerwację dla siebie na „photography tour” ($42 plus $8) na dzień jutrzejszy na 9.30 am (poza sezonem organizowane są tylko 2 fotograficzne wycieczki dziennie 9.30 am i 12.30pm). Zjadamy szybki obiad i chłopaki idą na godzinną wycieczkę, a ja zostaję z Basią w samochodzie, bo jest zdecydowanie za mała, żeby ją zabierać ze sobą.



Chłopaki pełni wrażeń wracają po ponad godzinie i łapiąc ostatnie chwile światła słonecznego podjeżdżamy (7 mil) do Horseshoe Bend (wjazd bezpłatny). Parkujemy na przepełnionym parkingu i idziemy (razem z wielkim tłumem) ścieżką (długość w obie strony 1,5 mili) do miejsca pięknego i przerażającego zarazem.

Horseshoe Bend – czyli spektakularny „meander” jaki utworzyła rzeka Colorado w głębokim kanionie oglądany jest z 300-metrowej półki skalnej, nie mającej żadnych zabezpieczeń. Z przerażeniem patrzę na grupę nastolatków, których nogi zwisają nad przepaścią, albo wariatów wychylających się, aby strzelić sobie zabójcze „selfie”. Ja nie jestem nawet w stanie ustawić statywu, bo nogi odmawiają mi posłuszeństwa. Lęk wysokości niestety uniemożliwia mi rozkoszowanie się w pełni urokiem tego miejsca.


Dzieci trzymamy z daleka od przepaści. Na szczęście zajęte są grzebaniem łopatkami w piasku. Już o zmroku wracamy do RV i nie mając pomysłu na nocleg jedziemy na parking pod Walmart Supercenter w Page (1017 W Haul Rd). Stoi już tu kilka kempingowozów z zaciągniętymi firankami w oknach, co sugeruje, że ich właściciele na pewno już smacznie drzemią. Znajdujemy odosobnione miejsce i też idziemy spać.
Dzień 6
Wstajemy przed świtem, jemy śniadanie i jedziemy na punkt widokowy nad rzekę Colorado i tamę Glen Canyon Dam.


Pogoda nie napawa optymizmem, niebo całkowicie zachmurzone, ale prognoza pogody nie przewiduje na szczęście opadów deszczu, co znacznie pokrzyżowałoby mi plany obfotografowania kanionu Antylopy, do którego wycieczki mają prawo być odwołane w każdej chwili z powodu zagrożenia „flash flood”. Jakoś zbyt długo schodzi nam na punkcie widokowym, a ponieważ na mojej rezerwacji wycieczki jest napisane wyraźnie, że muszę stawić się pół godziny wcześniej, czyli na 9.00 am to „speedujemy” na maxa do biura indiańskiego. Jesteśmy już po czasie, a przed nami ogromna kolejka samochodów czekająca na wjazd na parking. Okazuje się, że dzisiaj rano w budce wjazdowej siedzi „poborca” biletów wstępu do Tribal Park. Nie czekając biegnę na przełaj przez zarośla sagebrush’owe do kasy sprzedającej bilety na wycieczkę (bo mam tylko rezerwację), ale zanim dobiegam do okienka zostaję zatrzymana przez supervisora obiektu, który informuje mnie, że i tak nie mogę wykupić biletu na wycieczkę dopóki nie okażę dokumentu, że zapłaciłam za wjazd do parku. Co za paranoja. Wczoraj wszystko załatwiało się w jednym okienku, dzisiaj zasady się zmieniły. Supervisor obiecuje mi, że zawiadomi przewodnika, by poczekał, gdyż jestem w trakcie załatwiania formalności i za chwilę dołączę do grupy. Mundi natomiast ćwicząc cierpliwość dowleka się na parking dopiero po 15 minutach. Indianka przy bramie wjazdowej chciała go policzyć $24 za wjazd do parku (Navaho entrance fee). Stwierdziła, że każda osoba w aucie musi zapłacić. Po długich negocjacjach, że tylko ja wybieram się na wycieczkę w końcu opłata stanęła na kwocie $8. W ostatniej chwili płacę za wycieczkę pokazując indiance w okienku bilet za wjazd na parking. O 9.28am wchodzę do poczekalni, skąd wychodzi wycieczka. Na moje wielkie szczęście w porannej wycieczce fotograficznej biorą udział tylko 2 osoby (reszta nie zjawiła się zapewne z powodu niesprzyjającej pogody), a więc każdy z nas ma swojego własnego przewodnika do dyspozycji. Wycieczka fotograficzna ma tą zaletę, że po pierwsze można na nią zabrać statyw, a po drugie, wszyscy inni turyści muszą ustępować miejsca fotografującym. Wygląda to trochę komicznie, bo gdy zbliża się do nas jakaś grupa ludzi – mój przewodnik krzyczy „photography tour” i wszyscy muszą szybko przemknąć i nie przeszkadzać mi w robieniu zdjęcia. Poza tym uczestnicy phototour idą w przeciwnym kierunku do zwykłych wycieczek. Kanion jest bardzo wąski i z kilkoma metalowymi drabinami umożliwiającymi przechodzenie pomiędzy jego poziomami.

Jest to najbardziej komercyjny slot kanion w USA, ale na pewno warty zobaczenia.

Wyszlifowane przez wodę piaskowcowe ściany tworzą mieniące się fale i niesamowite wzory np.: twarz indianina czy delfina. Przewodnik dokładnie pokazuje mi ciekawe kadry i czasami nawet używa swojego iphona pokazując jak świetne może być zdjęcie zrobione nawet zwykłym smartphonem.


Moja wycieczka ma trwać 2 godziny, ale zapewne z powodu nielicznej grupy uczestników kończymy 30 minut wcześniej. Dzieciaki w czasie mojej nieobecności spędzają czas na zewnątrz pod okiem taty, babrając się w pustynnej „piaskownicy” nieopodal parkingu. Tuż przed południem wyjeżdżamy w końcu z parku i po zatankowaniu na pobliskiej stacji Big Lake Trading Post ($2.46/galon) kierujemy się do kolejnej atrakcji Navaho Bridge. Jedziemy na południe 89-tką aż do skrzyżowania w Bitter Springs, gdzie skręcamy na północ (w drogę 89ALT). Dojeżdżamy do Marble Canyon, gdzie wysokie, strome brzegi kanionu rzeki Colorado łączą dwa spektakularnie położone mosty – jeden stary (z 1926 roku) – przeznaczony teraz dla ruchu pieszego i nowy (wybudowany w roku 1975 za kwotę $15 mln), po którym odbywa się ruch kołowy. Po przejechaniu mostu parkujemy przed Visitor Center (prowadzonym przez NPS) i idziemy na mrożący krew w żyłach spacer po starym moście, który wznosi się na wysokości 142 metry nad rzeką. Pomimo mojego lęku wysokości udaje mi się pokonać całą długość mostu (ponad 250 metrów) tam i z powrotem.


Podobno można tu dojrzeć najpotężniejsze ptaki Ameryki Płn. – kondory kalifornijskie (California Condor), które lubią przesiadywać na klifach i latać pod mostami w kanionie rzeki Colorado. (Spotkać tu można też sępnika różowogłowego (turkey vultures), które czasami są z nimi mylone). Wyjeżdżając z parkingu skręcamy od razu w prawo w kierunku Lee’s Ferry, które należy do Glen Canyon Recreation Area (opłata za wjazd jest $25). Jest to jedyne miejsce na przestrzeni 600 mil dające bezpośredni łatwy dostęp do rzeki Colorado. Pięciomilową drogą dojeżdżamy do piaszczystej plaży (Super miejscówka na piknik).

Dzieciaki chwilę bawią się w piasku, Mundek wymacza stopy w wodzie, ale że dzień ma się już ku końcowi, podjeżdżamy więc do końca drogi skąd wychodzi szlak River Trail (długość 1,5 mili w obie strony).

W 2006 roku były tu kręcone sceny do kultowego filmu „Into the wild” Sean’a Penn’a. Szlak wychodzi z parkingu i po kilku metrach marszu dochodzimy do „zabytkowych” zabudowań, są tu też porozrzucane części maszynerii i przede wszystkim łodzi parowej zatopionej przy brzegu („Charles H. Spencer paddlewheel steamboat”), która odbyła zaledwie jeden rejs rzeką Colorado i z powodu niewystarczającej mocy porzucona.


(Przy niskim stanie wody można zobaczyć jej zatopione szczątki) Miała służyć do przewozu węgla wydobywanego nieopodal. Jednak silne prądy rzeki uniemożliwiły jego przewóz i inwestycja nie wypaliła.


Po przyjemnym spacerze wdłuż rzeki zajeżdżamy jeszcze do „dump station”, żeby nabrać wodę do naszego Rvika, ale pomimo wcześniejszego (emailowego) zapewnienia rangera, że woda będzie w tym terminie dostępna na kempingu, okazuje się, że wszystko już zostało zakręcone na zimę. Cóż trzeba będzie trochę z kąpielą poczekać…. Wyjeżdżamy z Lee’s Ferry kierując się na zachód i po przejechaniu około 5 mil od skrzyżowania, już w zupełnej ciemności znajdujemy dużą zatoczkę przy drodze i tam parkujemy. Ponieważ są to ziemie należące do BLM (ziemie publiczne) bez obawy rozpalamy ognisko i pieczemy kiełbaski.

Noc jest w miarę ciepła, ale to zapewne zasługa tego, że jesteśmy na wysokości poniżej 4000 stóp (1200 m) i dodatkowo dużego zachmurzenia, które niestety przyniesie nieprzyjemną zmianę pogody w dniu następnym.
Dzień 7
Dzień zaczyna się niestety deszczowo. Chmury płyną bardzo nisko nad pustynią, tworząc niesamowity klimat grozy „zderzając się” z wysokimi klifami nieopodal naszego obozowiska. Wyruszamy (89ALT) jadąc dalej na zachód i po chwili zatrzymujemy się na szutrowym parkingu przed skąpanymi w deszczu ruinami Cliff Dwellers. Są to pozostałości zajazdu i jego zabudowań z lat 30-tych ubiegłego wieku (Blanche Russells Rock Houses) i otaczające je spektakularne skalne grzybki (mushroom rocks).

Deszcz rozpadał się już na dobre, więc zwiedzamy je bardzo chaotycznie wpadając tylko do największego pomieszczenia i obiegając je dookoła w zatrważająco szybkim tempie. Szkoda, bo miejscówka zasługuje na dużo dłuższą wizytę. Budynki wtopione są w grzyby skalne, a brakujące części nadbudowane wyciosanymi nierównej wielkości kamiennymi „cegłami”, wszystkie otwory natomiast to resztki pomalowanych na turkusowo drewnianych okiennic i framug.

Nie wiem czy mi się tylko wydawało, ale wbiegając do tego budynku usłyszałam (zapewne z ukrytego magnetofonu) powodujące ciarki na całym ciele dźwięki przypominające wycie kojota…. W okropnej ulewie jedziemy dalej i na naszej drodze pojawia sie kolejny punkt – Dominguez – Escalante Interpretive Site (zjazd na prawo). Nic tu tak naprawdę nie ma – widać resztki zdemolowanych tablic informacyjnych i betonowy pomnik z 1976 roku. Podejrzewamy, że tablice zostały zniszczone przez Indian, którym „nie na rękę” mogły być zamieszczone na nich informacje. Jedziemy dalej; do nieustannie padającego deszczu dochodzi jeszcze gęsta mgła, więc ograniczona widoczność zmusza nas do rezygnacji z planu odwiedzenia Condor Realase Viewing Site (zjazd z 89A na House Rock Valley Road nr 1065 w kierunku północnym). Jest to miejsce, gdzie można obserwować szybujące kondory…. niestety nie przy takiej pogodzie. Zaczynamy się wspinać po serpentynach w kierunku Jacob Lake. Deszcz zamienia się w lepiący śnieg, co raczej nie napawa nas optymizmem, zważywszy na fakt, że mamy w planie zeksplorowanie oddalonego o ponad 44 mile (70 km) od Jacob Lake Parku Narodowego Grand Canyon (North Rim). Zatrzymujemy się na chwilę w miasteczku (wysokość 2400 m n.p.m) i upewniamy się, pytając w lokalnym hoteliku (Jacob lake Inn, obok stacji benzynowej), że park jest otwarty. Na parkingu poza nami stoją jeszcze 2 auta – opancerzone jednostki antyterrorystyczne SWAT… ciekawi nas co tu robią, ale brakuje nam odwagi, żeby zapytać. Może mają tu jakieś zgrupowania szkoleniowe, a może jacyś niebezpieczni przestępcy ukrywają się w okolicznych lasach… Śnieg pada coraz bardziej i robi się z niego plucha, zważywszy na temperaturę powietrza oscylującą blisko 0°C. Wszystkie turystyczne miejsca są już pozamykane (Visitor Center, kempingi, sklepiki) i nie mamy jak dolać wody do naszego Rvika. Znowu plan kąpieli odchodzi w daleką przyszłość ….chociaż zawsze można się wykąpać w śniegu!.. Zaczynamy powoli sunąć na południe (droga 67). Droga jest nieodśnieżona i w miarę jak jedziemy dalej wznosząc się nad poziom morza, śniegu znacznie przybywa.

Jest już zupełnie biało. Plugów nie widać. Innych aut też. Chyba jesteśmy dzisiaj pionierami na tej drodze.

Docieramy z wielkim wysiłkiem jadąc może 10 mil/h do wjazdu do parku narodowego, ale zaspy śnieżne są strasznie wysokie i zaczynamy się konkretnie ślizgać. Postanawiamy, że nie będziemy dalej ryzykować i zawracamy. Po przejechaniu z powrotem prawie 2/3 drogi, zatrzymujemy się w bocznej leśnej drodze na krótki piknik – po pierwsze, żeby napić się gorącej herbaty, a po drugie pozwolić dzieciom poszaleć na śniegu.

Las wygląda po prostu bajkowo. Wysokie ośnieżone sosny (ponderosa pine) na tle gór – wszystko idealnie białe. Daleko wypatrujemy lisa lub kojota biegnącego po śniegu. Dzieciaki biegają jak oszalałe tarzając się w śniegu, rzucają śnieżkami, a ich radości nie ma końca. Niestety nie mamy dla nich odpowiedniego ubrania na tego typu harce i w dość szybkim czasie, całych przemoczonych, musimy ewakuować z powrotem do auta. Z wielkim płaczem i niechęcią dzieciaki wracają i od razu zasypiają zmęczeni tak wielkim wysiłkiem i przede wszystkim niską temperaturą. W czasie naszego „piknikowania” zauważamy pług jadący w stronę parku, a za nim kilka samochodów. Postanawiamy, że damy sobie jeszcze raz szansę. I jakie jest nasze zdziwienie, gdy dojeżdżamy do granicy parku, a odśnieżona droga się kończy. Okazuje się, że teren należący do Kaibab National Forest został starannie odśnieżony przez pług, który widzieliśmy niedawno. Natomiast teren parku narodowego ciągle pozostaje zasypany. Powoli więc po śladach innych aut jedziemy bardzo ostrożnie i za jakiś czas oczom naszym ukazuje się jadący z przeciwnej strony pług należący do Grand Canyon National Park. Jesteśmy uratowani. Teren wzniósł się jeszcze wyżej, drzew jest teraz więcej i rosną przy samej drodze, tworząc naturalny tunel.

Droga jest przepiękna. Dojechawszy na miejsce grzęźniemy w roztapiającej się ciapie, docierając na punkt widokowy, z którego nic nie widać. Mgła jest tak gęsta, że patrząc na oddalone kilkanaście metrów dalej zabudowania schroniska górskiego (Grand Canyon Lodge) ledwo je widać, a tylko zdjęcia kanionu, które widzieliśmy wcześniej na internecie, przypominają nam jak tu jest pięknie. Wszystko jest już tu pozamykane, łącznie z łazienkami, a do dyspozycji mamy tylko 3 podśmierdujące „tojtoje”. Cóż może kiedyś uda się nam tu wrócić podczas bardziej sprzyjających warunków atmosferycznych. W drodze powrotnej śnieg cały czas padał i w zasadzie ślady porannego odśnieżania zostały całkowicie zatarte. Dojeżdżamy do Jacobs Lake i skręcamy w lewo (89Alt) i zjeżdżamy w dół. Próbujemy znaleźć nocleg jeszcze w obrębie National Forest, ale jest tak zimno, że ostatecznie zjeżdżamy z gór w niższe elewacje i znajdujemy super miejscówkę (8 mil przed miasteczkiem Fredonia) już na pustynnych ziemiach BLM.

Mundek rozpala ognisko, ale pomimo znacznej zmiany elewacji niska temperatura i wiatr w otwartej przestrzeni nie zachęcają do wyjścia na zewnątrz.
Dzień 8
Wstajemy o 6 rano i bez śniadania jedziemy znowu do Kanab w nadziei, że los się do nas uśmiechnie i wygramy wejściówkę do „Wave”. Na parkingu przed Visitor Center poza nami jest kolejna 60-tka chętnych…. Po szybkim śniadaniu idziemy do biura i tam spotykamy Polaka z Kalifornii, który ma podobne marzenie jak i my….. Po wypełnieniu aplikacji zaczyna się stresująca chwila – losowanie….. i niestety znowu NIC!!!!

Można powiedzieć, że jesteśmy już doświadczonymi loteryjnymi pechowcami. Braliśmy udział w 5 loteriach i niestety nie mieliśmy ani razu szczęścia. W sumie to najmniej zależało nam tym razem. Janek po wczorajszych śniegowych zabawach się rozchorował i ciężko by mu było przejść te 6 mil. Poza tym po wczorajszych deszczach droga prowadząca do szlaku była nieprzejezdna, a jedyną możliwością, z resztą ryzykowną, był podjazd od południa od arizońskiej 89-tki. Nabieramy w końcu wody (kranik umiejscowiony na północnej ścianie budynku Visitor Center) i bierzemy zasłużoną kąpiel w naszym RV-iku. Dobijamy znowu wodę, mając na względzie trudności z jej zdobyciem i wyjeżdżamy z Kanab w kierunku północnym. Ale zanim wyjeżdżamy Mundi postanawia sprawdzić okolicę za budynkiem i wjeżdża w niewinnie wyglądający, jak się po chwili okazuje gliniasty podjazd. Mokra glina oblepia momentalnie nasze opony tworząc grubą warstwę i samochód zaczyna tańczyć, robiąc piruety nie do opanowania. Dobrze, że po kilkunastu metrach jest asfaltowy parking…..z rozpędem w wielkim poślizgu wjeżdżamy na stabilne podłoże i wychodzimy sprawdzić jak wyglada nasz RV….. A wygląda żałośnie. Opony oblepione 10-centymetrową warstwą gliny, całe boki brązowe od gliniastego błota… przypomina terenowy wóz po powrocie z ciężkiej trasy. Będzie się trzeba tego brudu oczywiście pozbyć, oddając RV do wypożyczalni, bo w regulaminie jest napisane, że nie wolno nam wjeżdżać na żadne drogi nieposiadające asfaltowej nawierzchni. Cóż ten krótki odcinek przejechany po mokrej „nieasfaltowej” powierzchni uzmysłowił nam, że jazda podczas deszczu po bocznych drogach jest po prostu niewykonalna. Po tym wydarzeniu opuszczamy miasto i zatrzymujemy się w Port of Entry (3 mile za Kanab na północ). Parkujemy w południowej części olbrzymiego placu i wychodzimy na szlak Dinosaur Tracks (długość 1 mila). Za ustawionym w rogu parkingu „tojtojem” maszerujemy na południe i przedzieramy się przez wysokie zarośla sage brush’u, aż dochodzimy do starej serwisowej drogi i kierujemy się nią na wschód (w lewo). Idziemy dosłownie kawałeczek, cały czas wypatrując przejścia w ścianie skalnej, po którym moglibyśmy się wspiąć na górną półkę. (dokładny opis tego szlaku jest dostępny w postaci kolorowej ulotki w Kanab Visitor Center). Z wielkim trudem wdrapujemy się na samą górę i zaczynamy baczną obserwację otaczających nas skał. Znajdujemy kilka widocznych śladów łap jakiegoś małego dinozaura trójpalczastego.
Podobno na tym obszarze odnaleziono 20 różnych śladów dinozaurów. Schodzimy z jeszcze większym trudem niż wchodziliśmy, ześlizgując się po grząskim podłożu i śliskich skałach. Wracamy do auta i kierujemy się dalej na północ, mijając po drodze zamkniętą na sezon Moqui Cave, czyli – jakkolwiek piękną to jednak – pułapkę turystyczną w postaci sklepiku z upominkami i małym muzeum umiejscowionym w piaskowcowej jaskini. Skręcamy w lewo w Hancock Road prowadzącą do Coral Pink Sand Dunes State Park (wjazd $8/auto, kemping $20 – prysznice & dump station). Jeszcze przed wjechaniem do parku zaglądamy na kemping Ponderosa Grove ($5/noc, brak wody, 9 miejsc) i już wiemy, że dzisiaj tu wrócimy. Przepięknie położona miejscówka, otoczona wysokimi sosnami – wymarzone miejsce na nocleg. Park stanowy jest sławny oczywiście ze swoich mieniących się na różowo wydm i rzeczywiście robią one duże wrażenie, szczególnie w świetle popołudniowego słońca.

Myślę, że jedynym mankamentem krajobrazu, który w znaczącym stopniu denerwuje większość, a przynajmniej tych proekologicznie nastawionych, jest fakt, że wszystkie te wydmy są porozjeżdżane przez ATV i ich liczne ślady zabierają urok temu miejscu.

Jako że jest to park stanowy – rekreacja w postacji ścigania się po wydmach quadami jest jak najbardziej dozwolona.

Po około 2 godzinach zawracamy z powrotem na Ponderosa Grove i tu jako jedyni zaczynamy kempingowanie. Temperatura spada bardzo szybko zaraz po zmroku. Mundek rozpala ognisko, które znakomicie współgra z przejrzystym niebem pełnym gwiazd. W oddali wyją kojoty. Janek się nam rozchorował na dobre. Gorączkuje i jest osłabiony. Jesteśmy sami na kempingu. Dopiero w nocy przyjeżdżają jacyś twardziele, którzy rozstawiają namiot.
Dzień 9
Rano wszystko pokryte jest szronem połyskującym w porannym słońcu. Widok niesamowity. Mróz trzyma mocno.

Rozgrzewamy się gorącą owsianką i opuszczamy kemping, jadąc malowniczą drogą biegnącą po Yellowjacket Canyon (Sand Dunes Scenic Backway), przerywając kilka razy postojami na obserwację orłów bielików, które są tu na „wyciągnięcie ręki”.

Wczoraj jadąc Hancock Road też spotkaliśmy jednego orła siedzącego na szczycie wyschniętego drzewa. Scenerię urozmaica w pewnym momencie kilka kruków, które bezskutecznie próbują wywalczyć u orła miejsce na gałęzi. Dojeżdżamy do drogi nr 8/89 skąd rozpościera się piękna panorama na Zion National Park. Na skrzyżowaniu w Mt.Carmel (2 stacje benzynowe) skręcamy na drogę nr 8 bezpośrednio prowadzącą do Parku Narodowego Zion. Opłata za wjazd to $30 (bilet ważny 7 dni), ale jako że podróżujemy RV to rangerka kasuje nas dodatkowo $15 za przejazd przez historyczny 1-milowy Zion – Mt. Carmel Tunnel, który rzekomo musi odbywać się z eskortą. Pani ranger jest bardzo nieprzyjemna i nawet nie chce się jej wyjść z budki, żeby zmierzyć wysokość i szerokość naszego samochodu. Na stronie internetowej Zion jest wyraźnie napisane od jakiego wymiaru konieczna jest opłata. My jedziemy najmniejszą kompaktową wersją kampera, a więc prawdopodobieństwo jest duże, że tej opłaty nie powinniśmy uiszczać. Poza tym z tą eskortą to też kolejna bajka. Nikt nas nie eskortuje, a za nami jedzie sznur osobówek… czyli ewentualnie można powiedzieć, że to my eskortujemy kogoś. Ruch jest jednostronny – ci jadący z przeciwka czekają, aż my wyjedziemy z tunelu. Wykupiony przez nas bilet tunelowy ważny jest na 2 przejazdy. Zanim jeszcze przejeżdżamy tunel zatrzymujemy się na poboczu…. po dłuższych poszukiwaniach jakiegokolwiek miejsca, gdzie można się wcisnąć.

Przed samym wjazdem do tunelu rozpoczyna się szlak Canyon Overlook (długość 1 mila) prowadzący jak sama nazwa wskazuje do miejsca, skąd rozpościera się niesamowity widok na dolinę Zion.

Poranek nie jest najlepszą porą na oglądanie tego widoku, ale nie mamy wyjścia.

Dech i tak zapiera w piersiach!!!

Szlak jest stosunkowo łatwy, jeśli nie licząc stromego podejścia po kamiennych schodkach na początku szlaku. Przechodzi się też po wąskiej kładce z poręczami i miejscami trzeba bardzo uważać, by nie zsunąć się w dół. Pomimo drugiej połowy listopada, turystów są tutaj tysiące. A jutro zapowiada się jeszcze więcej – Święto Dziękczynienia to czas kiedy park zapełnia się podobnie jak w letnich miesiącach. I może przez to traci swój niepowtarzalny klimat…. tłumy pseudoturystów i my to nie jest dobre połączenie. Poza tym drażnią mnie pozostawione wszędzie na szlaku kubki po kawie z logo nieopodal znajdującego się hotelu – jednym słowem namiastka tego jaki typ ludzi odwiedza ten park. Po 2 godzinach wracamy do zaparkowanego daleko od wyjścia ze szlaku, samochodu i ustawiamy się w długiej kolejce oczekującej na przejazd przez tunel. Przejeżdżamy bez problemu i zatrzymujemy się już po drugiej stronie, by porobić trochę fotek.

Serpentynami zjeżdżamy do doliny i skręcamy na południe do Visitor Center. Zostało nam jakieś 2 godziny światła dziennego, więc jedynym rozsądnym wyjściem zostało rozdzielenie naszej drużyny, bo niestety stan zdrowia Janka nie pozwala mu na wędrówkę, a Mundkowi też nie chce się wspinać z Basią na rękach (Basia ostatnio bojkotuje plecak-nosidełko)…. Idę więc sama na Watchman Trail (długość 3 mile w obie strony), który w zasadzie na całej swojej długości wznosi się dość stromo do góry. Zaczyna się przy Visitor Center, dalej idzie się wdłuż rzeki i przecina drogę serwisową.

Od tego punktu praktycznie do końca szlaku podejście staje się strome i zaczyna wspinaczka na punkt widokowy, skąd o zachodzie słońca można podziwiać oświetlony na pomarańczowo Watchman Peak oraz praktycznie całą dolinę, gdzie znajduje się kemping i Visitor Center.

Na samej górze jest jeszcze poprowadzony „loop trail”, czyli ścieżki dookoła poprowadzone tak, by dostarczyły maksymalnie najlepszych widoków odwiedzającym.

Ludzi praktycznie tu nie ma….schodząc spotykam jeszcze kilku wchodzących na górę spóźnialskich – pani w butach na koturnie z torebeczką i kolesi z papierowymi koronami burgerkinga na głowach!. Towarzystwo odwiedzające ten park „podoba” mi się coraz bardziej. Reszta mojego zespołu przebywa w tym czasie w muzeum – Zion Human History Museum, zapoznając się z dziejami Indian i pierwszych osadników na tym terenie. Spotykamy się po 2 godzinach na parkingu przed Visitor Center i korzystając z ostatnich promieni słońca podjeżdżamy na most przy Canyon Junction, by zrobić fotkę znaną z widokówek (na rzekę Virgin z panoramą gór w oddali) i ruszamy na poszukiwanie noclegu.

Wyjeżdżamy z parku przez South Entrance, mijamy połyskujące bożonarodzeniowymi światełkami Springdale i w miasteczku Rockville skręcamy w lewo w Bridge Road. Przejeżdżamy zabytkowym mostem i zaraz za nim skręcamy w prawo w Grafton Road. Jedziemy już po ciemku, co znacznie utrudnia nam znalezienie jakiegoś miejsca na nocleg. Dojechawszy do skrzyżowania z drogą Smithsonian Butte Scenic Backway Road (kiepskiej jakości), zauważamy znak informujący, że właśnie zaczyna się teren należący do BLM !!! Zaglądamy w zatoczkę przy drodze i dobrze, że to robimy, bo informacja o tym miejscu bardzo się później przyda. My jedziemy dalej drogą w kierunku Grafton Ghost Town. Tuż za wspomnianym skrzyżowaniem droga staje się szutrowa, ale bezproblemowo przejezdna przez nasz wehikuł. Parkujemy w sercu miasta duchów i idziemy spać. I wszystko przebiega spokojnie, aż do naszych RV-kowych drzwi puka jakiś duch….. otwieramy i niestety zamiast ducha stoi policjant, który informuje nas, przepraszając jednocześnie, że nocować tu nie możemy, bo teren ten jest prywatny… no więc zjeżdżamy z powrotem w kierunku ziem BLM i parkujemy właśnie w tej zatoczce, którą upatrzyliśmy sobie wcześniej. Oprócz nas jest tu jeszcze kilka innych samochodów, a nawet namioty. Jak widać nie wszyscy lubią zatłoczone parkowe kempingi. Zresztą z tego co widzieliśmy to jeden z kempingów w Zion nie miał już wolnych miejsc…. drugi być może również.
Dzień 10
Przed świtem przemieszczamy się z powrotem do Grafton Ghost Town (wjazd bezpłatny), urządzamy śniadanie mistrzów i w pierwszych promieniach słońca zaczynamy obchód miasta duchów.

Jest okrutnie zimno, znowu w nocy był przymrozek, fotogeniczny szron pokrywa wszystko dookoła, kałuże skute lodem. Samo miasteczko jest bardzo dobrze zachowane, chociaż ciągle potrzebuje wielu funduszy do kompletnej renowacji.

Grafton założyli Mormoni ponad 150 lat temu i początkowo miała to być farma zajmująca się uprawą bawełny. Obszary te jednak nie były łatwe do opanowania przez farmerów. Niewystarczająca ilość opadów, „flash floods”, stosunkowo mała powierzchnia terenu nadającego się pod uprawę oraz wymagający codziennej pielęgnacji (zapychający się piaskiem i mułem) system nawadniający w znacznym stopniu utrudniał życie osadników. Poza tym częste zgony spowodowane chorobami i nieszczęśliwymi wypadkami przeważnie dzieci „zbudowały” smutną historię tego miejsca. Z lekkim dreszczykiem czyta się historię 2 małych dziewczynek, które zginęły hustając się na huśtawce zawieszonej na drzewie. Równie zatrważająca jest niewyjaśniona przyczyna umierania wielu niemowlaków …..Spacerujemy po wszystkich zabudowaniach, czasami musimy się przeciskać przez dziury w płocie, by dostać się do jakiegoś tajemniczego lokum…. ale warto, bo wszystkie te miejsca są godne dokładnego przyjrzenia się.

Poza tym miejsce to „grało rolę” w kilku filmach (m.in. „The Red Fury” z roku 1984 i „Child Bride Of Short Creek” z 1981).


Po godzinie biegania po miasteczku wracamy zziębnięci do kampera i odjeżdżamy w kierunku Zion National Park. Parkujemy obok muzeum, gdzie przy okazji nabieramy w baniaki pysznej źródlanej wody (kranik umiejscowiony jest niedaleko wejścia do budynku). Znajduje się też tu przystanek autobusu (shuttle bus), który jest jedynym dozwolonym środkiem transportu w tej części parku narodowego (Zion Canyon).

Autobus ten kursuje tylko w sezonie turystycznym, przy czym „Thanksgiving weekend” jest ostatnim w tym sezonie terminem kursowania aż do wiosny. Pierwszy przystanek jest przy Zion Canyon Visitor Center, a ostatni w Temple of Sinawava na samym końcu kanionu. Autobusy kursują co 10 – 15 minut, a opłata za przejazd wliczona jest już w bilet parkowy. My startujemy przy muzeum i przejeżdżamy tylko 2 przystanki do Court of the Patriarchs. Wdrapujemy się po asfaltowym stromym chodniku (kilkadziesiąt metrów) do punktu widokowego, skąd podziwiamy oświetlone porannym słońcem strome klify gór o imieniach Abraham, Isaac i Jacob.

Następny przystanek to Zion Lodge. Jak sama nazwa wskazuje znajduje się tu hotel i restauracja, do tego kawiarnia i sklepik z pamiątkami. (Ci co mają wykupione tu pokoje hotelowe mogą dojechać tu swoim autem). Zaglądamy tylko na chwilę do środka, bo wnętrze jest bardzo przytulne….w kominku płonie ogień i można się trochę ogrzać. Towarzystwo ubrane w ciuchy sportowe z najnowszych kolekcji, buciki na obcasach, torebeczki , pełen makijaż … itp. W środku i na zewnatrz kłębią się już setki pseudo-hikerów, niestety udających się w tym samym kierunku co i my… czyli na szlak Emeralds Pools. Przeciskanie się przez masę takich ludzi nie należy w naszym przypadku do przyjemności. A więc i perspektywa spędzenia dzisiejszego dnia pośród tłumów budzi w nas niechęć…. Ale na szczęście to tylko kilka godzin. Dzisiaj wieczorem opuszczamy to miejsce, udając się w bardziej odludne miejsca Zion. Wychodzimy z hotelu, przechodzimy przez ulicę, pokonujemy most i skręcając w prawo, maszerujemy chodnikiem (wzdłuż rzeki Virgin) w kierunku Lower Emeralds Pools (0,6 mili).

Przechodzimy pod wodospadem i wspinamy się, przytrzymując łańcuchami na wyższy poziom prowadzący do Middle Pools (będący tuż nad nami).

Wszędzie tłumy ludzi okupujących wszystkie możliwe miejsca „postojowe” przy szlaku.

Przechodzimy obok środkowego stawu, a następnie w ciągu kilkunastu minut dochodzimy do Upper pool (odległość 0,5 mili w jedną stronę), gdzie razem z setką innych użytkowników tej trasy postanawiamy chwilkę popiknikować.

Dzieciaki grzebią się w piasku obok stawu, którego chłodna woda w lecie na pewno dostarcza przyjemnego ukojenia zmęczonych spacerem stopom. Dziś poszukujemy raczej miejsca, gdzie moglibyśmy się ogrzać…. ale niestety znajdujemy się przy wysokiej pionowej skarpie, która całkowicie blokuje promienie słoneczne.

Skostniali z zimna ruszamy więc po kilku minutach i jako drogę powrotną wybieramy Kayenta Trail (1 mila długości) prowadzący do kolejnego przystanku autobusowego The Grotto. Najcudowniejsze jest to, że cała długość tego szlaku prowadzi po południowym nasłonecznionym stoku góry, gdzie rozkoszujemy się każdym padającym na nas promieniem słońca. Szlak poprowadzony jest w zasadzie płasko, bez żadnych podejść ani utrudnień i pokonujemy go dość sprawnie, docierając do przystanku autobusowego w ciągu półgodzinki. A na przystanku znowu tłumy. W nadjeżdżającym autobusie też tłumy, z którego korzystamy do następnego przystanku w Weeping Rock, gdzie roślinność zwisa spektakularnie ze skalnej ściany. Stroma asfaltowa ścieżka (0,5 mili) prowadzi nas do tzw. Wiszących Ogrodów „Hanging Gardens”. Dochodzimy do końca szlaku, podchodząc do skalnej wnęki, z której „siąpi” na nasze głowy lodowaty deszczyk.

Nie zabawiamy tu zbyt długo, bo Janek opadł nam już z sił i chyba znowu ma gorączkę. To już nasz ostatni szlak w tej części Zion National Park. Może kiedyś tu wrócimy by wybrać się na Angels Landing Trail – najbardziej osławiony i niebezpieczny szlak w parku. Czy też Hidden Canyon Trail, który dostarcza niemałej adrenaliny dla wędrujących nim śmiałków. Dzisiaj skostniali z zimna marzymy już tylko o tym, by wrócić do naszego Rvika i rozgrzać się gorącą herbatą i smakowitym obiadem. Autobusem jedziemy jeszcze na końcowy przystanek Temple of Sinawava i stamtąd już z powrotem do przystanku przy muzeum, skąd kamperem przemieszczamy się na przestronniejszy parking pod Visitor Center. Tu urządzamy iście królewski obiad i królewską gorącą kąpiel!!! Tak przygotowani odjeżdżamy na nocleg. (w to samo miejsce, w którym spędziliśmy noc wcześniejszą).
Dzień 11
Budzimy się o świcie i napełniwszy brzuchy gorącą owsianką wyruszamy na podbój mniej popularnej części Parku Narodowego Zion. Z głównej drogi nr 9 w Virgin skręcamy na północ na Kolob Terrace Road. Droga ta tylko częściowo prowadzi przez park narodowy przeplatając się z terenami prywatnymi, licznymi farmami i rezydencjami. Jest niesamowicie spektakularna i co najważniejsze w ogóle nieuczęszczana przez turystów. Wznosimy się dość znacznie, aż w końcu nasza trasa prowadzi wysoczyzną, a po obu stronach wąskiej drogi mamy głębokie doliny, w których gdzie niegdzie rozmieszczone są nowoczesne osiedla mieszkalne. Mijamy jakiś dziki kemping po prawej i dalej wznosimy się, aż do miejsca zwanego Hoodoo City. Jest to nieoficjalna nazwa dzikiego szlaku wychodzącego z małej zatoczki przy drodze (0,3 mile na wschód tuż za parkingiem, z którego wychodzi inny szlak Hop Valley trailhead). Parkujemy więc auto (przy północnej stronie drogi) i idziemy na przełaj w kierunku widocznych pomarańczowych piaskowcowych wieżyczek. Momentami trafiamy na słabo widoczną ścieżkę. Przechodzimy obok wielkiego wyschniętego drzewa, którego powykręcane spektakularnie konary na tle niebieskiego nieba dają idealne tło do zdjęć.

Przechodzimy przez zagajnik sosnowy i odbijamy na południe w kierunku „hoodoos”. (Trudno powiedzieć jaką odległość przeszliśmy, ale wydaje mi się, że było to około 0,75 mili). Miejscówka rzeczywiście wygląda jak miasteczko wieżyczek na skamieniałych wydmach. Mundek wdrapuje się na szczyt jednej z nich, pozując do zdjęcia.

Dzieciaki latają dookoła poszukując szyszek i innych skarbów leśnych. Słońce przyjemnie ogrzewa nasze zziębnięte buzie.

Po niecałych 2 godzinach wracamy do samochodu, uradowani faktem, że mieliśmy „Hoodoo City” tylko dla siebie. Jedziemy dalej na północ, wznosząc się coraz wyżej i wyżej. Jesteśmy na wysokości ponad 2400 m. npm. Tu już zalega pokrywa śnieżna.

Skręcamy w szutrową drogę (w prawo) prowadzącą do zamkniętego już o tej porze roku kempingu Lava Point. Znajduje się tu też punkt obserwacyjny z pięknym widokiem m.in. na główny kanion Zion’u.

Cały teren pokryty jest grubą warstwą śniegu i udaje nam się jakoś przejechać tylko i wyłącznie dzięki wyjeżdżonym koleinom …. bo pługi tego terenu nie obsługują. Wracamy do głównej drogi i za chwilę docieramy do sztucznego zbiornika Kolob Reservoir otoczonego prywatnymi domkami letniskowymi. Miejsce idealne dla wędkarzy ze względu na bogate w pstrągi wody zbiornika (jest nawet sklepik z artykułami wędkarskimi). Wracamy tą samą drogą rezygnując z marszu 4,5-milowym szlakiem Northgate Peaks ze względu na bardzo osłabiony stan Jasiowego zdrowia. W miasteczku Virgin skręcamy na wschód i jadąc drogą nr 9 mijamy Fort Zion Trading Post – z atrapami budynków z dzikiego zachodu otoczonych wielkimi kaktusami.

Chcieliśmy się zatrzymać tam tylko ze względu na mini zoo, co byłoby na pewno frajdą dla dzieci, niestety jednak jest to atrakcja czynna tylko w sezonie turystycznym. Jedziemy dalej, aż po niecałych 4 milach skręcamy w lewo (na południe) w szutrową La Verkin Overlook Road, którą jedziemy 1,5 mili, aż docieramy do punktu widokowego La Verkin Overlook, skąd mamy doskonałą 360-stopniową panoramę okolicy.

I w takiej właśnie scenerii zjadamy sobie wystawny obiad. Z pełnymi brzuchami opuszczamy tą super miejscówkę i zamierzamy ostatecznie pożegnać się z Zion National Park, udając się do, mamy nadzieję mniej zatłoczonej jego części – oddalonego o ponad 20 mil Kolob Canyon. Kierujemy się 17-tką na północ do autostrady nr 15 (wjazd nr 27), którą opuszczamy po 9 milach pędu (jeden zjazd wcześniej przed wjazdem do parku) w celu wypatrzenia sobie jakiejś przyjemnej skrytki na nocleg. W tej części Parku Narodowego Zion nie ma żadnego kempingu, więc jeszcze przed zmrokiem chcemy zorganizować sobie fajne noclegowe miejsce w bliskim sąsiedztwie Kanionu Kolob. Jedziemy South Old Hwy 91 i zjeżdżamy w pierwszą lepszą szutrową drogę na prawo…. tam trochę kombinujemy … ale potencjał na dobry nocleg jest widoczny. Za moment więc szybko pokonujemy bramę parkową, dzięki naszej 7-dniowej wjazdówce (w tej części wymagana jest opłata $30). I robimy to w ostatnich minutach kończącego się dnia. Słońce oświetla pomarańczowe nagie skały ostrych krawędzi zboczy doliny, którą jedziemy do samego końca do Kolob Canyons Viewpoint.

Z parkingu wychodzimy w kierunku południowym na Timber Creek Overlook Trail (długość 1 mila w obie strony), który prowadzi nas na skaliste wzgórze, skąd podziwiamy zachodzące za górami słońce.

Po godzinie wracamy skostniali do auta i już o zmroku opuszczamy Zion, kierując się do naszego wyznaczonego wcześniej miejsca kempingowego. I co się okazuje – nie znajdujemy go od razu….. błądzimy po ciemku w labiryncie głęboko zerodowanych polnych dróżek, które wszystkie wydają się do siebie łudząco podobne. Utrudnione są manewry zawracania naszym wielkim wozem. Plączemy się zahaczając o wystające konary drzew. W końcu zorientowawszy się jako tako w terenie, zrezygnowani obieramy bliżej nieokreślone miejsce na nocleg. Z przyczyn technicznych rezygnujemy z rozpalania ogniska, a ogrzewamy się nastawionym na maxa grzejnikiem.
Dzień 12
Wstajemy około 5am, jeszcze długo przed świtem. Dotaczamy się do głównej drogi i wskakujemy na autostradę nr 15 w kierunku południowym. Opuszczamy ją za chwilę zjeżdżając na 23 „exit”, kierując się do następnego punktu z naszej listy – Red Cliffs Recreation Area (wjazd $5/auto). Jedziemy na południe 3,5 mili Main street, skręcamy w prawo i …. tu oczom naszym ukazuje się tunel (nieproporcjonalnie wąski jakiś i dość niski), którym musimy przejechać (o wysokości 11,9 stóp… a nasz Rvik podobno ma wysokość 12 stóp). W zasadzie są to 2 tunele pod 2 „nitkami” autostrady. Jedynym logicznym rozwiązaniem jest wdrapanie się na nasyp autostradowy i baczne nadzorowanie naszego pojazdu powoli wjeżdżającego w tunel. Okazuje się, że Rvik pokonuje tunele bez większych przeszkód, więc informacja napisana na tunelu bądź dane naszego auta muszą być zakłamane. Zaraz za tunelami znajduje się nasz cel. Z szutrowego parkingu na prawo od rozwidlenia wychodzimy na prosty szlak – White Reef trail, prowadzący do miejsca, gdzie prawie 60 lat temu kręcono film „They come to Cordura” (Cordura movie set). Z hollywoodzkiej repliki meksykańskiego zamku pozostało już niestety niewiele….

Krajobraz czerwon0o-brązowych skał w oddali oświetlony porannym słońcem wygląda za to przepięknie. Park Red Cliff poprzecinany jest kilkoma szlakami, które zarówno mogą służyć jako długodystansowe jak również, z powodu bliskości terenów mieszkalnych, chętnie wykorzystywanych, co zauważyliśmy, na spacerki miejscowych z psem. Podjeżdżamy na kemping (wolnych miejsc brak, $15/noc, dostępna woda), skąd wychodzi Anasazi Trail. Szlak prowadzi poprzez piaskowe wzgórza porośnięte jukką i sagebrush’em do miejsca archeologicznego, gdzie „zza płotu” możemy obserwować pozostałości indiańskich pueblo.

Krzątamy się tu trochę czytając opisy na tablicach i wracamy okrężną drogą poprzez Metate i Red Reef Trail na kemping. Tu jeszcze (przechodząc przez kempingową alejkę) podchodzimy kilka kroków do Dinosaur Track Site, gdzie widocznych jest kilka odcisków trójpalczastych dinozaurów. Na sam koniec naszego pobytu w parku nabieramy w końcu wody do naszego Rvika z kranu na parkingu. Park i kemping ogólnie mówiąc godny polecenia. Wyjeżdżamy z Red Cliff kierując się tranzytem przez park stanowy Quail Creek (super miejsce dla wędkarzy) do Washington, gdzie musimy zakupić kilka rzeczy w Walmarcie i Costco oraz zatankować. Jadąc dalej zaglądamy na chwilę do Red Hills Desert Garden (357- 469 Red Hills Pkwy, St George; gratis). Nowoczesny ogród botaniczny (otwarty w ubiegłym roku) oferuje zwiedzającym przede wszystkim ciekawą „architekturę roślinności” w postaci dziesiątki gatunków kaktusów i innych sukulentów czy też sztuczną „rzekę” zamieszkałą przez lokalne gatunki ryb i zasilaną wodą z lokalnej rzeki Virgin. Jest też sztuczny „slot” kanion, który prowadzi zwiedzających do „jaskini”, gdzie poprzez akwaria, a raczej „przeszklone galerie widokowe” (fish viewing area) możemy podziwiać, co dzieje się pod wodą. Twórcy tego kompleksu zadbali o możliwość poznania zarówno pospolitych gatunków lokalnej flory i fauny wodnej, ale i również te zagrożone wyginięciem okazy. Wszystko jest dokładnie opisane na tabliczkach, dzięki czemu poznajemy dokładne nazwy interesujących nas rośllin…..

Miejsce dodatkowo kusi świątecznymi instalacjami i milionem światełek bożonarodzeniowych rozciągniętych pomiędzy kaktusami i krzaczkami. Odnajduję kilka gatunków mojego ulubionego „sagebrush”(sand sage, bursage, mexican blue sage) i i rozgniatam w dłoni ich listki …zapach powala z nóg!!! A do tego jeszcze spanish lavender … Pomiędzy kamieniami i kaktusami przebiegają co chwila małe jaszczurki. Pełno tu dzieciaków biegających w labiryncie kładek, mostków i chodników. Przejeżdżamy dalej do kolejnego parkingu, a tam już reszta brygady udaje się na eksplorację naturalnego „slot” kanionu… ja natomiast zostaję, przygotowując obiad. Po około 1,5 godziny wyjeżdżamy z parku w kierunku Snow Canyon State Park (wjazd $6/auto). Przy bramce wjazdowej pani rangerka nie pobiera od nas opłaty…. i nie wiemy w ogóle dlaczego. Może Mundi zagadał ją pytaniami o kemping…. pani podaje nam mapę parku i życzy przyjemnego pobytu. Snow Canyon to park, który po prostu trzeba zobaczyć! Jesteśmy tu po raz drugi i odkrywamy go na nowo. Ponieważ słońce już nam się chowa za horyzont, biegniemy szybko na szlak – Jenny’s Canyon Trail (długość 0,5 mili), który prowadzi do czoła klifu poprzez piaszczyste podłoże porośnięte pachnącymi bylicami sagebrush’u.


Przy rozgałęzieniu ruszamy najpierw do wąskiego i krótkiego kanionu-wnęki, a następnie na punkt widokowy.

Po 20 minutach jesteśmy z powrotem w aucie, by zarezerwować miejsce na kempingu ($20/noc, bezpłatne prysznice, krany z wodą), który według zapewnień pani z budki wjazdowej posiada jeszcze kilka wolnych miejsc. Kemping – petarda jednym słowem! Wybieramy miejsce nr 24 z pięknym widokiem na otaczające nas góry.

W kręgu ogniskowym ktoś pozostawił dużo drewna, więc szykuje nam się długa noc z wielkim ogniskiem. Temperatura w miarę przyjazna – około 8°C, więc dzieciaki od razu łapią koparki i łopatki i zaczynają zabawę w piasku. W nocy mamy towarzysza wycieczki – jakaś myszka lub pręgowiec (chipmunk) zakradł nam się do środka i zaczął wcinać makaron z szuflady. Zchrupał kilka świderków i wystraszony najprawdopodobniej naszym przebudzeniem uciekł w popłochu.
Dzień 13
Rano niemrawo zwlekamy się z łóżek …. a to z powodu pogody za oknem…. jest pochmurno i ma dzisiaj padać deszcz, co nie napawa nas optymizmem. Guzdrzemy się jakoś strasznie ze śniadaniem i prysznicem i z kempingu wyjeżdżamy dopiero około 11am. Pierwszym szlakiem jaki bierzemy jest Butterfly trail (długość 2 mile w obie strony). Wędrujemy skamieniałymi wydmami (petrified dunes) pomiędzy czarnymi wulkanicznymi skałami.

Szlak prowadzi po płaskim terenie i jest stosunkowo łatwy.

Na końcu łączy się z Lava Flow Trail, gdzie znajduje się wejście do jaskini lawowej (lava tube). Schodzimy więc do czarnej przepaści i wchodzimy do jaskini, by ukryć się przed deszczem, który właśnie zaczyna padać.



Niebo jest strasznie zachmurzone i zapowiada się mokry dzień. W mżawce wdrapujemy się jeszcze na punkt widokowy (overlook), skąd rozpościera się wspaniała panorama na Snow Canyon.


W planie mamy jeszcze przejście nieoficjalnego szlaku Petrogliph Trail (długość 2 mile w obie strony). Ale żeby się tam dostać musimy trochę pokrążyć po okolicy. Ponieważ nie ma go na mapie parkowej używamy informacji z forum internetowego z opisem dojazdu. Wyjeżdżając w tym celu z parku północnym jego krańcem, skręcamy w drogę nr 18 na południe. Natomiast gdyby w tym miejscu miał ktoś ochotę na rekonesans , by przyjrzeć się wygasłemu stożkowi wulkanu (cinder cone), to na północ 18-tką rzut beretem. Po drodze podjeżdżamy jeszcze na „overlook”, skąd widać całą panoramę Snow Canyon. Trzeba jechać powoli, żeby nie przegapić drogi odchodzącej w prawo (na zachód), która jest jedną z wielu lokalnych szutrowych uliczek – 4400 North (niepodpisana) i dojechać aż do końca do zamkniętej bramy. To jest ślepa uliczka pomiędzy stadninami koni i zabudowaniami mieszkalnymi. Nie ma tu żadnej informacji o szlaku. Deszcz zaczyna lać już konkretnie, ale nie zniechęca nas to do przejścia tego fantastycznego szlaku. Jest to istna perełka Snow Canyon i może kiedyś zostanie tu wytyczony oficjalny szlak. Ubrani w kurtki przeciwdeszczowe człapiemy po szutrowej drodze wzdłuż płotu. Dochodzimy do granicy terenu prywatnego z parkiem stanowym i tu pomiędzy podłużnymi metalowymi linkami przeciskamy się na drugą stronę. Schodzimy w dół do labiryntu skał i chociaż mamy w ręku wydrukowany opis kolejnych punktów to ciężko jest nam nawigować na jego podstawie. Błądzimy ….. wdrapujemy się i zeskakujemy ze skałek…. cofamy się i wracamy z powrotem.

W końcu dostajemy się do pierwszego miejsca, gdzie na pionowych skałach w mini slot kanionie odkrywamy liczne petroglify.

Są tu niełatwo dostępne aż 3 grupy petroglifów. Jak się okazuje trafiliśmy według tego bardzo niedokładnego opisu. Niestety z tego miejsca znowu cofamy się w kierunku wejścia i po paru próbach zlokalizowania oczom naszym ukazuje się olbrzymia skała (newspaper rock) wypełniona petroglifami (wcześniej obok niej przechodziliśmy i wystarczyło się odwrócić by je zobaczyć!!!)

Znajdujemy też betonową małą tamę i od tego miejsca zaczynamy iść według opisu szlaku. Idziemy na zachód wzdłuż płotu odgraniczającego teren prywatny…. a tam 2 rezydencje z podgrzewanymi basenami, z których unosi się para…. och jaką mamy ochotę na taką gorącą kąpiel z pięknym widokiem na stożkowate góry i skamieniałe wydmy…. Ktoś miał naprawdę świetny gust …i duże pieniądze, by ulokować tu swój dom. Idziemy dalej i znajdujemy następny punkt – Sinking Shiprock, skałę przypominającą naprawdę rufę tonącego okrętu. Na jej północnej ścianie znajdują się liczne petroglify. Uszczęśliwia nas jej widok, bo w końcu udało nam się przejść najważniejszą część szlaku według opisu. Dalej nie idzie nam już tak dobrze. Znowu krążymy pomiędzy mini slot kanionami, penetrując obszar i cofając się co chwilę do poprzedniego punktu, by znów zweryfikować położenie.


Tak wygląda nasz trekking. Wyzwaniem jest każdy następny z wielką satysfakcją znaleziony kopczyk. Dzieci bawią się przednio z zaangażowaniem wypatrując kolejnych kopczyków. Kawałek drogi podążamy oznakowanym Gila Trail, ale nie znajdujemy miejsca, gdzie powinniśmy się z tym Gila (wedle instrukcji z internetu rozstać). Jako że zachód słońca już się zbliża, postanawiamy wracać do auta i iść na przełaj… czyli raz w górę raz w dół…. na azymut…. I tak wymęczeni na maxa docieramy prawie po 4 godzinach wałęsania się do samochodu. Szlak pomimo tego, że wykonaliśmy tylko jego połowę okazał się super!!! Nikogo poza nami na nim nie było, co dodatkowo zapunktowało i stanowiło o jego wyższości nad innymi szlakami w parku!!!! Uważamy, że odnalezienie 5 stanowisk z petroglifami jest nie lada sukcesem, bo czytaliśmy o „śmiałkach”, którym nie udało się zlokalizować ani jednego miejsca….. a krążyli tam przez 5 godzin. Janek zostaje bohaterem wycieczki, bo pomimo dużego osłabienia wspinał się rewelacyjnie i czasami był nawet naszym zwiadowcą. Wyjeżdżamy 18-tką i już po zachodzie słońca skręcamy w 8-kę w kierunku Santa Clara. Jedziemy jakąś wyludnioną drogą przez rezerwat indiański…ale pomimo zapadających ciemności podziwiamy jeszcze okolicę, która daje wiele możliwości biwakowo-noclegowych. My jednak gnamy do Nevady, bo chcemy przenocować dzisiaj w Valley of the Fire State Park i od rana zacząć eksplorowanie parku. Został nam już tylko jeden dzień na zwiedzanie, nie licząc dnia odlotu kiedy to musimy pozałatwiać trochę rzeczy w Las Vegas i przygotować się do powrotu. Jedziemy więc pośród ciemności pomiędzy „joshua tree” (Joshua Tree National Landmark) i zjeżdżamy do autostrady nr 15 już w Arizonie.

Tuż po przejechaniu granicy z Nevadą wskakujemy do Mesquite, by pooddawać niepotrzebne nam już rzeczy do Walmartu. I dalej już 15-tką i 169 docieramy w totalnych ciemnościach do parku Valley of the Fire. Park ten jest również istną petardą jeżeli chodzi o krajobrazy, szlaki i kemping, który ulokowany jest pomiędzy czerwonymi górującymi piaskowcami (tworzącymi ciekawe formy skalne) i zaliczamy go do jednego z ciekawszych kempingów, na jakich byliśmy podczas kilkunastu podróży po Stanach. Wstęp do parku kosztuje $10, ale jeśli zatrzymujemy się na kempingu (są ich 2, jeden posiada prysznice) kwotę tą możemy sobie odjąć od opłaty uiszczanej za kemping ($20). Na kemping Arch Rock docieramy po 10pm i od razu padamy spać.
Dzień 14
Po szybkim śniadaniu jedziemy na chwilę pod Visitor Center. Pomimo, że napisane jest, że biuro otwierają o 8.30am, to z jakichś powodów tego nie robią. Ponieważ to już nasza 3 wycieczka do tego parku, postanawiamy zacząć od szlaku, którym nigdy nie szliśmy…. Jest to nowy szlak o nazwie Natural Arch Trail (długość 4,8 mili w obie strony), którego nawet nie ma na ulotkach parkowych. (Znajdujemy go na tablicy ogłoszeniowej przy Visitor Center). Kierujemy się na wschód i tam zatrzymujemy się przy Petrified Wood, miejscu gdzie można zobaczyć odkopany skamieniały konar drzewa. W tej okolicy powinno znajdować się wyjście na szlak, ale nie możemy go znaleźć, więc przechodzimy na przełaj przez wzgórza do wyschniętego koryta rzeki (dry wash), którą to prowadzi ten szlak.

Jak się okazuje kilka spotkanych przez nas później osób też miało problem ze znalezieniem początku tego szlaku. Idziemy więc po piasku doliną i im dalej wędrujemy tym robi się piękniej.

Wyszukujemy w oddali łuki skalne, od których powstała nazwa tego szlaku. Dochodzimy do zwężenia z mini slot kanionem (przypominającym troszeczkę Antylope canyon) i kilkoma głazami, po których musimy się wspiąć. W oddali widzimy już kopułę White Dome. Ponieważ Janek już jest bardzo zmęczony, musimy zawrócić.

Mundek wraca wdrapując się z Basią na zbocza górskie i tam penetrując łuki skalne i jaskinie, a ja z Jasiem sunę suchą doliną, którą docieramy aż do końca do drogi. Szlak super i na pewno godny polecenia. Ponieważ zdrowie Jasia jest w nie najlepszej kondycji postanawiamy zrobić jeszcze tylko jeden szlak – Fire Wave Trail (1,5 mili w obie strony). Szlak ten jest dla nas rekompensatą za prawdziwy „the Wave” w Utah. Jest to taka miniaturka i namiastka prawdziwej Fali. Jeszcze 2 lata temu nie było żadnych oznaczeń sugerujących, że takowy szlak istnieje. I tylko nieliczni się w to miejsce udawali. Dzisiaj pomimo, że w mapach parkowych dalej nie figuruje jako oficjalny szlak, to w miejscu gdzie się zaczyna, stoi słupek z jego nazwą i takie słupki ustawione co chwila prowadzą nas na miejsce, co świadczy o wzrastającej popularności.

A na końcu szlaku widzimy fotogeniczną „skręconą fałdę” skalną w kształcie fali z przeplatanymi naprzemiennie warstwami w kolorze białym i czerwono – pamarańczowym. Słońce idealnie ją oświetla.

Super miejscówka dla obiektywu z szerokim kątem…. niestety jest tak tłocznie, że trudno jest uchwycić coś ciekawego nie mając w kadrze turystycznego statysty.

Wygrzewamy się w słońcu leżąc na skale. Trochę nas przymroziło na tej wycieczce w górnych elewacjach Utah i Arizony i taki relaksik jest nam potrzebny przed powrotem do domu. Niebo nad nami zaczyna się chmurzyć i zmieniać kolor na ciemno-fioletowy, więc zbieramy towarzystwo i wracamy do auta, podziwiając groźnie wyglądający pejzaż.

Podjeżdżamy na sam koniec drogi parkowej, skąd wychodzi szlak na White Domes, (prowadzący przez slot canyon). Tylko dlatego, że byliśmy już na tym niesamowitym szlaku dwukrotnie kilka lat temu i że musimy już wracać na kemping, żeby się pakować, to odpuszczamy sobie jego zdobycie tym razem. Końcowym punktem jest parking przy wyjeżdzie z parku (Fire Canyon – Silica Dome), skąd podziwiamy „pomalowane” przez zachodzące słońce góry.



Na kempingu rozpoczynamy akcję przygotowawczą do powrotu. Część rzeczy trzeba wyrzucić, bo nie mieszczą się nam do walizek…. Zmęczeni, ale dokładnie spakowani kładziemy się około północy spać.
Dzień 15
Pobudka przed 5am. Zbieramy się bez śniadania, by dojechać na czas do Las Vegas. Przed oddaniem RV musimy jeszcze zatankować, dobić propan i posprzątać. Jedziemy najpierw do wypożyczalni samochodów Thrifty (7231 Gilespie street), gdzie ja przesiadam się do osobówki i już na 2 pojazdy docieramy na parking przy Walmartcie. Po doprowadzeniu RV do stanu idealnego jedziemy do Cruise America oddać nasz wehikuł. Kilka minut przed 11am dojeżdżamy do biura i po szybkiej, wręcz formalnej inspekcji pracownika otrzymujemy rachunek i paragon ze zwrotem kaucji i kwoty naliczonej za niewykorzystane przez nas mile. Na naszą prośbę miły pracownik, próbuje wydrukować nasze karty pokładowe na dzisiejszy lot do Chicago, ale ku naszemu zdziwieniu jest to niemożliwe (pojawił się jakiś błąd na stronie linii lotniczych Frontier Airlines). Trochę nam to zaburzyło porządek dnia. Postanowiliśmy udać się do lokalnej biblioteki i spróbować przez internet jeszcze raz to zrobić. Niestety po wpisywaniu numeru z naszej rezerwacji znowu wyskakiwała informacja o błędzie. Zadzwoniliśmy więc bezpośrednio do lini lotniczych i okazało się, że nasze karty pokładowe są gotowe i możemy je bezpłatnie wydrukować na lotnisku tuż przed wylotem. Akurat niespodziewanie w dniu dzisiejszym na wielu lotniskach w USA odbywają się strajki obsługujących je pracowników i przewidziane są strasznie długie kolejki. Przedstawiciel Frontiera sugeruje abyśmy stawili się na lotnisku 3 godziny wcześniej…… Dzieci bawią się w bibliotece i wcale nie chcą z niej wychodzić…. ale postanawiamy zachęcić je kilkoma atrakcjami…. W hotelu Circus Circus co 45 minut odbywają się pokazy cyrkowe (bezpłatnie) i właśnie tam postanawiamy się udać na zakończenie naszej wycieczki. Autostradą pędzimy więc na Las Vegas Strip, po drodze zahaczając jeszcze o sklep turystyczny REI w celu oddania plecaka nosidełka, następnie parkujemy na tyłach hotelu (bezpłatnie). Maszerujemy przez 20 minut korytarzami hotelowymi pełnymi stoisk z badziewkami, przechodzimy przez przesiąknięte dymem papierosowym kasyna…. w końcu dochodzimy do małej sceny cyrkowej. Pierwszym pokazem jaki oglądamy jest balansująca na jednej ręce gimnastyczka.

Występ jednak trwa 5 minut i mamy kolejne 40 minut do zabicia czasu. Oczywiście dzieciaki, jak opętane, biegają od automatu do automatu, nie mogąc się nadziwić, że istnieje tak wielki świat gier komputerowych… Straszny to widok dla nas, rodziców, poddanych na ten ekstremalny test na asertywność…. Dajemy się namówić na jakieś wrzutki do celu…. i Janek wygrywa pluszowy miecz.., którym oczywiście cieszy się przez całe następne 5 sekund. Oglądamy jeszcze jeden występ żonglera i uciekamy z tej pułapki turystycznej jak najszybciej do samochodu. Przepakowywujemy się ostatecznie, wyrzucając kilka niepotrzebnych rzeczy i jedziemy najpierw do wypożyczalni Thrifty oddać osobówkę, a potem autobusem na lotnisko. Kolejka do stanowiska Frontier…… jest przez pół hali!. Drukujemy „boarding pass” i cierpliwie czekamy w długiej lini, która – o dziwo! – przemieszcza się całkiem sprawnie. Jeszcze nigdy nie widziałam tak uwijających się szybko pracowników lini lotniczych…. Oddajemy bagaże i idziemy odpocząć na pobliskie ławeczki. Włączamy szkrabom bajkę na DVD, a sami padamy na krzesła, mając za sobą jakże stresującą, organizacyjną część dnia… Niecałą godzinę przez odlotem przechodzimy kontrolę TSA i idziemy do poczekalni. Lot odbywa się bez większych zakłóceń, nie licząć tego, że lecimy w nocy, a siedzenia w samolocie się nie rozkładają i są delikatnie mówiąc niekomfortowe, by móc poddać w nich nasze organizmy zbawiennej regeneracyjnej roli snu nocnego…. ale cóż – tanie linie lotnicze – tanie wyposażenie. Coś za coś. Nad ranem szczęśliwie lądujemy w Chicago kończąc tym samym naszą – geologicznie zdominowaną – fantastyczną podróż i planując w głowie już następną….
Dodaj komentarz